Dziedzictwo krwi

Tekst
Z serii: Fantasy
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Rzeka przy­jęła ich natych­miast, z wście­kło­ścią wcią­gnęła w swoje białe wiry, mio­tała nimi niczym wichura liśćmi. Ram­son pod­dał się wodzie. Znał ją, wie­dział, kiedy dać się jej nieść, a kiedy wal­czyć z nur­tem. Rzeka nie znała lito­ści. Pozo­sta­wało nauczyć się, jak pły­nąć z prą­dem.

Te wody były zupeł­nie inne niż otwarte morze z jego dzie­ciń­stwa. W Bre­go­nie woda była kobal­towa, fale lśniły w pro­mie­niach słońca. Zda­rzało mu się pły­wać w niej godzi­nami, nur­ko­wać pod powierzch­nię, żeby z tego wyci­szo­nego nie­bie­skiego świata spo­glą­dać na odle­głe niebo.

W Cyri­lii rzeki były białe, spie­nione i lodo­wate. Ram­son z tru­dem trzy­mał unie­sione powieki, kiedy nurt rzu­cał nim to w tę, to w tamtą stronę. Ciśnie­nie w piersi nara­stało. Woda wle­wała się do nosa i ust.

Powi­no­wata wciąż była przy­wią­zana liną do jego piersi. Czuł, jak dziew­czyna się miota, kopie, zmaga z pory­wa­ją­cym ich prą­dem.

Prze­ciął linę. Szanse na prze­trwa­nie są więk­sze, jeśli nikt cię nie obciąża. Kiedy to robił, myślał tylko o sobie, ale teraz, gdy patrzył, jak prąd odciąga wiedźmę, przy­szło mu do głowy, że i dla niej tak będzie lepiej.

Uspo­kój się, chciał jej powie­dzieć. Im bar­dziej się mio­tasz, tym szyb­ciej uto­niesz.

Ale bolały go płuca, a w koń­czy­nach już poja­wiło się zna­jome uczu­cie prze­moż­nego zmę­cze­nia. Musi zła­pać oddech albo sta­nie się czę­ścią tego nurtu już na zawsze.

Pra­co­wał nogami z całych sił. Ale gdy tylko uda­wało mu się zła­pać pion, prąd znów nim ciskał. Czuł już w piersi bąbelki paniki.

Głowa zda­wała się taka lekka. Woda napie­rała na jego nos i wargi, ale gdzieś w głębi duszy pamię­tał, że nie powi­nien otwie­rać ust. Koń­czyny były coraz cięż­sze. Przed oczami miał tylko biel. Zimno.

Płyń, powie­dział głos. Od razu roz­po­znał ten spo­kojny, cienki głos z dzie­ciń­stwa, który prze­śla­do­wał go każ­dego dnia. W tym huczą­cym cha­osie wyda­wał się tak bli­ski. Płyń albo obaj zgi­niemy.

Ram­son zaczął kopać nogami, wygi­nać plecy. Prąd nieco się uspo­koił. Gdzieś nad nim, nie­da­leko, było świa­tło.

Płyń.

Świa­tło stało się jaśniej­sze. Przedarł się na powierzch­nię, kasz­ląc i krztu­sząc się świe­żym, zimo­wym cyri­lyj­skim powie­trzem. Poczuł, że w jego koń­czyny znów wlewa się ener­gia.

Wyczoł­gał się na brzeg, wbi­ja­jąc paznok­cie w na wpół zamar­z­niętą zie­mię i prze­rzu­ca­jąc stopy na pokrytą śnie­giem trawę. Drże­nie szar­pało jego cia­łem, nogi i ręce poru­szały się dziw­nie, gdy pró­bo­wał pobu­dzić krą­że­nie.

Rzeka ponio­sła ich spory kawa­łek. Wodo­grz­moty Ducha były już tak daleko, że zda­wały się nie więk­sze od jego dłoni. Zro­biło mu się nie­do­brze, gdy spoj­rzał na ten wysoki klif, na wodo­spad, który z tej odle­gło­ści był tylko zama­zaną smugą koń­czącą się w rzece. Bez względu na wszyst­kie jego obli­cze­nia, pie­czo­ło­wite pla­no­wa­nie ucieczki w ciem­no­ściach celi – to, że prze­żyli, było wła­ści­wie cudem i z pew­no­ścią musieli w tym maczać palce bogo­wie.

Nie, żeby Ram­son wie­rzył w bogów.

Odwró­cił się ple­cami do odle­głego wię­zie­nia. Przed nim roz­po­ście­rał się opró­szony śnie­giem las, który roz­świe­tlało złote popo­łu­dniowe słońce. Na hory­zon­cie widać było ośnie­żone góry, któ­rych poszar­pane szczyty cią­gnęły się jak okiem się­gnąć.

Ale Ram­son sku­piony był raczej na prze­szy­wa­ją­cym go do szpiku kości zim­nie i dłu­gich cie­niach sosen. Cyri­lia, cesar­stwo pół­nocy, gdzie jesienne noce są zim­niejsze niż zimowe dni w każ­dym innym kró­le­stwie. Jeśli przed zacho­dem słońca nie znaj­dzie schro­nie­nia, czeka go śmierć.

Kaszel za jego ple­cami. Obej­rzał się natych­miast ze szty­le­tem w dłoni. Z zasko­cze­niem stwier­dził, że to powi­no­wata wyczoł­guje się z rzeki niczym zdy­cha­jące zwie­rzę. Na czwo­ra­kach, z opusz­czoną głową, z ciem­nymi strą­kami przy­le­pio­nymi do twa­rzy, ocie­ka­jąca wodą. Ona się już raczej nie pod­nie­sie. Chyba że jej pomoże.

Odwró­cił się.

Śnieg wyci­szył jego kroki, gdy wcho­dził w las, i już po chwili nie sły­szał char­cze­nia dziew­czyny. Drzewa rosły na tyle gęsto, że blo­ko­wały dostęp pro­mie­niom sło­necz­nym, zimno nacie­rało na niego ze wszyst­kich stron.

Prze­bie­gał w myślach tereny wokół wię­zie­nia, ale pro­ces ten zaczęły spo­wal­niać nara­sta­jące wąt­pli­wo­ści. Do lochów tra­fił skuty i z zawią­za­nymi oczami, wóz jechał wiele dni, nim go z niego wyrzu­cono i wtrą­cono do celi. Z tego, co wie­dział, zie­mia tu była jałowa – tylko skuta lodem tun­dra i Tajga Sywer­neń­ska, która pora­stała połowę Cesar­stwa Cyri­lyj­skiego.

Mimo­wol­nie wró­cił myślami do wiedźmy. Szkoda, że ich ucieczka tak ją nad­we­rę­żyła. Z tak potęż­nym powi­no­wac­twem mogła być przy­dat­nym wspól­ni­kiem, ale teraz sta­no­wi­łaby tylko obcią­że­nie. Wąt­pił, żeby dała radę choćby wstać, a co dopiero przejść przez las. Z dru­giej jed­nak strony, myślał ponuro, dokąd mia­łaby iść?

Coś zasko­czyło w jego umy­śle, zatrzy­mał się rap­tow­nie. Oczy­wi­ście. Jak mógł być taki głupi? Odwró­cił się i ni to kuś­ty­ka­jąc, ni to bie­gnąc, ruszył do miej­sca, w któ­rym zosta­wił wiedźmę.

Ta dziew­czyna poja­wiła się w Wodo­grz­mo­tach Ducha tylko po to, żeby się z nim zoba­czyć. A to ozna­czało, że miała zapla­no­waną jakąś drogę powrotną. Jakiś śro­dek trans­portu.

Zastał ją kilka metrów od brzegu rzeki, kuca­jącą z pochy­loną głową. Obej­mo­wała się ramio­nami i usi­ło­wała jakoś roz­ma­so­wać ciało. Spoj­rzała na niego spod pół­przy­mknię­tych powiek. W ciągu tych kilku minut koń­cówki jej wło­sów zupeł­nie zamar­zły.

Ram­son przy­kląkł przy niej, zaci­snął dło­nie na jej szyi tak, że czuł jej puls. Drgnęła, ale nie wyko­nała żad­nego ruchu, żeby się temu sprze­ci­wić.

– Jak się czu­jesz? – Wstrzy­ku­jąc w swój ton tro­skę, ujął jej policzki. Były zimne jak lód. – Możesz mówić?

Roz­warła popę­kane, sinawe wargi.

– T-tak.

– Kręci ci się w gło­wie? Jesteś senna?

– N-nie. – Było to ewi­dentne kłam­stwo, a jed­nak kiedy z zacię­to­ścią unio­sła lekko brodę i spoj­rzała na niego gniew­nie, mimo­wol­nie poczuł sza­cu­nek dla jej hartu ducha.

– Musimy zna­leźć jakieś schro­nie­nie, zanim zapad­nie zmrok. – Obej­rzał się na wierz­chołki drzew, nad któ­rymi skryte za sza­rymi chmu­rami i mgłą wisiało jesz­cze słońce. – Skąd tu przy­je­cha­łaś? Czym?

– P-przy­szłam pie­chotą.

Serce mu nie­mal zamarło. To ozna­czało, że w odle­gło­ści do prze­by­cia znaj­duje się jakieś schro­nie­nie. Słusz­nie postą­pił, wra­ca­jąc po nią.

– Skąd? Czy gdzieś tu jest jakaś osada?

Pokrę­ciła głową.

– Tylko dacza, w któ­rej miesz­kam.

– Jak daleko stąd?

Znów szarp­nęły nią dresz­cze, a on przy­tu­lił ją moc­niej do sie­bie. Ich ubra­nia mogłyby rów­nie dobrze słu­żyć za zimne okłady, ale wie­dział, że cie­pło ciała jed­nak pomoże. Jej odpo­wiedź poja­wiła się razem z chmurką pary.

– Dwie godziny drogi.

Ram­son znów obej­rzał się na zamglone słońce, które wisiało nie­bez­piecz­nie nisko nad koro­nami drzew. Po raz pierw­szy wydało mu się sym­bo­lem nadziei. Wstał, popra­wił swoje zmro­żone odzie­nie, napiął mię­śnie na próbę. Nie miał jesz­cze skur­czów, co nale­żało uznać za dobry znak.

– Zdo­łasz iść, kochana?

Wiedźma zaczęła wsta­wać, dźwi­gać ciało do pionu, ale z wysiłku mało się nie prze­wró­ciła. Ram­son zła­pał ją za łokieć, zanim upa­dła.

– Trzy­mam cię. – Zdo­bądź jej zaufa­nie, żeby poka­zała ci drogę do schro­nie­nia. Zarzu­cił ją sobie na plecy i od razu poczuł lodo­watą sztyw­ność jej płasz­cza. – Obej­mij mnie za szyję. Im wię­cej kon­taktu skóra do skóry, tym więk­sza szansa, że nie dosta­niesz hipo­ter­mii.

Wyko­nała jego pole­ce­nie, a on popra­wił sobie cię­żar na ple­cach. Wysi­łek pobu­dził ukrwie­nie mię­śni. To też był dobry znak.

Zaci­snął zęby i ruszył powoli. Cisza bia­łego kra­jo­brazu napie­rała na nich ze wszyst­kich stron, zabu­rzał ją jedy­nie chrzęst butów na śniegu i z rzadka pęk­nię­cie jakiejś gałązki, gdy wszedł głę­biej w las. Nie­rów­nym, drżą­cym gło­sem wiedźma mówiła, dokąd ma iść.

Po chwili zna­leźli się w sercu lasu, oto­czeni wyso­kimi, gęstymi, oszro­nio­nymi modrze­wiami i sosnami sywer­neń­skimi, które rzu­cały na nich dłu­gie cie­nie. Zda­wało się, że las żyje i na nich patrzy. Zimno wkra­dało się coraz głę­biej pod ubra­nie, pod skórę, aż do kości.

Wiedźma umil­kła, jej ciało znie­ru­cho­miało na jego ple­cach. Kilka razy potrzą­snął nią, żeby nie stra­ciła przy­tom­no­ści.

– Mów do mnie, kocha­nie – powie­dział w końcu. – Jeśli teraz zaśniesz, to już się nie obu­dzisz. – Poczuł, że jej głowa lekko się unosi. – Jak ci na imię?

– Anja – powie­działa zbyt szybko, żeby to mogła być prawda.

A więc kolejne kłam­stwo, ale Ram­son kiw­nął głową z powagą.

– Anjo, jestem Ram­son, choć to już wiesz. Skąd pocho­dzisz?

– Z Dobry­ska.

– Ależ z cie­bie gaduła. – Zachi­cho­tał. Znał Dobrysk, małą, nic nie­zna­czącą kropkę na mapie połu­dnio­wej Cyri­lii. A jed­nak mimo że wyraź­nie pró­bo­wała to ukryć, wychwy­ty­wał jej pół­nocny akcent i lekki zaśpiew typowy dla ary­sto­kra­cji w tym kraju. – I co takiego pora­bia­łaś w Dobry­sku?

Poczuł, jak się spina, i przez chwilę poża­ło­wał swo­jego pyta­nia. Z dru­giej strony wyda­wało mu się, że to dobra oka­zja, żeby wydo­być z niej wię­cej infor­ma­cji, póki była w tym na wpół zamro­żo­nym, na wpół świa­do­mym sta­nie. Wycią­gnąć z niej jakieś sekrety, które póź­niej dałyby mu nad nią prze­wagę. Na razie wie­dział tylko, że jest powi­no­watą. Z pew­no­ścią tak silne powi­no­wac­two powinno jej zapew­nić miej­sce w Patro­lach Cesar­skich.

 

Try­biki w jego gło­wie krę­ciły się szybko. Jej roz­ka­zu­jący głos, wynio­słe spoj­rze­nie, kiedy z nim roz­ma­wiała, unie­siona broda. Z pew­no­ścią miała za sobą ary­sto­kra­tyczne wycho­wa­nie. Może posta­no­wiła ukry­wać powi­no­wac­two, żeby się chro­nić. W Cyri­lii zda­rzało się prze­cież, że gdy u dziecka zaczął się obja­wiać taki dar, ukry­wano to lub usi­ło­wano wyci­szyć. Taką moż­li­wość chro­nie­nia potomka dawała tylko wła­dza i uprzy­wi­le­jo­wana pozy­cja boga­tych. Bez­pie­czeń­stwo, na które nie stać bied­nych rodzi­ców, roz­my­ślał Ram­son.

Powi­no­waci, któ­rzy nie mogli sobie pozwo­lić na łapówki, byli skru­pu­lat­nie spi­sy­wani i ta infor­ma­cja już na zawsze tkwiła w ich doku­men­tach. Jako legalni oby­wa­tele cesar­stwa mogli szu­kać pracy, ale piętno spra­wiało, że postrze­gano ich jako innych, ludzie ich uni­kali, a czę­sto zwy­czaj­nie się bali.

Za pomocą czar­nego kamie­nia i dejs’woszki Cyri­lia usi­ło­wała kon­tro­lo­wać te istoty i nadane im przez bogów umie­jęt­no­ści. Gdy w kraju zaczęli się poja­wiać obco­kra­jowcy szu­ka­jący pracy w naj­bo­gat­szym cesar­stwie na świe­cie, przed­się­bior­czy Cyri­lyj­czycy szybko doj­rzeli w tym szansę na zysk.

I wtedy poja­wili się bro­ke­rzy. Kusili cudzo­ziem­ców wizją zatrud­nie­nia i lep­szych zarob­ków, a gdy ci pod­pi­sy­wali nie­uczciwe kon­trakty, uty­kali na zawsze w odle­głym kró­le­stwie. W cie­niu prawa roz­kwitł han­del powi­no­wa­tymi.

Bez względu na to, czy nale­żała do ary­sto­kra­cji czy nie, dziew­czyna była w każ­dym razie powi­no­watą i zbie­giem. I dla­tego Ram­son wolał nie mieć z nią do czy­nie­nia.

O wiele łatwiej było po pro­stu odwró­cić wzrok.

Z dru­giej strony coś ukry­wała. A on miał wybitny talent do wydo­by­wa­nia sekre­tów, choćby nie wia­domo jak głę­boko skry­wa­nych.

Jej uparte mil­cze­nie się prze­cią­gało, rzu­cił więc pozor­nie zupeł­nie nie­winne pyta­nie:

– Czy to prawda, że u was na połu­dniu wino sło­neczne naprawdę sma­kuje lepiej?

I tak to się cią­gnęło. Ram­son nawi­jał pra­wie bez prze­rwy, a od dziew­czyny uda­wało mu się wycią­gnąć led­wie słowo, cza­sem dwa. Mimo całej tej gada­niny, do któ­rej się zmu­szał, powoli tra­cił czu­cie w dło­niach i sto­pach, a jego mię­śnie były coraz bar­dziej zmę­czone. Ciem­ność skra­dała się ze spo­koj­nym upo­rem, a on musiał inten­syw­nie mru­gać, żeby odróż­niać drzewa od cieni.

Zda­wało mu się, że czas krąży w kółko, i już sam nie wie­dział, czy on przy­pad­kiem też tego nie robi. Nie­zno­śne zimno spo­wal­niało jego umysł. Wciąż oglą­dał się przez ramię z powodu wyima­gi­no­wa­nego pęk­nię­cia gałązki albo skrzyp­nię­cia śniegu. Cesar­stwo Cyri­lii obfi­to­wało w inne nie­bez­pie­czeń­stwa niż jego ojczy­zna; sły­szał o duchach lodo­wych – tak zwa­nych sywint’sjach – które pod­no­siły się wprost ze śniegu. To przez nie zagi­nio­nych podróż­ni­ków znaj­do­wano wiele lat póź­niej pod wieczną zmar­z­liną. O wil­kach lodo­wych, które wyska­ki­wały nie wia­domo skąd, zawsze ata­ku­jąc całymi wata­hami. Ram­son ni­gdy jesz­cze nie podró­żo­wał bez kuli ognio­wej, która zwy­kle pło­nęła spo­koj­nie w noc­nym mroku, trzy­ma­jąc na bez­pieczny dystans wszyst­kie te stwory z Tajgi Sywer­neń­skiej. Teraz ciem­ność napie­rała z każ­dej strony. Ram­son przy­sta­nął. W uszach sły­szał wale­nie wła­snego serca… ale także coś jesz­cze. Nasłu­chi­wał. Dło­nie wyda­wały się puste bez pocie­sza­ją­cego cie­pła kuli ognio­wej, która oświe­tla­łaby mu drogę. W ciem­no­ści łatwiej było się pod­dać mrocz­nym myślom.

A potem to usły­szał: pęka­jące gałązki, sze­lest pod­szy­cia – kil­ka­dzie­siąt kro­ków za nimi.

Ktoś lub coś szło po ich śla­dach.

Zalał go strach. Scho­wał się pod naj­bliż­sze drzewo i popra­wiw­szy sobie wiedźmę na ple­cach, zamarł i nasłu­chi­wał innych odgło­sów niż dud­niące serce.

Tam. Sze­lest i pęka­nie gałą­zek coraz bli­żej, jakby mię­dzy drze­wami prze­dzie­rało się coś wiel­kiego. Wstrzy­mu­jąc oddech, ostroż­nie wychy­lił się zza drzewa i poczuł, że nogi się pod nim ugi­nają.

Mijał ich wła­śnie olbrzymi, ciemny kształt. Był tak bli­sko, że Ram­son czuł zapach mokrego zwie­rzę­cia. Zatrzy­mało się, jakby węsząc, i wark­nęło gar­dłowo. Gdy znów się obró­ciło, żeby się rozej­rzeć, Ram­sonowi pra­wie sta­nęło serce. Roz­po­znał to wiel­kie ciel­sko, blady pysk, lśniące, białe oczy. Niedź­wiedź księ­ży­cowy. Postrach pół­noc­nej czę­ści impe­rium, led­wie szept na ustach myśli­wych modlą­cych się o to, żeby go ni­gdy nie spo­tkać.

Umysł Ram­sona natych­miast zaczął pra­co­wać. Niedź­wiedź księ­ży­cowy pole­gał pod­czas polo­wa­nia wyłącz­nie na wzroku i słu­chu, co ozna­czało, że póki będą cicho i poza zasię­giem jego wzroku, mają szansę prze­trwać. Tylko że nie mogli go prze­cze­kać – po pro­stu by zamar­zli na śmierć.

Poczuł, że wiedźma zsuwa się z jego ple­ców. Przy­szedł mu do głowy pewien pomysł – tak paskudny, że aż się zawsty­dził, ale i tak wziął go pod uwagę. Jeśli rzuci dziew­czynę niedź­wie­dziowi i zacznie biec, czy uda mu się uciec? Była pra­wie nie­przy­tomna, i tak było mało praw­do­po­dobne, że odżyje, chyba że szybko dotrą do jakie­goś cie­płego miej­sca. Mało nie zaniósł się ni to śmie­chem, ni to pła­czem, gdy mimo­wol­nie przy­po­mniał mu się popu­larny cyri­lyj­ski dow­cip. Dosłow­nie utknął mię­dzy niedź­wie­dziem a głup­cem.

Zwierz uniósł kudłaty łeb, jego wiel­kie ciało zamarło. Nad­sta­wił uszu.

I odwró­cił się w ich stronę.

Ram­so­nowi bły­snęły przed oczami jego białe jak ośnie­żony grób śle­pia. Kły. Mimo drże­nia nóg udało mu się przy­kuc­nąć w obron­nej pozy­cji. W jego dłoni poja­wił się szty­let.

Za nic nie miał szans wygrać tej walki – zzięb­nięty, wykoń­czony i obcią­żony nie­przy­tomną dziew­czyną. A jed­nak mimo tego, kim był – mimo wszyst­kich tych ludzi, któ­rym zruj­no­wał życie, wszyst­kich rze­czy, które zro­bił – Ram­son wie­dział z całą pew­no­ścią, że nie potra­fiłby spoj­rzeć w lustro, gdyby teraz przy­naj­mniej nie spró­bo­wał.

Kil­ka­na­ście kro­ków od nich coś zasze­le­ściło w krza­kach, jakby scho­wało się w nich spło­szone zwie­rzę.

Uwaga niedź­wie­dzia natych­miast się prze­su­nęła. Jego łeb – więk­szy niż cały tułów czło­wieka – prze­chy­lił się powoli.

Krzaki znów się poru­szyły. Coś z nich wysko­czyło i popę­dziło w prze­ciw­nym kie­runku. Ram­son sły­szał, jak jakieś stwo­rze­nie nie­po­rad­nie dep­cze gałązki, prze­ci­ska się przez krzaki.

Niedź­wiedź ryk­nął głu­cho. Okrę­ciło się gigan­tyczne ciel­sko. Nie oglą­da­jąc się nawet za sie­bie, olbrzym popę­dził za swoją nową ofiarą.

Ram­son odcze­kał, aż umil­kły odgłosy miaż­dże­nia i sapa­nie, po czym odwa­żył się wypu­ścić powie­trze z płuc. Oparł się o drzewo, potem znowu zarzu­cił sobie powi­no­watą na plecy. Zapa­dła już noc, schro­nie­nia ni­gdzie nie było widać.

Za nim znów pękła jakaś gałązka. Obró­cił się, zaci­snął dłoń na szty­le­cie. Patrzył.

Tuż przy drze­wie zoba­czył jakąś postać, led­wie syl­wetkę odci­na­jącą się na tle śniegu i księ­życa. Był to zarys… dziecka. Dziew­czynki. Unio­sła dłoń i ski­nęła na niego.

Ruszył w jej stronę. Jeśli trzeba będzie się bro­nić, więk­sze szanse ma w star­ciu z o połowę od niego mniej­szym dziec­kiem niż z niedź­wie­dziem.

* * *

Szedł i szedł ze swoim brze­mie­niem, tym czę­ściej się poty­ka­jąc, im więk­sze odczu­wał zmę­cze­nie. Dziew­czynka sunęła pomię­dzy cie­niami niczym duch tajgi.

Prze­szedł jesz­cze kil­ka­dzie­siąt kro­ków. Śnieg zda­wał się sre­brzy­sty, a drzewa znów miały wyraźne kon­tury. Świa­tło, uświa­do­mił sobie. Gdzieś tu jest jakieś źró­dło świa­tła. Las powoli się roz­stą­pił i Ram­son ujrzał małą drew­nianą daczę oto­czoną krę­giem drzew. Na nie­tknięty śnieg padało świa­tło z jed­nego z okien, a Ram­son mało nie padł na kolana z ulgi.

Idące przed nim dziecko pchnęło cien­kie drew­niane drzwi i wśli­zgnęło się do środka.

Na kominku palił się ogień, cie­pło otu­liło go niczym ramiona matki. Ram­son stęk­nął, odkła­da­jąc wiedźmę na pod­łogę przed komin­kiem, i zaczął zdej­mo­wać zmro­żone ubra­nie. Palce mu się śli­zgały na guzi­kach, ledwo zdo­łał reszt­kami sił ścią­gnąć tunikę. Pół­nagi padł i napa­wał się cie­płem suchego drewna chaty.

Mógłby tu zostać na zawsze, nie chciał już ni­gdy poru­szać żad­nym mię­śniem. W końcu jed­nak usły­szał szmer i drobne, lek­kie kroki. Otwo­rzył oczy.

Dziecko przy­kuc­nęło przy wiedź­mie, jego dło­nie fru­wały po ciele powi­no­wa­tej niczym para zanie­po­ko­jo­nych pta­ków. Ram­son patrzył na ciemne włosy opa­da­jące na ramiona, na wspa­niale tur­ku­sowe oczy, któ­rych odcień przy­po­mi­nał mu cie­płe połu­dniowe morza.

Mała pew­nie pocho­dzi z jed­nego z Kró­lestw Aze­atyc­kich, pomy­ślał i brzęk­nęła w nim stara struna współ­czu­cia. Był mniej wię­cej w jej wieku, może ciut star­szy, kiedy po raz pierw­szy poja­wił się na brze­gach Cyri­lii, zagło­dzony, prze­ra­żony, zupeł­nie zagu­biony.

Im dłu­żej jed­nak na nią patrzył, tym gor­sze miał prze­czu­cie. Jako kapi­tan jed­nego z naj­więk­szych por­tów Cyri­lii z łatwo­ścią potra­fił wyobra­zić sobie straszne powody, dla któ­rych mogło się tu zna­leźć samotne dziecko z obcego kró­le­stwa. Szcze­gól­nie region aze­atycki znany był z migran­tów szu­ka­ją­cych pracy w innych kra­jach, w tym także w bez­li­to­śnie nasta­wio­nym na zysk Cesar­stwie Cyri­lyj­skim. Ram­son widy­wał te okręty widma w swoim por­cie, nie­raz w bez­k­się­ży­cowe noce patrzył na prze­kra­da­jące się w ciem­no­ściach posta­cie: męż­czyzn, kobiet i dzieci.

Powi­no­waci sta­wali się w obcym impe­rium zja­wami – bez toż­sa­mo­ści, bez domu, nikogo, do kogo mogliby się zwró­cić. Ich bła­ga­nia zale­wane były przez fale okrut­nego księ­życa.

Ram­son też się od nich odwra­cał.

Dziew­czynka przy­ło­żyła dwa palce do szyi wiedźmy. Na jej twa­rzy malo­wał się nie­po­kój.

Ram­son zro­bił głę­boki wdech.

– Żyje? – Jego głos skrzyp­nął nie­przy­jem­nie.

Czuła tro­ska natych­miast znik­nęła z twa­rzy dziecka, jakby ktoś zatrza­snął księgę. Dziew­czynka popa­trzyła na niego w spo­sób ude­rza­jąco przy­po­mi­na­jący spoj­rze­nie wiedźmy, jej usteczka się wydęły.

Znów spró­bo­wał zagaić roz­mowę.

– Kim jesteś? Jak nas zna­la­złaś?

Jej oczy zmru­żyły się w szparki. Ram­son nie bar­dzo rozu­miał, jak to wła­ści­wie moż­liwe, że tak drobna istotka może wyglą­dać jesz­cze groź­niej niż wiedźma.

– Kim jesteś? – odpo­wie­działa pyta­niem.

– Przy­ja­cie­lem.

– Kła­miesz. Z Aną nie mamy żad­nych przy­ja­ciół. Ale to nie szko­dzi – dodała bez waha­nia. – Jeśli jesteś złym czło­wie­kiem, to cię zabiję.

Ram­son wes­tchnął. Ależ ma dziś szczę­ście do nie­wiast o mor­der­czych zamia­rach.

– Słu­chaj – ode­zwał się. – Drży. To dobry znak. Musimy ją powoli roz­grzać. – Rozej­rzał się po pokoju. Pod ścianą stało drew­niane łóżko, pię­trzyły się na nim koce. Naprze­ciwko łóżka znaj­do­wał się komi­nek, pło­mie­nie roz­świe­tlały wesoło małe pomiesz­cze­nie. Przy drzwiach stało stare drew­niane biurko zarzu­cone per­ga­mi­nami i pió­rami. – Przy­nieś koce i suche ubra­nie i prze­suńmy ją bli­żej ognia. Wydaje mi się, że to tylko pół­sen. Zagrzej jej wody na kąpiel.

Mała przy­glą­dała mu się jesz­cze chwilę jak kot roz­wa­ża­jący, czy zaata­ko­wać, czy jed­nak zaufać. W końcu zde­cy­do­wała się na to dru­gie i ruszyła w stronę znaj­du­ją­cej się z tyłu łazienki. Usły­szał szum wody.

A zatem zostało mu… tylko jedno zada­nie.

Jęcząc, pod­niósł się na kolana, potem wstał. Pochy­lił się i choć mało mu nie pękł krę­go­słup, dźwi­gnął wiedźmę z pod­łogi. Trząsł się cały, gdy poko­ny­wał nie­wielką odle­głość do drzwi łazienki. Pchnął je. W środku paliła się świeca, która oświe­tlała mokrą drew­nianą balię.

Ostroż­nie wło­żył dziew­czynę do środka. Wymam­ro­tała coś i zadrżała, gdy się odsu­wał. Ram­son zmarsz­czył brwi i odgar­nął na bok ciemny pukiel jej wło­sów. Rzu­cił podejrz­liwe spoj­rze­nie na jej wyraź­nie zary­so­wane kości policz­kowe, odważny kształt ust na tle skóry. Przy­po­mi­nała Cyri­lyj­czy­ków z połu­dnia impe­rium, któ­rzy zamiesz­ki­wali Góry Stran­nyje na gra­nicy cesar­stwa z Koroną Nan­dżij­ską. Sta­no­wili mniej­szość wśród zwy­kle jasno­wło­sych Cyri­lyj­czy­ków z pół­nocy, do któ­rych nale­żała więk­szość wła­dzy i bogac­twa w tym kraju.

 

Ram­son miał dziwne wra­że­nie, że już… ją kie­dyś widział.

Pokrę­cił głową. Zimno zamro­czyło mu umysł.

Zosta­wił ją z aze­atycką dziew­czynką i pię­cioma wia­drami let­niej wody. Oparł się o zamknięte drzwi i chwilę słu­chał chlu­pa­nia i ciszy. Jego myśli wiro­wały jak woda.

Dla­czego chciał ura­to­wać ją przed niedź­wie­dziem, mimo że była prze­cież na wpół zamar­z­nięta, do niczego nie­przy­datna i sta­no­wiła dla niego jedy­nie obcią­że­nie? Ram­son Zło­to­usty, któ­rego znał – ten, któ­rego bał się cały świa­tek prze­stęp­czy Cyri­lii – trzy­mał przy sobie tylko sil­nych i uży­tecz­nych ludzi. Sła­bych szybko się pozby­wał lub poświę­cał innym celom. A jed­nak w ciem­no­ści i samot­no­ści ośnie­żo­nego cyri­lyj­skiego lasu chłód pozba­wił go wszel­kiej logiki i zmu­sił do zda­nia się na czy­sty instynkt.

I to instynkt nim dziś kie­ro­wał.

Zaci­snął mocno powieki. Dotąd był pewien, że sie­dem lat temu zdu­sił już w sobie wszel­kie resztki dobra. Poprzy­siągł wtedy już ni­gdy nie oka­zać sła­bo­ści, ni­gdy nie dać wię­cej, niż sam dostał.

Zro­bił głę­boki wdech. Otwo­rzył oczy. Spoj­rzał na pokój z nagłą ostro­ścią.

Pomógł wiedź­mie. Dał. Czas więc coś sobie wziąć.