Tajne życieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Mandalaj wyglądałby jak z wiersza Rudyarda Kiplinga, gdyby tylko koloniści byli Birmańczykami i mieli czołgi. Budynki wciąż sprawiają wrażenie imperialnej obojętności. Dziś mieszczą się w nich urzędy junty, nie bardziej zainteresowane potrzebami narodu niż ich brytyjscy poprzednicy. Jest tu chłodniej niż w Rangunie, ale zapach południa to też zapach północy, nieruchome powietrze kraju pod jarzmem. Ulice są zaśmiecone drutem kolczastym, zakręconym w pętle wokół zapór drogowych w czarno-czerwone pasy.

Hotel jest bliżej centrum niż ten ranguński. W pokoju nikt nas nie obserwuje i możemy z wysokości piętra przyglądać się, jak toczy się wokół nas uliczne życie, bez świadomości, że pojawili się obcy. Ognie, na których mieszkańcy gotują posiłki, palą się od rana do wieczora, wysyłając ku nam wielkie, czarne jak atrament słupy dymu. Ze schodów wieży zegarowej na środku ronda na przejeżdżające wojskowe ciężarówki patrzą dzieci. Po drugiej stronie ulicy stoi pusty budynek uniwersytetu. Wszystkie kampusy pozostają zamknięte od czasu protestów z 1988 roku. Naród zostaje pozbawiony przyszłych lekarzy i prawników, bo generałowie boją się oporu.

Przez kolejne kilka dni człapiemy za przewodnikiem, który oprowadza nas po atrakcjach turystycznych. Zabijamy czas, nim wrócimy do Rangunu, by zobaczyć – jak mamy nadzieję – protesty, które na dobre rozbiją tę fasadę. Ostatniego dnia przed odjazdem naszego pociągu na południe „opiekun” prowadzi nas do małej łodzi pływającej po Irawadi, rzece, od której wzięła nazwę demokratyczna gazeta Min Zina.

– Wycieczka – mówi.

Wymieniamy spojrzenia, zastanawiając się, czy „wycieczka” oznacza wieczny sen w rzece. Nie jest przewidziana w programie podróży, a mroczna energia tego miejsca jest tak orwellowska, że skasowanie dwójki nowożeńców brzmi bardzo prawdopodobnie. Słyszeliśmy historie o aktywistach, którzy znikali podczas sponsorowanych przez rząd wyjazdów. Przynajmniej jeden z nich odnalazł się martwy w ranguńskim więzieniu. Ta konkretna łódź nie wygląda jednak zbyt groźnie, pozostaje nam tylko mieć oczy otwarte i wspiąć się na pokład.

To tradycyjna drewniana rzeczna łódź, na której mieści się trójka–czwórka pasażerów, a za napęd służy mężczyzna z kijem stojący na jednym końcu pokładu. Wypływamy, a załogant walczy z prądem, jego twarz jest pełna spokoju w gorącym słońcu. Na tej małej pływającej wyspie, z dala od jednego i drugiego brzegu, junta odpuszcza, a nasza czwórka milczy. Kij delikatnie uderza o wodę, mijamy śpiewającego rybaka. Nikt nic nie mówi, aż wreszcie pilot przechyla się na prawo i prowadzi nas ku lądowi. Opiekun znów robi się sztywny.

– Tradycyjna birmańska wieś – mówi, gdy schodzimy na drewnianą przystań. Nad nami, na szczycie pochyłego brzegu rzeki, czeka szpaler ludzi w narodowych strojach, jak aktorzy w Epcot Center World Showcase, które odwiedzałam z bratem jako dziecko. Za nimi – skansen jak plan filmowy. Ani śladu, że ktoś tu żyje na co dzień, nie ma bydła ani śmieci, tylko stół, a na nim obiad. W innym kraju byłaby to mierna atrakcja turystyczna, ale tutaj ma znacznie mroczniejszą wymowę. Jakieś sto pięćdziesiąt kilometrów stąd zaczyna się szlak wypalonych wsi, wyglądających zupełnie jak ta, nim przyjechało wojsko, by opanować plemiona, które mu się przeciwstawiały. Karenowie, Karenni, Szanowie. Starożytne ludy, które nie zgadzały się na rządy SLORC i zapłaciły za to domami, dziećmi, życiem. Pokryte strzechami dachy niczym nie różnią się od tych, które w opowieściach uchodźców stawały w ogniu. Ryż na naszym stole to wspomnienie zaminowanych pól. Cisza przypomina dzieci porywane z domów – dziewczyny „na usługi” żołnierzy, chłopców do walki, do zabijania. Wypucowana do połysku replika jest doskonała w każdym szczególe, poza jednym: wszyscy się tu uśmiechają. To potiomkinowska wieś w stylu północnokoreańskiej propagandy, a jej gośćmi jesteśmy dziś my.

Siadamy przy stole. Miejscowi mówią nam, jak nazywają się przygotowane potrawy. Kim są ci ludzie i gdzie tak naprawdę mieszkają, gdy zdejmują kostiumy i zmęczeni idą do domu? Kobiety przyglądają mi się, a potem spuszczają wzrok, gdy spoglądam im w oczy. Na policzkach mają tanakę, pastę z kory drzewnej, która chroni skórę przed słońcem. Każda posmarowała się w inny wzór: kropki, kółka, zakrętasy. To język znaków na ich twarzach. Widzieliśmy tanakę także w Mandalaju i Rangunie. Tylko to w tym miasteczku wydaje się prawdziwe, tylko to jest przebłyskiem prawdziwej osobowości tych kobiet. Wzory sugerują, że jedna jest dziarska, inna ma poczucie humoru.

Gdy wracamy do miasta, pilot łódki zauważa, że opaliłam sobie nos. Wyciąga własną tanakę i klęka, żeby zrobić smugę na moim czole, a potem z tego, co mu zostało, barwi mi nos i rysuje wzory na policzkach. Jest w tym coś sakralnego, jakby mnie namaszczał, przyjmował do wspólnoty. Przewodnik nie przeszkadza. Prąd rozpalonej słońcem rzeki niesie nas z powrotem do Mandalaju.

* * *

Poranek przynosi kolejną podróż pociągiem, powrotną, tą samą trasą. Zastanawiam się, czy przed naszą lokomotywą też jedzie kilka rodzin, żyjących nadzieją, że laweta nie wyleci w powietrze. Jutro 9 września – dzień prawdy, dzień wymarzonego powstania studentów.

Próbujemy iść na obiad do ABC Café. Chcemy wyczuć nastrój. Ale gdy przyjeżdżamy, saloonowe drzwi się nie otwierają, a na wywieszce jest napis „Zamknięte”. Wracamy do hotelu pustymi drogami i z pustymi żołądkami. Jeszcze nie ma godziny policyjnej, ale na ulicach jest mroczniej niż zazwyczaj. W oknach pozaciągane są zasłony. Żołnierze ściągają zapory z wojskowych ciężarówek. Deptaki, które mają nimi blokować, są i tak całkiem opustoszałe.

– Wiedzą – szepce Daryl do mojego policzka, gdy idziemy z samochodu do drzwi hotelu. Zjadamy kilka krakersów, które mieliśmy w pokoju, i idziemy spać w milczeniu.

Następnego dnia drogi są wciąż zamknięte, ale gdy nasz opiekun przychodzi zabrać nas na obiad, na chodniki wraca normalny gwar. ABC Café jest otwarta, choć cicha i opustoszała. Od razu idę do łazienki.

„Skończyło się, zanim się zaczęło” – czytam na notce ze spłuczki. „Wczoraj aresztowali kilkaset osób. Skuteczne uderzenie wyprzedzające”. To nie jest pismo Min Zina, ale ton listu i wiedza, gdzie będziemy szukać wiadomości, upewniają mnie, że autorem jest przyjaciel. „Jeszcze nie wszystko stracone. ASSK chce się z wami spotkać. Wyślemy samochód piętnastego o świcie”. ASSK to Aung San Suu Kyi, a do piętnastego jeszcze sześć długich dni. Składam wiadomość i odkładam ją tam, gdzie ją znalazłam, żeby Daryl mógł ją przeczytać, gdy ja będę zamawiała nam frytki.

Przyjechaliśmy udokumentować to, jak junta zwalcza dysydentów. Ale jak sfilmować zmiażdżenie powstańców, jeśli zostali zmiażdżeni, nim zdążyli powstać? Teraz możemy nagrać jedynie milczenie.

Poranek 15 września oświetla złotymi promieniami wschodni brzeg jeziora Inle. Czekamy przed hotelem, tak jak to przeczytaliśmy w notce ze spłuczki. O piątej rano jest jeszcze na tyle wcześnie, że naszego opiekuna nie ma w hotelu, ale nie przyjechał też oczekiwany kontakt.

– Może ich aresztowali – mówię, gdy po kolejnych kilku minutach jezdnia nadal jest pusta. – Może SLORC wie o nas, tak jak wiedzieli o protestach. – Sama myśl napawa mnie lękiem. Ale wtedy z pyłu wyjeżdża samochód i zatrzymuje się przy nas. Wsiadamy i widzę, jak kierownik nocnej zmiany gdzieś dzwoni, gdy zamykamy za sobą drzwi.

Sprawdzamy swoje rzeczy. Mamy kamery i długopisy Bic, w których mieliśmy ukryć film. Notesy z zakodowanymi podpowiedziami do pytań, które chcemy zadać. Mamy narzędzia, by pytać i zapisywać, ale to wszystko. Nasze paszporty są na lotnisku, bagaże – nadal w pokoju. Przeraża nas, że przeciwstawiamy się zasadom tego bezwzględnego reżimu, mając do obrony tylko torbę taśmy filmowej i długopisów, ale jesteśmy w samochodzie, przekroczyliśmy Rubikon. Nie mamy już wyboru, musimy zanurkować w nieznane.

Spotykamy się w sztabie partii Suu Kyi, jedynym miejscu, do którego wolno jej wychodzić z domu. Nieciekawa ceglana fasada przypomina raczej sklep niż siedzibę ruchu oporu. Tylko flaga z sylwetką pawia zdradza, jakie jest prawdziwe przeznaczenie budynku. Waleczny paw to symbol birmańskiej demokracji. Jest butny, złoty. Widnieje na płomiennym czerwonym tle, jeden pazur ma uniesiony do walki. Flaga wisi z okna na piętrze, naprzeciwko wojskowego posterunku, jak płachta, którą matador macha przed bykiem.

Wygląda na to, że dziś żołnierze jeszcze śpią o tej porze. Gdy podjeżdżamy przed budynek, nikt się nie rusza. Paleniska, na których gotują posiłki, są wygaszone. Nasze auto powoli wtacza się do zaułku i wychodzimy na światło świtającego dnia. Tu też panuje zapach nieruchomego powietrza, ale delikatny powiew wiatru rozwiewa pył.

– Tędy. – Kierowca wysiada z samochodu i prowadzi nas do bocznego wejścia. Po drugiej stronie ulicy wciąż cicho. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do swobodnego poruszania się po mieście. Jest to uczucie mniej przyjemne, niż sobie wyobrażałam. Gdy jest z nami przewodnik, zagrożenie jest namacalne. Bez niego staje się mglistą, wszechpotężną siłą. Pustymi drzwiami i kształtami w ciemnych kątach.

Gdy docieramy do drzwi, naciskam klamkę i otwierają się. Zamki są tu tylko dla ozdoby. Żołnierze i tak przychodzą i wychodzą, jak chcą. Podziwiam partię Daw Suu, że nie przejmuje się grą pozorów.

Na parterze nie ma mebli. Jest tylko rachityczny balkonik. Na ścianie wisi zdjęcie Suu Kyi, na którym przemawia z tego balkoniku do tłumu zwolenników. Ale dzisiaj jesteśmy tu tylko my.

– Bardzo proszę – mówi kierowca i gestem pokazuje nam, żebyśmy weszli po schodach. Na górze, za balkonikiem, jest wąski korytarz. Kierowca wyprzedza nas i puka do drzwi. Po chwili się otwierają.

Jest mniejsza, niż się spodziewałam. Nie ma orszaku ani ochrony. Stoi na drewnianym progu i wita nas w pustym pokoju. Jej dłoń mieści się w mojej jak dłoń dziecka.

 

– Proszę, niech państwo wejdą – mówi z brytyjskim akcentem z kolonialnym nalotem, takim, jakiego jeszcze uczą w prywatnych szkołach Mumbaju. Jej postawa jest doskonała, nie mniej zdyscyplinowana niż u żołnierzy po drugiej stronie drogi. We włosach ma kwiaty, zupełnie jak na zdjęciu, które wisiało w mojej sypialni, gdy byłam w liceum. Tak jak na tamtym zdjęciu, w jej spojrzeniu jest stal. Gdy stoję naprzeciwko niej, widzę, że pod stalą jest też miłość.

– Dziękuję, że zechciała się pani z nami spotkać – mówi Daryl.

– Przyjaciele Min Zina… – odpowiada Suu Kyi. Cały pokój robi się cieplejszy od jej uśmiechu.

Siadamy przy długim drewnianym stole, podczas gdy Daryl rozpakowuje kamerę. W oknie są kraty.

– Jeśli wywieziecie ten film – mówi Daw Suu – poproście jakąś stację, żeby nadała go do Birmy na krótkich falach, wtedy nie będzie go można zagłuszyć. Minęło już prawie dziesięć lat, odkąd wygraliśmy wybory, ale ludzie poza Rangunem nadal nie mogą usłyszeć, co mam do powiedzenia.

Przez kolejną godzinę opowiada o gospodarce, prawach człowieka, czystkach etnicznych. Potępia niewolniczą pracę przy gazociągach i handel narkotykami, na którym bogacą się elity.

Mówi, że Birma niegdyś była spichlerzem Azji, ale potem Ne Win, przywódca wojska, zdecydował, że jego szczęśliwą liczbą jest dziewiątka. Z dnia na dzień unieważnił wszystkie środki płatnicze o nominałach niepodzielnych przez dziewięć. Ponieważ w kraju nie było systemu bankowego, rodziny trzymały oszczędności w domach, w stukiatowych banknotach. Bogactwo Birmy rozwiało się. Teraz jeden z najbogatszych krajów Azji Południowo-Wschodniej szybko stał się najbiedniejszy.

Ne Win kąpał się we krwi delfinów, żeby zachować młodość, i słuchał każdej porady swoich wróżbitów. Pewnej nocy nakazał zamknięcie najważniejszej trasy przelotowej przez Rangun, żeby mógł przejść tyłem przez most w stroju cesarza. Potajemnie umacniał swoją władzę, wypłacając generałom miliony dolarów przez szwajcarskie konta bankowe – pieniądze czerpał z przymykania oka na handel ludźmi i narkotykami.

Gdy studenci zaprotestowali przeciw takiemu traktowaniu ich kraju, Ne Win nakazał tym samym generałom strzelać do tłumów od Rangunu po Mandalaj. To były właśnie protesty z 8.8.88, po których Suu Kyi podjęła misję swojego ojca, a Min Zin musiał ukrywać się na strychu. Zginęły tysiące, Daw Suu umieszczono w areszcie domowym. Jedenaście lat później wciąż nie może wychodzić z domu, chyba że do budynku, w którym właśnie siedzimy, a którego drzwi pilnują żołnierze.

Zanim skończymy wywiad, opowiada jeszcze o chłopach zmuszanych do niewolniczej pracy przy gazociągach, na których bogacą się generałowie. Mówi o pracujących pro bono prawnikach z Ameryki, którzy odkryli wciąż obowiązujące prawo sprzed stu lat, wymyślone do ścigania piratów morskich, dzięki któremu być może uda się pociągnąć do odpowiedzialności obsługujący te rurociągi koncern gazowy z Kalifornii, może nawet samych generałów. Sprawa będzie musiała trafić aż przed Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych. Prawnicy będą walczyć za birmańskich chłopów z drugiego końca świata.

Jestem oczarowana, gdy słucham, jak ta drobna kobieta mówi, w jaki sposób pokojowe protesty na ulicach i sądy mogą doprowadzić do upadku bezlitosnego wojska. Na razie jest jednak wciąż w areszcie domowym. Jeszcze nie zwyciężyła junty.

Żeby jej słowa usłyszano gdzieś dalej niż tylko w otwartym pokoju na dole, musimy podzielić film na kawałki i go ukryć. Kiedy rozkręcamy plastikowe pojemniki, Suu Kyi opowiada nam o swoim mężu, Michaelu, oksfordzkim profesorze tybetanistyki, który kilka miesięcy temu zmarł na raka. Jej dwóch synów, jeszcze w wieku szkolnym, wychowuje się teraz bez rodziców. Wojsko pozwala jej wyjechać z Birmy, kiedy tylko chce. Mogła być przy łóżku Michaela, gdy umierał. Teraz mogłaby pojechać przytulić opłakujące ojca dzieci. Ale wie, że jeśli wyjedzie, nigdy nie będzie mogła wrócić. Wyobrażam sobie, jak to jest być jednym z jej synów, w cichym angielskim dworku, z wycinkami z gazet zamiast matki. Zastanawiam się, czy czują się raczej skrzywdzeni czy dumni. Myślę o własnym ojcu w Rosji i pustym krześle, które stało dla niego na mojej ceremonii ukończenia liceum.

Gdy już udało nam się wyjąć film z plastiku, zaczynam go zwijać do obudowy długopisu. Suu Kyi kładzie dłoń na mojej dłoni.

– Te są dobre na przynętę – mówi. – Na resztki, które chcecie, żeby znaleźli, bo wtedy pomyślą, że mają wszystko. – A potem, łagodnie, jak cierpliwa matka chrzestna, dodaje: – Na prawdziwy film, ten, który naprawdę chcecie stąd wywieźć, lepszą skrytkę dała ci natura. – Skręca film z naszego wywiadu w rulonik mniejszy od tamponu i zawija go w plastikową folię. – Łazienka jest na końcu korytarza, po lewej.

Kiedy wychodzimy frontowymi drzwiami, piętnaście minut później, żołnierze już czuwają na posterunku. Słyszymy metaliczne kliknięcie przesłony aparatu, który dokumentuje nasze wyjście. Żadne z nas nie odwraca się w jego kierunku. Idziemy na główną drogę, gdzie, jak powiedziała Suu Kyi, możemy złapać taksówkę, jeśli żołnierze nam na to pozwolą.

Film, który schowałam wewnątrz siebie, zawiera coś więcej niż tylko komentarze na temat gospodarki i wojen domowych. To okrzyk, który ma zjednoczyć mieszkańców Birmy, prośba, by się nie poddawali, żądanie, by ponownie powstali. To najbardziej buntownicze słowa, które Suu Kyi wypowiedziała od jakiegoś czasu, sprowokowane przez prewencyjne aresztowania z zeszłego tygodnia. Teraz my jesteśmy odpowiedzialni za to, żeby świat je usłyszał.

– Tam jest taksówka – mówi Daryl. Ale zanim zdążymy do niej wsiąść, podjeżdża do nas wojskowa półciężarówka. Mężczyzna z karabinem mówi:

– Wsiadać.

Min Zin przestrzegał nas: jeśli odezwą się do nas żołnierze, mamy być potulni i posłuszni. Nie stawiać oporu na pokaz, nie oburzać się.

– Waszym zwycięstwem będzie sam wyjazd z kraju, miejmy nadzieję, że z nietkniętym filmem – powiedział. – Nie róbcie niczego, co mogłoby zagrozić temu celowi, nieważne, jak bardzo chcielibyście napluć im pod nogi.

Wdrapujemy się na tył samochodu, a żołnierze zawiązują za nami brezentową plandekę. Czuję tętno w końcówkach palców, wszystko zwalnia, zupełnie jak podczas wypadku drogowego na moment przed zderzeniem.

Chociaż jesteśmy na tyle ciężarówki sami, instynktownie wiemy, żeby się nie odzywać. Próbuję liczyć zakręty. Po kilku minutach odpuszczam.

Gdy stajemy, a kierowca gasi silnik, wciąż słyszymy dźwięki ruchu ulicznego. Nie zabrali nas zbyt daleko. Na pewno nie na tyle daleko, żebyśmy byli w więzieniu Insein albo innym miejscu internowania poza Rangunem. Ulga kłuje mnie w ramiona jak deszcz.

Słyszymy, jak żołnierze wysiadają z szoferki. Po chwili brezent się rozchyla. Stoimy przed nieznanym hotelem.

– Zabierzcie swoje rzeczy – mówi wyższy.

– To nie jest nasz hotel – odpowiada Daryl.

Żołdacy przez chwilę rozmawiają ze sobą po birmańsku. Potem znowu zawiązują brezent i wracają do kierowcy, który czeka z przodu. Ciężarówka znów rusza. Czy grali na czas? Czy też naprawdę się pomylili? Co się stanie, gdy odbierzemy swoje rzeczy? Daryl patrzy mi w oczy. Jego spojrzenie mówi, że wszystko będzie dobrze.

Mijamy świątynne dźwięki pagody Sule. Potem krzyki handlarzy z targu Aung San. Dwa tygodnie temu było to dla mnie całkiem obce miasto. Teraz potrafię się w nim odnaleźć na słuch. Poza plandeką ciężarówki są mnisi, przekupnie, bojownicy, matki. Wszyscy są ofiarami jednego szaleńca z karabinem. W jakiś sposób, którego nie umiem wyjaśnić, pokochałam ich. Zastanawiam się, czy dzieci przy straganach z herbatą przyglądają się naszej ciężarówce, gdy mija ich miejsce zabaw.

Znów się zatrzymujemy, a gdy rozchyla się brezent, stoimy na podjeździe przed naszym hotelem. Daryl uśmiecha się, bez nerwów, po brytyjsku.

– Zabrać swoje rzeczy? – pyta.

Wysoki żołnierz potakuje. Denerwuje go demonstracyjny humor Daryla. Ale ten mały dowcip przypomina mi, że ciągle jesteśmy sobą. Ściskam dłoń Daryla, gdy prowadzimy mężczyzn do naszego pokoju.

Najpierw zabierają wszystkie pieniądze, które widzą. Pytają, czy mamy więcej, więc wyciągamy kilka zmiętych banknotów. Niższy trzyma zebraną walutę, ale jej nie przelicza.

– Podatek wyjazdowy – mówi.

Widzę długopisy z podstawionym filmem w kieszeni mojego tornistra. Czuję prawdziwy film w swoim ciele. Zastanawiam się, czy będą nas przeszukiwać. Ale zamiast tego gonią nas z powrotem na ciężarówkę i wrzucają bagaż za nami. Nasłuchuję dźwięków pagody Szwe Dagon i jeziora Inle, które będziemy mijać po drodze na lotnisko. Dochodzą bez opóźnienia, więc odhaczam je sobie w głowie, czerpiąc z tego jedną drobną ulgę za drugą. Potem brezent zostaje ściągnięty po raz trzeci – i nie jesteśmy przy terminalu.

Lotnisko jest niedaleko, ale o ile mogę coś wywnioskować z naszego otoczenia, to więzienie Insein też. Budynek obok nas wygląda jak krzyżówka jednego z drugim – samolotowy hangar otoczony drutem kolczastym. Mój spokój się ulatnia. Próbuję sobie wmówić, że może będziemy lecieć czarterem albo że oddzielili nas od pozostałych pasażerów, by mieć pewność, że nie będziemy robić scen. Ale wtedy z furgonetki obok naszej półciężarówki wyciągają więźnia i prowadzą go do środka ze szmatą na twarzy i z rękami związanymi drutem. Jedna zwisa mu z ramienia, jakby trzymała się tylko na skórze. Szukam dłoni Daryla, ale on jest przede mną, popychany do drzwi. Żołnierz za mną szturcha mnie, żebym poszła za nim. W środku widzimy żołnierzy za wysokim stołem. Na cementowej podłodze siedzi kilkanaścioro dzieci w wojskowych mundurach. Związanego mężczyzny tu nie ma. Dostrzegam metalowe drzwi, przez które zapewne go wyprowadzono. Co to za miejsce? Czy uda nam się stąd wyjść?

Żołnierze każą nam usiąść na dwóch niskich, plastikowych stołkach. Ten niższy kuca między nami, a wyższy podchodzi do stołu i zapala papierosa. Czekamy tak kilka godzin. Patrzę, jak mali żołnierze grają w hacele. Mają po dziewięć, może dziesięć lat, noszą miniaturowe mundury z malutkimi epoletami na ramionach. Jeden z nich pali czeruta – birmańskie cygaro z obciętymi końcami, które można kupić na rogu każdej ulicy. Strzepuje popiół do butelki po gazowanym napoju. Trzymają karabiny pod ścianą i na kolanach, po jednym na głowę. Są wyższe niż ich dziecinni właściciele, jeśli uwzględnić bagnet. Grają rundę po rundzie, nigdy się przy tym nie uśmiechając. Ich ciała ruszają się siłą przyzwyczajenia, w oczach widać szklisty dystans, owoc narkotyków i straty.

Oficerowie przychodzą i odchodzą. Czasem krzyczą. Ale głównie przerzucają papiery. Jeden popycha nowego więźnia na drugą stronę pokoju, wyprowadzając go przez drzwi, nawet się nie zatrzymując. Czasem zza drzwi dochodzi nas krzyk bólu. Po którymś z nich jeden z żołnierzy odwraca się do nas i mówi „akumulator”. Nie wiem, czy mu wierzyć. Pamiętam, jak byłam mała i mój wujek źle podłączył kable, gdy samochód nie chciał odpalić. Wywołał tym deszczyk iskier. Myślę o tym, jak bardzo by bolało, gdyby ktoś przepuścił takie samo napięcie przez moje ciało. Zastanawiam się, czy zaczęłabym krzyczeć.

Po kilku godzinach zostajemy wyprowadzeni przez drzwi. Wyłożony beżowymi kafelkami korytarz rozciąga się na lewo i na prawo. Zostajemy rozdzieleni, wprowadzeni do pokojów i zamknięci. Dzieje się to w jednej chwili. W jednym momencie jesteśmy razem, w następnym jestem sama we wszechświecie.

Pokój jest pusty, jest w nim tylko krzesło i nocnik. Nie ma posłania, nie ma maty. Nie ma żadnego śladu, że to pomieszczenie jest przeznaczone do przetrzymywania kogokolwiek na dłużej. Długo chodzę po celi, a potem siadam na środku podłogi i zamykam oczy. Próbuję powiedzieć rodzinie, gdzie jestem. Próbuję powiedzieć Min Zinowi, że wszystko ze mną w porządku. Proszę Boga, żeby mnie nie zgwałcili.

Od czasu do czasu ciszę przerywa kolejny krzyk okrucieństwa albo bólu.

Czuję się, jakbym siedziała tam całymi dniami, ale potem dowiaduję się, że to były tylko dwadzieścia cztery godziny. W pewnym momencie jakiś żołnierz otwiera drzwi i stoi w nich, dopóki nie zrozumiem, że mam z nim iść. Prowadzi mnie z powrotem do głównej sali. Jest tam Daryl, są nasze paszporty. Resztki bagażu walają się na podłodze. Długopisy zniknęły. Podszewka każdej torby została rozcięta. Oficer, którego nigdy wcześniej nie widziałam, notuje coś przy naszych wizach, potem zamyka paszporty i zwraca je nam. Przez chwilę świat rozmywa mi się w oczach. Powstrzymuję łzy – ulgi i żalu za zniewolonymi ludźmi, którzy tu zostają.

 

Poza drzwiami hangaru jest jeszcze ciemno, ale zaraz będzie świtało. Ciężarówek jest teraz więcej, nie ma w nich już więźniów, jest za to pełno karabinów, leżących jak porzucone zabawki. Przyglądam się temu wszystkiemu: samochodom, broni, zaporom z drutem kolczastym. Tyle mocy, tyle siły, żeby uciszyć paru studenciaków ze sloganami i transparentami. Cała ta orgia przemocy, żeby tylko jedna kobieta nie mogła powiedzieć prawdy. Czuję ukryte we mnie słowa Suu Kyi i wiem, że dziś żołnierze ponieśli klęskę.

* * *

Gdy lądujemy w Bangkoku, Min Zin już na nas czeka, razem z Ko Moe Thee i kilkoma innymi towarzyszami z domu na drzewie. Ich oczy tańczą, gdy wysiadamy z samolotu. Atmosfera wokół jest elektryzująca, jakbyśmy przezwyciężyli mrok. Min Zin prowadzi nas do restauracji, gdzie z podłogi wyrastają drzewa, i pijemy koktajle w nienaturalnych kolorach, podczas gdy on pyta nas o wywiad, żołnierzy, hangar otoczony drutem kolczastym. Opowieść po opowieści, na przemian jesteśmy radośni i zrozpaczeni.

Następnego ranka ruszamy dotrzymać słowa danego Suu Kyi. Pukamy do drzwi rozgłośni BBC w Bangkoku i pytamy, czy będą chcieli nadać wywiad do Birmy na krótkich falach. Przez chwilę mierzą nas wzrokiem, wyczuwając zarówno naszą pychę, jak i dobre zamiary.

– Pewnie, spróbujmy – mówi młody Australijczyk.

Razem z ich technikami składamy film z powrotem w całość i odtwarzamy pierwsze od prawie roku nagranie głosu Suu Kyi, które słyszano poza Birmą.

Niedługo po tym, jak BBC nadaje wywiad, dzwoni do mnie CNN z prośbą o komentarz, jak słowa Suu Kyi wpływają na nastroje w Rangunie. Min Zin opowiada mi o latach, które spędził w ukryciu, i ile znaczyło dla niego każde nowe wezwanie do walki, będące dowodem, że ruch oporu nadal żyje poza ścianami jego prowizorycznego więzienia. Wyobrażam sobie bojowników o wolność, którzy wciąż chowają się po strychach, piwnicach, składzikach kilkaset mil od granicy. Myślę o tym, ile sił może dać im ta radiowa audycja. Po raz pierwszy w życiu czuję siłę, jaką daje nie tylko obserwowanie świata, ale przekształcanie go. Chcę, by ta chwila trwała wiecznie. Ale wrzesień już prawie się skończył, zaraz zaczynam zajęcia na Oksfordzie. Moja rodzina traci zmysły ze zmartwienia, odkąd ambasada poinformowała ją o naszym aresztowaniu. Nie mam wyboru, muszę wracać do domu.

Min Zin całuje mnie na pożegnanie na lotnisku. Z okna samolotu patrzę, jak oddala się moja ukochana dżungla, a wraz z nią pierwsza wersja mnie, która istniała naprawdę.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?