Dziewczyny znikąd

Tekst
Autor:Amy Reed
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lucy

Nie była piękna. Była mała i myszowata. Włosy miała zawsze napuszone, a ciuchy niezmiennie trochę niedobrane. Była pierwszoklasistką na imprezie starszych klas, przyszła z koleżankami, z którymi znała się od przedszkola, dziewczynami z Prescott, takimi jak ona. Żadna nie miała w sobie nic szczególnego. Trzymały czerwone plastikowe kubki, jak gdyby od tego zależało ich życie, i tkwiły w kącie, gdzie nikt nie mógł ich zobaczyć.

I wtedy koleżanki zniknęły i nie mogła ich znaleźć. Pokój był mroczny, głośny, chwiał się. To on ją znalazł. Spencer Klimpt. Spojrzał na nią z drugiego końca pokoju i nagle stała się kimś: pożądaną dziewczyną.

Napełnił ponownie jej czerwony kubek. Raz, dwa razy. Więcej. Patrzył w jej oczy i uśmiechał się, podczas gdy z jej ust sypały się nerwowe słowa. Muzyka huczała, nie słyszała własnego głosu, ale wiedziała, że flirtuje. I zupełnie ją to oszołomiło.

Była jak nakręcona zabawka, a on czekał, aż się zupełnie rozkręci. Był cierpliwy, tak bardzo cierpliwy. Był też świetnym słuchaczem, taki rycerski, tak uprzejmie podawał jej kolejne drinki i tak uważnie obserwował, jak jej powieki robią się coraz cięższe, jak jej moc się wyczerpuje, powoli, powoli, aż przestała mówić, aż zamieniła się w miękką glinę, którą można było dowolnie formować, doskonale podatną.

Wziął ją za rękę i zaprowadził na górę. Powiedział coś, czego nie usłyszała, do kogoś niewidocznego. Czy w pokoju był ktoś jeszcze? Śmiała się z zamkniętymi oczami. Świat kręcił się razem z nią, wywracał do góry nogami. Jego silne ramiona nie pozwoliły jej upaść. Pomyślała: To jest to.

Kiedy kładł ją na łóżku, znalazła się gdzieś, skąd widziała, opowiadała sobie wszystko, co rozgrywało się w mroku.

To się dzieje naprawdę. Mam piętnaście lat i zaraz będę się całować z jednym z najbardziej popularnych chłopaków ze starszego rocznika. Powinnam być szczęśliwa. Powinnam być dumna. Lekki strach, to normalne. Podoba mi się, podoba, wszystko jest w porządku. Co z tego, że łóżko wiruje, co z tego, że nie mogę utrzymać oczu otwartych, że nie jestem pewna, czy on w ogóle wie, jak mam na imię, co z tego, co z tego, co z tego, że jego ciało mnie przygniata, nie mogę się ruszyć, nie mogę oddychać, nie chcę, nie chcę już więcej, chcę go odepchnąć, ale ręce mam jak przygwożdżone, spodnie zsunięte i już za późno, za późno, za późno, żeby powiedzieć nie.

Ostatnim wyraźnym wspomnieniem jest ból.

Później czerń. Później nic. Później jej mózg się wyłącza, miesza wspomnienia, rozrywa je, drze na strzępy. Było tyle czerwonych kubków. Tyle mroku w mętnych wodach, które ją zalewają. Brutalna fala rozrywa jej ciało. Dziewczyny nie ma. Jest niczym. Znika.

Później płytkie łyki powietrza, krótkie chwile, błyski w mroku. Wspomnienia wypływają na powierzchnię jak ciasno skupione bąble.

Ręce. Łóżko. Ból. Strach. Paląca nieuchronność. Życie, odebrane i przedefiniowane.

Myśl: Sama to sobie zrobiłam.

Myśl: Zaraz będzie po wszystkim.

Spokój. Ciężki koc z ciała, nieruchomy. Nadzieja, przez chwilę, że to koniec.

Ruch. Jego głos:

– Zamknąłeś drzwi?

Inny głos:

– Ta. Nikt nie idzie.

Jego głos:

– Gotowy, Ennis? Czy zamierzasz być cipą?

Inny głos. Zna go. Każdy zna głos Erica Jordana.

– Pieprz, Ennis. Moja kolej.

Dziecięca rymowanka. Raz i dwa, raz i dwa, ile jeszcze tego ma...

Myśl: Zaraz umrę.

Kołysanie, obrót, brutalne morze. Potem więcej. O wiele więcej. Więcej niż można sobie wyobrazić.

Głos:

– Włącz światło, koleś. Chcę ją widzieć.

Dłoń na jej ustach, spycha jej głos znów do wnętrza.

Nic nie widzi. Umiera. Jest martwa. Jest jak trup wieloryba, rozrywany na strzępy przez węgorze na dnie oceanu.

Głos:

– Kurwa, ona rzyga.

Głos:

– Po prostu ją obróć.

Później miejsce jeszcze ciemniejsze niż czerń. Czas wycięty z historii. Później jej umysł zamyka się, giną wspomnienia. Jest wciągana pod wodę. Zabierają jej ciało i oddech. Zginają i łamią, i zużywają, póki nie staje się wspomnieniem, którego nikt nie może sobie przypomnieć.

Czasem jedyną rzeczą gorszą od śmierci jest przetrwanie.

Jest rano, a ona nie przepadła całkowicie. Włosy ma zlepione wymiocinami. Boli ją całe ciało. Boli ją w środku. Podłoga jest zasłana jej pomiętymi ciuchami i pół tuzinem zużytych prezerwatyw. Jak podły jest ten malutki błysk wdzięczności: tylko niszczyli, ale nie zasiali w niej niczego żywego.

Pasożyty całkowicie objadły jej szkielet z ciała. Została wyrzucona na brzeg, zaplątana w wodorosty, śmierdzi rozkładem. Pełznie przez poszarpaną sztormem plażę, między skałami i śmieciami, między butelkami po piwie, niedopałkami papierosów i pozbawionymi życia ciałami. Między tyloma czerwonymi kubkami.

Ciała, ciała wszędzie, ludzie, którym wczoraj nie udało się wrócić do domu. Wszyscy, którzy byli tu na dole, kiedy ona tonęła.

Ciała się poruszają. Otwarte oczy śledzą ją, śledzą jej upiorny marsz ku drzwiom.

Śmiech, jak brzęk zbitej szyby.

Głos w mroku, który nadaje jej nowe imię.

Dziwka.

Erin

– Powinnaś zająć się własnym życiem. – Erin radzi podczas lanczu Grace, która nie może przestać rozprawiać o Lucy Moynihan.

– Maniery – mówi Rosina.

– Szczerość jest ważniejsza niż bycie miłą – stwierdza Erin. – Jestem szczera.

Grace robi się irytująca. Erin nie rozumie, czemu ludzie kładą taki nacisk na to, żeby pozwalać innym na bycie irytującymi. Gdyby ona zaczęła być irytująca, chciałaby, żeby ktoś jej to powiedział, tak jak to robi Rosina.

– Nasza Grace nie miała jeszcze czasu, żeby zobojętnieć – stwierdza Rosina. – Wciąż jeszcze nie ma tego w dupie. My na początku też nie miałyśmy tego w dupie, pamiętasz?

– Ja mam wszystko w dupie – odpowiada Erin, ponieważ właśnie w to chciałaby wierzyć, ale nie jest całkiem pewna, czy mówi prawdę. Ogarnia ją cień niepewności, lekkie podejrzenie, że być może pod powierzchnią istnieje inna prawda, mroczna i ukryta. Zazwyczaj jest wielką zwolenniczką prawdy, jednak tego rodzaju potajemna prawda zdecydowanie nie należy do jej ulubionych.

– A mnie to obeszło – żachnęła się Rosina. – Byłam cholernie wkurzona.

Erin pamięta, jak Rosina podeszła do tego chłopaka z drużyny, Erica Jordana, i napluła mu w twarz, pamięta, jak otarł sobie nos, jak gdyby w zwolnionym tempie, jak cały korytarz zamilkł na tę krótką chwilę, zanim plwocina nie opadła na ziemię, jak Eric po prostu roześmiał się Rosinie w twarz, nazwał ją brudną meksykańską lesbą i odszedł. Wtedy, tak jak wszyscy, Rosina zrozumiała, że przejmowanie się jest stratą czasu. Zrozumiała, jak Erin, że przejmowanie się może cię zranić.

Rosina nigdy tak naprawdę nie rozmawiała z Lucy, dziewczyną, która ponoć obchodziła ją na tyle, żeby napluć komuś w twarz. Erin wie jednak, że istnieje różnica między wyobrażeniem a osobą, wie, o ile łatwiej jest troszczyć się o coś, co nie oddycha. Wyobrażenia nie mają potrzeb. Nie wymagają niczego, oprócz kilku myśli. Nie cierpią i nie czują bólu. Z tego, co Erin wie, nie są zaraźliwe.

– Pokażcie mi tych chłopaków – mówi Grace. – Są tutaj?

– Eric je chyba na innej przerwie – oznajmia Rosina. – Ennis tu jest. Tam, przy stole dla trolli. – Rosina kiwa głową w kierunku środka stołówki, gdzie siedzą najgorsi ludzie. Dziewczyny, które wyśmiewały się z Erin, odkąd przeprowadziła się tutaj w pierwszej klasie, chłopcy, którzy nie troszczą się nawet o to, żeby ściszyć głos, kiedy spierają się, jak to jest pieprzyć kogoś „takiego jak ona”. W porównaniu z pozostałymi Ennis jest cichy, nawet mówi miękko, ostatni, którego podejrzewałoby się, że jest potworem.

– Ennis Calhoun to ten z bródką, która wygląda jak łoniaki – opisuje go Rosina. – Erica musiałaś widzieć w szkole. Zawsze ciągnie się za nim cała banda trolli. Był jeszcze trzeci, prowodyr, Spencer Klimpt, ale skończył szkołę. Pracuje w Quick Stop przy autostradzie. Ci chłopcy to prawdziwi zwycięzcy.

– Moim zdaniem nie ma takiego słowa „łoniaki” – zauważa Erin.

– Czy Ennis to ten, który siedzi z Jessem? – pyta Grace. Erin rozpoznaje wyraz twarzy Grace: to rozczarowanie. Tak, jak gdyby spodziewała się, że ten wielki, głupkowaty chłopak o imieniu Jesse okaże się kimś innym, kimś, to nie jadłby lanczu z Ennisem Calhounem.

– Znasz go? – pyta Rosina.

– Chodzi do mojego kościoła.

– Macha do ciebie – mówi Erin. – Wygląda jak wypchany zwierzak.

– Lubisz go? – pyta Rosina.

– Nie – zaprzecza Grace. – Nigdy.

Wszyscy uważają, że Erin nie potrafi odczytywać emocji. To właśnie powtarzano jej przez całe życie. Erin nie ma jednak problemu z rozpoznawaniem tego, co oczywiste. Wie, co oznacza płacz. Wie, jak brzmią okrzyki gniewu. Wie, czym są zaczepki. Zna spojrzenia, które wymieniają ludzie, kiedy na zakręcie przez przypadek wpada na ścianę, kiedy chlapnie na lekcji coś niewłaściwego, kiedy pociera jedną dłonią o drugą tak mocno, że słychać, jak to robi. Mylące są te bardziej subtelne rzeczy. Takie jak ironia, próby ukrycia uczuć, kłamstwo. Erin spędziła niezliczone godziny, ucząc się, pobierając lekcje odczytywania wyrazu twarzy i interpretowania języka ciała. Była szkolona, na co zwracać uwagę, jak studiować ludzkie zachowania i relacje z intensywnością, której dorównać mogą jedynie psychologowie i powieściopisarze. Ponieważ nie jest to dla niej działanie intuicyjne i patrzy z zewnątrz, czasem dostrzega rzeczy, które umykają innym.

Na przykład podejrzewa, że Grace rozważała być może polubienie tego Jessego. Gdyby go nie polubiła, nie miałaby powodu, żeby teraz wyglądać na rozczarowaną na wieść, że być może nie jest to koleś, którego da się lubić. Erin zauważa, że radosna twarz Jessego smutnieje, kiedy dostrzega, w jaki sposób Grace na niego patrzy. Być może on też rozważał polubienie jej.

 

– Wyglądają tak zwyczajnie – stwierdza Grace. – Ci faceci. W ogóle nie widać, że...

– Czy wiecie, że morskie wydry gwałcą młode foki? – oświadcza Erin, wiedząc doskonale, jak szokujące i niewłaściwe są jej słowa, ale rozpaczliwie starając się zmienić temat. Czasami zaszokowanie ludzi jest najlepszym sposobem na to, żeby zwrócić na siebie ich uwagę. – Ludziom wydaje się, że są słodkie i milusie, ale to jednak nadal dzikie zwierzęta.

– Jezu, Erin – mówi Rosina.

– Nie mogą się powstrzymać – ciągnie temat Erin. – Taką mają naturę.

– Ktoś powinien coś zrobić – wtrąca Grace.

– Z wydrami? – pyta Rosina. – Zorganizować im szkolenie antyprzemocowe?

– Z Lucy. Z tymi facetami. Przecież nie może być tak, że nie będzie żadnych konsekwencji. Nie mogą tak po prostu tu siedzieć i jeść lancz, jak gdyby nic się nie stało.

– Widziałaś stronę, co nie? – pyta Rosina.

– Jaką stronę?

– Uwierz mi – mówi Rosina. – Wolisz nie wiedzieć.

Grace spogląda na Erin pytająco, ale Erin tylko wzrusza ramionami.

– Jaką stronę? – pyta ponownie. – Chcę wiedzieć.

– To w sumie bardziej blog – prostuje Rosina. – Nazywa się Prawdziwi Mężczyźni z Prescott. Hej, Erin. Daj mi swój telefon.

– Masz telefon – odpowiada Erin.

– Mój telefon jest do dupy – mówi Rosina. – Potrzebny mi twój.

– Kto ją prowadzi? – pyta Grace.

– Nikt tego do końca nie wie. – Rosina wpisuje coś w telefonie Erin. – Ale większość osób uważa, że stoi za tym Spencer Klimpt. Pojawiła się mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Lucy i jej rodzina wyjechali z miasta. Kiedy ostatni raz sprawdzałam, blog miał kilkuset obserwujących. – Rosina przewija ekran telefonu. – Kurwa! Teraz ma ponad trzy tysiące. – Podaje telefon Grace takim gestem, jak gdyby brzydziła się go trzymać. – Masz, zobacz sama.

Milczą, kiedy Grace przegląda bloga. Erin nie oglądała go od czasu, kiedy po raz pierwszy o nim usłyszała, pod koniec roku szkolnego, ale może wyobrazić sobie, co Grace czyta. Teksty o tym, jak poderwać dziewczynę. Tyrady o tym, że feminizm niszczy świat. Poniżające opisy kobiet, z którymi autor rzekomo spał.

– Boże – szepcze Grace – to jest przerażające.

– Z boku na pasku jest kilka linków do podobnych stron, tylko większych – mówi Rosina z niesmakiem. – To się nazywa „manosfera”. Wszyscy ci faceci w necie, cała sieć dupków, którzy wierzą w takie gówna. Tak zwani artyści podrywu, którzy wymieniają się poradami dotyczącymi manipulowania kobietami. Nazywają to „ruchem praw mężczyzn”, ale generalnie zwyczajnie nienawidzą kobiet.

Erin stara się zapomnieć tak wiele rzeczy. Nie tylko to. Nie tylko Lucy. Zło jest szersze niż to, co spotkało Lucy, większe niż ich szkoła i miasto, większe niż one wszystkie. Ale też zarazem tak małe, jak jej własne prywatne wspomnienia. Jak to pudełko, w którym je zamknęła i zostawiła w Seattle.

– Nie chcę już o tym rozmawiać. – Erin wyrywa telefon z ręki Grace. Myśli, że wycieczka do biblioteki będzie właściwa.

– Grace, doceniam twoją pasję – mówi Rosina. – Ale Lucy wyjechała. Nikt nie wie dokąd. Nikt jej nie może pomóc.

– Może my byśmy mogły – oznajmia Grace. – Mogłybyśmy jej pomóc.

Rosina wybucha śmiechem. Erin wzrusza ramionami.

– Nawet gdybyśmy chciały, a nie chcemy – mówi Rosina – kto by nas słuchał? Erin i ja robimy w tej szkole za dziwadła, a ty jesteś nowa i bez urazy, ale trzymając się z nami, ciut jakby zmniejszyłaś swój potencjalny kapitał społeczny.

Grace jest dziś inna, myśli Erin. Dotąd przeważnie siedziała w milczeniu, trochę zgarbiona, jak gdyby nie całkiem pewna, czy wolno jej się odezwać. Teraz nie przestaje mówić. Erin myśli, że wolała tamtą dawną Grace. Ta nowa jest zdecydowanie zbyt męcząca. Nowa Grace porusza kwestie, o których Erin nie chce myśleć i którymi z pewnością nie chce się zajmować.

– Hej – dodaje Rosina – pomyśl o dobrych stronach. Przynajmniej nas nikt w wieku dziewięciu lat nie wyda za jakiegoś starucha, no i na razie nie wycinają nam łechtaczek.

– Obrzydliwe – mówi Erin. – Za dużo. – Patrzy na posiekane orzechy i warzywa w swoim pudełku bento i przez chwilę cieszy się, że mama zrobiła z niej wegetariankę.

– Czemu tak bardzo się tym przejmujesz? – pyta Rosina. – Nigdy, przenigdy nie spotkałaś Lucy.

– Nie wiem – odpowiada Grace. – To dziwaczne. Nie potrafię przestać o tym myśleć.

– Może twój dom jest nawiedzony – podsuwa Rosina. – A ciebie opanował jej duch. Tyle że Lucy jeszcze żyje... – Rosina blednie – To znaczy mam nadzieję.

Grace otwiera usta, jak gdyby zamierzała coś powiedzieć, ale po chwili zamyka je i zaczyna obgryzać paznokieć. Może naprawdę wydaje się jej, że jej dom jest nawiedzony.

– Znajdź sobie jakieś zajęcie – podpowiada Erin. – Potrzebujesz jakiegoś hobby.

– Albo pracy – dodaje Rosina. – Możesz wziąć moją. Chcesz zarabiać poniżej płacy minimalnej i pozwalać, żeby mój wuj wrzeszczał na ciebie przez całą noc?

– Taa, może – mówi Grace, najwyraźniej nie słuchając. Patrzy na stolik dla trolli i wygląda, jak gdyby miała w głowie takie myśli, przez które ludzie wplątują się w kłopoty.

– Nie możesz zmienić natury – ciągnie Erin, ale wie, że Grace jej nie słyszy, więc nie mówi już reszty, którą zamierzała powiedzieć, i pewnie tak jest lepiej, ponieważ Rosina byłaby na nią wściekła. Odbywały już tę rozmowę i skończyło się tak, że Rosina oblała ją wodą z butelki.

Erin zamierzała powiedzieć, ale nie powiedziała, że chłopcy są zwierzętami i że zachowują się jak zwierzęta, ponieważ leży to w ich naturze, nawet w naturze tych, którzy wydają się słodcy i milusi jak wydry. Tymczasem, tak samo jak w przypadku wydr, jeśli tylko ich określone instynkty zostaną pobudzone, momentalnie staną się bezlitośni. Zapomną, kim jak sądzisz powinni być. Zapomną nawet o tym, kim sami pragnęliby być. Próby zmieniania chłopców nie mają szans powodzenia. Jedynym sposobem na to, żeby być bezpieczną, jest trzymać się od nich z daleka.

Erin wie, że nikt z nas nie jest lepszy od zwierząt. Nie jesteśmy niczym więcej niż nasza biologia, nasze wyposażenie genetyczne. Natura jest twarda, okrutna i pozbawiona sentymentów. Na pewnym poziomie chłopcy to drapieżniki, a dziewczynki to łup, a to, co ludzie nazywają miłością albo po prostu pociągiem, to tylko zastrzyk hormonów, który wyewoluował, by przetrwanie naszego gatunku uczynić nieco mniej bolesnym.

Erin ma szczęście, że doszła do tego w tak młodym wieku. Podczas gdy wszyscy dookoła marnują sobie życie, goniąc za miłością, ona może się skupić na tym, co naprawdę ważne, i trzymać się z dala od tego bałaganu.

My

Dziewczyna siedzi w rogu klasy, patrząc na tyły głów, starając się wziąć głęboki oddech, i odnotowuje, nie osądzając, uczucie furii, które się w niej gotuje. Stara się przypomnieć sobie techniki uważności, które ćwiczyła latem.

Jedyna droga na zewnątrz prowadzi poprzez – powtarza sobie po cichu. Czeka, aż emocje rozwieją się jak chmury.

To dziwne, że ktoś może być jakąś osobą jednego dnia, potem przekształcić się w ciągu kilku miesięcy, a później wrócić do dawnego życia, wewnątrz będąc już całkowicie kimś innym, gdy tymczasem to, co widzą inni, wciąż wygląda tak samo. Nie chodzi o to, że wydawało się jej, że jak wróci z odwyku, będzie nagle w stanie doświadczyć zwyczajnego szkolnego życia, może jednak gdzieś w głębi liczyła trochę, że powstanie przestrzeń na to, żeby coś odkryć. Zastanawia się, czy mogłaby zrobić coś ze swoimi włosami, ufarbować na jakiś nowy rzucający się w oczy kolor. Problem w tym, że ludzie nadal będą widzieć tę samą dziewczynę, tyle że z innymi włosami. Miejsce, które zajmuje, zostało uformowane dla niej i jest jej na zawsze. Nie ma innego, do którego mogłaby się dopasować.

Obserwuje flirtującą parę, która siedzi tuż obok niej. Odnotowuje, że znów zaczyna w niej wzbierać furia i że próby skupienia się na oddechu w ogóle nie odwracają jej uwagi. Nienawidzi ich z siłą, która ją przeraża. Jak śmią obnosić się z czymś, czego ta dziewczyna, jak wie, nigdy nie będzie miała – z tą niewinnością, romansem, poczuciem, że wszystko przed nimi? Jakakolwiek możliwość posiadania tego wszystkiego została z niej wypalona dawno temu, zanim jeszcze miała szansę dowiedzieć się, że jest to coś, czego pragnie.

Kilka miejsc dalej, przy stoliku, przypisanym Adamowi Kowalskiemu, siedzi inna uczniowska osoba, bezimienna. Przygląda się flirtującej parze z tęsknotą, pogrążona w mrocznym, ciężkim smutku, takim, przez który trudno nawet oddychać.

Muszę wytrzymać jeszcze tylko rok – myśli. – Tylko jeden rok i wyniosę się z tej szkoły, z tego miasta i już nie trzeba się będzie ukrywać.

Ale nawet wtedy – zastanawia się – czy znajdzie się ktoś, kto kiedykolwiek zechce takie dziwadło jak ja? Czy istnieje ktoś, kto pokocha osobę, której zewnętrzna powłoka nigdy nie będzie w pełni pasować do tego, co jest wewnątrz?

W innej części szkoły inna grupa uczniów jak zwykle pracuje z dala od pozostałych. Na prowadzonych przez pana Trillinga zajęciach z historii Ameryki na poziomie rozszerzonym Erin siedzi z tyłu sali, starając się nie patrzeć w ogóle w tym kierunku, gdzie znajduje się Otis Goldberg. Obawia się, że Otis Goldberg może się odwrócić, ponieważ jak dotąd zdaje się to robić zawsze dokładnie w tym momencie, w którym zdarza jej się na niego patrzeć, a jego oczy niczym irytująco dokładne lasery nawiązują kontakt z jej. Nie żeby często na niego patrzyła, nie specjalnie. Patrzy na wszystko. Tak właśnie działają oczy. Oczom Erin po prostu zdarza się czasem trafić na niego.

Nie może się powstrzymać. On zawsze się zgłasza do odpowiedzi i mówi zaskakująco mądrze. Zawsze siedzi w tym samym miejscu, ma opalony kark, nieco umięśniony dzięki biegom przełajowym, z delikatnymi jasnymi włosami, które chwytają mętne światło, sączące się przez okna klasy. Czasami nawet mówi jej cześć, a jej nigdy nie udaje się na czas wymyślić, co odpowiedzieć. Wszystko, co go dotyczy, jest dezorientujące. Jak ktoś, kto ma wszystkie zwyczajowe oznaki nerda, może być tak dziwacznie słodki? Jak ktoś tak słodki, może być taki miły? Wydaje się, że nie pasuje do końca do żadnej kategorii, co dla Erin jest czymś przerażającym. Jak gdyby postanowił być nerdem, a nie, jak wszyscy inni, został do tego zmuszony.

Otis Goldberg jest postacią wysoce problematyczną.

Dziewczyna wraca ze szkoły, starając się nie przemoknąć pod swoją beznadziejną tanią parasolką. Nawet nie wieje tak bardzo, ale mimo wszystko parasolka cały czas wydyma się na zewnątrz, jak gdyby naprawdę chciała pochwycić wiatr i unieść swoją właścicielkę daleko stąd, co, gdyby tak o tym pomyśleć, nie byłoby wcale złe. Może wtedy mogłaby porzucić ten świat, to życie, może nie musiałaby znowu nienawidzić się za to, że wczoraj spała z chłopakiem, który – jak sobie uświadomiła w chwili, w której z niej zlazł – nie chciał już od niej absolutnie nic więcej.

Nie ma zamiaru wkręcać się w liczenie, ile razy już jej się to przydarzyło, ile razy przekonywała samą siebie, że może ten raz będzie inny, że może te chwile, w których ich ciała się dotykają, naprawdę znaczą, że jest między nimi jakieś połączenie, że te krótkie chwile, kiedy on patrzy jej w oczy, oznaczają, że naprawdę ją widzi.

Nie chce zadawać sobie pytania, dlaczego stale jej się to przydarza, dlaczego wydaje się skazana na powtarzanie tego samego błędu raz za razem. Kiedy jakiś chłopak ją dotyka, dziewczyna zaczyna jechać na autopilocie. Jej ciało porusza się razem z jego ciałem, ale tak jak gdyby jej samej już tam nie było. Jak gdyby nie była w pełni przytomna. Jak gdyby była w połowie martwa.

Inna dziewczyna, która właśnie jedzie do Eugene, na kampus Uniwersytetu w Oregonie, za mocno dociska pedał gazu, biorąc pod uwagę deszcz na autostradzie. Prawie czuje smak ust chłopaka na swoich, a oczekiwanie sprawia, że robi jej się ciepło między nogami. To takie okrutne, że on mieszka tak daleko, że muszą zgrywać swoje życie miłosne z jego współlokatorem w koledżu. No ale lepsze to niż konieczność chowania się na tylnym siedzeniu samochodu albo stała obawa, że rodzice wrócą wcześniej do domu – a tak masz, kiedy chodzisz z chłopakami z liceum.

Nie zastanawia się nad tym, czy go kocha, chociaż ta opcja też może się kiedyś pojawić. Teraz nie ma to większego znaczenia. Teraz zależy jej tylko na tym, żeby zedrzeć z niego ubranie, poczuć, jak jego twardy brzuch ociera się o nią, jak jego ręce szukają najcieplejszych części jej ciała, aż dotrą do jej piersi, jej tyłka. Wygina plecy w łuk i dociska stopą pedał gazu, myśląc o nim w niej, o tym, jakie to uczucie, kiedy wszystko tak doskonale do siebie pasuje.

 

Kiedy jej dotyka, ona natychmiast zaczyna jechać na autopilocie. Jej ciało porusza się razem z jego ciałem i jest w tym coś niezwykle naturalnego, niezwykle pierwotnego, niezwykle właściwego. W tych chwilach czuje, że żyje w pełni, że jest całkowicie w swoim ciele, sobą i chciałaby znaleźć sposób, by móc pozostać w tym stanie na zawsze.