Dziedzictwo krwi

Tekst
Z serii: Fantasy
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

Przez chwilę stała tam, patrząc za nim, i miała wra­że­nie, że grunt znika jej pod sto­pami. Prze­chy­trzona przez prze­cherę. Z jej ust wyrwał się gorzki śmiech. A czego się spo­dzie­wała? Być może mimo całych mie­sięcy nauki, jak prze­trwać samej, na­dal była tylko naiwną księż­niczką, która nie potrafi nawet prze­żyć poza murami pałacu w Sal­skof­fie.

Rana pul­so­wała, zmie­szana z dejs’woszką strużka krwi sunęła łagod­nym łukiem po jej przed­ra­mie­niu, w powie­trzu uno­sił się meta­liczny zapach.

Jej powi­no­wac­two się poru­szyło.

Nie, pomy­ślała Ana, doty­ka­jąc rany pal­cem. Czer­wone kro­ple ożyły pod jej opusz­kami. Nie, nie była naiwną księż­niczką. Księż­niczki nie mają mocy kon­tro­lo­wa­nia krwi. Księż­niczki nie mor­dują nie­win­nych ludzi na środku rynku i w biały dzień. Księż­niczki nie są potwo­rami.

Coś się w niej zała­mało i poczuła nagle, że roz­nosi ją gniew, który nara­stał w niej od lat, coś roz­dy­mało się w niej zna­jomo.

Bez względu na to, co robiła, bez względu na to, jak bar­dzo się sta­rała być dobra, zawsze w końcu wycho­dził z niej potwór.

Reszta świata przy­bla­kła i została tylko strużka krwi spły­wa­jąca po jej ręce, kapiąca poje­dyn­czymi kro­plami na pod­łogę.

Chce­cie, żebym była potwo­rem? Ana pod­nio­sła wzrok i wbiła go w kory­tarz, w któ­rym znik­nął Ram­son. To będę potwo­rem.

Się­gnęła w głąb tej plą­ta­niny wewnątrz sie­bie i dotarła do powi­no­wac­twa.

Zupeł­nie jakby zapa­liła świecę. Cie­nie dotąd szar­piące jej zmy­sły roz­bły­sły świa­tłem, gdy tylko moc się­gnęła po ten żywioł, który czy­nił z niej potwora – krew.

Była wszę­dzie – we wszyst­kich więź­niach w celach wokół i na każ­dej brud­nej ścia­nie – zarówno ta świeża, czer­wona, jak i wybla­kła, rdzawa. Ana mogła zamknąć oczy i nie tyle ją widzieć, ile czuć, jak kształ­tuje świat wokół niej, po czym stop­niowo, kilka kory­ta­rzy dalej się wyci­sza, aż zostaje tylko nicość poza jej zasię­giem. Czuła jej bieg w żyłach, potęż­nych niczym rzeki, cichych niczym stru­mie­nie albo nie­ru­cho­mych i zatę­chłych jak śmierć.

Wycią­gnęła dło­nie, czu­jąc się tak, jakby po raz pierw­szy od dłu­giego czasu mogła swo­bod­nie zaczerp­nąć tchu. Wszystka ta krew. Cała ta moc. Na jej zawo­ła­nie.

Bez trudu zna­la­zła ucie­ka­ją­cego opryszka, pul­su­jąca w jej żyłach adre­na­lina oświe­tlała go niczym jasna pochod­nia wśród drżą­cych świec. Sku­piła powi­no­wac­two na jego krwi i pocią­gnęła.

Gdy krew posłusz­nie nagięła się do jej woli, Ana poczuła dziwną eufo­rię. Każda kro­pla w ciele Zło­to­ustego cze­kała tylko na jej ski­nie­nie. Zro­biła głę­boki wdech i uświa­do­miła sobie, że się uśmie­cha.

Ty potworku, szep­nął głos w jej gło­wie, tylko że tym razem ten głos nale­żał do niej. Może Sadow jed­nak miał rację.

Może w głębi jej duszy czaił się potwór i nie było sensu z tym wal­czyć.

W kory­ta­rzu roz­legł się krzyk, potem łomot upa­da­ją­cego ciała i bez­ładne szu­ra­nie po pod­ło­dze. Z ciem­no­ści powoli wyło­niła się stopa. Cała noga. Brudny tułów. Ana przy­cią­gała go do sie­bie, trzy­ma­jąc za jego krew i z satys­fak­cją czu­jąc, że w pełni ją kon­tro­luje. Męż­czy­zna pod­ska­ki­wał niczym mario­netka.

Teraz wił się na pod­ło­dze pod celą.

– Prze­stań – wysa­pał. Na prze­po­co­nej tunice poja­wiła się już czer­wona plama, sączyła się przez mate­riał. – Bła­gam… cokol­wiek robisz…

Ana wycią­gnęła rękę przez pręty i chwy­ciła go za koł­nierz, przy­cią­ga­jąc go tak bli­sko, że ude­rzył twa­rzą o kratę.

– Cicho. – Jej głos był niskim war­cze­niem. – Lepiej mnie posłu­chaj. Od teraz będziesz mi zupeł­nie posłuszny albo ból, który odczu­wasz w tej chwili… – znów szarp­nęła jego krwią, a on jęk­nął słabo – …będzie tylko począt­kiem. – Sły­szała te słowa, ale miała wra­że­nie, że jej ustami prze­ma­wia ktoś obcy. – Czy to jasne?

Sapał, miał roz­sze­rzone źre­nice, bladą twarz. Ana stłu­miła wszel­kie poczu­cie winy.

Teraz jej kolej, żeby roz­ka­zy­wać. Jej kolej, żeby wła­dać.

– Otwórz drzwi.

Prze­chera zwlókł się z pod­łogi, choć całe jego ciało trzę­sło się i szar­pało. Był mokry od potu. Zma­gał się chwilę z zam­kiem, po czym drzwi skrzyp­nęły.

Ana wyszła z celi i zwró­ciła się w jego stronę. Świat chwiał się lekko z każ­dym przy­pły­wem mdło­ści, a mimo to poczuła spazm roz­ko­szy, gdy Zło­to­usty się sku­lił. Czer­wone plamy na tunice świad­czyły o tym, że popę­kały mu już nie­które naczy­nia krwio­no­śne. Jutro w tych miej­scach poja­wią się paskudne siniaki, które usieją jego ciało niczym wstrętna wysypka. Dia­bel­skie sztuczki, mówił o tym Sadow. Dotyk diem­chowa.

Odwró­ciła się, zanim przy­szło obrzy­dze­nie wła­snymi czy­nami. Jej palce auto­ma­tycz­nie powę­dro­wały do kap­tura, nacią­gnęły go z powro­tem na głowę, żeby ukryć oczy. Jej dło­nie, przed­ra­miona zda­wały się teraz cięż­kie, napuch­nięte od nabrzmia­łych żył. Gołą rękę scho­wała pod płasz­czem, palce zaci­snęła na zim­nym mate­riale. Bez ręka­wiczki czuła się naga.

Włos jej się zje­żył na gło­wie, gdy dotarło do niej, że wię­zień ucichł.

Coś było nie tak.

Poję­ki­wa­nia i szepty innych ska­za­nych też umil­kły, cisza przed burzą. Kilka kory­ta­rzy dalej roz­legł się gło­śny szczęk metalu.

Ana zamarła. Serce zaczęło jej głu­cho łomo­tać.

– Musimy się stąd wydo­stać.

– O Bóstwa – rzu­cił Zło­to­usty. Udało mu się pod­nieść do pozy­cji sie­dzą­cej, opie­rał się o ścianę, sapał ciężko, a mię­śnie na jego szyi napi­nały się i roz­luź­niały. – Kim ty w ogóle jesteś?

To pyta­nie padło nagle. Przy­szło jej do głowy tysiąc odpo­wie­dzi. Nie­pro­szone wspo­mnie­nia prze­la­ty­wały przez jej umysł, jak kart­ko­wane strony zaku­rzo­nej księgi. Zimowy kra­jo­braz z zam­kiem z bia­łego mar­muru. Ogień w kominku, spo­kojny, niski głos papy. Jej brat, zło­to­włosy, szma­rag­do­wo­oki, jego śmiech cie­pły jak pro­mie­nie słońca. Cio­cia o oczach jak łania, zawsze taka kochana, z głową pochy­loną w modli­twie, jej ciemny war­kocz opa­da­jący na ramię…

Ode­pchnęła te echa prze­szło­ści, wci­ska­jąc je za mur, który z taką sta­ran­no­ścią budo­wała już od roku. Jej życie, dzie­ciń­stwo, prze­stęp­stwa – to jej tajem­nica, a ten czło­wiek z całą pew­no­ścią nie powi­nien doj­rzeć w niej żad­nych oznak sła­bo­ści.

Nim zdą­żyła odpo­wie­dzieć, Zło­to­usty zerwał się do skoku. Zro­bił to tak szybko, że led­wie zdo­łała stęk­nąć z zasko­cze­nia, po czym znów miała usta zasło­nięte jego dło­nią. Momen­tal­nie wcią­gnął ją za kolumnę.

– Straże – wyszep­tał.

Ana wbiła mu kolano mię­dzy nogi. Zło­to­usty zgiął się wpół, ale ponad jego wście­kle mam­ro­ta­nymi prze­kleń­stwami usły­szała kroki.

Cięż­kie buci­ska ude­rzały o pod­łogę. Rytm wystu­ki­wany nie przez jed­nego, ale przez kilku straż­ni­ków. Już widziała słaby ognik jesz­cze odle­głej, lecz coraz jaśniej­szej pochodni. Głosy ponio­sły się echem po kory­ta­rzu. Śmiech. Wła­śnie sobie z cze­goś żar­to­wali.

Ana ode­tchnęła z ulgą. Nie wie­dzieli o nich. Po pro­stu odby­wali ruty­nowy obchód.

Zło­to­usty wypro­sto­wał się i przy­warł do niej moc­niej, żeby też skryć się za kolumną. Stali tak wtu­leni w sie­bie, serca bijące samą modli­twą, zda­wa­łoby się – wspól­nicy w zbrodni albo nawet sojusz­nicy. Jego nie­na­wistne spoj­rze­nie sta­no­wiło jed­nak wymowne przy­po­mnie­nie, że by­naj­mniej nic ich nie łączy.

Gdy straż­nicy mijali kolumnę, Ana usi­ło­wała prze­stać oddy­chać. Byli tak bli­sko, że sły­szała sze­lest ich dro­gich futer, szu­ra­nie butów na brud­nej posadzce.

Nagle do niej dotarło. Straż­nik. Zosta­wili go nie­przy­tom­nego w celi Zło­to­ustego.

Oszust także się spiął, jakby wła­śnie też to sobie uświa­do­mił. Zaklął pod nosem.

Zalała ją panika. Zgrzyt otwie­ra­nych drzwi. Zaci­snęła mocno powieki, w jej piersi roz­kwi­tła trwoga. Odkryli nie­przy­tom­nego kolegę.

– Posłu­chaj mnie. – Zło­to­usty mówił cicho, pospiesz­nie. – Długo ana­li­zo­wa­łem plan wię­zie­nia, znam jego roz­kład tak dobrze jak złote liście w mojej sakwie. Oboje dobrze wiemy, że nie wydo­sta­niesz się stąd bez mojej pomocy, a i ja potrze­buję two­jego powi­no­wac­twa. Pro­szę cię więc, żebyś mi zaufała, że tak powiem, tym­cza­sowo. Gdy tylko wydo­sta­niemy się z tego pie­kła, możemy znów rzu­cić się sobie do gar­deł. Zgoda?

Nie­na­wi­dziła go – nie zno­siła go za to, że już raz zdo­łał ją wystrych­nąć na dudka, i za to, że miał teraz rację.

– Niech będzie – szep­nęła. – Ale jeśli choć pomy­ślisz o tym, żeby znów zasto­so­wać te swoje sztuczki, to pamię­taj, co mogę ci zro­bić. Co ci zro­bię.

Zło­to­usty roz­glą­dał się po kory­ta­rzu przed nimi, prze­chy­lił głowę, nasłu­chi­wał.

– Dobra, dobra.

Zza kolumny widzieli, że jeden z war­tow­ni­ków wszedł do celi. Roz­pacz­li­wie potrzą­sał kolegą. Pozo­stali dwaj zagłę­bili się w lochy z obna­żo­nymi mie­czami i unie­sio­nymi pochod­niami. Polo­wa­nie się roz­po­częło.

Broda Zło­to­ustego łasko­tała ją w ucho.

– Kiedy powiem „bie­giem”, to…

Świa­tło pochodni przy­ga­sło.

– Bie­giem!

Ana wypa­dła zza kolumny. Chyba jesz­cze ni­gdy nie gnała tak szybko. Cele po obu stro­nach zlały się w jeden ciemny pas. Na końcu kory­ta­rza maja­czyło srebrne świa­tełko, tak małe, że mogłaby je z łatwo­ścią zasło­nić kciu­kiem – wyj­ście.

Obej­rzała się za sie­bie. Tuż za nią pędził Zło­to­usty.

– Szyb­ciej! – wrza­snął. – Nie przy­sta­waj!

Świa­tło przed nią było jasne, kamień pod sto­pami twardy. I nim się zorien­to­wała, już była na scho­dach, prze­ska­ki­wała po dwa stop­nie, oddech nie­równy. Wypa­dła na jasne, bez­li­to­sne słońce. Natych­miast zaczęły jej łza­wić oczy. Wszystko było białe: od mar­mu­ro­wej posadzki przez wyso­kie ściany po łuki na sufi­cie. Przez wyso­kie, wąskie okna sączyły się obfi­cie pro­mie­nie sło­neczne, a mar­mur je odbi­jał i potę­go­wał. Kie­dyś Ana z fascy­na­cją czy­tała o tym prze­myśl­nym roz­wią­za­niu archi­tek­to­nicz­nym. Cho­dziło bowiem o to, żeby prze­by­wa­jący w ciem­no­ściach więź­nio­wie wycho­dzili na ośle­pia­jące świa­tło. Ale wie­dza na temat budowy wię­zie­nia nie zapew­niła jej spo­sobu na prze­chy­trze­nie tej pułapki. Tak jak każdy musiała pocze­kać, aż jej wzrok się przy­zwy­czai do jasno­ści. Usły­szała za sobą gło­śne szczęk­nię­cie. Przez łzy zoba­czyła, że to Zło­to­usty prze­kręca klucz w zamku, zamy­ka­jąc drzwi pro­wa­dzące do lochów. Prze­ska­ki­wał po trzy stop­nie naraz, a kiedy dotarł na górę, zaklął, osła­nia­jąc oczy dło­nią. Gdzieś poza holem roz­le­gły się nawo­ły­wa­nia. Mar­mu­rowa posadzka zadrżała lekko cichym stu­ko­tem, który odbił się echem od ośle­pia­jąco bia­łych ścian – odgłos butów ude­rza­ją­cych o pod­łogę i obna­ża­nej broni. Już pod­nie­siono alarm. Ana obej­rzała się na Zło­to­ustego. Przez łzy zoba­czyła, że na jego twa­rzy maluje się wyraz czy­stej paniki, i dotarło do niej, że mimo całego swego sprytu i bra­wury Ram­son Zło­to­usty nie ma planu.

 

Strach wyostrzył jej zmy­sły, świat odzy­skał wyra­zi­stość, oczy prze­stały piec. Kory­ta­rze roz­cho­dziły się w każ­dym kie­runku: trzy na lewo, trzy na prawo, trzy przed nią, trzy za nią, wszyst­kie takie same, wszyst­kie białe.

W gło­wie huczało jej od dejs’woszki; nie pamię­tała już nawet, któ­rędy tu przy­szła. Był to labi­rynt zapro­jek­to­wany tak, żeby więź­nio­wie i odwie­dza­jący uty­kali niczym muchy w paję­czy­nie.

Chwy­ciła Zło­to­ustego za tunikę.

– Dokąd teraz?

Spoj­rzał przez szparę mię­dzy pal­cami i jęk­nął.

– Tylne wyj­ście – wymam­ro­tał.

Zro­biła szybki wdech. Oczy­wi­ście prze­kazy o Wodo­grz­mo­tach Ducha – a było ich nie­wiele – nie wspo­mi­nały o żad­nym tyl­nym wyj­ściu. Główne wej­ście wypo­sa­żone było w troje zamy­ka­nych na klucz i obsta­wio­nych straż­ni­kami drzwi, to Ana wie­działa na pewno. A potem dzie­dzi­niec z łucz­ni­kami, któ­rzy gotowi byli strze­lać do nich niczym do rucho­mych celów, gdy tylko wysta­wią nos na zewnątrz. Obser­wo­wała to wszystko w mil­cze­niu, gdy wcho­dziła za straż­ni­kiem do środka, jesz­cze w roli osoby odwie­dza­ją­cej.

Ni­gdy w życiu nie zakła­dała, że będzie musiała ucie­kać z tego wię­zie­nia, i to w towa­rzy­stwie ska­zańca, z całą watahą straż­ni­ków dep­czą­cych im po pię­tach.

Wście­kłość dodała jej sił. Chwy­ciła Zło­to­ustego za brudną tunikę i potrzą­snęła nim porząd­nie.

– Ty nas w to wpa­ko­wa­łeś – wyce­dziła. – To teraz nas z tego wypro­wadź. Któ­rędy do tyl­nego wyj­ścia?

– Dru­gie drzwi… na prawo od nas.

Pocią­gnęła go za sobą, zmu­sza­jąc do biegu. W jed­nym z rów­no­le­głych kory­ta­rzy sły­chać było kroki, ale Ana nie potra­fiła usta­lić, w któ­rym. Za chwilę z któ­re­goś z nich wyłoni się pościg.

Byli już w poło­wie kory­ta­rza, kiedy za nimi roz­legł się krzyk:

– Stać! Stać w imie­niu Kolst Impe­ra­tora Michaj­łowa!

Czci­godny cesarz Michaj­łow. Rzu­cali nazwi­sko jej brata tak lekko, z taką pew­no­ścią. Jakby coś o nim wie­dzieli. Jakby mieli prawo roz­ka­zy­wać w jego imie­niu.

Ana odwró­ciła się do wię­zien­nych straż­ni­ków. Było ich pię­ciu. Na bia­łych pele­ry­nach pysz­nił się srebrny cyri­lyj­ski tygrys. Obna­żone mie­cze z czar­nego kamie­nia lśniły w słońcu. Byli w peł­nej zbroi, łącz­nie z heł­mami. Poły­ski­wali cha­rak­te­ry­styczną zie­le­nią.

Nad­cią­gali jak myśliwi, któ­rzy chcą oto­czyć nie­okieł­znaną bestię. A prze­cież kie­dyś przed nią klę­kali, uno­sząc dwa palce do piersi i w peł­nym sza­cunku geście rysu­jąc na niej znak koła. Kolst Prin­cesa, szep­tali.

To jed­nak było dawno temu.

Ana zaci­snęła palce na kap­tu­rze, nacią­gnęła go moc­niej. Drugą rękę – ranną, bez ręka­wiczki – unio­sła w stronę straż­ni­ków. Krew cie­kła spi­ralą po jej ramie­niu, inten­sywny kar­ma­zyn na ciem­no­oliw­ko­wej skó­rze.

Żołą­dek znów zapro­te­sto­wał, a gar­dło aż bolało od powstrzy­my­wa­nych tor­sji. W prze­ci­wień­stwie do zwy­kłych pra­cu­ją­cych powi­no­wa­tych, któ­rzy przez lata roz­wi­jali swoje umie­jęt­no­ści, Ana miała nad mocą tylko pod­sta­wową kon­trolę. Próba pod­ję­cia walki z taką grupą ludzi mogła się skoń­czyć kom­pletną utratą wła­dzy nad powi­no­wac­twem. Już kie­dyś się jej to zda­rzyło. Pra­wie dzie­sięć lat temu, a na­dal robiło jej się słabo na samą myśl.

Łucz­nik przy­kląkł, żeby przy­jąć odpo­wied­nią pozy­cję, grot jego strzały poły­ski­wał zie­lono. Ana prze­łknęła ślinę.

– Osła­niaj mnie – roz­ka­zała Zło­to­ustemu, a jej powi­no­wac­two ożyło.

Pokaż im, czym jesteś, mój potworku.

Pokaż im.

Wypu­ściła powi­no­wac­two na wol­ność, a ono zapul­so­wało w jej żyłach, śpie­wa­jąc, wrzesz­cząc i sza­mo­cząc się. We mgle szału udało jej się doj­rzeć zarysy pię­ciu syl­we­tek, krew pul­su­jącą w ich żyłach razem z adre­na­liną, stra­chem.

Ucze­piła się tego i pocią­gnęła mocno, rap­tow­nie…

Ciała pękły. Krew wypeł­niła powie­trze. Powi­no­wac­two wpa­dło w amok.

Po chwili świat fizyczny wró­cił w stru­mie­niu bia­łego mar­muru i zim­nego świa­tła sło­necz­nego. Nagle zna­la­zła się na czwo­ra­kach, jej koń­czyny drżały, z tru­dem oddy­chała. Zawi­ro­wały jej przed oczami beżowo-złote żyłki na posadzce, dzia­ła­nie dejs’woszki w mózgu postę­po­wało nie­ubła­ga­nie. W nie­całe dzie­sięć minut ten pro­ces się zakoń­czy – powi­no­wac­two znik­nie.

Pochy­liła się, jej plecy wygięły się od kaszlu. Na biały mar­mur pry­snął kar­ma­zyn.

Poczuła dłoń na ramie­niu. Drgnęła. Zło­to­usty. Przy­kuc­nął przy niej, roz­glą­dał się wokół z roz­dzia­wioną gębą.

Kory­tarz ział pustką. Tuż za klatką scho­dową leżały roz­rzu­cone zma­sa­kro­wane ciała straż­ni­ków. Pięć syl­we­tek w kału­żach krwi, ciem­nych pla­mach, które łech­tały jej zmy­sły.

Dotyk diem­chowa.

– Nie­sa­mo­wite – mruk­nął Zło­to­usty, patrząc na nią z podzi­wem i zachwy­tem. – Jesteś wiedźmą.

Zigno­ro­wała to wyzwi­sko i sapiąc ciężko, padła na wypo­le­ro­wany mar­mur. Posłu­że­nie się powi­no­wac­twem jak zawsze wyssało z niej całą ener­gię.

– Zostań tu – pole­cił Zło­to­usty. A potem znik­nął.

Ana zdo­łała pod­nieść się na kolana. Nagle nazbyt świa­doma ciał wokół, zim­nych, nie­ru­cho­mych, nie­ży­wych. W jej umy­śle ich krew – wart­kie rzeki zmie­nione w mar­twą, sto­jącą wodę, tak dziw­nie cichą. Biały mar­mur poły­ski­wał kon­tra­stu­jąco z kar­ma­zy­nem, pro­mie­nie sło­neczne oświe­tlały szkar­łat na pod­ło­dze, jakby chciały powie­dzieć: Patrz, popatrz, co zro­bi­łaś.

Ana zgar­biła się, objęła ramio­nami, żeby opa­no­wać dresz­cze. Ja nie chcia­łam. To się wymknęło spod kon­troli. Nie pro­si­łam o powi­no­wac­two. Prze­cież nie chcia­łam nikogo skrzyw­dzić.

Może potwory w ogóle nie chcą nikogo skrzyw­dzić. Może nawet nie wie­dzą, że są potwo­rami.

Odli­czyła od dzie­się­ciu do zera, żeby powścią­gnąć płacz i zdo­łać wstać z pod­łogi. Kiedy się pod­no­siła, czuła pod dłońmi krew. Oparła się o ścianę i oddy­chała głę­boko, przy­my­ka­jąc oczy, żeby odciąć się od tego widoku.

– Te, wiedźma!

Wzdry­gnęła się. Zło­to­usty stał przed dru­gim kory­ta­rzem na prawo od niej, przez ramię miał prze­rzu­coną jakąś linę. Poma­chał do niej, po czym znik­nął w wej­ściu.

Jak długo tam stał, obser­wu­jąc, jak się zała­mała? Spo­glą­da­jąc teraz za nim, mimo fali zmę­cze­nia poczuła sączący się nie­po­kój.

– No, ruchy! – Jego głos odbił się lek­kim echem.

Reszt­kami woli wypro­sto­wała plecy i pokuś­ty­kała w tamtą stronę.

* * *

Wię­zie­nie zapla­no­wano jako labi­rynt. Pamię­tała z dzie­ciń­stwa lek­cje kapi­tana Mar­kowa na temat tego roz­wią­za­nia archi­tek­to­nicz­nego. Twarz męż­czy­zny marsz­czyła się pod szpa­ko­wa­tymi wło­sami, kiedy się do niej uśmie­chał. Zna­jomy zapach jego kremu do gole­nia i metalu zbroi dzia­łał na nią kojąco.

Spo­koj­nym bary­to­nem wykła­dał jej, że wię­zie­nia w Cyri­lii są labi­ryn­tami, które łapią w pułapkę wszel­kich poten­cjal­nych ucie­ki­nie­rów. Panika i nie­pew­ność spra­wiają, że odcho­dzą od zmy­słów, zanim zostaną na powrót ujęci przez straże. Zewnętrzne kręgi labi­ryntu obsa­dzone są gęsto war­tow­ni­kami, ale wewnętrzne tego nie wyma­gają, bo zawsze można wystrze­lać tych poje­dyn­czych więź­niów, któ­rzy zdo­łają dotrzeć dalej.

Pozo­sta­wało jej mieć nadzieję, że tylne wyj­ście Zło­to­ustego pozwoli im unik­nąć rychłej śmierci.

Prze­chera stą­pał przed nią z gra­cją dra­pież­nika. Przy­po­mi­nał jej pan­terę, którą widziała kie­dyś w Sal­skof­fie na poka­zie zwie­rząt egzo­tycz­nych. W jego dłoni bły­snął ukra­dziony szty­let, na ręko­je­ści lśnił znak bia­łego tygrysa.

Obej­rzał się na nią, jakby usły­szał jej myśli.

– Zmę­czona? – szep­nął. – Wy, powi­no­waci, drogo pła­ci­cie za swoje zdol­no­ści, co? No i nasz przy­ja­ciel w lochach nie­źle cię poczę­sto­wał tą kro­plą dejs’woszki.

Od wymy­śla­nia cię­tej ripo­sty ura­to­wał ją straż­nik, który wyło­nił się zza rogu.

Wystar­czyły trzy zwinne kroki i Zło­to­usty już trzy­mał mu nóż na gar­dle. Błysk metalu. Straż­nik upadł na pod­łogę, z jego ciała ster­czała ręko­jeść z bia­łym tygry­sem. Mimo wyczer­pa­nia Ana zare­je­stro­wała tę wyćwi­czoną pre­cy­zję Zło­to­ustego, mistrzo­stwo, z jakim posłu­gi­wał się bro­nią.

Wpraw­nym ruchem scho­wał szty­let.

– Już pra­wie jeste­śmy na miej­scu – rzu­cił pocie­sza­jąco.

W kory­ta­rzu było coraz ciem­niej, pochod­nie na ścia­nach roz­miesz­czono w coraz więk­szych odstę­pach. Mar­mur prze­szedł w grubo cio­sany kamień i raz czy dwa Anie się zda­wało, że wkra­czają w zupełny mrok. Trzy­mała swoje powi­no­wac­two roz­ża­rzone niczym pochod­nię, wciąż świa­doma jego zmniej­sza­ją­cego się zasięgu. Dejs’woszka nie znała lito­ści. Nawet Zło­to­usty, któ­rego szybko krą­żąca krew powinna być prze­cież dosko­nale widoczna, raz po raz zni­kał już ze świa­do­mo­ści Any jak duch.

Ponad ryt­micz­nym stu­ko­tem ich obca­sów zaczął prze­bi­jać się innych dźwięk – słaby, ale nara­sta­jący niczym szept wia­tru igra­ją­cego wśród oszro­nio­nych gałęzi modrzewi za jej oknami.

Dźwięk… wody.

A zatem znaj­dują się pew­nie na tyłach wię­zie­nia, gdzie wyrzu­cane są ciała zmar­łych więź­niów, brudy, śmieci. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści cyri­lyj­skich wię­zień, dla wygody obsługi budo­wa­nych na rze­kach, Wodo­grz­moty Ducha znaj­do­wały się na szczy­cie klifu, z któ­rego lał się wodo­spad. To od niego pocho­dziła nazwa tego miej­sca. Śmiano się nawet, że więź­nio­wie uty­kają tu mię­dzy kli­fem a wodo­spadem.

Klif i wodo­spad.

Poczuła, że ma mokre nogi.

– Zło­to­usty – jęk­nęła, a zaraz potem już krzy­czała: – Zło­to­usty!

Znik­nął za rogiem. Ana zmu­siła się do biegu, szum wody nara­stał, tak że już nie było sły­chać jej kro­ków.

Następny kory­tarz koń­czył się nagle wąskimi łuko­wa­tymi drzwiami z czar­nego kamie­nia. Szep­tała do niej jego zimna, upiorna ciem­ność.

Zło­to­usty przy­klęk­nął pod nimi, szara tunika na czar­nym tle. W pół­mroku jego dło­nie poru­szały się z pre­cy­zją godną pała­co­wych fizy­ków, u któ­rych nie­gdyś pobie­rała nauki Ana. Coś bły­snęło mię­dzy jego pal­cami, szybki ruch w dół i drzwi się uchy­liły.

Zdu­szone bęb­nie­nie prze­szło w ryk, który odbi­jał się echem od kamien­nych ścian i niskiego skle­pie­nia. Zło­to­usty pchnął moc­niej drzwi, a Ana poczuła, że wywraca jej się żołą­dek.

Za drzwiami kory­tarz koń­czył się tak rap­tow­nie, jakby ktoś wziął nóż i sta­ran­nie go odciął. Dwie wiel­kie kolumny pod­trzy­my­wały skle­pie­nie, wra­sta­jąc w klif. Teraz nad ich gło­wami roz­cią­gało się bez­kre­sne, sza­ro­nie­bie­skie niebo Cyri­lii. Pod nim wid­niały poła­cie lśnią­cego śniegu. Pod ich sto­pami biała jak lód woda pie­niła się dziko, spa­da­jąc w prze­paść. Pod Aną ugięły się nogi. Wró­cił zna­jomy strach przed wodą, wryty w jej kości pod­czas tam­tego wypadku sprzed wielu lat. Bez­li­to­sne wody rzeki – bar­dzo odmien­nej rzeki – które nie­mal ją zabiły, aż dwa razy.

 

Zło­to­usty już dzia­łał. Odwi­jał grubą linę. Z płynną łatwo­ścią owią­zał jeden koniec wokół kolumny. Jego palce plo­tły jakiś skom­pli­ko­wany węzeł.

O Bóstwa. Ana przy­lgnęła do ściany i zblo­ko­wała nogi w kola­nach. A więc to było to tylne wyj­ście, o któ­rym mówił – ściek, gdzie spły­wały odchody i trupy.

I oni mieli z niego sko­rzy­stać.

– Nie sko­czę tam z tobą! – krzyk­nęła, cofa­jąc się ostroż­nie.

Zło­to­usty klę­czał już na kra­wę­dzi.

– Nie wiem, jak tam było z twoją edu­ka­cją, kocha­nie, ale oto mądrość pro­sto z ulic: każdy, kto tu ska­cze, ginie. Siła ude­rze­nia po pro­stu miaż­dży mu kości.

Wodo­grz­mot z rykiem dzi­kiej bestii spa­dał w otchłań, prze­cho­dząc w białą mgłę tak gęstą, że Ana nie widziała dna.

Zło­to­usty spraw­dził węzeł. Lina się roz­cią­gnęła, naprę­żyła.

– No to jak będzie, wiedźmo?

Ana była pra­wie pewna, że osza­lał.

– Prze­cież wła­śnie powie­dzia­łeś, że każdy, kto sko­czy, zgi­nie.

Zło­to­usty wstał. Na tle zamglo­nego, błę­kit­nego nieba Cyri­lii, nad spie­nio­nymi, bia­łymi wodami wodo­spadu, wyglą­dał nie­mal hero­icz­nie.

– Tak powie­dzia­łem. Ale my, kocha­nie, nie będziemy ska­kać. – Wska­zał jej linę, któ­rej więk­szość leżała na­dal mię­dzy nimi niczym zwi­nięty wąż. Jeden koniec zawią­zany był wokół kolumny. – Pla­nuję zsu­nąć się do rzeki. Obli­czy­łem to. Uda się. – Uśmiech­nął się i zbli­żył kciuk do palca wska­zu­ją­cego. – To led­wie kro­czek. Jak skok z wozu. Tylko zamiast wozu masz skalną półkę.

W jego oczach widać było iskierki, jakby świet­nie się bawił, a ona miała ochotę go udu­sić. Bóstwa, prze­cież czeka ją pewna śmierć. Za nią straż­nicy, któ­rzy wtrącą ją do lochu tylko po to, żeby sprze­dać ją w nie­wolę kon­trak­tową. Przed nią sza­lony prze­chera, który gotów jest rzu­cić się w otchłań.

– No więc? – Prze­krzy­wił głowę. Pal­cami magika już zdą­żył owią­zać się liną w pasie i wycią­gał ją w jej stronę. – Dobre pięć minut zabrało nam dotar­cie tutaj. Już wsz­częli alarm, więc straż­nicy polecą za nami jak psz­czoły do miodu. Stresz­czaj się, kocha­nie.

Ana spoj­rzała znów na wodo­spad, popa­trzyła na białą pianę mknącą w dół z siłą, która miaż­dży kości. I nagle wyobra­ziła sobie, jak porywa ją ten stru­mień zupeł­nie jak dzie­sięć lat temu, piana, fale zale­wa­jące jej pierś, młó­cące koń­czyny, woda napie­ra­jąca na usta i nos.

Nie mogę.

Gdzieś za nią w labi­ryn­cie roz­legł się krzyk ledwo sły­szalny przez ryk wodo­spadu. Pchnęła powi­no­wac­two, ale było już tak słabe, że wyczu­wała tylko poje­dyn­cze smugi krwi. Rana pie­kła nie­mi­ło­sier­nie. Za kilka minut straci całą moc i będzie bez­bronna.

Nie było już odwrotu.

Chciało jej się pła­kać, lecz po wszyst­kich tych latach spę­dzo­nych w lochach z Sado­wem wie­działa aż za dobrze, że łzami niczego nie osią­gnie. W obli­czu lęku można tylko ucie­kać albo sta­wić mu czoło.

Prze­łknęła więc uczu­cie mdło­ści, zdu­siła szloch i wypro­sto­wała się, po czym minęła drzwi z czar­nego kamie­nia. Pod­łoga była nie­równa i mokra, a smród – jakby coś tu zgniło albo raczej jakby gniło tu wiele rze­czy – zaty­kał dech w piersi. Mimo to ruszyła ku kra­wę­dzi.

– Nie jestem tu, żeby umie­rać, prze­chero – stwier­dziła, idąc ostroż­nie w jego stronę. – Jeśli tylko będziesz coś kom­bi­no­wał, zabiję cię, zanim zrobi to woda. I wierz mi, będziesz mnie bła­gał, żebym cię zamiast tego uto­piła.

Nie pusz­cza­jąc liny, Zło­to­usty pod­szedł do niej skra­jem bia­łej mar­mu­ro­wej posadzki. Jego usta drgnęły, kiedy mocno owią­zy­wał ją liną wokół klatki pier­sio­wej.

– Dobra, dobra.

Ana zro­biła ostry wdech, gdy poczuła, jak sznur wbija się w jej plecy i talię. Zło­to­usty uśmiech­nął się do niej chy­trze.

– Wiem, że śmier­dzę, kocha­nie, ale podzię­ku­jesz mi póź­niej, kiedy na­dal będziesz żywa.

Wiatr sma­gał ją po twa­rzy, gdy przy­su­wała się do kra­wę­dzi, gdzie koń­czyła się skała, a zaczy­nała nicość. Włosy wymy­kały się jej z pro­stego koka, ciem­no­kasz­ta­nowe kosmyki powie­wały na tle błę­kit­nego nieba.

Zło­to­usty znów pocią­gnął za linę.

– Trzy­maj się mocno! – krzyk­nął, a Ana wbrew sobie uchwy­ciła obiema rękami jego brudną tunikę, usi­łu­jąc trzy­mać twarz jak naj­da­lej od jego piersi, na ile było to moż­liwe bez nacią­gnię­cia sobie karku.

Zesko­czył z kra­wę­dzi.

Cała nie­chęć, jaką Ana odczu­wała dotąd wobec niego, znik­nęła w jed­nej chwili. Trzy­mała się go tak kur­czowo, jakby powie­rzyła mu całe swoje życie.

W sumie tak wła­śnie było.

Zadyn­dali tuż pod spad­kiem Wodo­grz­mo­tów Ducha, zakrę­cili się lekko. W uszach huczał jej wodo­spad tak bli­ski, że wystar­czyło, by wycią­gnęła rękę, a na pewno by go dotknęła. Lina spa­dła poni­żej nich, znik­nęła w bia­łej mgle.

Zło­to­usty zaczął powoli się zsu­wać. Mię­śnie napięte, żyły na szyi nabrzmiałe. Raz za razem prze­kła­dał dło­nie.

Ana odwa­żyła się spoj­rzeć w dół. To, co zoba­czyła, spra­wiło, że jesz­cze moc­niej przy­warła do Zło­to­ustego, zdu­sza­jąc w sobie natych­mia­stową panikę. Mogła wypo­wie­dzieć tysiąc modlitw do Bóstw, ale to i tak nie mia­łoby zna­cze­nia. W tej chwili byli tylko ona i prze­chera.

Popa­trzyła w górę. Mgła była tak gęsta, że led­wie widziała zarys skal­nej półki, za którą znaj­do­wało się wię­zie­nie. To już było coś.

– Daleko jesz­cze? – zawo­łała, w huku wody nie­mal nie sły­sząc wła­snych słów.

– Już pra­wie jeste­śmy na miej­scu! – odkrzyk­nął, a jego słowa też led­wie było sły­chać. – Musimy dotrzeć do końca liny albo upa­dek nas zabije!

Ana zmru­żyła oczy. Coś – jakiś ruch we mgle – spra­wił, że odru­chowo się­gnęła po powi­no­wac­two. Jesz­cze tam było, led­wie smuga, echo jej mocy, wciąż wal­czące pod napo­rem dejs’woszki. Zmarsz­czyła brwi. Czuła coś tak nie­wy­raź­nego, że nie­mal to prze­ga­piła.

Ude­rzył ich podmuch wia­tru i zamknęła oczy, sta­ra­jąc się opa­no­wać mdlące uczu­cie roz­huś­ta­nia. Kiedy znów je otwo­rzyła, wiatr roz­wiał mgłę. Na górze, na kra­wę­dzi Wodo­grz­mo­tów ujrzała syl­wetkę łucz­nika, łuk i strzałę wyce­lo­waną pro­sto w nich.

– Uwa­żaj! – wrza­snęła i pierw­szy pocisk prze­le­ciał tuż nad ich gło­wami.

Druga strzała tra­fiła Zło­to­ustego.

Jęk­nął z bólu, gdy dra­snęła mu ramię, roz­ci­na­jąc rękaw i skórę. Ana zdu­siła krzyk, ręce męż­czy­zny ześli­zgnęły się po linie. Szarp­nię­cie. Zawi­ro­wali gwał­tow­nie, led­wie kilka cen­ty­me­trów dzie­liło ich od śmierci w wodo­spa­dzie. Nad nimi łucz­nik znów nacią­gał cię­ciwę.

W dole widać już było koniec liny. Ana wró­ciła wzro­kiem do pętli w pasie Zło­to­ustego. Muszą dotrzeć do końca liny. Albo umrą.

Ana się­gnęła w głąb sie­bie, tak głę­boko, że czuła tylko krew i kość. I zna­la­zła je – resztki powi­no­wac­twa, słabe jak gasnąca świeca, wciąż jed­nak się tlące.

Wycią­gnęła rękę i przy­ssała się do krwi łucz­nika. Pchnęła.

Tam­ten zamarł, zachy­bo­tał się, jakby ude­rzył go nagły podmuch wia­tru. Ana pozwo­liła ręce opaść. Poczuła na war­dze cie­płą strużkę i smak wła­snej krwi.

Koniec. Dejs’woszka wygrała, Anie nie zostało już nic.

To jed­nak wystar­czyło, żeby odwró­cić uwagę łucz­nika i dać im czas na dotar­cie do końca liny.

Zło­to­usty ją puścił, jego ręka powę­dro­wała do bio­dra. Szty­let bły­snął mato­wym sre­brem. Pochy­lił się do Any ze zmru­żo­nymi oczami, jego twarz była śmier­tel­nie spo­kojna.

– Nie szarp się, nie kom­bi­nuj. Po pro­stu się mnie trzy­maj. Sto­pami do przodu, palce obcią­gnięte.

Led­wie zdo­łała zro­zu­mieć jego słowa, led­wie smak stra­chu dotarł do czubka jej języka.

Męż­czy­zna uniósł rękę.

– Pierw­szy krok do tego, żeby zostać porząd­nym łotrem, to nauczyć się upa­dać – powie­dział.

Bły­snęło ostrze. Jed­nym ruchem prze­ciął linę.

I runęli w dół.