Dziedzictwo krwi

Tekst
Z serii: Fantasy
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7

Poranne powie­trze było rześ­kie, śnieg lśniący i opró­szony zło­tym słoń­cem, które wze­szło, nim wyru­szyli w drogę. Ich odde­chy zmie­niały się na zim­nie w obłoczki. Ciszę zakłó­cał tylko chrzęst ich butów na śniegu. Las bore­alny roz­cią­gał się od Trój­kąta Kra­zjac­kiego, czyli naj­bar­dziej wysu­nię­tego na pół­noc krańca Cyri­lii, aż po Góry Stran­nyje, które sta­no­wiły na połu­dniu gra­nicę z Koroną Nan­dżij­ską. Tu, na pół­nocy, śnieg ni­gdy nie top­niał, ale Ana wie­działa, że na połu­dniu latem widać czubki zie­lo­nej trawy i szyszki wysta­jące spod bia­łego welonu.

Popra­wiła ple­cak. Sze­lest per­ga­minu i brzę­ka­nie kul ognio­wych dzia­łały na nią dziw­nie uspo­ka­ja­jąco. Przy niej drep­tała Mei, która raz po raz zwra­cała głowę w kie­runku cze­goś, co wyczu­wała w ziemi głę­boko pod śnie­giem. Trzy­mała w dło­niach świeżo zapa­loną kulę ogniową, pło­mie­nie w środku lizały olej, któ­rym pokryte było szkło, ogrze­wały ręce i dawały świa­tło.

Spę­dziły na takiej wędrówce wiele księ­ży­ców, tylko we dwie, ona i Mei, z kulą ogniową, kom­pa­sem i wieczną ciszą lasu.

Którą teraz burzył ogrom­nie iry­tu­jący jazgot:

– Jak to się stało, że tak piękne damy wylą­do­wały w tych stro­nach? – Rado­sny głos Zło­to­ustego gonił je upar­cie, choć on sam szedł dobre kil­ka­na­ście kro­ków za nimi.

Ana zaci­snęła zęby. Mei posłała jej poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie i prze­wró­ciła oczami.

– To dość daleko na pół­noc jak na dziew­czynkę z Wysp Aze­atyc­kich – cią­gnął prze­chera.

W krza­kach przed nimi zerwało się do lotu stadko błot­nia­ków sosno­wych.

Ana już miała się obró­cić do męż­czy­zny i coś odwark­nąć, kiedy dotarło do niej głęb­sze zna­cze­nie tych słów i się wzdry­gnęła. Wszystko, co mówił Zło­to­usty, było celowe, każde słowo dobrane z wielką sta­ran­no­ścią. Nie­przy­pad­kowo nagle wycią­gnął pocho­dze­nie Mei. Ostat­nią rze­czą, jakiej by sobie teraz życzyła Ana, było zdra­dze­nie przed nim praw­dzi­wego sta­tusu dziew­czynki: zagi­nio­nej powi­no­wa­tej, bez toż­sa­mo­ści i żad­nych praw.

– Nie twoja sprawa – odburk­nęła.

– Ależ moja – upie­rał się Zło­to­usty tonem, który spra­wiał, że Ana miała ochotę go udu­sić. – Prze­cież będziemy part­ne­rami przez całe sześć tygo­dni.

– I tak to zostawmy. Part­ner­stwo, w któ­rym nie roz­ma­wiamy ze sobą, jeśli nie jest to abso­lut­nie konieczne.

– Prze­cież to wła­śnie jest konieczne. – Już je doga­niał, jego głos sta­wał się z każdą chwilą dono­śniej­szy i trud­niej­szy do wytrzy­ma­nia. Skrzy­pie­nie śniegu pod jego butami roz­le­gało się teraz nie­zno­śnie bli­sko. – Będę musiał zadbać o wasze bez­pie­czeń­stwo. Szcze­gól­nie jeśli natkniemy się na Białe Pele­ryny.

Ana odwró­ciła się natych­miast. To ostat­nie zda­nie było niczym iskra, która zapa­liła w niej pło­mień wście­kło­ści.

– Zadbać o nasze bez­pie­czeń­stwo? – powtó­rzyła, igno­ru­jąc sza­lone ruchy strzałki kom­pasu, który trzy­mała w ręku. – Słu­chaj, ty aro­gan­cie. Prze­trwa­ły­śmy dotąd same, więc nie potrze­bu­jemy two­jej opieki czy co ci się tam ubz­du­rało. Ubi­li­śmy Inte­res i upew­nię się, że dotrzy­masz umowy. Ale nic poza tym.

Oddy­chała ciężko, gdy skoń­czyła, i uświa­do­miła sobie, że zmniej­szyła dystans mię­dzy nimi tak, że stali led­wie dwa kroki od sie­bie. Zło­to­usty trwał na swoim miej­scu, jego twarz była maską zamar­z­niętą jak las wokół nich. Jego orze­chowe oczy przy­glą­dały się jej jed­nak z uwagą i spry­tem lisa.

– W porządku – powie­dział cicho, jego oddech roz­wi­nął się w mały obło­czek. – Ale pozwól, że zadam ci jedno pyta­nie: były­ście kie­dyś w Kiro­wie?

Ana pomy­ślała o wszyst­kim, czego naczy­tała się o tym mie­ście han­dlo­wym, które kwi­tło głów­nie dzięki temu, że leżało sto­sun­kowo nie­da­leko Trój­kąta Kra­zjac­kiego i mogło czer­pać dochody z han­dlu cen­nym czar­nym kamie­niem. Prawda była jed­nak taka, że choć potra­fiła wyre­cy­to­wać mnó­stwo danych na temat Kirowa… ni­gdy tam nie była.

– Nie – przy­znała nie­chęt­nie. – Ale dużo o nim czy­ta­łam.

Usta Zło­to­ustego uło­żyły się w uśmiech, który by­naj­mniej nie nale­żał do przy­jem­nych.

– Histo­rię piszą zwy­cięzcy, kochana. Czy kie­dy­kol­wiek zasta­na­wia­łaś się nad tym, dla­czego w cyri­lyj­skich pod­ręcz­ni­kach wła­ści­wie ni­gdy nie poja­wia się temat nie­wol­nic­twa kon­trak­to­wego?

Był to dla niej poli­czek. Przed oczami sta­nęły jej mięk­kie dywany w pałacu w Sal­skof­fie, ogień w kominku, nie­mal poczuła zapach skó­rza­nych foteli i sta­rych ksiąg w biblio­tece ojca. Ona i Łuka potra­fili godzi­nami sie­dzieć przy wyso­kim dębo­wym biurku, kiedy papa czy­tał im histo­rię Cyri­lii. Pamię­tała jego niski, spo­kojny głos.

Zanim zacho­ro­wał, dbał o jej edu­ka­cję. Nie potra­fił poko­chać jej powi­no­wac­twa… ale jed­nak ją kochał, na swój spo­sób.

Naprawdę w to wie­rzyła.

– Co masz na myśli? – Usły­szała swoje słowa, choć myślami była daleko.

– Kirow to nie­bez­pieczne miej­sce. W nor­mal­nych warun­kach radził­bym każ­demu powi­no­wa­temu, żeby trzy­mał się od niego z dala, ale ponie­waż wiem, że chcesz, żebym za wszelką cenę dotrzy­mał swo­jej czę­ści Inte­resu, podejmę ryzyko. – Wzru­szył ramio­nami i ruszył dalej przez śnieg z takim impe­tem, że wokół uniósł się biały pył. – Szcze­gól­nie że prze­cież sam nie jestem powi­no­wa­tym.

Zacho­wy­wał się tak, jakby w jej impe­rium mogły ist­nieć duże mia­sta, w któ­rych powi­no­waci zwy­czaj­nie nie byliby bez­pieczni. Ana miała oczy­wi­ście świa­do­mość pew­nej korup­cji w kraju, ale prze­cież nie było tak, że na powi­no­wa­tych polo­wano na uli­cach.

Strzałka kom­pasu zakrę­ciła się nie­pew­nie, kiedy Ana odwró­ciła się, żeby ruszyć za Zło­to­ustym na pół­nocny wschód, w stronę Kirowa.

Według jej obli­czeń pozo­stało im pół dnia drogi. Las wyda­wał się jakoś mniej spo­kojny, świa­tło sło­neczne zimne, a cie­nie cięły śnieg ostrymi kon­tra­stami. Dopiero kiedy rączka Mei wśli­zgnęła się w jej dłoń, Anie udało się wyrów­nać nieco oddech.

Nie­wielka bryłka brud­nego śniegu wysko­czyła z ziemi i zatrzy­mała się nad dło­nią małej. Dziew­czynka mach­nęła lekko pal­cami i bryłka pole­ciała w stronę Zło­to­ustego, ude­rza­jąc go pro­sto w plecy.

– Wiem, że lubisz sły­chać wła­snego głosu, aro­gan­cie – powie­działa, gdy go mijały – ale jeśli jesz­cze raz się ode­zwiesz, następną grudą strzelę cię w twarz. – Urwała i nagle uśmiech­nęła się zło­śli­wie. – To by ci popra­wiło facjatę.

8

Na pierw­szy rzut oka Kirow zda­wał się led­wie snop­kiem srebr­no­bia­łych iglic, które wzno­siły się ponad ośnie­żone drzewa. Szli pra­wie cały dzień i słońce wisiało już nisko, malu­jąc całe mia­sto złotą farbą zmierz­chu. Rude cegiełki dacz przy­wo­dziły wspo­mnie­nie dom­ków z pier­nika, które jako dziecko Ana budo­wała co roku, by świę­to­wać przy­by­cie Bóstwa Zimy.

Popra­wiła kap­tur. Nie­utwar­dzona droga prze­szła nie­po­strze­że­nie w bru­ko­wane uliczki, a mia­sto zaczęło się obja­wiać przede wszyst­kim swoim pul­su­ją­cym szu­mem. Mei szła tuż przy niej, oczy miała sze­roko otwarte, jej główka krę­ciła się na wszyst­kie strony. Po tym, jak ucie­kły od jej pra­co­daw­czyni, trzy­mały się zawsze małych wio­sek i porzu­co­nych cha­tek myśliw­skich. Tłum, gwar i zapa­chy wiel­kiego mia­sta budziły w Anie nie­po­kój i gdy teraz wkra­czali coraz głę­biej w gąszcz ulic, usi­ło­wała uspo­koić ści­ska­jący się z paniki żołą­dek.

A jed­nak jej wzrok nie­świa­do­mie zatrzy­my­wał się na wszyst­kich tych cudach, które ofe­ro­wało mia­sto. Tu tra­dy­cyjny srebr­nawy błę­kit płasz­cza zwa­nego keczja­nem, tam jasna czer­wień lale­czek dama­szek, do tego błysk okrą­głych kol­czy­ków z bia­łego złota. Przed oczami sta­wały jej wszyst­kie te przed­mioty w świe­cie z odle­głej prze­szło­ści – w pałacu. Łuka przy­wdzie­wa­jący cesar­ski keczjan z bia­łym tygry­sem; papa przy­klę­ka­jący przy jej łóżku z pierw­szą damaszką w swo­ich wiel­kich dło­niach; mama sie­dząca na oto­ma­nie pod wyso­kim pała­co­wym oknem, jej kol­czyki poły­sku­jące w pro­mie­niach słońca, gdy prze­rzu­cała przez ramię piękne ciemne włosy.

Ana poczuła zdra­dziec­kie łzy pod powie­kami. Zamru­gała i żeby prze­stać o tym wszyst­kim myśleć, sku­piła wzrok na pierw­szym lep­szym obiek­cie. Padło na otwartą na oścież kuź­nię.

Doby­wały się z niej fale śmier­dzą­cego siarką cie­pła. Ponad innymi dźwię­kami mia­sta wybi­jały się gło­śne ude­rze­nia młota. Ale w kącie cza­iło się tam coś innego.

Przy pale­ni­sku klę­czał chło­piec o czar­nych wło­sach i zmę­czo­nych oczach. Dło­nie miał zwró­cone ku górze, plecy zgar­bione. Jego twarz pokry­wała sadza, ale nawet z odle­gło­ści Ana roz­po­znała rysy przy­by­sza z Wysp Aze­atyc­kich. Oczy miał ciemne jak noc, policzki zapad­nięte, pozba­wione życia i wychu­dzone.

– Ej, chłop­cze! – wrza­snął kowal, znów uno­sząc młot. – Ten ogień miał być moc­niej­szy!

Chło­piec rzu­cił szyb­kie spoj­rze­nie na pra­co­dawcę. Kuląc się przy pale­ni­sku, przy­su­nął dło­nie do pło­mieni. Poja­śniały, zatań­czyły zło­tem i poma­rań­czem, z czer­wo­nych jak krew głębi ognia buch­nął żar.

Jesz­cze rok temu prze­mknę­łaby po tym obrazku wzro­kiem, mając go za zwy­kłą scenę z życia impe­rium. Ot, kolejny powi­no­waty zara­bia na chleb. Tak prze­cież pra­co­wał Jurij. Tak pra­co­wali inni powi­no­waci w pałacu. Jurij wycho­dził do mia­sta i przy­no­sił jej różne sma­ko­łyki, które potem późno w nocy prze­my­cał do jej kom­nat, kiedy na war­cie stał Mar­kow. Chło­pak był zado­wo­lony ze swo­jego życia. Zara­biał dość, żeby wykar­mić matkę i młod­szą sio­strę, które miesz­kały w jakiejś wio­sce gdzieś na połu­dniu.

 

Teraz jed­nak, patrząc na sku­lo­nego przy ogniu chłopca z Wysp Aze­atyc­kich, na jego czarną od sadzy i mokrą od potu smutną twarz, Ana czuła wąt­pli­wo­ści rzu­ca­jące się głę­bo­kim cie­niem na jej myśli.

Nie­cały rok temu widziała taki smu­tek w oczach Mei, w jej zapad­nię­tych policz­kach, w zgar­bie­niu jej chu­dych ramio­nek okry­tych brudną, za dużą dla niej tuniką, którą jej dano. Cicha roz­pacz w oczach aze­atyc­kiego chłopca była lustrza­nym odbi­ciem smutku Mei.

Zmro­ziło ją złe prze­czu­cie, odru­chowo zwol­niła kroku. W tłu­mie na ulicy widziała roze­śmia­nych, roz­ga­da­nych prze­chod­niów, któ­rzy bez­tro­sko mijali kuź­nię. Czy rok temu była tak ślepa jak oni? Chciała podejść do tam­tego chłopca, poroz­ma­wiać z nim, coś zro­bić.

Na jej nad­garstku zaci­snęła się dłoń, wycią­gnęła ją z tych roz­my­ślań. Świat wró­cił powo­dzią barw i dźwię­ków. Ana uświa­do­miła sobie, że Ram­son Zło­to­usty powta­rza jej imię. Nim zdo­łała mu się wyrwać, rap­tow­nie wcią­gnął ją i Mei do naj­bliż­szego sklepu.

Drzwi zamknęły się za nimi cicho, zadzwo­nił dzwo­ne­czek nad ich gło­wami i poczuli zapach drewna palą­cego się w kominku z tyłu sklepu.

Znaj­do­wali się w skle­piku lakier­nika. Na pół­kach stały lakie­ro­wane tygrysy i wazy, a pod oknami wygi­nały się wdzięcz­nie łabę­dzie, jastrzę­bie lodowe i feniksy, wszyst­kie malo­wane w wijące się wzory z liści, płat­ków śniegu i owo­ców. Ana wsu­nęła się mię­dzy Mei i Ram­sona, po czym posłała mu wście­kłe spoj­rze­nie.

– Co ty wypra­wiasz?

Schy­lił się, nie odry­wa­jąc wzroku od cze­goś prze­su­wa­ją­cego się za oknami.

Za rzę­dem lakie­ro­wa­nych kogu­ci­ków po bru­ko­wa­nej uliczce sunęła wła­śnie jakaś pro­ce­sja. Trzy konie, na każ­dym jeź­dziec odziany w biały jak śnieg, dum­nie powie­wa­jący płaszcz. Na pier­siach jeźdź­ców wid­niały srebrne tygrysy, a przy ich pasach poły­ski­wały mie­cze z czar­nego kamie­nia.

– Białe Pele­ryny – szep­nął jej do ucha Ram­son.

Patrole Cesar­skie, naj­lepsi żoł­nie­rze Armii Cyri­lyj­skiej, odpo­wie­dzialni za utrzy­my­wa­nie pokoju, pil­no­wa­nie porządku i tłu­mie­nie wszel­kich kon­flik­tów mię­dzy oby­wa­te­lami a powi­no­wa­tymi. Zawsze uzbro­jeni w czarny kamień i dejs’woszkę, wyszko­leni do walki ze zbun­to­wa­nymi powi­no­wa­tymi.

Ana pamię­tała, jak w dzie­ciń­stwie, zanim ujaw­niło się jej powi­no­wac­two, odwie­dzała mia­sta swego cesar­stwa. W towa­rzy­stwie Patroli czuła się tak cudow­nie bez­pieczna, powie­wa­jące na wie­trze płasz­cze, lśniące hełmy za oknami jej powozu. Wie­rzyła wtedy, że Białe Pele­ryny obro­nią ją przed każ­dym potwo­rem, który mógłby ją skrzyw­dzić.

A teraz to ona była tym potwo­rem.

– Ram­so­nie – powie­działa cicho, obser­wu­jąc jeźdź­ców. – Powie­dzia­łeś, że będziesz musiał nas chro­nić przed Patro­lami Cesar­skimi. Co mia­łeś na myśli?

Nie chciała usły­szeć odpo­wie­dzi. Ale wie­działa, że powinna.

Ram­son posłał jej takie spoj­rze­nie, że przez chwilę wyda­wało jej się, że ją wykpi. Zamiast tego mach­nął jed­nak nad­garst­kiem i mię­dzy jego knyk­ciami poja­wił się brą­zowy mie­dziak.

– Wszystko spro­wa­dza się do tego – powie­dział, bawiąc się monetą mię­dzy pal­cami tak, że to zni­kała, to się poja­wiała. – W zepsu­tym sys­te­mie, jak myślisz, w którą stronę wymie­rzone jest ostrze? – Chwy­cił monetę opusz­kami i uniósł. – Jak ci się wydaje, kto im płaci wię­cej? Cesar­stwo? Czy zamożni biz­nes­meni, któ­rzy pole­gają na nich, by wyko­rzy­sty­wać powi­no­wa­tych do pracy?

Serce waliło jej jak sza­lone. Zda­wało jej się, że spada na łeb na szyję, że pod jej nogami znika zie­mia.

– Naprawdę widzia­łeś kie­dyś coś takiego?

Wzrok Ram­sona sku­piony był na mone­cie, któ­rej kra­wę­dzie poły­ski­wały jak ostrza kosy.

– Jak już mówi­łem, jestem biz­nes­me­nem.

Roz­chy­liła usta, ale zabra­kło jej słów i tchu, żeby się z nim spie­rać.

– To impe­rium chyli się ku upad­kowi – cią­gnął. – Cesarz i cesa­rzowa nie żyją, księż­niczka umarła przed rokiem, a sępy już cze­kają, ile zdoła wytrzy­mać ten cały Łuka Michaj­łow. – Pod­rzu­cił mie­dziaka wysoko, moneta bły­snęła w bla­sku kominka i znik­nęła w jego dłoni. – Teraz każdy musi radzić sobie sam. A to zawsze dobra oka­zja dla spe­ku­lan­tów i zdzier­ców. Wygra ten, kto sta­nie po stro­nie zwy­cięzcy.

Reszta jego słów docie­rała do niej ści­szona, jakby docho­dziła z oddali. Patrzyła, jak Ram­son odwraca się do drzwi. Białe Pele­ryny znik­nęły. Ulicą za oknem prze­pły­wał tłum ludzi, ale wszystko wyda­wało jej się inne.

– Słu­chaj, zrób to dla mnie i po pro­stu trzy­maj się z dala od Bia­łych Pele­ryn – powie­dział – w szcze­gól­no­ści jeśli mają ze sobą yaegera. – Dzwo­ne­czek znów zadzwo­nił, bo Ram­son otwo­rzył drzwi. – Domy­ślam się, że ty i mała nie jeste­ście raczej w posia­da­niu dowo­dów toż­sa­mo­ści… a na pewno wiesz, co za to grozi, jeśli was zła­pią.

Ana poczuła gęsią skórkę na ramio­nach i nie miało to nic wspól­nego z zim­nym wia­trem, który wtar­gnął do sklepu. Zło­to­usty na pewno prze­sa­dza. Powie­dział to tak, jakby coś im naprawdę gro­ziło – w biały dzień, w środku jej wła­snego impe­rium. Ale gdyby zadała mu wię­cej pytań na ten temat, zdra­dzi­łaby się ze swoją nie­wie­dzą, odkry­łaby słabą stronę i dała mu zbyt mocne karty.

Zaci­snęła więc usta i wyszła za nim.

– Tu na razie się roz­sta­niemy – rzu­cił Ram­son. – Miej­sce, do któ­rego się teraz udam, nie jest raczej przy­ja­zne powi­no­wa­tym. Na szczę­ście w pobliżu zaczyna się zimowy kier­masz. – Puścił oko do Mei. – Masz ochotę na cukierka, kochana?

Dziew­czynka obna­żyła zęby.

– Ana mówi, że mam ni­gdy nie przyj­mo­wać cukier­ków od nie­zna­jo­mych – oświad­czyła.

Ram­son zro­bił nie­po­cie­szoną minę.

– Zacze­kaj. – Ana posłała mu groźne spoj­rze­nie. – Musisz nam powie­dzieć, dokąd idziesz.

– Ach, jak zwy­kle pełne zaufa­nie do mojej osoby. – Wska­zał jej jakiś ciemny zaułek, z dala od głów­nego nurtu prze­chod­niów. – Do Gawry Sza­rego Niedź­wie­dzia. O tam, to ten budy­nek z czer­wo­nym gon­tem. Wystar­czy mi trzy­dzie­ści minut. Spo­ty­kamy się tutaj za pół godziny.

Ana patrzyła za nim, jak idzie spo­koj­nym kro­kiem ulicą. Gdyby chciał ją zdra­dzić, mógł ją prze­cież zosta­wić na pewną śmierć na brzegu rzeki w taj­dze. Nie podo­bało jej się to, ale musiała go teraz puścić wolno.

– Ana! – zawo­łała Mei prze­ję­tym gło­sem. – Wyntr’makt!

Ulica przed nimi się roz­sze­rzała i przez chwilę Anie się zda­wało, że patrzy na jedno z minia­tu­ro­wych mia­ste­czek, które dosta­wała w pre­zen­cie jako dziecko. Kolo­rowe domki poły­ski­wały w zło­tym świe­tle wie­czor­nego słońca, a skryte pod wspa­niale zdo­bio­nymi dasz­kami stra­gany pełne były dro­bia­zgów i sma­ko­ły­ków, które zachwy­ci­łyby każde dziecko.

Mei aż pisnęła z pod­eks­cy­to­wa­nia, ści­snęła dłoń Any i pocią­gnęła ją sla­lo­mem przez tłum. Nad wej­ściem na kier­masz powie­wał trans­pa­rent z bia­łym tygry­sem. Wyntr’makt, gło­sił napis. A pod nim motto Cesar­stwa Cyri­lyj­skiego: Kom­mer­cja, Dejsa, Impe­ria. Han­del, Bóstwa, Impe­rium.

Jar­mark zimowy, czyli w języku sta­ro­cy­ri­lyj­skim wyntr’makt, sta­no­wił tra­dy­cję obej­mu­jącą wszyst­kie mia­sta Cyri­lii. Każde z nich już pod koniec jesieni zaczy­nało zdo­bić swój naj­więk­szy rynek w ocze­ki­wa­niu na Fierwy’sniech, czyli pierw­szy śnieg, noc, gdy roz­po­czyna się zima i budzi patro­nu­jące jej Bóstwo.

Wyntr’makt w Kiro­wie mógł spo­koj­nie kon­ku­ro­wać z tym z Sal­skoffu pod wzglę­dem obfi­to­ści jedze­nia, bogac­twa mie­nią­cej się naj­róż­niej­szymi bar­wami biżu­te­rii, jako­ści jedwa­biów roz­ło­żo­nych na stra­ga­nach oraz mister­nie zdo­bio­nych figu­rek świę­tych z bia­łego złota. W witry­nach pie­karni pysz­niły się świeże bochenki chleba, a na stra­ga­nach stały sagany z zim­nym kapu­śnia­kiem, zapie­ka­nymi bura­kami i szasz­ły­kami z jagnię­ciny i oli­wek.

Wzrok Any odna­lazł wśród tych wszyst­kich sma­ko­ły­ków gar z gotu­ją­cym się barsz­czem na jakimś drew­nia­nym stra­ga­nie. Nad kar­ma­zy­nową powierzch­nią uno­siła się gorąca para, w powie­trzu czuć było ostry aro­mat.

Zebrało jej się na mdło­ści. Natych­miast wró­ciło wspo­mnie­nie. Osiem ciał roz­ło­żo­nych niczym kom­po­zy­cja malar­ska. Krew na śniegu, ciem­no­czer­wona.

Diem­chow.

Potwór.

– …Ana!

Głos Mei wyrwał ją z tych wspo­mnień, natych­miast znik­nęły kar­ma­zy­nowe kałuże i uci­chły wrza­ski. Znów była na rynku w Kiro­wie. Dziew­czynka cią­gnęła ją za rękę. Wzrok miała utkwiony w stra­ga­nie przed nimi, na któ­rym pię­trzyły się szar­lotki z mio­dem, faworki i różne inne przy­smaki.

Ana szybko prze­li­czyła pie­nią­dze, które udało jej się zaosz­czę­dzić. Miały dość na co naj­mniej dwa noc­legi i posiłki, wola­łaby nie wyda­wać wię­cej z ich skrom­nego budżetu, ale… Przy­po­mniało jej się, jak pierw­szy raz zoba­czyła Mei, jaki szok prze­żyła, widząc to wychu­dzone dziecko. A nawet wtedy mała była gotowa dzie­lić się z nią tymi mar­nymi racjami, jakie dosta­wała od swo­jej pra­co­daw­czyni. Codzien­nie poko­ny­wała pie­chotą całą milę w śniegu, żeby dotrzeć do sto­doły, w któ­rej zaszyła się Ana. Nie pozwo­liła jej umrzeć z głodu.

Zasłu­gi­wała na wszystko, cze­go­kol­wiek zapra­gnie.

– Kupmy sobie coś – zade­cy­do­wała, cią­gnąc Mei w tę stronę, ale ona pokrę­ciła głową.

– Nie. Spójrz – szep­nęła dziew­czynka, wzro­kiem poka­zu­jąc jej coś przy stra­ga­nie. – Ta dziew­czyna. – Na głowę miała zarzu­cony podarty kap­tur, ale widać było spod niego bladą twarz i włosy w pia­sko­wym odcie­niu. – Jest jak ja – dodała cicho Mei, słowa padały z jej ust jak śnieg, który natych­miast znika. Zamarła, jej oczy oce­any mil­czą­cych wspo­mnień. – Jak my.

Ana spoj­rzała uważ­niej. I nagle ujrzała to wszystko naraz. Sku­loną postawę sprze­daw­czyni, która stała tak, jakby chciała znik­nąć z tego świata; tę nie­śmia­łość na gra­nicy stra­chu, która z niej ema­no­wała. I oczy, które były stud­niami smutku, zupeł­nie jak u Mei wtedy zimą.

Tylko że na dnie oczu Mei zawsze tliła się nadzieja.

Nim zdo­łała odpo­wie­dzieć, mała już puściła jej rękę i prze­my­kała przez tłum. Ana popę­dziła za nią i zoba­czyła, że dziew­czynka sięga pod swoje szare futro i wyciąga mie­dziaka. Była to jedna z monet, które Ana pole­ciła jej zacho­wać, obie­cu­jąc, że kupią sobie za to coś dobrego.

Mei deli­kat­nie ujęła dłoń sprze­daw­czyni i wło­żyła w nią monetę.

– To dla cie­bie – szep­nęła, przy­ci­ska­jąc do ust mały palec. Obej­rzała się szybko na Anę i w tej jed­nej chwili Ana widziała w jej oczach wszystko: iskry wście­kło­ści i bez­li­to­sne fale roz­pa­czy. Z nie­ludz­kim bólem uświa­do­miła sobie, że w tej powi­no­wa­tej Mei ujrzała swoją ma-mę, że wypa­trzyła tę sprze­daw­czy­nię dla­tego, że szu­kała ma-my.

Nagle cia­sta wydały jej się zbyt kolo­rowe, fał­szywe, a reszta świata zbla­kła w bez­ładną mie­sza­ninę wyci­szo­nych gło­sów i stłu­mio­nych barw.

Czuła się tak, jakby ten kraj, na który patrzyła przez osiem­na­ście lat, powoli odsła­niał się przed nią war­stwa po war­stwie, uka­zu­jąc swoje praw­dziwe obli­cze. Ile razy kupo­wała coś od kogoś, kto został zmu­szony do zawar­cia nie­ko­rzyst­nego kon­traktu? Do ilu prze­pra­co­wa­nych i wyzy­ski­wa­nych powi­no­wa­tych machała bez­tro­sko, gdy z ojcem mijali tłumy pod­da­nych, kiedy jesz­cze była dziec­kiem?

Prawo Cyri­lii stwier­dzało jasno, że zatrud­nie­nie poprzez kon­trakt jest uczciwe… ale to samo prawo ni­gdy nie wni­kało w szcze­góły umowy o pracę. W to, jak pra­co­dawca ma trak­to­wać swo­jego pra­cow­nika. Warunki zapłaty. A nawet w to, czy kon­trakt został pod­pi­sany z wła­snej woli… czy pod przy­mu­sem.

– Masz – powie­działa cicho sprze­daw­czyni. Jej dłoń prze­su­nęła się szybko nad rzę­dem wyło­żo­nych wypie­ków. Wybrała coś i podała Mei. – To pti­czje mołoko. Pta­sie mleczko. Możesz je sobie wziąć.

Ana dosły­szała ści­szony ton głosu sprze­daw­czyni, nie uszły jej uwagi ukrad­kowe spoj­rze­nia, gdy dziew­czyna spraw­dzała, czy nikt nie przy­ła­pie jej na tej trans­ak­cji.

Mei uśmiech­nęła się, odgry­za­jąc pierw­szy kęs, a Ana gotowa była dać wszyst­kie złote liście tego świata, by zoba­czyć taki uśmiech u małej przy­ja­ciółki.

– Dobre – stwier­dziła i podała sma­ko­łyk Anie.

 

Ale jej trudno było zmu­sić się do uśmie­chu.

– To były moje ulu­bione sło­dy­cze, kiedy byłam mała – powie­działa. Znów przy­po­mniał się jej Jurij, jego szare jak węgiel oczy lśniły, gdy przy­no­sił jej i Łuce jesz­cze cie­płe wypieki z kuchni. – Ty dokończ.

Mei była w siód­mym nie­bie.

– Sma­kuje mi ta twarda brą­zowa war­stwa – ana­li­zo­wała z peł­nymi ustami.

– To szo­ko­lad. – Sprze­daw­czyni ciast patrzyła na Mei, a w jej oczach poja­wiła się namiastka uśmie­chu. – Jest zro­biony z nan­dżij­skiego kakao.

– Ej!

Przez tłum prze­dzie­rał się męż­czy­zna w wykwint­nym futrze. Wzrok utkwił w Mei. Twarz sprze­daw­czyni wypie­ków zro­biła się biel­sza niż mąka.

– Czy ona zapła­ciła?! – krzyk­nął, rzu­ca­jąc się w stronę dziew­czynki w taki spo­sób, jakby chciał jej wyrwać sło­dycz z dłoni.

Ana nie wytrzy­mała.

– Łapy precz – wark­nęła.

Oczy męż­czy­zny pałały wście­kło­ścią, ale odwró­cił się do sprze­daw­czyni, która patrzyła na niego z prze­ra­że­niem wyma­lo­wa­nym na twa­rzy.

– Dziś wie­czo­rem prze­li­czę wszystko co do mie­dziaka i jeśli okaże się, że krad­niesz… – Zni­żył głos do syku. – Już ty mnie popa­mię­tasz, wiedźmo!

– Ana. – Głos Mei drżał, gdy natar­czy­wie cią­gnęła przy­ja­ciółkę za rękę, usi­łu­jąc odsu­nąć się od stra­ganu. – Musimy stąd znik­nąć. Nic tu nie pora­dzimy. Bła­gam.

Ruszyła za małą, ale się zawa­hała. Czuła się podle. Jak może tak odejść i zosta­wić kogoś w potrze­bie? Kogoś, kogo powi­no­wac­two czy­niło odmień­cem wyklu­czo­nym ze spo­łe­czeń­stwa. Kogoś takiego jak ona.

Roz­legł się krzyk. Ana i Mei zamarły. Odwró­ciły się natych­miast. Jęk­nęły razem z tłu­mem, gdy możny z całej siły spo­licz­ko­wał młodą sprze­daw­czy­nię.

Poli­czek roz­brzmiał jak ude­rze­nie batem. Dziew­czyna zato­czyła się do tyłu i runęła na stra­gan ze sta­ran­nie uło­żo­nymi wypie­kami.

Anie krew zalała oczy. Była księż­niczką Cyri­lii. Jesz­cze nie­dawno taki śmieć jak on kła­niałby się jej w pas. Jesz­cze nie­dawno wystar­czy­łoby jedno jej słowo, by tego czło­wieka uka­rać choćby śmier­cią.

Te czasy minęły bez­pow­rot­nie, ale na­dal mogła prze­cież postą­pić słusz­nie.

– Bła­gam, mesyr – jęczała powi­no­wata.

Męż­czy­zna znów pod­niósł rękę.

Ana owi­nęła wokół niego swoje powi­no­wac­two. Jak dotąd nauczyła się tylko pchać i cią­gnąć, ale teraz całą siłą woli roz­ka­zała krwi w jego ciele się nie ruszać.

Ary­sto­krata zamarł na kilka sekund z unie­sioną ręką. Wście­kłość na jego twa­rzy ustą­piła panice. Zaczął się krztu­sić, wywró­ciły mu się gałki w oczo­do­łach.

Ana czuła, że Mei cią­gnie ją za płaszcz. Sły­szała zdu­mione krzyki ludzi. Puściła krew tam­tego, a jego ciało runęło na zie­mię jak wór ziem­nia­ków. Z jego ust doby­wało się strasz­liwe rzę­że­nie.

– Ana! – wrza­snęła Mei. – Musimy ucie­kać, zanim…

Ktoś krzyk­nął. Na wyntr’mak­cie wybu­chła panika. Do Any dotarło, że posu­nęła się za daleko.

– Mei – szep­nęła i już dłoń dziecka była w jej dłoni.

Odsko­czyły od leżą­cego na ziemi i od sprze­daw­czyni.

Tłum wokół dziw­nie zamarł i Anie prze­szły ciarki po ple­cach. Chwilę trwało, nim uświa­do­miła sobie, że na całym rynku zapa­dła nagła cisza. Wszy­scy sprze­dawcy i miesz­cza­nie ze stra­chem i zachwy­tem wpa­try­wali się w coś za Aną.

Obró­ciła się powoli. I spoj­rzała wprost na oddział Cyri­lyj­skich Patroli Cesar­skich.