Dziedzictwo krwi

Tekst
Z serii: Fantasy
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie jestem ci niczego winien, wiedźmo – cią­gnął, sku­biąc skórkę przy paznok­ciu. – Ale chęt­nie z tobą poroz­ma­wiam, jeśli chcesz dobić inte­resu.

– Wydaje ci się, że możesz mnie o coś pro­sić? – Jej głos zabrzmiał jak wark­nię­cie.

– A tak. Od dobrych kilku minut usi­łu­jesz mnie nastra­szyć tor­tu­rami. Ale gdy­byś naprawdę chciała zro­bić mi krzywdę, już byś to uczy­niła. Jest dla mnie jasne, że mnie potrze­bu­jesz. Prze­stańmy więc plą­sać wokół tematu i przejdźmy do rze­czy, dobrze?

Przej­rzał ją. Serce jej waliło, gdy patrzyła mu w oczy, nie chcąc pierw­sza odwró­cić wzroku. Papa zawsze mówił, że trzeba pod­trzy­my­wać kon­takt wzro­kowy, aby oka­zać pew­ność sie­bie. Ale gdy roz­pacz­li­wie zasta­na­wiała się nad odpo­wie­dzią, czuła już, że jej pew­ność nik­nie.

Bachor. Znów głos brata w gło­wie, błysk w jego oku, gdy pochy­lał się nad sza­chami. Myśl tro­chę.

Łuka zawsze mówił, że nego­cja­cje są jak gra w sza­chy. Żeby wygrać, trzeba przede wszyst­kim sku­piać się na celu gry. Wtedy wyda­wało się to oczy­wi­ste, a teraz Ana trzy­mała się tej rady kur­czowo. Jej celem – celem jej gry – było zna­leźć alche­mika, praw­dzi­wego zabójcę papy. A ten prze­chera chciał od niej cze­goś w zamian.

Dla­czego nie? W końcu cóż ma jesz­cze do stra­ce­nia?

Może nie każdy jej krok musi być trium­fem, byle tylko zbli­żała się do swo­jego celu.

– Czego chcesz? – spy­tała, uno­sząc brodę. Tak łatwiej jej było uda­wać, że jest księż­niczką zga­dza­jącą się na coś łaska­wie, a nie kimś, kto błaga o pomoc.

– Zemsty – odpo­wie­dział.

– I wydaje ci się, że mogę ci w tym pomóc?

– Być może. W końcu wciąż stra­szysz mnie swo­imi mocami, jakimi rze­komo wła­dasz nad moim śmier­tel­nym cia­łem.

Oczy­wi­ście. Chciał wyko­rzy­stać jej powi­no­wac­two. Ana zmru­żyła oczy. Szept Łuki dora­dził jej, by drą­żyła temat. Wypy­tała o szcze­góły. Doma­gała się kon­kre­tów.

– Powiedz mi, jaki dokład­nie masz plan zemsty.

Uśmiech Zło­to­ustego stał się wręcz nie­na­tu­ral­nie sze­roki, jakby jej odpo­wiedź go zachwy­ciła.

– Dobrze, podam ci szcze­góły. Pla­nuję znisz­czyć moich wro­gów, po kolei, żeby odzy­skać swoją pozy­cję i to, co mi się należy. Żeby to osią­gnąć, potrze­buję sojusz­nika. Kogoś potęż­nego. A klnę się na Bóstwa… – posłał jej spoj­rze­nie, które zara­zem było jakby czułe i wyra­cho­wane – …wła­dasz naj­po­tęż­niej­szym powi­no­wac­twem mięsa, jakie w życiu widzia­łem.

Powi­no­wac­two mięsa. Ana o mało nie ode­tchnęła z ulgą. Mięsa, nie krwi. A zatem dobrze strze­gła swego sekretu. Naj­waż­niej­sze, żeby Ram­son Zło­to­usty na­dal myślał, że to powi­no­wac­two mięsa. Takich powi­no­wa­tych były setki – pra­co­wali jako rzeź­nicy, żoł­nie­rze i straż­nicy. Krwawa Wiedźma z Sal­skoffu była tylko jedna.

Zło­to­usty nie był wcale taki bystry, jak mu się wyda­wało.

– Nikogo dla cie­bie nie zabiję, jeśli o to ci cho­dzi.

– Zabić? Prze­cież tego nie powie­dzia­łem. Powie­dzia­łem „znisz­czyć”. Jest wiele spo­so­bów na to, żeby znisz­czyć czło­wieka. Nie trzeba od razu odbie­rać mu życia.

Bar­mani i łowcy nagród opi­sy­wali Ram­sona Zło­to­ustego jako prze­bie­głego i bez­li­to­snego. Teraz zro­zu­miała, co mieli na myśli.

Zmu­siła się do spo­koju. To ona tu dyk­tuje warunki, nie on. A ona za nic nie będzie pla­no­wała krzyw­dze­nia nie­win­nych ludzi. Doprawdy? Znów szept Sadowa w jej gło­wie. Ty mały potwo­rze, naprawdę masz się za taką prawą osobę? Wydaje ci się, że jesteś w czymś lep­sza od tego prze­chery? Prze­cież i ty masz krew na rękach…

– Żad­nych tor­tur – powie­działa na głos. – Żad­nego zabi­ja­nia. Ja decy­duję, jak mam uży­wać swo­jego powi­no­wac­twa w naszym soju­szu. Zapew­nię ci bez­pie­czeń­stwo, a ty pozbę­dziesz się swo­ich wro­gów, jak ci się podoba. Jeśli zgo­dzisz się na te warunki, wejdę z tobą w przy­mie­rze na dwa tygo­dnie. Po tym, jak już znaj­dziesz mojego alche­mika.

Zmru­żył oczy, w zamy­śle­niu stu­ka­jąc pal­cem w brodę.

– Trzy tygo­dnie – powie­dział. – A w zamian ja też chcę trzy tygo­dnie na zna­le­zie­nie tego alche­mika.

– Zgo­dzi­li­śmy się na dwa tygo­dnie.

– Na nic się jesz­cze nie zgo­dzi­łem. Roz­wa­ża­łem to.

– Nie sku­piaj się teraz na słow­nych krucz­kach.

– Nie bądź uparta. Oboje wiemy, że mnie potrze­bu­jesz, a ja potrze­buję cie­bie. Dla­tego tu jeste­śmy i roz­ma­wiamy w tak cywi­li­zo­wany spo­sób. Trzy tygo­dnie, wiedźmo… sama wiesz, że to ma sens. Słu­chaj, żeby oka­zać ci moją dobrą wolę, ubiję z tobą Inte­res.

Jego głos zabrzmiał szcze­rze, co ją jesz­cze bar­dziej zanie­po­ko­iło.

– Co takiego?

– Inte­res. Przy­sięgę prze­chery.

– Masz świa­do­mość, że to oksy­mo­ron, tak?

Jego oczy zmru­żyły się jesz­cze bar­dziej.

– Wierz mi lub nie, także zło­dzieje z pół­światka mają swój kodeks hono­rowy. Inte­res to kon­trakt o wymia­nie usług. To coś w rodzaju… naszej waluty. Jeśli raz się ubije Inte­res, nie można się już wyco­fać… bo ina­czej spo­tkają cię poważne kon­se­kwen­cje.

– Jakie to ma zna­cze­nie? Cie­bie i tak spo­tkają poważne kon­se­kwen­cje, jeśli wyco­fasz się z naszej umowy, bez względu na to, czy to będzie jakiś tam Inte­res.

Prze­chera wes­tchnął.

– Słu­chaj, znajdę two­jego alche­mika – powie­dział, a Ana poczuła trze­pot skrzy­deł nadziei. – Zro­bię to w trzy tygo­dnie. Gdy­bym tylko miał taki kaprys, potra­fił­bym wytro­pić, z któ­rego statku wyrzu­cono dany towar za burtę. W zamian ty przy­się­gniesz mi, że przez trzy tygo­dnie będziesz moją sojusz­niczką.

To wyda­wało się dość pro­ste.

– Dobrze – zgo­dziła się. Jej umysł pra­co­wał na naj­wyż­szych obro­tach, usi­łu­jąc zna­leźć dziury w tym pla­nie i dopra­co­wu­jąc ostat­nie szcze­góły. – Czyli zga­dzasz się na moje warunki?

Ram­son Zło­to­usty posłał jej to swoje wyra­cho­wane, nie­prze­nik­nione spoj­rze­nie… ale Ana wyczuła w nim coś jesz­cze. Coś, co przy­po­mi­nało… cie­ka­wość.

– Niech będzie – rzekł w końcu, odry­wa­jąc plecy od ściany i ciska­jąc na pod­łogę myjkę. – Zga­dzam się na twoje warunki. Sześć tygo­dni współ­pracy. W tym cza­sie ja nie wty­kam nosa w twoje sprawy, a ty w moje. Ty masz swoją zemstę, ja swoją. A potem się roz­sta­jemy i nie zostaje nam po tym nic poza miłymi wspo­mnie­niami. To co, wiedźmo? Ubi­jamy Inte­res?

W gło­wie zakrę­ciło jej się z rado­ści i nie­do­wie­rza­nia. Miała wra­że­nie, że wielki cię­żar spadł jej z serca.

Udało jej się prze­żyć ucieczkę z jed­nego z naj­bar­dziej strze­żo­nych wię­zień w całym impe­rium i prze­ko­nać osła­wio­nego kry­mi­na­li­stę do zawar­cia umowy na jej warun­kach. A co naj­waż­niej­sze, w ciągu trzech tygo­dni będzie miała w końcu praw­dzi­wego zabójcę z tam­tej kosz­mar­nej nocy.

Dotar­cie do tego etapu zajęło jej nie­mal rok. Kilka mie­sięcy zeszło jej na wygrze­by­wa­niu się z tej czar­nej dziury, w któ­rej wylą­do­wało jej serce po śmierci papy. Kilka kolej­nych stra­ciła na czczą gada­ninę z łow­cami nagród i tro­pi­cie­lami. Potem szu­kała Zło­to­ustego i pla­no­wała, jak się dostać do Wodo­grz­mo­tów Ducha.

Teraz była bli­sko. Tak bli­sko.

Minął już nie­mal rok, odkąd zamor­do­wano papę i jej życie legło w gru­zach. A teraz za trzy tygo­dnie będzie już w dro­dze do Sal­skoffu, żeby oczy­ścić swoje imię.

Ostat­nia roz­grywka.

Popa­trzyła na dłoń Zło­to­ustego. Na chy­try uśmie­szek na jego twa­rzy. Na błysk w jego oczach.

– Ubi­jamy – zgo­dziła się i uści­snęła mu dłoń.

6

Następ­nego ranka Ram­son obu­dził się na długo przed świ­tem. Zimne, błę­kitne pro­mie­nie wscho­dzą­cego słońca prze­bły­ski­wały przez znisz­czone zasłony i obra­mo­wy­wały okno. Chło­pak opie­rał się o drew­nianą ścianę i sunął pal­cami po wewnętrz­nej stro­nie swo­jego nad­garstka.

Miał w tym miej­scu tatuaż wiel­ko­ści kciuka: pro­sty, ale ele­gancki rysu­nek łodygi kon­wa­lii z trzema małymi dzwon­kami kwia­tów i ostrym jak brzy­twa liściem. Atra­ment był czarny jak noc, a wnik­nął w skórę tak głę­boko, że stał się już ele­men­tem żywego ciała – tak jak Zakon Kon­wa­lii pochło­nął jego życie. A potem je znisz­czył.

Obra­zek przy­wo­ły­wał wspo­mnie­nia rów­nie wyra­zi­ste jak bole­sne. Zda­wało się, że minęła led­wie chwila i zara­zem cała wiecz­ność, odkąd wszedł po mar­mu­ro­wych scho­dach domu Ala­rica Essona Ker­lana. Ker­lan był zało­ży­cie­lem naj­więk­szego przed­się­bior­stwa w Cyri­lii. Jego wciąż rosnąca w siłę Grupa Han­dlowa Zło­to­wody zmo­no­po­li­zo­wała więk­szość naj­waż­niej­szych prze­my­sło­wych branż w impe­rium. Poło­żyli łapę na drew­nie, meta­lach nie­że­liw­nych, broni, a nawet na jakże cen­nym czar­nym kamie­niu, który wydo­by­wano w kopal­niach poło­żo­nego na dale­kiej pół­nocy Trój­kąta Kra­zjac­kiego. Do tego docho­dził naj­waż­niej­szy port han­dlowy Cyri­lii, który zwy­czaj­nie posia­dali na wła­sność.

Port Zło­to­wody.

Któ­rym jesz­cze kilka mie­sięcy wcze­śniej zarzą­dzał Ram­son.

Bar­dzo nie­wielu łączyło Grupę Han­dlową Zło­to­wody z naj­bar­dziej znaną orga­ni­za­cją prze­stęp­czą w Cyri­lii – Zako­nem Kon­wa­lii. Zaj­mo­wał się on głów­nie han­dlem ludźmi i nie­le­gal­nymi kon­trak­tami powi­no­wa­tych. I to wła­śnie nie­wola kon­trak­towa sta­no­wiła klucz do suk­cesu Grupy Han­dlo­wej Zło­to­wody, a absur­dal­nie tanie umowy o pracę, które zdo­by­wała dzięki kry­mi­nal­nej orga­ni­za­cji swo­jego wła­ści­ciela, pozwa­lały jej utrzy­my­wać naj­niż­sze ceny towa­rów na cyri­lyj­skich ryn­kach.

Za tym wszyst­kim stał Ala­ric Ker­lan: uzdol­niony biz­nes­men, obco­kra­jo­wiec, który zaczy­nał bez mie­dziaka przy duszy, po czym wła­snymi rękami zbu­do­wał to impo­nu­jące han­dlowe impe­rium. A jed­no­cze­śnie bez­li­to­sny mistrz Zakonu Kon­wa­lii, postrach światka prze­stęp­czego Cyri­lii.

 

W dniu ini­cja­cji Ram­sona Ker­lan przy­piął go do żeliw­nego stołu w swo­jej piw­nicy i przy­bił mu na piersi roz­ża­rzoną do bia­ło­ści pie­częć. Czu­jesz to, chłop­cze? Uśmie­chał się do wrzesz­czą­cego, pół­przy­tom­nego z bólu Ram­sona. Taki ból będziesz czuł tylko dwa razy w życiu. To pierw­szy raz, bo zdo­by­łeś moje zaufa­nie i prze­sze­dłeś bramę pie­kieł, żeby wstą­pić do Zakonu Kon­wa­lii. Za dru­gim razem to nastąpi, kiedy zawie­dziesz moje zaufa­nie i znów wró­cisz do pie­kła. Więc zapa­mię­taj tę chwilę, zapa­mię­taj dobrze. I zadaj sobie pro­ste pyta­nie, czy chcesz kie­dyś znowu poczuć ten ból.

Ker­lan cisnął narzę­dzie na pod­łogę i kazał Ram­sona wyta­tu­ować.

Teraz chło­pak zaci­snął dłoń na nad­garstku, żeby zasło­nić tatuaż, a wraz z nim wspo­mnie­nie nie­zno­śnego cier­pie­nia pod­czas pięt­no­wa­nia. W srebr­no­błę­kit­nym bla­sku zimo­wego świtu widział już zarysy syl­we­tek dziew­cząt, sku­lo­nych razem pod sta­rym futrem. Ich piersi uno­siły się i opa­dały w rytm odde­chu.

A to ozna­czało, że czas dzia­łać.

Prze­mknął przez chatę, ostroż­nie stą­pa­jąc tuż przy ścia­nach, gdzie stare klepki były mniej zużyte. Gdy tylko zna­lazł się tu wczo­raj w nocy, w oczy rzu­ciło mu się to małe biurko przy drzwiach. Jego znisz­czony blat zarzu­cony był papie­rami, zwo­jami i pió­rami.

Życie go nauczyło, że trzeba być kutym na cztery nogi. Już w chwili, gdy z jego ust padały słowa o Inte­re­sie – toczyły się niczym gład­kie szklane kulki – obmy­ślał sobie w gło­wie inny plan.

Ta dziew­czyna była z pew­no­ścią naj­po­tęż­niej­szą powi­no­watą, jaką widział w całym impe­rium przez wszyst­kie lata pracy dla Ker­lana. Wie­dział o powi­no­wac­twach dość, żeby uznać, że naj­praw­do­po­dob­niej włada ona mię­sem. Mógłby bez końca wymie­niać ludzi goto­wych zabić za taki talent. I dla­tego wła­śnie sta­no­wiła ona klucz do odzy­ska­nia przez niego pozy­cji w Zako­nie Kon­wa­lii.

Ala­ric Ker­lan był bez­li­to­sny, bru­talny – był dokład­nie takim demo­nem o kamien­nym sercu i lodo­wa­tym spoj­rze­niu, jaki może odnieść suk­ces w olbrzy­mim prze­stęp­czym impe­rium – ale i on myślał logicz­nie. Od razu doj­rzał w Ram­so­nie wybitny talent do inte­re­sów i nego­cja­cji, dla­tego stop­niowo dawał mu szansę na naukę. Z chłopca na posyłki Ram­son awan­so­wał na zarządcę, któ­remu Ker­lan powie­rzał spore czę­ści tego wiel­kiego przed­się­bior­stwa. W wieku osiem­na­stu lat był już jego zastępcą w Zako­nie i jego pie­czy powie­rzono cenny port Zło­to­wody. Kon­tro­lo­wa­nie naj­więk­szego cyri­lyj­skiego portu było rów­no­znaczne z dostę­pem do szczo­drego hara­czu ścią­ga­nego od wszyst­kiego, co przy­wo­żono do impe­rium – od zwy­kłych towa­rów, jak bre­goń­skie ryby i nan­dżij­skie kakao, po broń spro­wa­dzaną z Cesar­stwa Kemejr­skiego.

Ozna­czało to rów­nież, że Ram­son miał na tyle mocną pozy­cję, że mógł zacząć się dystan­so­wać od Zakonu Kon­wa­lii. Przez więk­szość czasu Ker­lan powie­rzał mu pomniej­sze zada­nia i kazał zaj­mo­wać się jaki­miś pobocz­nymi przed­się­wzię­ciami, które miały posze­rzyć zakres dzia­ła­nia jego prze­stęp­czej orga­ni­za­cji. Ram­son miał oczy­wi­ście świa­do­mość, że orga­ni­za­cja Ker­lana han­dluje żywym towa­rem, ale kiedy tylko mógł, usta­wiał się tak, żeby zała­twiać inne sprawy, jak choćby wyłu­dza­nie pie­nię­dzy od boga­czy czy oszu­ki­wa­nie biz­nes­me­nów. Dzięki temu eli­mi­no­wał kon­ku­ren­cję Grupy Han­dlo­wej Zło­to­wody i poma­gał jej utrzy­my­wać mono­pol w impe­rium.

Naj­mrocz­niej­sze poczy­na­nia Zakonu – zabój­stwa i han­del nie­wol­ni­kami – prze­peł­niały go wstrę­tem i robił, co mógł, żeby nie wyzna­czano mu tego typu zadań.

Aż nagle rok temu Ker­lan posłał go na samo­bój­czą misję. I skoń­czyło się aresz­to­wa­niem Ram­sona, pozba­wie­niem go sta­no­wi­ska i odsiadką w Wodo­grz­mo­tach Ducha.

Zawiódł szefa pod wie­loma wzglę­dami: schrza­nił robotę swo­jego życia, zosta­wił Zakon bez zastępcy i pozwo­lił, by jego zdrajca hasał sobie wolno, gdy tym­cza­sem on tkwił w wię­zie­niu.

Wszystko to jed­nak da się napra­wić. Z pomocą wiedźmy namie­rzy kreta w oddzia­łach Ker­lana i odzy­ska swoje sta­no­wi­sko jego zastępcy i kapi­tana portu Zło­to­wody. A gdy już zała­twi to wszystko… prze­każe ją Ker­la­nowi. Tak potężna powi­no­wata na usłu­gach Zakonu będzie uko­ro­no­wa­niem jego zasług.

Odzy­ska to… odzy­ska wszystko. Tytuł. For­tunę. Wła­dzę.

Ram­son nie bez powodu został zastępcą przy­wódcy naj­bar­dziej nie­sław­nej sieci prze­stęp­czej w impe­rium. Zawsze wyko­ny­wał robotę w spo­sób prze­my­ślany i porządny, był gotów zgłę­bić wszystko, co mogło mieć wpływ na zada­nie. Nie było dla niego takiej rze­czy, któ­rej nie opła­cało się wie­dzieć, choćby to były kolory zasłon i pościeli jego współ­pra­cow­ni­ków.

A w tej małej, pod­upa­dłej daczy ewi­dent­nie nale­żało się zająć tym biur­kiem.

Blat zasłany był roz­ma­itymi przed­mio­tami – bogac­twem infor­ma­cji. Dotknął kilku zaku­rzo­nych kul ognio­wych, które po wypa­le­niu sta­wały się jedy­nie szkla­nymi sko­ru­pami z popio­łem w środku. Ostroż­nie odsu­nął na bok pusty per­ga­min i węglowe ołówki.

Pierw­szą rze­czą, jaka rzu­ciła mu się w oczy, była książka o tak znisz­czo­nej okładce, że z tru­dem odszy­fro­wał tytuł: Aze­atyc­kie opo­wie­ści dla dzieci. Po wewnętrz­nej stro­nie ktoś wypi­sał wers jakie­goś wier­sza. Pismo było ele­ganc­kie, może wyszło spod ręki zawo­do­wego skryby.

Moje dziecko, jeste­śmy led­wie pro­chem i gwiaz­dami.

Ram­son odło­żył książkę.

Prze­rzu­cił kil­ka­na­ście pustych zwo­jów, aż dotarł do praw­dzi­wego skarbu – mapy.

Roz­wi­nął ją wpraw­nym ruchem. Wes­tchnęła w jego dło­niach cichym sze­le­stem.

Tak jak ksią­żeczka dla dzieci i ona była dość zużyta. Ktoś rów­nie pięk­nym pismem poba­zgrał po całym zary­sie impe­rium. Nie­które notatki zatarły się ze sta­ro­ści, inne jed­nak były świeże jak ledwo co pod­pi­sany kon­trakt.

Zapi­ski, krót­kie, ale tre­ściwe, spo­rzą­dzono dość ofi­cjal­nym cyri­lyj­skim. Buzny, gło­sił napis nad miej­scem, gdzie być może znaj­do­wało się nie­wiel­kie mia­steczko o tej nazwie. Inda­ga­cja; śla­dów alche­mika brak.

Pied­bo­go­rock, napi­sano w innym miej­scu. Inda­ga­cja. Kupiec pole­cił łowcę nagród.

Był to praw­dziwy skarb. Wiedźma – jeśli to w ogóle była jej mapa i jej pismo – zapi­sała tu całą histo­rię swo­ich tajem­ni­czych poszu­ki­wań, wszę­dzie zosta­wia­jąc ślady. Odło­żył ostroż­nie mapę, żeby pobież­nie przej­rzeć resztę rze­czy, ale zaraz do niej wró­cił.

Nagle jego uwagę zwró­ciło coś pod rogiem per­ga­minu – zarys połowy twa­rzy wysta­ją­cej spod sterty papie­rów.

Się­gnął po niego z cie­ka­wo­ścią. Ręka­wem tuniki zaha­czył o jakiś zwój. Papiery roz­sy­pały się na sam śro­dek blatu. Jakby wręcz chciały, żeby na nie spoj­rzał.

Były to szkice. Dzie­siątki szki­ców roz­ło­żone przed nim na chro­po­wa­tej powierzchni biurka niczym wachlarz. Kudłaty pies zwi­nięty przed komin­kiem; cał­kiem sporo zwień­czo­nych kopu­łami pała­ców na tle zimo­wego kra­jo­brazu; piękna kobieta o łagod­nych oczach i dłu­gich lokach…

Jego wzrok powę­dro­wał do rysunku na samym skraju. Nasto­la­tek, roze­śmiany, radość w jego oczach nie­mal nama­calna. W ten szkic wło­żono tyle wysiłku i miło­ści, każda kre­ska była dosko­nała, każdy szcze­gół jego zmru­żo­nych od śmie­chu oczu wycy­ze­lo­wany. Mimo to szkic był nie­do­koń­czony, na arku­szu wid­niało tylko pół twa­rzy. Zupeł­nie jakby ktoś chciał uchwy­cić tylko iskrę rado­ści w bez­tro­skiej chwili.

– Łapy precz od biurka.

Ram­son zaklął i odwró­cił się.

Wiedźma stała, zesztyw­niała z wście­kło­ści. W pół­mroku pokoju widział jej zaci­śnięte szczęki i błysk w zmru­żo­nych oczach.

– Odłóż to albo cię roze­drę na strzępy.

Wszyst­kie wymówki, które sobie zapla­no­wał, roz­pły­nęły się w powie­trzu. Nie­raz zda­rzało mu się prze­cież, że ktoś go przy­ła­pał na gorą­cym uczynku. Jak dotąd uwa­żał, że naj­lep­sza tak­tyka w takich chwi­lach to przy­znać się do winy, a potem jakoś wyłgać. Do tej pory zawsze dzia­łało.

Ostroż­nie odło­żył szkice. Wzrok dziew­czyny prze­su­nął się na jego ręce.

– Prze­pra­szam – powie­dział, sta­ra­jąc się wło­żyć w swój głos jak naj­wię­cej szcze­ro­ści. – Szu­ka­łem jakiejś mapy.

– Odsuń się od biurka – wark­nęła znowu, a on wyko­nał pole­ce­nie. Natych­miast rzu­ciła się do blatu, prze­rzu­cała papiery, naj­wy­raź­niej spraw­dza­jąc, czy cze­goś nie bra­kuje. Chwy­ciła szkic chłopca i posłała Ram­so­nowi tak wście­kłe spoj­rze­nie, że przez sekundę nie był pewien, czy jed­nak nie zmieni zda­nia i zaraz go zabije. Potem jed­nak zro­biła głę­boki wdech i odsu­nęła z twa­rzy kosmyk. Jej złość znik­nęła w jed­nej chwili. Pozo­stało tylko chłodne, surowe spoj­rze­nie. – Led­wie wczo­raj ubi­li­śmy Inte­res. Bar­dzo masz dziwne zabiegi dyplo­ma­tyczne.

– Wiesz, co mówią o dyplo­ma­cji. To tylko spo­sób na to, żeby obie strony mogły kła­mać w żywe oczy i nie mieć sobie tego za złe.

– Nie pouczaj mnie.

Ram­son uniósł dło­nie.

– Dobrze, dobrze, mysz­ko­wa­łem. Ale jak sama powie­dzia­łaś, ubi­li­śmy Inte­res, więc skoro jeste­śmy ska­zani na sie­bie przez następne sześć tygo­dni, to chyba możemy przy­naj­mniej sobie ufać?

Za nimi Mei usia­dła na łóżku i słu­chała ich roz­mowy, prze­chy­la­jąc głowę. Wzrok wiedźmy prze­su­nął się na dziew­czynkę i natych­miast zła­god­niał.

– Dobrze. – Zni­żyła głos, znów zwra­ca­jąc się do Ram­sona. – Skoro już mowa o zaufa­niu. Pro­szę.

Ram­son wziął rysu­nek, który mu podała. Szkic był mocno cie­nio­wany. Inne wyda­wały się spo­so­bem na uchwy­ce­nie chwili, wspo­mnień, ale nie ten. Był to rze­telny por­tret. Poznał tego męż­czy­znę – łysego, z nie­po­ko­jąco wiel­kimi oczami roz­sta­wio­nymi sze­roko nad cien­kim nosem. Rysu­nek przed­sta­wiał tego samego czło­wieka, któ­rego wize­ru­nek poka­zała mu w wię­zie­niu.

Alche­mik.

Szkic był rów­nie dokładny co poprzedni, który pew­nie prze­padł pod­czas ich skoku z wodo­spadu. Ram­son przyj­rzał mu się uważ­niej. Białe szaty kapłana, sym­bol czte­rech Bóstw na szyi.

– Zawsze od cze­goś trzeba zacząć, wiedźmo. Powiedz mi wszystko, co o nim wiesz.

– Dzie­sięć lat temu pra­co­wał w pałacu w Sal­skof­fie. Potem znik­nął, ale wró­cił do… Sal­skoffu jede­na­ście mie­sięcy temu.

Cze­kał na wię­cej, ale zaci­snęła usta.

– I tyle?

– Wię­cej nie wiem – dodała tylko.

Jej oczy pło­nęły, zaci­snęła pię­ści. Kim­kol­wiek był ten męż­czy­zna, dziew­czyna miała z nim rachunki do wyrów­na­nia.

Ram­son powoli wszystko z niej wycią­gnie. Póki co zde­cy­do­wał się na inne pyta­nie.

– A więc powia­dasz, że to alche­mik. Jest powi­no­wa­tym?

Wielu alche­mi­ków mogło się pochwa­lić wyjąt­ko­wymi powi­no­wac­twami. Zatrud­niani byli przez wyż­sze sfery Cyri­lii, żeby swo­imi tajem­ni­czymi prak­ty­kami umac­niać i prze­dłu­żać życie. Podobno wśród naj­po­tęż­niej­szych alche­mi­ków byli i tacy, któ­rych powi­no­wac­twa miały naturę meta­fi­zyczną. Cier­pie­nie. Spo­kój. Szczę­ście. Rze­czy nie­na­ma­calne, ale cenione przez tych, któ­rzy mieli monety na zby­ciu.

– Nie wiem – odpo­wie­działa wiedźma, zakła­da­jąc kosmyk za ucho. Ram­son już zare­je­stro­wał, że ma taki ner­wowy nawyk. W podobny spo­sób popra­wiała nie­ustan­nie kap­tur. – Przy­rzą­dzał dejs’woszkę i inne elik­siry.

A więc pew­nie powi­no­waty. Jego umysł prze­su­nął się na inne szcze­góły: dejs’krug, kapłań­skie szaty.

– Był kapła­nem albo poboż­nym czło­wie­kiem? Pró­bo­wa­łaś drą­żyć ten wątek?

– Na pewno nie był pobożny – powie­działa z gory­czą, po czym wes­tchnęła. – Pró­bo­wa­łam. Prze­szu­ka­łam całe impe­rium, ale nic nie zna­la­złam. Łowcy nagród, któ­rych wynaj­mo­wa­łam, nawet się do niego nie zbli­żyli.

– Ama­to­rzy.

Posłała mu takie spoj­rze­nie, jakby chciała go spo­licz­ko­wać.

– Nie była­bym tego taka pewna. Pamię­taj, że jeśli ten czło­wiek nie sta­nie przede mną w ciągu trzech tygo­dni, po pro­stu się wykrwa­wisz.

– Uspo­kój się – rzu­cił lekko, macha­jąc jej szki­cem przed nosem. – Mam plan.

 

Postu­kał pal­cami w rysu­nek. Faceta widziano dwa razy, pomię­dzy jed­nym a dru­gim razem minęło dzie­sięć lat, ten trop był wła­ści­wie mar­twy. Ale dziew­czyna zdra­dziła dwie inne infor­ma­cje: po pierw­sze, pra­co­wał kie­dyś w pałacu.

Po dru­gie, praw­do­po­dob­nie był ukry­wa­ją­cym się powi­no­wa­tym, co z kolei suge­ro­wało, że może zmie­nił toż­sa­mość i na nowo zbu­do­wał swoją pozy­cję w świe­cie.

A naj­lep­szym źró­dłem wie­dzy o poczy­na­niach wszel­kich powi­no­wa­tych byli bro­ke­rzy Ker­lana, któ­rzy śle­dzili ich niczym orły zdo­bycz. To, że musiałby wkro­czyć na ich tery­to­rium, śred­nio mu się uśmie­chało. Spoj­rzaw­szy na wiedźmę i małą, poczuł nie­przy­jemny ucisk w żołądku. Czy są ofia­rami bro­ke­rów, któ­rych teraz potrze­bują, żeby namie­rzyć alche­mika?

– Dobrze. – Ana odsu­nęła się od biurka i poma­sze­ro­wała w stronę łóżka, gdzie spod futra wycią­gnęła małą torbę. Mei posłała Ram­so­nowi złe spoj­rze­nie, po czym obie zaczęły szybko zbie­rać ubra­nia i pako­wać je do torby. – Wyru­szamy za godzinę. Zakła­dam, że do tego czasu będziesz miał plan dokąd.

– Już mam. – W pobliżu Wodo­grz­mo­tów Ducha było tylko jedno mia­sto pełne bez­względ­nych han­dla­rzy powi­no­wa­tymi, zawsze spra­gnio­nych infor­ma­cji i pie­nię­dzy. – Idziemy do Kirowa.