Dziewczyny znikądTekst

Autor:Amy Reed
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

My

Dziewczyna zapisała się do drużyny cheerleaderek, ponieważ kocha taniec i futbol. Nie wiedziała, że większość dziewcząt zapisuje się do drużyny z innych powodów. Nie zastanawiała się nad kwestią kostiumów ani nad tym, że w piątki będzie musiała nosić kostium w szkole, nie zastanawiała się nad tym, że występy nie dotyczą tylko meczów, że częścią jej pracy stanie się obsesja na punkcie cellulitu na udach, którego nie jest w stanie usunąć żaden peeling, ani że cała szkoła będzie miała prawo oceniać jej tyłek na zbliżeniach.

Kroczy dumnie korytarzem, z wysoko podniesioną głową. Do jej zadań należy bycie radosną i pewną siebie. Więc co, jeśli ludzie zaczną gadać, że nigdy nie miała chłopaka? Taka śliczna dziewczyna powinna mieć chłopaka.

Dziewczyna uśmiecha się, a nikt nie podejrzewa, o czym myśli.

A gdyby moje życie tak nie wyglądało? A gdybym nie musiała cały czas myśleć o swoim ciele, gdybym nie musiała wystawiać go na pokaz? Jak by to było być dziewczyną zupełnie innego rodzaju?

Przewodnicząca samorządu w Prescott High zastanawia się, czy w Stanford dziewczyna może należeć do więcej niż jednej kategorii. No bo skoro wszyscy tam są mądrzy z definicji, może nie trzeba nieustannie zajmować się udowadnianiem własnej inteligencji i można spróbować być kimś jeszcze? Może, na przykład, mogłaby zacząć nosić trochę krótszą spódnicę, bluzkę z większym dekoltem? Może mogłaby zrobić sobie lekki makijaż, użyć wreszcie kosmetyków, które mama wciąż jej kupuje, a z których ona nie korzysta, bo się boi, że ludzie przestaną traktować ją poważnie. Może mogłaby zrobić z włosami coś innego niż ten ciasny koński ogon, który na razie nosi na co dzień.

Jak to jest być zauważaną? Jak to jest, kiedy na ciebie patrzą? Kiedy się tobą interesują, ale inaczej niż tylko jako potencjalną partnerką w laboratorium? Kiedy nie musisz wybierać między byciem ładną a byciem mądrą?

Jaki chłopak chce mieć dziewczynę, która jest zapaloną zawodniczką? Kto marzy o tym, żeby chodzić ze szkolną gwiazdą softballu, która ma potężne nogi i ramiona, buropomarańczowy kucyk, prawie niewidoczne rzęsy i nos zawsze lekko przypieczony słońcem? Nie zauważają jej nawet w szatni, kiedy zbiera brudne ręczniki, które zostają po treningu drużyny futbolowej – dziewczyna, w szatni. Myślała, że gdy zgłosi się na pozycję menedżerki drużyny, pozna jakichś chłopaków, tymczasem, jeśli w ogóle się do niej zwracają, to po to, żeby ją zapytać, czy jest już trener albo czy dałaby radę skołować na następny trening winogronowy napój izotoniczny.

Tak więc bez wątpienia teraz, kiedy się wycierają, nie zauważają jej w kącie, gdzie właśnie odkaża ochraniacze na zęby. Licytują się, kto spał tego lata z iloma dziewczynami, i nie wiedzą, że słyszy całą ich rozmowę. Oczywiście, każdy z nich prawdopodobnie kłamie. To ich pierwotny instynkt, potrzeba rywalizacji, potrzeba walki o terytorium.

– Załóżmy się, kto w tym roku zaliczy więcej – mówi Eric Jordan. Jasne. Nawet gdyby nie był jednym z tych chłopaków, których Lucy oskarżyła o to, że ją zgwałcili, wszyscy wiedzą, że na pewno jest zdolny do różnych rzeczy. – Dziewice liczą się podwójnie – zapowiada. Większość chłopaków wybucha śmiechem. Tych kilku, którzy się nie śmieją, odwraca wzrok albo przewraca oczami. Ale nic nie mówią. – Zaczynamy od pierwszaczek. Z nimi jest najłatwiej.

– Stary, daj se siana – odzywa się jeden z chłopaków. – Moja siostra jest pierwszaczką.

– Czy jest lasencją? – pyta Eric Jordan.

Chłopak rzuca niechętne – spierdalaj – ale wśród ogólnego śmiechu ledwo go słychać. Może nie wszyscy chłopcy uczestniczą w tej rozmowie, żaden jednak nie robi nic, żeby ją przerwać.

Dziewczyna wie doskonale, że to, o czym myśli, jest złe, ale mimo wszystko chciałaby, żeby chociaż raz któryś z chłopaków spróbował wykorzystać właśnie ją.

Gdyby Erin DeLillo tolerowała metafory, można by powiedzieć, że potrafi odrobić pracę domową z zamkniętymi oczami. Dosłownie nie jest to, rzecz jasna, prawda, tak czy owak odrabia pracę szybko i bez trudu, nawet zadania z rozszerzonej matematyki i rozszerzonej chemii. Mama zawsze jej przypomina, jakie ma szczęście, że jest taka bystra: tylko niektóre aspiki są tak wyjątkowe, tak szczególne. Jak gdyby to było konieczne. Jak gdyby był to jedyny sposób, żeby wybaczono im to, czym są.

Siedzi na kanapie ze Spotem i przekąską złożoną z kawałków marchewki i domowej roboty surowego „sera” z orzechów nerkowca: zasłużyła już na dzisiejszy odcinek Star Treka: Następne pokolenie. Odcinek pięćset osiemnasty zatytułowany „Przyczyna i skutek” zaczyna się od sceny, w której wyżsi stopniem członkowie załogi grają w pokera. Data jest znakomitym graczem, ponieważ jego twarz nie okazuje żadnych emocji. Nic go nie zdradza. Zawsze ma pokerową twarz.

Erin pracuje nad tym, żeby mieć pokerową twarz. Nie płacze już tak często publicznie. Coraz lepiej idzie jej ukrywanie się, kiedy czuje się zraniona. Najwięksi prześladowcy na ogół już się nią znudzili i przenieśli swoją uwagę na inne nieszczęsne ofiary. Wciąż jednak pojawiają się spojrzenia, kiedy zdarza się jej powiedzieć coś dziwnego, parsknięcia, kiedy się potknie albo okaże niezdarna, ignorowanie, wykluczanie, mówienie do niej, jak gdyby była dzieckiem albo jak gdyby miała problemy ze słuchem – i to wszystko ze strony miłych ludzi.

W tym odcinku Enterprise utknął w pętli czasu: nieustannie powtarza się jeden i ten sam dzień i nikt nie wie, jak to przerwać.

Grace

– Prescott, to, że mogę tu być, to dla mnie zaszczyt! – mówi Mama Grace. Stoi za pulpitem, rozkładając szeroko ramiona, jak gdyby chciała objąć całą kongregację. Uśmiecha się swoim magicznym uśmiechem, tym, od którego aż mruży oczy i który sprawia, że czujesz się, jakby cię przytuliła, nawet kiedy jesteś po drugiej stronie sali. Grace rozgląda się i widzi, jak ludzie się uśmiechają, jak chłoną płynące od Mamy ciepło. Czują to: jej szczerość, jej pasję, jej miłość. Wystarczy jedno zdanie i Mama dokonuje podboju.

Grace pamięta czas, kiedy w ten sposób patrzono na Mamę w starym kościele, zanim zaczęła poruszać tak niewygodne tematy, jak sprawiedliwość społeczna i hipokryzja konserwatywnych wspólnot. Nawet różne stare zrzędy, które nigdy do końca nie wybaczyły jej tego, że jest kobietą, nie potrafiły się oprzeć, oczarowane jej zaraźliwym ciepłem. Należała do tych kaznodziejek, które sprawiają, że zaczynasz czuć się lepiej, które poświęcają dużo uwagi Księdze Przysłów, Pieśni nad Pieśniami i co przyjemniejszym Psalmom, mówią o Bożej miłości, pociesze i łasce. To główny pastor wygłaszał kazania o siarce i ogniu, on był tym facetem, który opowiada o grzechu. Mama rozgrzewała tłum dobrą nowiną, tak by byli gotowi na złą, którą on przynosił.

W tej chwili stoi tam i opowiada dowcipy. Ich dawny kościół nie przepadał za humorem.

– Nauczycielka poprosiła uczniów, żeby przynieśli na lekcję jakiś przedmiot, który reprezentuje ich wierzenia – opowiada z tym swoim silnym akcentem z Kentucky, przeciągając samogłoski. – Uczeń-katolik przyniósł krucyfiks, żyd menorę, muzułmanin dywanik modlitewny – przerywa, dla wzmocnienia efektu komicznego, zanim wypowie pointę – baptysta przyniósł zapiekankę serową. – Wszyscy wybuchają śmiechem.

– Tak, to prawda, wywodzę się z tradycji Południowej Konwencji Baptystów. Moja wiara przeszła ewolucję, a ja się przeprowadziłam. Ale pozwólcie mi powiedzieć: wciąż kocham dobrą, pełną sera zapiekankę! – Śmiech rozlega się ze wszystkich stron. – Musimy umieć śmiać się z samych siebie – mówi Mama. – Musimy podawać samych siebie w wątpliwość, kwestionować nasze najmocniejsze przekonania. Musimy ewoluować, zmieniać się i stawać się coraz lepsi. Sam fakt, jakim jest Jezus, samo Jego istnienie pokazuje nam, że zmiana jest konieczna, jest dziełem Boga. Jezus przyszedł, by wszystko odmienić. Przyszedł, by wszystko naprawić. Nie możemy Go obrażać, odmawiając kontynuowania jego dzieła.

W starym kościele nigdy tak nie mówiła. „Zmiana” była brzydkim, grzesznym słowem. Ich dawny, biały, niebieskooki Jezus był kimś całkiem innym niż facet, o którym opowiada teraz.

Grace nigdy jeszcze nie słyszała, żeby Mama mówiła z tak wielką pasją, z tak wielką radością. Cała kongregacja zdaje się naładowana elektrycznością. Słuchają Mamy, wczuwają się w jej słowa. Sięga do ich wnętrza i dotyka ukrytych w nich okruchów Boga. Ojciec Grace siedzi tuż koło niej, obok, na kościelnej ławce, leży telefon, który nagrywa całe kazanie. Kościół przygotowuje własne nagranie, które zamieści na swojej stronie, ale zrobi to najwcześniej jutro, tymczasem Tata będzie chciał przesłuchać całość od razu, zrobić notatki, wybrać cytaty, spojrzeć na słowa Mamy pod nowym kątem, wszystko, by uczynić ją sławną. Będą siedzieć dziś wieczorem przy stole w jadalni i podczas gdy Grace usiądzie do odrabiania prac domowych, oni do późna w nocy będą omawiać dwa swoje ulubione tematy: Boga i interesy.

Grace siedzi w pierwszym rzędzie, czuje się jednak tak, jak gdyby Mama była oddalona o wiele mil. Grace jest jedną z wielu, po prostu osobą z publiczności, owieczką ze stada. Jej serce pęka z tęsknoty.

Popatrz na mnie – myśli. – Spraw, żebym poczuła się ważna.

Tak się jednak nie dzieje. Mama należy do wszystkich, nie tylko do Grace.

Mama przechadza się tam i z powrotem, porzuca ograniczenia kazalnicy, przejmuje tyle przestrzeni, ile tylko może, radując się swobodą, jakiej nie miała nigdy wcześniej. Ten kościół nie jest nawet zbliżony wielkością do megakościoła, z którego się wywodzą, ale wciąż jest na tyle duży, że musi mieć mikrofon przyczepiony do kołnierza togi. A kongregacja należy do niej, jak nigdy wcześniej. Wszyscy są jej.

 

Kiedy wstają, by zaśpiewać nie jeden z hymnów z książeczki do nabożeństwa, ale protest song z lat sześćdziesiątych, skopiowany i rozdawany wszystkim, Grace uświadamia sobie, że ma mokrą twarz. Ociera oczy i porusza ustami, powtarzając bezgłośnie słowa pieśni. W swoim wnętrzu czuje puste miejsce, przestrzeń, która nie chce się zapełnić. Próżnię. Czuje to nawet teraz. Nawet tu i teraz, gdzie Bóg powinien uczynić ją jednością.

Po nabożeństwie Mama jest jak gwiazda rocka rozdająca fanom autografy. Stoi na tle wielkiego kolorowego muralu, wykonanego przez dzieci ze szkółki niedzielnej, który głosi Jezus nie odrzuca nikogo – my też nie. Połowa kongregacji ustawiła się w kolejce, żeby z nią porozmawiać, uścisnąć jej dłoń, powiedzieć, jak zachwyciło ich kazanie, jak bardzo są zaszczyceni i wdzięczni, że wybrała na swój nowy dom ich kościół. Grace wciąż nie bardzo rozumie, jak to się stało, że wyrzucenie ze służby w wiejskim megakościele sprawiło, że Mama błyskawicznie osiągnęła status gwiazdy, no ale oto są tutaj, a to Mama wprawiająca w podziw swoich groupies. I Tata, tuż koło niej, jej oddany doradca, jak zawsze. Grace stoi w rogu, między ścianą a rozkładanym stołem i pakuje sobie do ust ciasteczka.

– Hej! – Wielki nastolatek podchodzi do niej, jedyna młoda czarna twarz w morzu bieli. – Ty jesteś córką nowej kaznodziejki?

– Ummm, tak? – mruczy Grace, plując okruchami ciastka.

– Nie chcesz stanąć w powitalnej kolejce?

Grace ociera usta wierzchem dłoni. Zanim udaje jej się wymyślić odpowiedź, chłopak wyciąga ogromną, ciężką dłoń.

– Jesse Camp – przedstawia się.

Grace rzadko spotyka osoby, przy których czułaby się drobniutka, ale on stanowczo jest kimś takim.

– Grace Slater.

– Chodzisz do Prescott High?

– Ta.

– Ja też. Ostatnia klasa. Twoja mama jest naprawdę fajna.

– Dziękuję.

– Tu jest pewnie całkiem inaczej niż tam, skąd jesteście, co?

– Nie wiem. Jesteśmy tu dopiero tydzień.

– Szkoły są pewnie wszędzie podobne, co? – mówi. – Te same sitwy. Ta sama guzik prawda.

– Guzik prawda? – powtarza Grace, uśmiechając się bodaj po raz pierwszy tego dnia.

– Pomyślałem, że słowo, którego naprawdę chciałbym użyć, byłoby raczej nieodpowiednie w Domu Bożym.

– Taa – zgadza się Grace. – Ta sama guzik prawda.

– Fajnie. – Jesse sięga po ciasteczko.

Grace robi to samo. Później przez kilka minut żują w milczeniu. To milczenie nie jest kłopotliwe. Jesse trochę przypomina Grace pluszowego misia – takiego, który nie jest może szczególnie atrakcyjny, ale jednocześnie jest słodki.

– Jak byłem mały, moja rodzina uczęszczała do bardziej tradycyjnego kościoła – mówi chłopak. – Do metodystów. Po drugiej stronie miasta. Wiesz, ten, do którego chodzą wszyscy czarni. Wszystkich dziesięcioro. – Śmieje się z własnego żartu. – Moja mama prowadziła kółko modlitewne i takie tam. A potem moja siostra – to znaczy mój brat – ujawniła się dwa lata temu jako osoba trans i przez to mama musiała przemyśleć na nowo, gdzie może czuć się mile widziana. No wiesz, mamie nie podobało się, kiedy ludzie mówili, że jej dzieciak jest abominacją.

Grace kiwa głową. Wie. Dużo wie, jak to jest, kiedy kościół kogoś odrzuca. Ale czemu ten chłopak mówi jej to wszystko przy stole z ciasteczkami?

– Ile ciastek zjadłaś? – pyta Jesse.

– Yyyy, nie wiem?

– Ja też. Nie są wcale takie pyszne, ale po prostu nie mogę przestać ich jeść. To jest ta jedna rzecz, na którą czekam, kiedy mam iść do kościoła.

Grace śmieje się.

– Ja też.

– Ale może teraz będę miał jeszcze coś, na co będę mógł czekać – mówi Jesse z uśmiechem.

Grace krztusi się ciastkiem.

– W porządku? – pyta Jesse. Poklepuje ją po plecach swoją ogromną łapą. – Chcesz trochę wody? Masz, weź moją lemoniadę. – Grace pociąga z papierowego kubeczka łyk wodnistej lemoniady.

– Już w porządku – mówi, kiedy kaszel ustaje.

– Na pewno?

– Tak – odpowiada, ale jest to prawdą tylko w połowie. Nawet jeśli już nie próbuje zakrztusić się na śmierć, nadal gotowa jest umrzeć ze wstydu. – Opowiedz mi o swoim bracie. – Zmiana tematu to zawsze dobry pomysł.

– Zaczął brać testosteron i teraz ma muskuły większe niż ja – mówi Jesse, połykając kolejne ciastko. – Jedyne, czego nie rozumiem, to jego pomysłu na imię: Hector. W sensie, jak już możesz sobie wybrać dowolne imię, po jaką cholerę wybierać takie lamerskie?

Grace myśli, że może powinna się roześmiać, ale Jesse mówi to z całkowicie kamienną twarzą, więc dodaje tylko: – Och? – Chciałaby już uciec od tej rozmowy, ale jednocześnie, żeby nigdy się nie kończyła.

– Jestem pewien, że w drugą stronę byłoby inaczej – ciągnie Jesse. – Gdybym ja postanowił zostać laską? Nie ma mowy, żeby moi rodzice zmienili kościół, żeby mnie wesprzeć i zaczęli zwracać się do mnie nowym imieniem. Ojciec skopałby mi tyłek, gdybym chciał zostać dziewczyną. Trochę to trwało, ale teraz totalnie jest zadowolony, że ma drugiego syna. No wiesz, to jest tak, że dziewczyny mogą nosić spodnie, ale facet prędzej umrze, niż włoży kieckę? Podwójny standard, jak nic. Nie żebym chciał chodzić w kieckach czy coś.

– Jasne – zgadza się Grace.

Jesse się śmieje.

– Czy to, że ci to wszystko opowiadam, nie jest trochę dziwaczne?

Grace spogląda na jego wielką miękką twarz, w jego ciepłe brązowe oczy.

– Trochę jest – przyznaje. – Ale cieszę się, że mi to mówisz.

– Po prostu tak jakoś wyszło.

– W porządku.

– Teraz trochę mi wstyd.

– Niepotrzebnie.

– Czy ludzie często mówią ci różne rzeczy, dlatego że jesteś córką pastorki? Czy myślą, że na przykład możesz udzielić im dobrej rady?

Grace nie może się powstrzymać i wybucha śmiechem. Nikt nigdy w Adeline nie poprosił ją o radę w żadnej sprawie. Nie jest podobna do Mamy, nie jest osobą, której zdanie kogokolwiek by obchodziło.

– Nie – mówi. – Absolutnie nie.

– Aha. A powinni. Naprawdę dobrze się z tobą rozmawia. Masz coś takiego, jakąś taką uspokajającą energię.

– Dzięki.

Kobieta, która jest pewnie matką Jessego, woła go z drugiej strony pokoju, gdzie stoi w kolejce do Mamy Grace.

– Wygląda na to, że już prawie nasza kolej – stwierdza Jesse. – Miło było cię poznać. Przypomnij, jak masz na imię?

– Grace.

– Grace. Pewnie zobaczymy się w szkole. Dzięki za poradę.

Obraca się, a jego szerokie plecy zasłaniają Grace jej rodziców. Dziwne, że podziękował jej za radę, skoro nie zrobiła nic, tylko słuchała.

Grace z Tatą wracają spacerkiem do domu, Mama zostaje, żeby spotkać się z którymś z komitetów. Jak się zdaje, wszystkie kościoły, nieważne, konserwatywne czy liberalne, mają wspólną cechę: mnóstwo komitetów.

– Prawda, że była wspaniała? – cieszy się Tata. Nie przestaje się uśmiechać.

– Tak, poradziła sobie naprawdę dobrze.

– Muszę przepisać jej kazanie. Było w nim parę rzeczy, które zdecydowanie powinny znaleźć się w jej książce.

– Yhm.

– Zajmiesz się sobą przez jakiś czas? Mama wróci za kilka godzin i zjemy razem kolację. Myślę, że dziś wezmę się za gotowanie, zamiast zamawiać jedzenie na wynos. Możesz w to uwierzyć?

– Jasne – mówi Grace. – Taa.

Wędruje po schodach do swojego pokoju i kładzie się na łóżku. Odkąd przyjechali do Prescott tydzień temu, Grace rozpakowała się na tyle, żeby porządnie pościelić łóżko, ale wciąż ma większość rzeczy w walizkach. Niepootwierane pudła nadal piętrzą się dookoła.

Grace przewraca się na bok, twarzą do ściany bez okna. Na komódce leży lusterko niewypakowane z bezkształtnego kłębka ręczników i papierowej taśmy. Nie widzi powodu, żeby je wyjmować. Ściana jest wypaczona, w rogu znajduje się wyraźne wybrzuszenie. I właśnie tutaj, na samym dole, gdzie ściana spotyka się z połamaną listwą, która kiedyś była biała, widać malutkie litery, graffiti tak mikroskopijne, jak gdyby wyskrobały je myszy.

Grace stacza się z łóżka i klęka w rogu, żeby przyjrzeć się bliżej.

Usłysz mnie, mówią literki.

Pomóż mi.

Klęczy, jak gdyby szykowała się do modlitwy i raz za razem odczytuje te słowa.

Rosina

Praca w La Cocina jest tak gówniana, że nawet nie wiadomo, od czego zacząć wyliczać jej wady. Może na przykład od tego, że wracasz do domu, śmierdząc olejem i wędzonym chili i że ten zapach tak głęboko wnika w twoje ubrania, że nie możesz go w żaden sposób zmyć, że wnika w pory twojej skóry, że kiedy wychodzisz z pracy, masz wrażenie, jakby to ciebie zanurzono w głębokim tłuszczu, usmażono i pokryto ciągnącym się bladym serem, jakby twoje uszy, nos i przestrzeń między palcami wypełniał zastygający sos mole.

Być może najgorszą rzeczą w pracy w La Cocina jest szef (Tío José), który całą noc wydziera się na Rosinę z powodu jednego zbitego talerza, chociaż to był wypadek i chociaż powiedziała, że za niego zapłaci. Czasem po prostu musi się powydzierać i czasem Rosina po prostu musi to znosić. Nie ma mowy, żeby mogła zastrajkować czy coś w tym stylu. Nie istnieje żaden związek zawodowy dla nieletnich pracownic, zatrudnionych na czarno w rodzinnej firmie, prowadzonej tak, jak gdyby znajdowała się nadal w jakiejś meksykańskiej wiosce, w której dzieci po szóstej klasie przestają chodzić do szkoły. I nie ma mowy, żeby Mami kiedykolwiek poparła Rosinę albo stanęła po stronie córki przeciwko reszcie rodziny.

Może najgorsze jest to, że trzeba patrzeć, jak Mami haruje w kuchni jak wół, jak w rogu kuchni schyla się, łapiąc się za plecy z bólu, ale nie mówi ani słowa. A może najgorsza jest martwa mysz znaleziona za czterdziestofuntowym workiem mąki kukurydzianej. Albo dolewanie ostrego sosu i to, że za każdym razem Rosina zaczyna przy tym płakać, mimo że nauczyła się to już robić z zamkniętymi oczami. Może chodzi o to, że szefem jest Tío José, chociaż całą prawdziwą robotę wykonuje Mami. Może o to, że traktuje wszystkich jak gówno i wszyscy mu na to pozwalają. Albo o to, że udowodniono naukowo, że osobom kolorowym ludzie dają mniejsze napiwki. A może chodzi po prostu o wszystko.

Rosina wraca do domu, szybko pedałując na rowerze, i wyobraża sobie, jak cały brud, nagromadzony w pracy, sfruwa z jej ciała, znika w ciemności nocy, jakby wchłonięty przez gąbkę. Jest wyjątkowo brudna, ponieważ ostatnia torba śmieci rozdarła się dokładnie w momencie, w którym wrzucała ją do kontenera, i wszystko, co zwykle wycieka z surowych kurczaków, wylało się na nogi Rosiny. Może powinna po prostu zacząć wylizywać te wszystkie gnijące szczątki, złapać salmonellę, umrzeć na zatrucie pokarmowe i zakończyć raz na zawsze tę parodię życia.

Weź się w garść – mówi do siebie Rosina. Samobójcze żarciki, co za banał.

Tak naprawdę chciałaby wiedzieć, czy inni też żyją w stanie nieustającej furii wywołanej poczuciem upokorzenia, czy też jest to tylko jej szczególna przypadłość.

Nieważne. Kiedyś wreszcie będzie to miała za sobą. Nadejdzie dzień, w którym Rosina skończy szkołę, wypełznie spod warstw tłuszczu i ucieknie do Portland, gdzie założy dziewczyńską punkową kapelę i nigdy więcej jej noga nie postanie ani w Prescott, ani w żadnej meksykańskiej knajpie.

Powrót do domu przynosi przynajmniej pewną pociechę. Abuelita śpi na kanapie przed telewizorem, jej miękką twarz rozjaśnia niekończący się strumień telenoweli. Rosina podnosi koc, który spadł, i podciąga go aż pod brodę Abuelity, po czym rusza pod prysznic, gdzie zdziera z siebie lepkie od brudu robocze ciuchy, puszcza wodę tak gorącą, jak to tylko możliwe, i zaczyna ścierać wszystko ze swojej skóry i zmywać z włosów, aż nuda i niemili klienci spływają z niej i razem z mydłem znikają, wirując w odpływie. Jej skóra znów należy do niej. Znowu pachnie sobą.

Siada na łóżku owinięta ręcznikiem. Może przynajmniej cieszyć się własną sypialnią, jej kuzynki mają wspólny pokój. Może ozdobić to miejsce, jak jej się podoba, pomalować ściany na ciemny granat, powiesić plakaty swoich ulubionych zespołów, grać na gitarze i pisać piosenki niepodsłuchiwana przez nikogo. Rosina czuje jednak ukłucie wstydu na myśl, że korzysta z faktu, że jej matka nie miała już szansy mieć więcej dzieci i że – w każdym razie z tego, co Rosinie wiadomo – Mami nie uprawiała seksu ani razu, odkąd ojciec Rosiny umarł siedemnaście lat temu. Może dlatego cały czas tak zrzędzi.

W domu panuje cisza. Mami jest jeszcze w restauracji, sprząta kuchnię, przygotowuje jedzenie na jutro. Wujowie są pewnie na podwórku któregoś z sąsiadów: wszyscy mężczyźni, którzy wrócili z pracy w restauracjach i na polach, siedzą na plastikowych krzesełkach, popijając piwo, a ich żony w tym czasie zajmują się domami, dziećmi i całą resztą. Samotność jest pożądaną odmianą po godzinach spędzonych w otoczeniu tłumu wrzeszczących kuzynów albo narzekających klientów, mniej pożądane jest uczucie pustki. Rosina podejrzewa, że musi istnieć jakiś punkt znajdujący się między tymi skrajnościami, coś pośredniego między osamotnieniem a żywiołową nienawiścią do wszystkich naokoło. Wciąga legginsy i stary tiszert, wsuwa telefon do opaski na ramię – nie żeby ktokolwiek miał do niej zadzwonić ani żeby ona miała dzwonić do kogoś. Ale zawsze trzeba mieć nadzieję, czyż nie?

 

Może na przykład zadzwoni ta dziewczyna, którą Rosina poznała na koncercie w Eugene, otwartym dla wszystkich bez ograniczeń wiekowych, na który wymknęła się w ostatni weekend. W równoległym wszechświecie, nie tak ciasnym i zacofanym, prawdopodobnie nie pomyślałaby w ogóle o tej dziewczynie z koncertu. Tak naprawdę wcale nie była w typie Rosiny, nie była ani superfajna, ani słodka, ani interesująca. Ale była dziewczyną. I lesbijką. A Rosina nie była z nikim od czasu Gerte, jej pierwszej i jedynej prawdziwej dziewczyny, niemieckiej uczennicy z wymiany, która wyjechała w czerwcu. Wcześniej, w pierwszej klasie, kilka razy zdarzyło się, że wstawiona, całowała się z ciekawskimi heteryczkami, ale wszystko kończyło się, kiedy dziewczyny trzeźwiały. Tamte mogły po prostu wzruszać ramionami i chichotać zadowolone, że zdobyły świetną historię do opowiadania kiedyś w przyszłości, mogły być dumne, że są tak otwarte i lubią przygody, tyle że Rosina miała złamane serce. Kiedy ta sama historia wydarzyła się po raz trzeci, przysięgła sobie, że już da sobie spokój ze szkolnymi imprezami i z heteryczkami.

Rosina schodzi cicho i siada na kanapie koło babci. Nawet kiedy Abuelita śpi, sama bliskość jej ciała zapewnia pocieszenie. Jest jedyną osobą na świecie, z którą Rosina nie musi walczyć.

– Alicia – mówi Abuelita przez sen, nazywając Rosinę imieniem swojej dawno zmarłej córki.

Rosina ściska kościstą rękę babci, wydycha kwaśne ciepło jej oddechu.

– Sí, Abuelita? – mówi. – Tak, babciu? Estoy aquí. Jestem tu.

Abuelita mruczy coś, czego Rosina nie rozumie, ale ma nadzieję, że to znaczy „kocham cię”.

Telefon zaczyna brzęczeć. Erin dzwoni bardzo rzadko, jeśli już, to zwykle po to, by wygłosić jakąś tyradę, opowiedzieć o jakieś rybie, o której właśnie czyta, albo o odcinku Star Trek, który przed chwilą obejrzała. Biorąc pod uwagę pecha Rosiny, może to być jeszcze Mami, która dzwoni, żeby kazać jej wrócić do restauracji. Na pewno nie dziewczyna z koncertu, która powiedziała Rosinie, że jest za młoda, i niechętnie przyjęła kawałek papieru z numerem telefonu wypisanym krwistoczerwoną szminką.

– Rosina? – odzywa się dziewczęcy głos z nieznanego numeru.

Serce Rosiny otwiera się, tylko troszeczkę. Świat nagle staje się miejscem, do którego może mogłaby należeć.

– Tutaj Grace? Ze szkoły? Dałaś mi swój telefon w stołówce kilka dni temu?

To tylko ta blada dziewczyna, która mówi, jakby zawsze zadawała pytania, trochę tajemnicza nowa koleżanka, która dołączyła do Rosiny i Erin podczas lanczu. Pordzewiały mechanizm w klatce piersiowej Rosiny znów zaczyna się zatrzaskiwać.

– Tak? – pyta Rosina, przeczesując palcami mokre, nierówne włosy. Może powinna je po prostu obciąć, ogolić całą głowę jak Erin, zacząć od zera.

Pauza, a potem:

– Musisz mi powiedzieć, co się stało Lucy Moynihan.

Głos w słuchawce – zdecydowany, twardy, nagle domaga się, a nie prosi o pozwolenie.

Rosina wzdycha. Gdyby mogła zapomnieć historię Lucy Moynihan, zrobiłaby to w mgnieniu oka. Nie ma pojęcia, dlaczego Grace tak strasznie chce ją poznać.

Dobra – myśli. Opowie jej historię dziewczyny, która zniknęła. Opowie jej historię, o której wszyscy twierdzą, że w nią nie wierzą.