Dziewczyny znikąd

Tekst
Autor:Amy Reed
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Erin, rozmawiałyśmy o tym. Nie przeprowadziliśmy się z tego powodu. Tata dostał tu propozycję pracy.

Ale Erin nie musi być geniuszem (chociaż jest), żeby znać prawdziwe powody, dla których się przeprowadzili. Niezależnie od tego, czy rodzice to przyznają, wie, że nikt dobrowolnie nie rezygnuje z etatu na Uniwersytecie Waszyngtońskim, żeby przenieść się na uniwersytet w Oregonie na stanowisko zdecydowanie gorzej płatne.

– Mamo – Erin zmienia temat – potrzebne ci lepsze zajęcie.

Rozpoznaje ten wyraz twarzy mamy. To jak twarz, która się wydłuża, tylko jeszcze gorzej.

– Empatia, Erin – odpowiada mama miękko. Ma mokre oczy.

Erin czuje, jak coś chwyta i wykręca miejsce bólu w jej klatce piersiowej. To znaczy, że powinna przeprosić.

– Potrzebuję przestrzeni – stwierdza zamiast tego. – Będę w swoim pokoju.

Mama męczy Erin bardziej niż większość ludzi. To nie samo przebywanie wśród ludzi powoduje, że baterie Erin się wyczerpują, chodzi raczej o bycie z ludźmi, którzy chcą, żeby zachowywała się jak osoba, którą nie jest.

– Chodź, Spot – mówi Erin.

Pies wychodzi za nią z kuchni, lojalny nawet wówczas, gdy Erin mówi rzeczy, przez które mama jest smutna. Erin nie ma pojęcia, czy kiedy ona sobie idzie, mama przenosi się gdzieś ze swojego miejsca przy blacie wyspy kuchennej, ponieważ za każdym razem, kiedy wraca, mama znajduje się dokładnie tam gdzie przedtem.

Grace

Grace spuszcza głowę, nawigując między różnymi grupkami, które tłoczą się na frontowych schodach Prescott High School. Zza grzywki widzi fragmenty twarzy, fryzur i ubrań, w głowie błyskawicznie kataloguje tych, których powinna unikać. Jakaś zupełnie inna osoba starałaby się raczej szukać ludzi, z którymi mogłaby się naprawdę zaprzyjaźnić, lecz jeśli chodzi o Grace, jej strategia znajdowania przyjaciół opiera się na procesie eliminacji. Długo i poważnie rozważała swój plan, w którego ramach najpierw zamierza wykreślić osoby popularne, te z najwyższej półki (dobra, kogo stara się oszukać? Prawdopodobnie te z drugiego rzędu też), przegrywów z najniższej półki, ćpunów, najgorsze fujary, szczególnie podejrzanych outsiderów, a następnie zainteresować się tymi, którzy zostaną. W dawnej szkole przyjaciółkami Grace automatycznie stawały się dzieci rodziców, którzy najbardziej gorliwie udzielali się w kościele Mamy, dzieci, z którymi dorastała, chodząc przez lata razem do szkółki niedzielnej i udzielając się w grupach młodzieżowych. Ostatecznie okazało się, że była to droga donikąd. Straciła wszystkie przyjaciółki, jakie kiedykolwiek miała: porzuciły ją jednomyślnie, gdy ich rodzice orzekli, że Matka Grace została w zasadzie opętana przez Diabła. Grace nie może pozwolić, by coś podobnego przydarzyło się jej jeszcze raz.

Grace udaje się zlokalizować sekretariat; bierze głęboki wdech. Wykonała swoje pierwsze zadanie. Zdołała przejść przez frontowe drzwi. Teraz trzeba zdobyć plan zajęć. Jeśli podzieli cały dzień na drobne cząstki, to, co ją czeka, nie będzie wydawało się aż tak przerażające.

Proszę, Boże – modli się cicho. – Daj mi siłę. Przeprowadź mnie przez te męczarnie.

Wydaje się jej, że już od bardzo długiego czasu stoi przed biurkiem w sekretariacie. Po drugiej stronie siedzi dziewczyna z ogoloną głową, o androgynicznym wyglądzie, wlepiając wzrok w ekran komputera. Grace wie, że dziewczyna ją widzi, nawet jeśli zachowuje się, jakby było inaczej.

– Umm, hej? – odzywa się wreszcie.

Dziewczyna spogląda na nią przez chwilę, po czym wraca do ekranu komputera.

– Nie powinnam zajmować tego biurka – mówi głosem wypranym z emocji. – Komputer, którego powinnam używać, jest w pomieszczeniu z tyłu, tyle że jest popsuty.

– Tak, w porządku? – ciągnie Grace. Łysa dziewczyna wierci się przez chwilę, wygląda na zdenerwowaną, ale nic nie mówi. – Ymmm – ciągnie Grace. – Przyszłam, żeby dostać swój plan zajęć?

– Powinnaś była dostać go mailem dwa tygodnie temu.

– Ymm, dopiero co się tu przeprowadziłam? Więc dwa tygodnie temu nie miałam jeszcze adresu? Kazali mi zgłosić się do sekretariatu...

Dziewczyna wreszcie podnosi wzrok:

– Jacy oni?

Przysadzista kobieta wybiega z sąsiedniego pokoju.

– Bardzo przepraszam, słonko – mówi. – Wyszłam dosłownie na minutkę. – Spogląda na łysą dziewczynę z lekkim wyrazem niepokoju na twarzy, później znów wraca do Grace. – Czy Erin ci pomaga?

– Ymm, tak jakby?

– Masz szczególną manierę mówienia – zwraca uwagę dziewczyna, która ma na imię Erin. – Brzmi tak, jak gdybyś zadawała pytania, nawet kiedy tego nie robisz.

– Erin – wzdycha kobieta. – Czy możesz, proszę, skupić się na swoim zadaniu i pozwolić mi zająć się tą młodą damą?

– Starałam się być przyjazna – odpowiada miękko Erin. Bierze głęboki wdech i pociera dłonie jedną o drugą, jak gdyby próbowała wmasować w nie jakiś krem.

– Erin, wszystko w porządku – mówi kobieta. – Uspokój się.

– Jeszcze nigdy w dziejach ludzkości nie zdarzyło się, żeby powiedzenie „uspokój się” kogokolwiek uspokoiło – odpowiada Erin.

– Jak mogę ci pomóc, kochanie? – Kobieta zwraca się do Grace z tym specyficznym wyrazem twarzy, który ma dać Grace do zrozumienia, że coś je łączy, przy czym Grace podejrzewa, że tym czymś miałaby być irytacja wywołana zachowaniem Erin.

Jednak, myśli sobie Grace, Erin wydaje się zestresowana, więc czy ta kobieta nie powinna raczej próbować jej pomóc? Bo przecież pracuje w szkole, a czy to nie oznacza, że ma obowiązek pomagać uczennicom?

– Jestem Grace Slater. Właśnie się tu przeprowadziłam. Miałam odebrać swój plan.

– Oczywiście – mówi kobieta, głosem o wiele bardziej przyjaznym niż ten, którego używała, rozmawiając z Erin. – Witamy w Prescott! Nazywam się Poole. Prowadzę sekretariat. Jak ci się podoba w Prescott?

– Jest w porządku, tak mi się w każdym razie wydaje?

– Znajdujemy się dokładnie osiemdziesiąt jeden przecinek siedem mil od najbliższej plaży – wtrąca Erin. – A to nie jest w porządku.

Pani Poole ignoruje Erin. Przeszukuje leżącą na biurku teczkę, wyciąga jakąś kartkę.

– Proszę bardzo. Plan lekcji Grace Slater. Klasa wychowawcza: literatura amerykańska z panem Baxterem.

– Pan Baxter jest trenerem futbolu i wybiera tylko książki autorstwa martwych heteroseksualnych białych mężczyzn – mówi Erin.

– Erin, dość – ucina pani Poole. – Zaraz będzie dzwonek. Może pokażesz Grace, gdzie ma teraz zajęcia? Nie chcemy, żeby spóźniła się pierwszego dnia.

Erin wstaje. Chociaż ma na sobie za dużą flanelową koszulę, narzuconą na workowaty tiszert, i kiepsko dobrane dżinsy, Grace zauważa, że ma ciało modelki, i zaczyna się zastanawiać, dlaczego tak bardzo stara się to ukryć. Gdyby Grace miała takie ciało, chciałaby, żeby każdy o tym wiedział.

– Chodźmy. – Erin wychodzi z sekretariatu, nie sprawdzając nawet, czy Grace idzie za nią.

Grace chce spytać Erin, czemu pani Poole uznała, że może być dla niej tak niemiła, dlaczego zachowuje się tak, jak gdyby uważała, że Erin to nie dotknie, ale zamiast tego mówi do tyłu głowy Erin:

– Czy mieszkasz tu od dawna?

– Ponad dwa lata.

– Gdzie mieszkałaś wcześniej?

– W Seattle.

– Ach, czy tam było zimno? Słyszałam, że tam jest zimno.

– Masz silny akcent.

– Jestem z Kentucky.

– Tu jest klasa pana Baxtera. – Erin zatrzymuje się przed otwartymi drzwiami, kierując wzrok w ziemię.

Grace uświadamia sobie, że poza tym pierwszym rzutem oka znad komputera, kiedy weszła do sekretariatu, Erin ani razu nie spojrzała jej w oczy.

– Dzięki.

Erin przesuwa wzrokiem po podłodze. Po dłuższej chwili milczenia mówi wreszcie:

– Nie ma za co. – I odchodzi.

Grace wchodzi do głośnej sali, znajduje krzesło z tyłu. Ma wzrok wbity w podłogę, więc nie wie, czy ktokolwiek na nią patrzy. Nie wie, co byłoby gorsze – czy to, że patrzą, czy przeciwnie, że nikt nie zwraca na nią uwagi. Dzwoni dzwonek. Nauczyciela na razie nie widać.

– Słyszałam, że Lucy Moynihan miała załamanie nerwowe po tym, jak odeszła ze szkoły – mówi ciemnowłosa dziewczyna, siedząca obok Grace. – Dosłownie, no wiecie, pękła. Teraz jest w jakimś psychiatryku gdzieś w Idaho czy coś w tym stylu.

– Nieee, nieprawda – odpowiada jej blond przyjaciółka. – Jej rodzina po prostu przeniosła się do Portland, ponieważ wstydzili się i nie dawali sobie z tym rady.

– Udało jej się – stwierdza pierwsza dziewczyna. – To całe zamieszanie, którego narobiła. No wiesz, nie mogła wymyślić lepszego sposobu, żeby zwrócić na siebie uwagę?

Obie dziewczyny chichoczą. Grace chciałaby, żeby przestały. Nie znała Lucy, nie zna całej historii, ale w głębi duszy wie, że dziewczyna, która wyskrobała ten napis w swoim pokoju, na pewno nie starała się po prostu zwrócić na siebie uwagi.

Ale uczucie przykrości miesza się z nadzieją, że może te dziewczyny okażą się kandydatkami na przyjaciółki. Jest pewna, że nie należą do najbardziej popularnych, ale nie są też na najniższym szczeblu. Są podobne do niej, należą do tego rodzaju dziewcząt, których się nie zauważa. Plotkują, ale co z tego? Grace i tak będzie pewnie musiała nauczyć się nie zwracać uwagi na tego typu rzeczy. Nie jest tak, że ma milion możliwości.

Zamyka oczy. Mówi do siebie: powiedz cześć. Modli się o siłę. Otwiera usta, ale właśnie w tej samej chwili wysoki, gruby, schludny mężczyzna wchodzi ze stosem podręczników do klasy.

– Hejka, trenerze Baxter! – woła napakowany chłopak z pierwszego rzędu.

– Aarons – odpowiada nauczyciel. – Gotowy na piątkowy mecz?

– Tak jest! – Kilku chłopaków w sportowych kurtkach zaczyna pohukiwać i przybijać piątki.

 

– Proszę, McCoy. – Nauczyciel zwraca się do jednego z futbolistów, upuszczając stos książek na jego biurko. – Proszę rozdać.

– Tak jest, trenerze.

– W porządku – mówi pan Baxter, przeszukując stos papierów na swoim biurku. – Obecność, obecność. Gdzie jest moja lista obecności?

Głośnik wydaje z siebie donośny trzask.

– Dzień dobry Prescott High School, życzymy udanego pierwszego dnia szkoły – rozlega się kobiecy głos. – Mówi dyrektor Slatterly. – Pół klasy wydaje z siebie jęk. – W imieniu nauczycieli i pracowników administracyjnych chcę wam powiedzieć, że cieszymy się, widząc was znowu, i mamy nadzieję, że wróciliście z wakacji wypoczęci i gotowi do nauki. – Jej głos staje się surowy. – Pragnę podkreślić, że misją Prescott High School jest, oprócz zapewnienia wam wykształcenia, także wpojenie naszym uczniom szacunku dla autorytetów, dyscypliny i porządku. Bez nich nasza szkoła, nasza społeczność, społeczeństwo jako takie ulegnie rozpadowi. Naszym celem jest wychowywanie i rozwijanie prawych członków społeczeństwa, młodych mężczyzn i kobiet, którzy pragną umacniać, a nie zaburzać i niszczyć, szkolnego ducha. – Chrząka, a jej głos znów staje się rześki. – Nasza reprezentacyjna drużyna futbolowa w tym roku robi wrażenie silniejszej niż kiedykolwiek, więc szykujemy się na to, że w piątek wieczorem narobimy prawdziwego szumu! Pamiętajcie, drodzy uczniowie, tylko wy macie kontrolę nad własną przyszłością. Spartanie, do boju!

Połowa klasy wiwatuje, reszta obojętnie gapi się przez okno. Blondynka, jedna z dwóch plotkujących dziewczyn, uśmiecha się do Grace. Grace martwi się, że jej uśmiech może wydawać się krzywy. Dziewczyna pyta:

– Jesteś nowa?

– Taa. Cześć, jestem Grace.

– Allison. Miło cię poznać.

Jej przyjaciółka mówi:

– Hej, ja jestem Connie. – Grace czuje w sercu drgnienie nadziei. Przecież wszystkie dziewczyny plotkują. Nawet te miłe czasem bywają wredne.

– W porządku – mówi znów trener Baxter, stając przed klasą. – Na tych zajęciach zajmujemy się literaturą amerykańską. Zanim zaczniemy, jest kilka rzeczy, które chciałbym, żebyście wiedzieli. Wierzę w kanon. Wierzę w czytanie wielkich dzieł literatury, które przetrwały wieki, ponieważ podejmują tematy uniwersalne. Nie zamierzam marnować naszego czasu na teksty, które zyskały chwilową popularność, bo są modne lub politycznie poprawne. Moje zadanie polega na tym, aby zapewnić wam dobre podstawy, zapoznać z klasyką, i dokładnie tym będziemy się zajmować. Zaczniemy od wyboru tekstów Edgara Alana Poe, Ralpha Waldo Emersona i Henry’ego Davida Thoreau. Następnie przeczytamy Moby Dicka Hermana Melville’a.

– A czy to nie jest książka o wielorybie? – pyta chłopak z pierwszego rzędu.

– To książka o obsesji, a także o wiecznej walce człowieka z sobą samym i z Bogiem – odpowiada pan Baxter. – Między innymi. Ale tak, jest tam też wieloryb. I jak, Clarence, zgadzasz się na to?

– Tak jest, trenerze.

– Dobrze. Po Moby Dicku przejdziemy do czytania wybranych tekstów wielkich Amerykanów: Marka Twaina, Henry’ego Jamesa, Faulknera, Hemingwaya, Steinbecka. Następnie czeka nas prawdziwa przyjemność: Wielki Gatsby Francisa Scotta Fitzgeralda, książka uważana przez większość inteligentnych ludzi za największą powieść amerykańską. Jeśli pod koniec semestru zostanie nam trochę czasu, wtedy, mam nadzieję, będziemy mogli poczytać teksty kilku żyjących autorów, w tym mojego ulubionego pisarza, Jonathana Franzena. A teraz – mówi – otwórzcie podręczniki na pierwszym rozdziale. Będziemy czytać po kolei. Strona czwarta: Czym jest powieść? Kto chce zacząć?

Grace otwiera leżący na jej biurku podręcznik. Na stronie czwartej ktoś ołówkiem narysował penisa w okularach przeciwsłonecznych.

Grace zgubiła się, próbując zlokalizować swoją szafkę, więc kiedy wreszcie udaje jej się dotrzeć do stołówki, jest tam prawie pełno. Stara się znaleźć Connie i Allison, dziewczyny z jej grupy wychowawczej, one chyba jednak jedzą lancz gdzie indziej. Rozgląda się zatem po całej sali, szukając innych potencjalnych przyjaciółek – nie za ładnych, ale i nie za brzydkich, kogoś, kto nie jest ani kimś, ani nikim, takich przyjaciółek, dzięki którym mogłaby wtopić się w tłum. Przez chwilę rozważa, czy nie lepiej byłoby obrócić się na pięcie, znaleźć jakiś schowek pod schodami i tam zjeść.

Ale wtedy rzuca jej się w oczy jeden stolik. W rogu stołówki, tuż koło korytarza prowadzącego do biblioteki, znajduje się wyspa na oceanie szkolnej hierarchii. Siedzą tam Erin, łysa dziewczyna z sekretariatu, i Rosina, ta sama, którą Grace spotkała wczoraj przed domem, też dziwaczna, ale w zupełnie inny, zdecydowanie głośniejszy sposób. Obie wydają się nieświadome otaczającego je świata, jak gdyby nawet nie zdawały sobie sprawy, że siedzą w samym środku szkolnej stołówki. Jak miło byłoby czuć się tak swobodnie, tak dalece nie przejmować się zachciankami i słabościami innych ludzi.

Rosina podnosi głowę i dostrzega Grace. Erin odwraca się, żeby zobaczyć, na co Rosina patrzy. Patrzą na nią, może nie z uśmiechem, ale z ciekawością, która nie jest niemiła.

Czy naprawdę decyzja, którą teraz podejmie – gdzie usiąść w stołówce – może określić Grace, wyznaczyć jej pozycję na całą resztę szkolnej kariery, a może nawet do końca życia? Czy życie naprawdę jest aż tak bezsensowne, tak absurdalne? Jeśli dotychczasowe doświadczenia Grace miałyby być jakąś wskazówką, odpowiedź brzmi: tak.

Grace przygotowała sobie plan, ale może jednak nie był on dobry. Może nie powinno się podejmować decyzji ze strachu. Może dopasowanie się nie jest właściwym celem. Może Grace źle podeszła do tej gry, może wcale nie chodzi o to, żeby grać bezpiecznie i starać się być gdzieś pośrodku. Może w ogóle nie musi brać udziału w tej grze?

– Cześć – mówi Grace, z bijącym sercem podchodząc do stolika. – Mogę się przysiąść?

Erin przechyla głowę gestem, który przywodzi Grace na myśl albo kota, albo androida.

– Dlaczego? – pyta.

– Erin – odzywa się Rosina – pamiętasz, że nie powinnaś zawsze mówić pierwszej rzeczy, jaka przychodzi ci do głowy?

– Ale ja chcę się dowiedzieć, dlaczego chce z nami usiąść – kontynuuje Erin, przy czym w jej zachowaniu nie ma cienia okrucieństwa. – Nikt nigdy nie chciał z nami siedzieć.

– Coś w tym jest – stwierdza Rosina. – Dlaczego chcesz się do nas przysiąść, Nowa?

– Ummm, nie wiem? Chyba po prostu już was spotkałam, wydawałyście się miłe, a ja jestem nowa i nikogo jeszcze nie znam, więc...

– W porządku – zgadza się Rosina. – Żartowałam. Oczywiście, że możesz się do nas przysiąść.

– Nie jesteśmy miłe – mówi Erin.

– Mów za siebie – odpowiada Rosina. – Ja jestem.

– Nie, nie jesteś.

– Dla ciebie jestem miła.

– Jestem jedyną osobą, dla której jesteś miła.

– No dobra, ale może jak mi się zechce, będę też miła dla Nowej. Jak dotąd ona była miła dla mnie, więc zdecydowanie warto to rozważyć.

Erin wzrusza ramionami.

– Masz szczęście – mówi. – To najlepszy stolik w tej stołówce.

– Dlaczego? – pyta Grace, siadając.

– Tu jest najciszej – wyjaśnia Erin. – I tu znajduje się najkrótsza droga ucieczki do biblioteki. – Lancz Erin znajduje się w niewielkim metalowym pojemniku z trzema przegródkami. Grace zauważa, że nie jest to typowy posiłek nastolatki, nie ma tu kanapek, frytek ani czegokolwiek, co przypominałoby ugotowane jedzenie. Erin dostrzega jej spojrzenie. – To coś nazywa się bento box. Pochodzi z Japonii. Mama przygotowuje je dla mnie, ponieważ nie lubię, kiedy ktoś dotyka mojego jedzenia.

– Jesteś na diecie? – pyta Grace.

– Nie z własnej woli.

– Mama Erin karmi ją liśćmi i patykami, żeby przestała bić samą siebie – wyjaśnia Rosina.

– Ton głosu Rosiny wskazuje, że jej wypowiedź jest sarkastyczna – ocenia Erin bez emocji. – Ale co do treści, niewiele mija się z prawdą. Poza tym, że to nie są liście i patyki.

– Okej, czas na zmianę tematu – mówi Rosina. – Jak masz na imię, Nowa?

– Grace. Spotkałyśmy się wczoraj, pamiętasz?

– Pamiętam. Mieszkasz w dawnym domu Lucy Moynihan. Cholera! – Rosina na niby wymierza sobie klapsa. – Przysięgałam, że nigdy już nie wymówię jej imienia.

– Dlaczego? – pyta Grace.

– Nie chcę poddawać się niezdrowej obsesji, jaką to miasto ma na punkcie tej dziewczyny. Minęło całe lato, a ludzie nadal o niej gadają. Znajdź sobie jakieś zajęcie, Prescott.

– Była twoją przyjaciółką?

– Patrzysz na moją przyjaciółkę – mówi Rosina. – Ta łysolka, która je żarcie dla królików.

Erin spogląda znad swojego lanczu, złożonego z kawałków warzyw.

– Ludzie nie przestaną o niej mówić, póki będą się czuć winni – stwierdza. – Nie mogą odpuścić, ponieważ ta sprawa wciąż ciąży im na sumieniach. Sumienie. Jak to będzie w liczbie mnogiej? Powinnam to wiedzieć.

– To bardzo przenikliwa uwaga – oznajmia Rosina.

– Dziękuję.

– Proszę bardzo.

– Co właściwie stało się z Lucy? – pyta Grace. – Czy powiedziała, że ktoś ją zgwałcił? Kto?

Rosina i Erin nie odpowiadają. Obie wydają się zajęte swoimi posiłkami.

– Uwierzyłyście jej? – pyta Grace.

Rosina wzdycha.

– Jasne, że jej uwierzyłyśmy. Prawie wszyscy uwierzyli, tyle że nigdy się do tego nie przyznają. Pewnie z połowa dziewczyn w tej szkole miała takie czy inne problemy z którymś z tych dupków. – Rosina podnosi wzrok znad swojej ledwie napoczętej kanapki. – Tylko że to, kurwa, w ogóle nie jest ważne.

– Dlaczego? – drąży Grace. – Oczywiście, że to jest ważne.

– Na jakiej planecie?

Grace nie ma pojęcia, co odpowiedzieć.

– Chciałabym teraz porozmawiać o ślimakach nagoskrzelnych – oznajmia Erin, zaciskając nerwowo dłonie.

– Dajesz – mówi Rosina.

Grace spogląda na nią pytająco, ale Rosina tylko spokojnie wgryza się w swoją kanapkę, jak gdyby tego rodzaju zmiana tematu była czymś zupełnie zwyczajnym.

– Ślimaki nagoskrzelne to stworzenia morskie – recytuje Erin. – Ich nazwa jest myląca, ponieważ w rzeczywistości należą do najpiękniejszych, najbardziej eleganckich istot w morzu. Ich łacińska nazwa, nudibranchia, oznacza właśnie „nagie skrzela” i bierze się stąd, że ich skrzela znajdują się na zewnątrz i przypominają pióra. Należą do gastropodów, podobnie jak mięczaki i ośmiornice. Gastropod to inaczej brzuchonóg.

– Brzuchonogi – zamyśla się Rosina, odgryzając kolejny kęs kanapki. – Świetna nazwa dla zespołu.

Grace słyszy nagle w pobliżu śmiech, który rozpoznaje – to taki rodzaj śmiechu, do którego przyzwyczaiła się pod koniec pobytu w Adeline, śmiech, który ma swój obiekt, swoją ofiarę. Wredne dziewczyny, które szykują się, żeby zrobić coś wrednego.

– Uważaj, jesteś tuż koło stolika dla świrów – zwraca się scenicznym szeptem do przyjaciółki jakaś dziewczyna, przechodząc obok nich.

Ręka Rosiny wyskakuje w powietrze, długi środkowy palec sterczy do góry.

– Odpierdolcie się, ludzie-strąki – mówi spokojnie. – Nie chciałabym czegoś od was złapać.

Dziewczyny odchodzą, przewracając oczami i chichocząc, a Grace czuje, jak coś w niej pęka. Pojawia się znajomy ból, a razem z nim strach, że wybrała najgorszy możliwy stolik.

– Pieprzone cheerleaderki – ocenia Rosina. – Chyba nie mogą już być bardziej stereotypowe.

– Wychodzę – decyduje Erin i staje gwałtownie z wyrazem niepokoju na twarzy, chwiejąc się lekko na nogach. Zaczyna wrzucać rzeczy do torby.

– Pa! – mówi Rosina, a Erin odwraca się i szybko rusza korytarzem.

– Zaraz – odzywa się Grace. – Dokąd ona idzie?

– Pewnie do biblioteki.

– Po co? – pyta Grace.

– Pieprzone cheerleaderki – powtarza Rosina, potrząsając głową.

Grace nie wie, czy ma to być odpowiedź na jej pytanie, czy ogólna uwaga na temat stanu świata. Tak czy owak, nie czuje się teraz zbytnią optymistką.