Dziedzictwo krwi

Tekst
Z serii: Fantasy
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

Ana tonęła już dwa razy.

Po raz pierw­szy dzie­sięć lat temu, pod­czas zimo­wego prze­si­le­nia. Śnieg zama­lo­wał wtedy świat lśniącą bielą, którą zimowy kier­masz w Sal­skof­fie usiał rubi­nową czer­wie­nią, szma­rag­dową zie­le­nią i sza­fi­ro­wym błę­ki­tem. Naj­pięk­niej­sze świe­ci­dełka poły­ski­wały sre­brem i zło­tem niczym małe lodowe duszki. Cesar­ska rodzina jechała na doroczną paradę, by powi­tać nadej­ście patro­nu­ją­cego im Bóstwa. Tam­bu­ryny grze­cho­tały, grała muzyka, ludzie wiro­wali w śnie­życy z bia­łej gazy i srebr­nych szarf.

Z prze­ję­cia Anie nie­mal zupeł­nie minęła migrena, która przy­kuła ją do łóżka na dobrych kilka dni. Trzy­mała dłoń Łuki i cze­kała, aż powóz się zatrzyma i będą mogli przejść się po tym baj­ko­wym mia­steczku, zapo­wia­dani przez herolda, kochani przez wszyst­kich pod­da­nych, zasy­py­wani upo­min­kami od oby­wa­teli swo­jego impe­rium.

Lecz gdy drzwi się otwo­rzyły i napły­nęły aro­maty pie­czo­nego mięsa, przy­pra­wio­nych warzyw, zapie­ka­nej ryby, Anie zebrało się na mdło­ści. Coś cza­iło się pod całym tym zgieł­kiem tłumu, barw­nymi deko­ra­cjami, futrami, biżu­te­rią zaci­śniętą na szy­jach ludzi, zapa­chami i wido­kami. Pul­so­wało jej w gło­wie, dud­niło w skro­niach.

Do dziś pamię­tała tam­ten gar z barsz­czem – gęstym, kipią­cym i tak inten­syw­nie czer­wo­nym.

A potem nara­sta­jąca w niej ener­gia wybuch­nęła nagle, kar­ma­zyn zalał jej oczy, mknął w żyłach. Gorący, pul­su­jący rytm krwi ogar­nął cały świat, wyci­szył wszystko inne.

Potem pamię­tała tylko skutki. Ciała na bruku przed powo­zem, tak dziw­nie powy­gi­nane; czer­wień kwit­nącą jak maki na płót­nie bez­barw­nego śniegu.

Tam­tego dnia zabiła ośmioro ludzi.

Pała­cowy alche­mik, dziwny, łysy czło­wie­czek o zbyt dużych oczach i cichym spo­so­bie bycia, zdia­gno­zo­wał ją jesz­cze tego samego wie­czoru. Ana ni­gdy nie zapo­mni zim­nego bły­sku jego srebr­nego dejs’kruga, gdy uno­sił drżącą dłoń, żeby szep­nąć to do ucha impe­ra­tora.

Powi­no­wata, powie­dział papie. Powi­no­wac­two krwi.

Papa spu­ścił głowę, a świat Any runął.

W oknie po dru­giej stro­nie pokoju zoba­czyła swoje odbi­cie. Twarz wciąż poma­zana krwią i łzami, włosy zle­pione potem, opa­da­jące na oczy – jej potworne, czer­wone oczy. Ręce były takie cięż­kie, skóra napięta na nabrzmia­łych żyłach.

Tego dnia gdy spoj­rzała w lustro, zoba­czyła potwora.

Zaraz potem pró­bo­wała uciec. Minęła poko­jówki, które zaczęły wrzesz­czeć na jej widok; minęła straż­nika, który odsu­nął się zdez­o­rien­to­wany i nie­pewny, co ma robić. Nie wie­działa wła­ści­wie, dokąd bie­gnie. Wie­działa tylko, że musi uciec – jak naj­da­lej od pałacu, od mamy i papy, Łuki i mamiki Mor­ga­nii, żeby ich nie skrzyw­dzić. Przez mgłę łez doj­rzała Most Jeka­te­riny, pomniki Bóstw obser­wu­jące ją czuj­nym wzro­kiem straż­ni­ków. Most nazwano tak na cześć mamy Any i dziew­czynka widziała go każ­dego dnia z okien swo­ich kom­nat. Wisiał nad lodo­wa­tymi wodami rzeki Tygrysi Ogon, która opły­wała pałac.

To był znak. To musiał być znak.

Łzy cie­kły jej po twa­rzy, gdy unio­sła wzrok ku niebu. Kocham cię, mamo, pomy­ślała. Zanieś mnie w jakieś bez­pieczne miej­sce.

Wspięła się na kamienną balu­stradę i sko­czyła do wody.

Zimno bły­ska­wicz­nie dotarło do samego szpiku kości, bez­li­to­sny nurt wcią­gnął ją pod powierzch­nię.

Natych­miast zro­zu­miała, jak naiwne było złu­dze­nie, że rzeka ponie­sie ją w jakieś odle­głe kra­iny. Woda pie­niła się wokół niej, mio­ta­jąc nią tak, że Ana poczuła, iż budzi się w niej innego rodzaju strach: nie­okieł­znany i nie­ubła­gany. Instynk­tow­nie otwo­rzyła usta, żeby krzyk­nąć, ale wlała się w nie woda, która wypie­rała powie­trze z płuc.

Panika wybie­liła jej umysł, przed oczami poja­wiły się mroczki, gdy zaczęła wal­czyć z nur­tem.

Nie chciała umie­rać. Ale może Bóstwa posta­no­wiły jed­nak zawe­zwać ją dziś przed swoje obli­cze.

Potem nagle coś chwy­ciło ją w pasie, coś innego niż ciśnie­nie w piersi i zimno w płu­cach. W nie­mym cha­osie świat zawi­ro­wał bia­łymi jak lód prą­dami i nagle uświa­do­miła sobie, że woda już jej nie nie­sie. Coś cią­gnęło ją w górę, ku świa­tłu.

Wyło­niła się na powierzchni, jej płuca żebrały o słodki, cenny oddech. Koń­czyny dry­fo­wały bez­sil­nie po burz­li­wych wodach, ale wokół jej piersi zaci­skało się czy­jeś silne ramię. Ktoś holo­wał ją w stronę brzegu, sunął moc­nymi, pew­nymi ruchami pły­waka.

Jej wyba­wi­ciel z tru­dem wycią­gnął ją na brzeg i w końcu poło­żył na sku­tej lodem ziemi.

Anę zmro­ziło, gdy spoj­rzała bratu w oczy – oczy pała­jące z furii. Z jego twa­rzy znik­nęły wszel­kie ślady zwy­kłej rado­ści i Anie przy­szło na myśl, że widzi teraz prze­błysk przy­szłego impe­ra­tora Łuki Alek­san­dra Michaj­łowa.

Brat sapał, włosy przy­le­piły mu się do czoła, krę­ciły na karku. Z jego bia­łych z zimna ust dobył się obło­czek odde­chu.

– Ty bacho­rze! – wark­nął i z taką siłą rąb­nął pię­ścią w zamar­z­niętą zie­mię, że aż popę­kała. – Coś ty sobie w ogóle myślała, do dia­bła?

Ton jego głosu spra­wił jej wię­cej bólu, niż mogłoby zadać sma­gnię­cie biczem. Wzdry­gnęła się. Brat – łagodny, czuły Łuka – ni­gdy nie krzy­czał na nią w ten spo­sób.

Znów wró­ciło wspo­mnie­nie ośmiu zabi­tych, ciał kwit­ną­cych czer­wie­nią na wyntr’mak­cie. Spu­ściła wzrok.

– Jestem potwo­rem – wymam­ro­tała zdrę­twia­łymi ustami.

Łuka pochy­lił się nad nią, pod­pie­ra­jąc się na łok­ciach. Ramiona mu drżały, kiedy na nią popa­trzył. Pła­kał. Gwał­tow­nym ruchem ją przy­gar­nął i przy­tu­lił mocno.

– Ni­gdy wię­cej mnie tak nie strasz. Prze­cież mogłaś zgi­nąć.

Zamęt myśli nagle się uspo­koił, pozo­stała tylko ta jedna: Łuka się bał, że ona umrze. Nie chciał… żeby umarła.

– Prze­pra­szam. – Jej głos był wysoki, łamał się. – Ja… wyntr’makt…

– Cii – szep­nął brat, tuląc ją do sie­bie. – To nie twoja wina.

To nie twoja wina.

Puściły w niej wszyst­kie tamy, zalały ją roz­pacz, wyrzuty sumie­nia i poczu­cie bez­rad­no­ści. Przez te kilka chwil, gdy trzy­mał ją w ramio­nach, jego słowa były jej oca­le­niem.

Kiedy się odsu­nął, jego oczy – zawsze przy­po­mi­nały Anie trawę, która wio­sną pora­stała pała­cowe ogrody – patrzyły już na nią twardo, jakby coś posta­no­wił. Spoj­rzał na nią z żarem i ujął w dło­nie jej twarz.

– Nie jesteś potwo­rem, sistrika.

Błysk srebr­nego dejs’kruga alche­mika. Spusz­cza­jący głowę papa.

Na jej usta cisnęła się odpo­wiedź. Powi­no­wata, powie­dział alche­mik. Powi­no­wac­two krwi.

– Ale moje powi­no­wac­two…

– Twoje powi­no­wac­two nie decy­duje o tym, kim jesteś. – Wbił w nią prze­szy­wa­jący wzrok. Jego słowa niczym metal ude­rza­jący o kamień. – To ty decy­dujesz. To ty nim wła­dasz. Po pro­stu musimy zna­leźć kogoś, kto nauczy cię nad nim pano­wać.

Uwiel­biała spo­sób, w jaki mówił to wszystko – nie jesteś potwo­rem; po pro­stu musimy zna­leźć kogoś, kto nauczy cię nad nim pano­wać – jakby to było oczy­wi­ste. Jakby sam w to wie­rzył i ona też mogła uwie­rzyć.

– Jak Jurij? – spy­tała, mając na myśli swo­jego przy­ja­ciela, kilka lat star­szego od niej powi­no­wa­tego ognia, który pra­co­wał w pałacu jako uczeń szefa kuchni. Jego powi­no­wac­two spra­wiało, że był przy­datny.

– Wła­śnie. Jak Jurij. – Łuka pod­niósł się z ziemi i dźwi­gnął sio­strę na nogi. Stali na brzegu rzeki tuż pod pała­co­wymi murami, na pustym tere­nie. Nurt prze­cią­gnął ich na tyły pałacu w Sal­skof­fie. Dalej zaczy­nała się Tajga Sywer­neń­ska, poma­lo­wane zimową bielą sosny.

Łuka wziął Anę za rękę i odwró­cił od mostu.

– Co teraz zro­bimy? – Opadł ją strach na myśl, że po tym, co zro­biła, mia­łaby wró­cić do pałacu, spoj­rzeć w twarz ojcu, zmie­rzyć się z rze­czy­wi­sto­ścią.

Lecz brat tylko moc­niej zaci­snął dłoń i uniósł jej palce do ust. Uca­ło­wał jej spla­mione krwią paznok­cie. Zmarsz­czył brwi, jego oczy patrzyły z mocą i łagod­no­ścią zara­zem.

– Wró­cimy przez sekretne przej­ście, które poka­zał mi Mar­kow. Obmy­jesz się w swo­ich kom­na­tach. W tym cha­osie, w tłu­mie trudno było zro­zu­mieć, co się stało. Nikt nie musi się o niczym dowie­dzieć. – Zaci­snął szczęki, jego broda unio­sła się lekko, w tym upar­tym geście, który tak dobrze znała. – Poroz­ma­wiam z papą. Powiem mu, że potrze­bu­jesz nauczy­ciela, takiego jak ci, któ­rzy uczą powi­no­wa­tych zatrud­nio­nych w pałacu.

Ale gdy tej nocy papa przy­szedł do jej kom­nat, czoło miał mar­sowe. Czę­sto przy­cho­dzili z mamą, żeby powie­dzieć Anie dobra­noc, ale tym razem ojciec zatrzy­mał się u stóp łóżka, a dystans mię­dzy nimi roz­cią­gał się jak ocean.

Cichym gło­sem oświad­czył jej, że przez jakiś czas nie może wycho­dzić z pałacu – póki nie znik­nie jej „pro­blem”. Według ofi­cjal­nej wer­sji dla zewnętrz­nego świata księż­niczka jest chora, a jej słabe zdro­wie wymaga pozo­sta­wa­nia w pała­co­wych murach.

Ana rzu­ciła się na kolana, wycią­gnęła do niego rękę. Ale papa stał na swoim miej­scu, jego twarz niczym wycio­sana z lodu. To zła­mało ją jesz­cze bar­dziej.

– Bła­gam – szep­tała. – To się już nie powtó­rzy. Ni­gdy nie użyję mojego… mojego powi­no­wac­twa. Będę dobrą córką.

Papa patrzył na nią pochmur­nym wzro­kiem.

– To… nie­do­pusz­czalne, żebyś była powi­no­watą – powie­dział. – Szcze­gól­nie że mowa tu aku­rat o tym powi­no­wac­twie… Nikt nie może o tym wie­dzieć, to nie może się poja­wić w two­ich papie­rach. Za wszelką cenę musimy cię z tego wyle­czyć… dla two­jego dobra.

 

Ana ucze­piła się tego pro­myka nadziei. Może, jeśli wyzdro­wieje, papa znów będzie ją kochał.

Nie minął nawet jeden księ­życ, a papa już zatrud­nił nauczy­ciela, który miał „uzdro­wić” Anę z powi­no­wac­twa. Tytu­ło­wano go „kon­sul­tant cesar­ski Sadow” i gdy tylko Ana go ujrzała, wie­działa, że to postać z jej kosz­ma­rów. Zda­wał się wyra­stać z cie­nia, jego syl­wetka wysoka, smu­kła, włosy i oczy ciemne jak czarny kamień, a palce dłu­gie i upior­nie białe. Jego metoda zasa­dzała się na prze­ko­na­niu, że wystar­czy ją nastra­szyć i pod­truć.

I tak świat Any zamknął się nagle w murach pałacu i ogra­ni­czył głów­nie do jego lochów, gdzie ściany z czar­nego kamie­nia pochła­niały całe świa­tło i cie­pło z powie­trza. Ciem­ność napie­rała na nią niczym żywa istota.

– Więk­szość powi­no­wactw obja­wia się powoli jako świa­do­mość danego żywiołu – wykła­dał jej Sadow gło­sem gład­kim i zim­nym jak jedwab. – Twoje jed­nak wybuch­nęło nagle i zupeł­nie wymknęło się spod kon­troli. Wiesz dla­czego?

Ana zadrżała.

– Dla­czego, kon­sul­tan­cie cesar­ski?

– Bo kon­tro­lu­jesz krew. – Przy­tknął paluch do jej brody, a ona całą siłę woli sku­piła na tym, żeby się nie cof­nąć. – Jesteś potwo­rem.

Wtedy mama już cho­ro­wała. Zmarła nie­cały rok po incy­den­cie na wyntr’mak­cie. Dwo­rza­nie szep­tali mię­dzy sobą, że impe­ra­tor popeł­nił wielki błąd, bio­rąc za żonę kobietę z połu­dnia; nie bez powodu jej śniada skóra i ciemne włosy były takie inne. Nie bez powodu jej dzieci odzie­dzi­czyły tę odmien­ność. Już przed­tem plot­ko­wano o dziw­nym połu­dnio­wym wyglą­dzie księ­cia i księż­niczki, któ­rzy tak się wyróż­niali na tle bla­do­li­cych, jasno­wło­sych Cyri­lyj­czy­ków z pół­nocy, zde­cy­do­wa­nie prze­wa­ża­ją­cych w kla­sie rzą­dzą­cej. Śmierć mamy i zamknię­cie Any w czte­rech ścia­nach dolało tylko oliwy do ognia.

Ludzie boją się tego, co inne.

Mimo to wciąż sły­szała słowa brata z tam­tego strasz­nego dnia i to one poma­gały jej prze­trwać te dłu­gie lata, nie­koń­czące się mrok i samot­ność, potworne napady furii Sadowa i bez­duszny chłód papy.

Twoje powi­no­wac­two nie decy­duje o tym, kim jesteś.

Gorzki smak dejs’woszki, pie­cze­nie w gar­dle, skrę­ca­jący się żołą­dek.

To ty decy­du­jesz. To ty nim wła­dasz.

Mdło­ści ze stra­chu, chłód czar­nego kamie­nia, krew pul­su­jąca w kró­licz­kach, które Sadow wyko­rzy­sty­wał, żeby spraw­dzać jej moc – nie­zni­ka­jącą wcale przez te dzie­sięć lat.

Nie jesteś potwo­rem, sistrika.

Tak bar­dzo chciała w to wie­rzyć.

Może wola Bóstw była taka, by Ana jed­nak żyła – a jeśli nie ich, to w takim razie jej wła­sna wola życia wystar­czyła.

I tej myśli ucze­piła się teraz – na wpół zamar­z­nięta, na wpół mar­twa, ska­to­wana przez rzekę. Tej myśli i wspo­mnie­nia brata, spo­koj­nego, nie­wzru­szo­nego pło­mie­nia, który pło­nął w jej sercu i wska­zy­wał drogę.

Bo prze­cież ist­niał powód, by żyła, przy­po­mi­nała sobie, gdy wypły­wała na chwilę na powierzch­nię otu­ma­nie­nia, które wciąż na nowo ją pochła­niało. Jej myśli prze­dzie­rały się przez mrok i ziąb z tym samym upo­rem i wolą walki, które czuła tam­tego dnia, gdy zma­gała się z lodo­watą rzeką.

Tak, miała powód, by żyć. I było nim zna­le­zie­nie zabójcy papy.

* * *

Za dru­gim razem, gdy Ana o mało nie uto­nęła, działo się to pod bia­łym niczym kości księ­ży­cem – zaska­ku­jąco podob­nym do tego, który wisiał dziś nad Tajgą Sywer­neń­ską. W jego poświa­cie cały świat stał się mono­chro­ma­tyczny. Tamta zimowa noc jede­na­ście księ­ży­ców temu spo­wita była w kolory śmierci. Ana weszła do kom­naty ojca i zoba­czyła jego tar­gane kon­wul­sjami ciało, twarz wyssaną z koloru, wywra­ca­jące się gałki oczne. Tru­ci­zna i krew pędziły w jego żyłach niczym wzbu­rzona rzeka. Ana ujrzała wtedy zabójcę – spo­wi­tego w białe szaty modli­tewne, pochy­lo­nego nad papą i prze­chy­la­ją­cego fiolkę z tru­ci­zną.

Uciekł tak szybko, że led­wie mignęła jej jego twarz – zna­joma, nie­mal tru­pia, te wytrzesz­czone oczy, łysa głowa. W srebr­nym bla­sku jego dejs’krug wykrzy­wił się dziw­nie w kształt kosy. Pała­cowy alche­mik.

Alche­mik. Mor­derca. Zdrajca.

To przez niego aresz­to­wano ją tam­tej nocy. Zna­le­ziono ją długo po tym, gdy już uciekł. Wciąż trwała przy ciele papy, cała uwa­lana jego krwią – zatrutą krwią, którą usi­ło­wała odcią­gnąć z jego ciała, żeby go ura­to­wać. W końcu jed­nak stra­ciła pano­wa­nie nad swoim powi­no­wac­twem i papa i tak umarł – na jej oczach.

I ona też powinna była umrzeć. Oskar­żono ją o zamor­do­wa­nie impe­ra­tora i zdradę Korony. Sku­lona pod zim­nymi prę­tami krat pała­co­wych lochów, z rękami spla­mio­nymi krwią ojca, tam­tej nocy marzyła o tym, żeby nie ist­nieć, ni­gdy się nawet nie naro­dzić.

Bo jesteś potwo­rem.

A jed­nak tam­tej nocy los lub Bóstwa, czy może jakiś inny prze­wrotny dyk­ta­tor, który rzą­dzi naszym życiem, posta­no­wił ją oszczę­dzić. Obu­dziło ją grze­cho­ta­nie klu­czy i skrzy­pie­nie otwie­ra­ją­cych się drzwi celi. Z ciem­no­ści wyło­niła się ogo­rzała twarz o oczach sza­rych jak chmury, szpa­ko­wate włosy.

– Znam cię od dnia two­ich naro­dzin, nie każ mi więc stać teraz z zało­żo­nymi rękami i patrzeć, jak umie­rasz – powie­dział jej wtedy Mar­kow.

– To nie ja to zro­bi­łam, nie ja – powta­rzała, upadł­szy przed nim na kolana.

Mar­kow spoj­rzał na nią łagod­nie.

– Wie­rzę ci. Bie­gnij. Tu, tym tune­lem, księż­niczko. Powiem im, że ucie­kłaś, kiedy cię eskor­to­wa­łem, i że uto­nę­łaś w Tygry­sim Ogo­nie. – Kciu­kiem z odci­skami od mie­cza otarł jej łzy. – Bie­gnij i żyj.

Żyj. To zada­nie wyda­wało się nie­moż­liwe do wyko­na­nia.

Ana zaci­snęła powieki i znów ujrzała tę twarz – bladą jak księ­życ, oczy wiel­kie jak u sowy. Alche­mik, który opu­ścił pałac przed wie­loma laty, zaraz po posta­wie­niu swo­jej dia­gnozy. Wyda­wało się, że to sen – wła­ści­wie kosz­mar – zoba­czyć go tu znowu jak ducha z prze­szło­ści.

Ale to wła­śnie ten duch stał się powo­dem, by żyła. To przez niego wybie­gła sekret­nym wyj­ściem z lochów tam­tej nocy i po raz drugi w swoim życiu rzu­ciła się w odmęty Tygry­siego Ogona. To przez niego wyczoł­gała się na brzeg w taj­dze, na wpół zamar­z­nięta na zewnątrz i mar­twa wewnątrz. Obej­rzaw­szy się na maja­czący w oddali pałac i Most Jeka­te­riny, poprzy­się­gła sobie, że nie wróci, póki go nie znaj­dzie.

Tak, po tych wszyst­kich dłu­gich latach znowu miała powód, żeby żyć. Uświa­do­miła to sobie z nagłą jasno­ścią. Żyła, żeby odna­leźć tę twarz, żeby dorwać czło­wieka, który zamor­do­wał jej ojca, a u niej zdia­gno­zo­wał dia­bel­ską cho­robę, przy­pie­czę­to­wu­jąc jej los na całe dzie­sięć lat. Żyła po to, by odku­pić swoje winy; udo­wod­nić, że pod potwor­no­ścią jej mocy kryje się dobro.

Znajdę cię, alche­miku, myślała w kółko, jakby skła­dała przy­sięgę. Znajdę cię.

5

Obudziła się rap­tow­nie. Twarz z jej kosz­ma­rów roz­pro­szyła się jak duch. Dłuż­szą chwilę zajęło jej ogar­nię­cie zmy­słami oto­cze­nia: ciche trza­ska­nie ognia w kominku, zatę­chły zapach sta­rych sosno­wych pod­łóg, sze­lest twar­dego sukna poduszki pod policz­kiem.

Wra­cały urywki wspo­mnień z wie­czoru – zimna, ciem­no­ści, zapa­chu i sre­brzy­sto­ści śniegu, cie­pło kąpieli. Udało jej się. Zdo­łała wró­cić do daczy.

Zaci­snęła moc­niej palce na pod­nisz­czo­nym futrze, żołą­dek ści­snął jej się z zasko­cze­nia. Jak udało jej się wró­cić? Pamię­tała, jak wpa­dła do rzeki, uczu­cie kom­plet­nej bez­rad­no­ści w obli­czu tar­ga­ją­cej nią siły, a potem pusty, zamar­z­nięty brzeg, na który się wyczoł­gała. Jej ubra­nie było zim­niej­sze niż lód i ledwo dawała radę się ruszyć.

Zdo­łasz iść, kochana?

Ana zamru­gała. Głos poja­wił się nie wia­domo skąd – z zamglo­nych, naj­dal­szych zakąt­ków pamięci. Las, odro­bina cie­pła i ten głos, iry­tu­jący, nachalny, siłą wycią­ga­jący ją z cudow­nej drzemki.

Ogar­nął ją spóź­niony strach. Teraz rozu­miała oczy­wi­ście, że były to pierw­sze objawy hipo­ter­mii, i uświa­do­miła sobie, że otarła się o śmierć. Ta cie­pła ciem­ność sta­no­wiła tak naprawdę naj­więk­sze zagro­że­nie… a ów głos ura­to­wał jej życie.

Ram­son Zło­to­usty, pomy­ślała, a jej zaspany mózg ock­nął się natych­miast i czuj­nie rozej­rzała się po izbie. Wszystko wyglą­dało zupeł­nie tak samo jak przed jej wyj­ściem. Pod ścianą jej ple­cak, na małym biurku roz­ło­żone jej papiery. Żad­nych zmian, żad­nych oznak jakiejś inge­ren­cji.

Ode­tchnęła i pod­cią­gnęła się do pozy­cji sie­dzą­cej. Ktoś obmył jej ramię z krwi, ale rana była na­dal świeża. Wró­ciło wspo­mnie­nie dziew­czynki o ciem­nych wło­sach, które roz­świe­tlało świa­tło świecy, aż przy­po­mi­nały aure­olę.

– Mei! – zawo­łała szep­tem.

W cha­cie pano­wała ide­alna cisza. Ana oparła się ple­cami o ścianę, usi­łu­jąc zdu­sić nie­po­kój. Prze­chery ni­gdzie nie widziała. Czuła w swoim orga­ni­zmie resztki dejs’woszki. Siła jej powi­no­wac­twa wra­cała powoli. Moc to poja­wiała się w zasięgu jej myśli, to zni­kała. Gdyby spró­bo­wała się nią teraz posłu­żyć, przy­po­mi­na­łoby to zma­ga­nie się z zapa­le­niem mokrej pod­pałki.

Zza drzwi łazienki dobiegł ją chlu­pot. Potem ruchy zbyt bez­tro­skie jak na Mei. Męski kaszel potwier­dził jej podej­rze­nia.

Prze­chera wciąż tu był.

Ana zaci­snęła zęby, żeby stłu­mić jęk fru­stra­cji. Całe mie­siące zeszły jej na szu­ka­niu tego czło­wieka. Pokła­dała w nim ostat­nie nadzieje – jeśli nie wię­cej. A on od razu ją oszu­kał i do tego przy­znał, że nie ma poję­cia, kim jest jej alche­mik.

A teraz z nim utknęła.

Drzwi chaty skrzyp­nęły, myśli Any roz­pro­szyły się zupeł­nie, bo do środka weszła powoli dziew­czynka tasz­cząca wia­dro świe­żego śniegu. Mei spoj­rzała na Anę, zro­biła wiel­kie oczy, upu­ściła wia­dro i popę­dziła do niej.

Dziew­czyna wes­tchnęła z ulgą, wtu­la­jąc się w ramiona małej.

– Hej – wymam­ro­tała. Przy Mei zawsze czuła się jak w domu.

* * *

Tam­tej nocy, gdy Ana wbie­gła w tajgę, ciem­ność w lesie była zupeł­nie nie­prze­nik­niona, lecz i tak była niczym w porów­na­niu do mroku panu­ją­cego w jej sercu. To Mei ją wtedy zna­la­zła i w łagod­nym bla­sku kuli ognio­wej zapro­wa­dziła do bez­piecz­nego schro­nie­nia. Dziew­czynka była wtedy zwią­zana kon­trak­tem, ale nie powstrzy­mało jej to przed udzie­le­niem pomocy Anie, choć jej pra­co­daw­czyni o tym nie wie­działa.

Mei wypro­sto­wała się i spoj­rzała ostro na Anę. Jej oczy były pełne wspa­nia­łej akwa­ma­ryny, jaką Ana widziała kie­dyś na obra­zie przed­sta­wia­ją­cym ocean wokół Wysp Aze­atyc­kich, cie­płe, piesz­czone pro­mie­niami słońca wody.

Ana przy­tknęła czoło do jej czoła. Uśmiech­nęła się.

– Masz alche­mika? – zażą­dała kon­kre­tów dziew­czynka.

Kiedy Ana poznała ją jede­na­ście księ­ży­ców temu, Mei była znacz­nie cich­sza, słowa z jej ust ula­ty­wały lek­kim jak piórko szep­tem. Tylko po jej bystrych oczach Ana domy­ślała się, że mała chło­nie świat, zbiera wszystko w sercu i oka­zuje dobroć, któ­rej sama ni­gdy nie zaznała.

– Pra­wie. – Widok Mei zawsze ją uspo­ka­jał i pozwa­lał jej odzy­skać jasność umy­słu. Zabrzmiało to nie­mal praw­dzi­wie. – Jakoś tu sobie radzi­łaś?

Dziew­czynka ski­nęła głową i w jej dłoni poja­wił się mie­dziak.

– Zostały mi jesz­cze trzy. Chcesz je z powro­tem? – Moneta bły­snęła w świe­tle kominka, na środku wid­niał wyryty mały listek.

Ana się zawa­hała. Wie­działa, ile te monety zna­czą dla Mei; mała przez lata odkła­dała pie­nią­dze, żeby spła­cić tę hor­ren­dalną kwotę z kon­traktu, który kazano jej pod­pi­sać. Kie­dyś Ana potra­fiła wydać i kil­ka­na­ście mie­dzia­ków na byle pta­sie mleczko. Monety prze­pły­wały przez jej palce jak woda, któ­rej war­to­ści w ogóle się nie zauważa.

Wszystko się zmie­niło, kiedy poznała Mei.

Ostroż­nie otu­liła pal­cami dłoń dziew­czynki, zaci­ska­jąc monety w jej pią­stce.

Razem to zaro­bi­ły­śmy. Zatrzy­maj je, a w następ­nym mia­steczku kupimy sobie coś wspa­nia­łego.

Mei ostroż­nie scho­wała monetę z powro­tem do tuniki.

– Jak myślisz? Znaj­dziemy tam ma-mę? – spy­tała.

 

Ana popa­trzyła uważ­nie w twarz dziecka, ale nie doj­rzała w niej żad­nych wąt­pli­wo­ści. Nie dawało jej spo­koju, że dziew­czynka kocha z taką łatwo­ścią mimo tego wszyst­kiego, przez co prze­szła. Z cza­sem Ana poskła­dała sobie w gło­wie jej histo­rię: długa podróż z Kró­le­stwa Chi’gon, jej ojczy­zny w rejo­nie aze­atyc­kim. Odbyła ją z matką w nadziei na lep­szą przy­szłość, lecz te marze­nia obró­ciły się w proch, gdy matkę sprze­dano w ramach osob­nego kon­traktu.

A Mei miała jakże przy­datne powi­no­wac­two ziemi, przez co utknęła z wciąż rosną­cym dłu­giem.

Powoli do Any docie­rała myśl, coraz gło­śniej­sza i wyraź­niej­sza w jej gło­wie: To prze­cież rów­nie dobrze mogłaby być moja histo­ria.

– Znaj­dziemy ją – odpo­wie­działa. – Znaj­dziemy twoją ma-mę, choć­bym musiała zapu­kać do wszyst­kich drzwi w całym impe­rium.

Mei uśmiech­nęła się od ucha do ucha i znów zarzu­ciła jej ręce na szyję, po czym wtu­liła twarz w jej koszulę.

– I wię­cej już sobie nie pój­dziesz, prawda? – Jej głos tłu­mił mate­riał. Ana spoj­rzała w dół i ujrzała dwoje jasnych jak ocean oczu, które patrzyły na nią nie­śmiało. – Nie idź tam, gdzie nie mogę pójść z tobą.

Poczuła ucisk w gar­dle. Znała ból po utra­cie matki w tak mło­dym wieku. To uczu­cie, że na pewno coś źle zro­bi­łaś, strach, że ci, któ­rych kochasz, znów mogą cię opu­ścić. To ni­gdy nie mija.

Przy­tu­liła więc Mei moc­niej i szep­nęła:

– Zawsze będę przy tobie.

Ich uwagę odwró­cił szum wody. Spoj­rzały w stronę łazienki.

Mała zmru­żyła oczy.

– Ten dziwny czło­wiek przy­niósł cię do domu. Tak jakby ura­to­wał ci życie, więc mu powie­dzia­łam, że może wziąć kąpiel, zanim sobie pój­dzie – wyja­śniła.

Ana poczuła, że kąciki jej ust same się uno­szą w uśmie­chu.

– Bystra dziew­czynka – szep­nęła kon­spi­ra­cyj­nie.

– Śmier­dział. I był brudny.

– Wiem – zgo­dziła się z nią Ana. – Jest obrzy­dliwy, głupi i brzydki.

Może było to nie­doj­rzałe, ale dobrze było móc to powie­dzieć na głos.

Drzwi łazienki otwo­rzyły się na oścież.

W ułamku sekundy Ana zesko­czyła z łóżka i zasło­niła Mei wła­snym cia­łem. Jej ranne ramię zapul­so­wało od tak nagłego ruchu, ale i tak całą uwagę sku­piła na Ram­so­nie Zło­to­ustym.

Ogo­lił się i zmył brud z twa­rzy. Dopiero teraz widziała, że jest znacz­nie młod­szy, niż jej się wyda­wało, może led­wie parę lat star­szy od niej. Ze zmierz­wio­nych, pia­sko­wych w odcie­niu locz­ków na czole ście­kały kro­ple wody, sunęły po mocno zary­so­wa­nych kościach policz­ko­wych. W kon­tra­ście do brud­nej, zapusz­czo­nej kre­atury, jaką był jesz­cze przed chwilą, wyda­wał się zachwy­ca­jąco przy­stojny. Spra­wiał wra­że­nie uro­czego łobuza, który z łatwo­ścią mógłby ucho­dzić za bre­goń­skiego mary­na­rza albo żoł­nie­rza z cyri­lyj­skiego Patrolu Cesar­skiego. Pra­wie można było na chwilę zapo­mnieć, że to kry­mi­na­li­sta z pół­światka impe­rium.

Posłał Mei olśnie­wa­jący uśmiech. Ana wyobra­ziła sobie, że ma kły.

– Witaj, słońce.

– Nie odzy­waj się do niej – wark­nęła. Odwró­ciła się do dziew­czynki i szybko powie­działa: – Mei, pro­szę, idź się wykąp.

Mała chwy­ciła wia­dro ze śnie­giem i wemknęła się do łazienki. W drzwiach odwró­ciła się jesz­cze, spio­ru­no­wała Ram­sona spoj­rze­niem, po czym prze­su­nęła sobie pal­cem po szyi i zatrza­snęła za sobą drzwi. Roz­legł się cha­rak­te­ry­styczny chrzęst zapadki i serce Any się uspo­ko­iło.

Sku­piła się na Zło­to­ustym.

Był cały w sinia­kach. Na nad­garst­kach, z ręka­wów tuniki wyzie­rały wście­kle czer­wone plamy po naczyn­kach, któ­rym kazała popę­kać. Żołą­dek ści­snął jej się z poczu­cia winy, ale stłu­miła ten odruch. On prze­cież bez waha­nia wyko­rzy­stał ją i zdra­dził. Przy takich ludziach wyrzuty sumie­nia to strata czasu.

Usta Zło­to­ustego drgnęły w prze­bie­głym, choć uro­czym uśmie­chu.

– Cóż, Ano, kocha­nie – powie­dział, a ją aż zmro­ziło. – I oto jeste­śmy. Pro­si­łaś mnie o pomoc, a ja popro­si­łem, żebyś mnie wydo­stała z Wodo­grz­mo­tów Ducha. Gdy­byż nasze życze­nia zawsze się speł­niały…

Ana ugry­zła się w język, żeby mu nie odpy­sko­wać. To nie była sprzeczka z Łuką czy Juri­jem. To było star­cie z wro­giem. Nie dało się prze­wi­dzieć, co zamie­rza Zło­to­usty i co przed nią ukrywa – nawet jego akcent zmie­nił się lekko w ciągu nocy. Musiała mieć się cały czas na bacz­no­ści.

– Docho­wa­łam swo­jej czę­ści umowy – stwier­dziła. – Teraz twoja kolej. – Opa­no­wała prze­możną chęć, żeby od razu przy­po­mnieć mu o powi­no­wac­twie i uświa­do­mić, że w każ­dej chwili może go skrzyw­dzić. Że wciąż ma nad nim wła­dzę. Że jej plan… nie spełzł na niczym. – Nie obcho­dzi mnie, że nie masz poję­cia, kto to ani gdzie jest. Pomo­żesz mi zna­leźć alche­mika i zro­bisz to w dwa tygo­dnie. Dość się o tobie nasłu­cha­łam, żeby wie­dzieć, że to potra­fisz.

Musi mu się udać. Wszyst­kie jej poszu­ki­wa­nia, suto opła­cani łowcy nagród i tro­pi­ciele zawie­dli. Został jej już tylko Ram­son Zło­to­usty.

Tego mu jed­nak nie powie­działa.

Tam­ten uniósł brwi.

– A więc dość się o mnie nasłu­cha­łaś – powtó­rzył, jakby roz­ko­szu­jąc się sma­kiem tych słów na języku. Wyglą­dał na nie­mal zado­wo­lo­nego, potem jed­nak zmru­żył oczy. – Skąd w takim razie myśl, że ci teraz pomogę, skoro już jestem wolny jak ptak?

Podły prze­chera zawsze gotowy wbić nóż w plecy. Chce się zni­żać do takiego poziomu? Pro­szę bar­dzo.

Może go zastra­szyć. Ta myśl i tak już tkwiła w jej umy­śle od jakie­goś czasu – nik­czemna, wredna myśl, któ­rej Ana nie miała ochoty wycią­gać na świa­tło dzienne.

Pokaż mu, co potra­fisz, mój mały potwo­rze.

– Pamię­tasz, co zro­bi­łam w wię­zie­niu? – W jej gło­wie znów bły­snęło wspo­mnie­nie kar­ma­zynu zale­wa­ją­cego białe mar­mury. Robiło jej się nie­do­brze na samą tę myśl, ale nie odpusz­czała. – To samo mogę zro­bić tobie. – Postą­piła krok w jego stronę, pchała ją eufo­ria, przy­cią­gała do niego nadzieja na nie­bez­pie­czeń­stwo. – Potra­fisz sobie wyobra­zić, jak to jest umie­rać, gdy krew wycieka z cie­bie kro­pla po kro­pli?

– Przy­znaję, że to boli. – Zwil­żył usta języ­kiem. – Ale w życiu nie bra­kuje gor­szych rze­czy, któ­rych można się bać. Jaką­kol­wiek tor­turę wymy­ślisz, pew­nie już ją zali­czy­łem. Oba­wiam się, że przez to nie tak łatwo mnie zastra­szyć.

Ana zro­biła szybki wdech. Ble­fo­wał… na pewno. Rzu­cał jej wyzwa­nie, żeby go spraw­dziła. Przy­mru­żył oczy, patrzył, cze­kał na jej odpo­wiedź. Miał oczy sprytne, bystre, inte­li­gentne… ale nie były to oczy tchó­rza. Nie widziała w nich stra­chu.

Jesz­cze nauczy się jej bać. Jak wszy­scy.

Posłała mu swój naj­dzik­szy uśmiech. Jej powi­no­wac­two się poru­szyło. Zma­gało się z pozo­sta­ło­ściami dejs’woszki, więc było słabe, ale już odzy­ski­wało siłę.

– Sły­sza­łam tę samą śpiewkę od wielu przed tobą. W ciągu kilku minut wili się u moich stóp.

– Z tego wnio­skuję, że masz pewne doświad­cze­nie.

– Nie masz poję­cia, przez co prze­szłam. Pytam cię po raz ostatni i dla two­jego dobra mam nadzieję, że udzie­lisz mi roz­sąd­nej odpo­wie­dzi: pomo­żesz mi zna­leźć alche­mika?

– Pomogę.

Ana zamru­gała. Podłe myśli, bole­sne wspo­mnie­nia i zew powi­no­wac­twa ustały. Zostało tylko trza­ska­nie ognia w kominku, chlu­po­ta­nie i ciche dzie­cięce nuce­nie docho­dzące z łazienki.

– Wyglą­dasz na zasko­czoną. – Ram­son uniósł brwi.

Skoro dopięła swego, to dla­czego czuła się tak, jakby to on wygrał? Ana skrzy­żo­wała ramiona na piersi, jej mózg pra­co­wał na peł­nych obro­tach. Co takiego prze­ga­piła?

– Nie wie­rzę ci. – W co ty grasz?

– I mądrze czy­nisz. W końcu jestem biz­nes­me­nem. – Jego wzrok znów nabrał ostro­ści. – Ni­gdy nie dam ci nic za darmo.

Wró­ciła złość, ostra, gorąca.

– Za darmo? Wyrwa­łam cię z wię­zie­nia. Ura­to­wa­łam. Beze mnie scze­zł­byś w lochach. Jesteś mi to winien.

– Nie pro­si­łem się o to. Zasu­ge­ro­wa­łem taką wymianę, ale w końcu nie zawar­li­śmy żad­nej umowy. – Zło­to­usty mówił lek­kim tonem, jakby tar­go­wał się o cenę bura­ków na rynku.

Ana zaś tar­go­wała się o wła­sne życie.