Tajne życieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Życie w obozie jest bogate w to, czego nie mają zamożni ludzie. Rodzinom śpiącym na matach obok mnie nie przeszkadzają olbrzymie czerwone skolopendry, które w nocy wpełzają do ubrań. Radość z budzenia się w bezpiecznym miejscu po całym życiu spędzonym w strachu jest ważniejsza. Nigdy nie widziałam, żeby uchodźcy marnowali nawet okruchy suchych racji żywnościowych, które otrzymują. Prześcigają się w twórczym przygotowywaniu posiłków z niczego. Monsunowe deszcze i zagrzybione szkolne podręczniki nie osłabiają ich głodu wiedzy. Każdy dorosły w obozie chce za wszelką cenę posłać dzieci na studia, by mogły wyrwać się z tłoku i wilgoci jednopokojowej szkoły na palach.

Zaczynam pisać krótkie artykuły o życiu uchodźców i wysyłam je do gazety. Kilka zostaje opublikowanych w miejscowych blogach dla przyjezdnych z Zachodu i zaczynam czuć się jak dziennikarka. Szczególnie interesuje mnie birmański pisarz dysydent Min Zin, który przychodzi do obozu rozdawać polityczne teksty i informować mieszkających tam aktywistów o tym, co usłyszał na temat postępów w sprawie demokracji na pogranicznych targowiskach.

Podczas protestów z 8 sierpnia 1988 roku Min Zin był nastolatkiem i organizował studentów w Birmie, ale potem dziesiątki jego kolegów zaginęło lub zostało zamordowanych. Gdy nazwisko Mina pojawiło się na wojskowej liście proskrypcyjnej, ukrył się na strychu swojego ranguńskiego domu. Dziewięć lat później, w 1997 roku, uciekł do Tajlandii. Zorganizował sobie powielacz i z kilkoma podobnie myślącymi działaczami zaczął drukować „The Irrawady”, gazetę birmańskiej opozycji. Od czasu do czasu przynosi najnowszy numer do obozu i na pograniczne targowiska rozrzucone po brzegach rzek. Gdy go spotykam, ma dwadzieścia kilka lat. Wysoki i szczupły, w okularach z drucianymi oprawkami, ma w sobie coś nieziemskiego. Jest uczonym, który ucieka przed wojskiem, żeby pisaniem wyzwolić swój naród.

Gdy wreszcie zdobywam się na odwagę, by się do niego odezwać, pytam, czy mogę przygotować artykuł o jego pracy dla jednej z miejscowych gazet. Uśmiecha się i odpowiada:

– A jednak umiesz mówić!

Zabiera mnie ze sobą, żebym mogła zobaczyć jego gazetę w działaniu, ale tylko pod warunkiem, że całą drogę będę mieć opaskę na oczach. Przeprasza za tę melodramatyczność, ale po wielu latach ukrywania się wolałby nie ujawniać swojego nowego domu. Mówię mu, że to całkiem zrozumiałe, i śmieję się z tego, jak kompletnie surrealistyczna jest kwestia, którą traktuje tak poważnie.

Jadę na tyle motoru Mina, trzymając się jego pleców, zaciskając powieki za kraciastą chustą, którą zawiązał mi na głowie. Czuję, jak oddycha. Droga staje się wyboista, zapachy, cienie i dźwięki mówią mi, że jesteśmy w dżungli. Zaczyna padać.

Gdy wreszcie się zatrzymujemy i ściągam chustę, jesteśmy oboje upaprani czerwonym błotem. Włosy lepią mi się do twarzy, do karku. Znajdujemy się pośród grupy domków ustawionych wzdłuż błotnistej ścieżki, wciśniętych pod korony drzew. Podążam za Min Zinem, gdy podchodzi do drabiny, a potem wspina się po niej na platformę na palach nad naszymi głowami. Znika w prostokątnym otworze na szczycie drabiny. Idę za nim i po chwili znajduję się w bambusowej izbie. Czuję się, jakbym właśnie się rodziła. Podłoga jest pokryta maszynami do pisania i popielniczkami. W kącie stoi powielacz. Wszędzie są książki. Alexis de Tocqueville i Václav Havel. Demokracja, filozofia, logika, etyka. Tak jak w bibliotece Oksfordu, wszystkie są zaczytane, mają pozaginane rogi, podkreślenia – i stoją w dziesięciotomowych kolumnach w domku na drzewie w dżungli.

Poznaję Ko Moe Thee, olbrzymiego rebelianta. Siedzi po turecku na bambusowej macie, paląc goździkowego papierosa, a na jego kolanach śpi kot. Poznaję Ko Bo Kyi, byłego więźnia politycznego. Na twarzy ma pustkę, w dłoniach obraca zdjęcia żony, która zmarła w więzieniu. Była w ciąży, nosiła ich syna. To brutalne historie. Ale determinacja, by przeciwstawić się tak wszechpotężnemu złu, dodaje energii. Wracam w następnym tygodniu i jeszcze w następnym. Wreszcie zaczynam spędzać tam większość popołudni, składając papiery albo sprawdzając cytaty.

Min Zin wozi mnie do domku i z powrotem. Po drodze zatrzymujemy się na spotkania z aktywistami albo żeby zostawić wiązkę egzemplarzy najnowszego numeru. Nie każe mi już nosić opaski, ale wciąż trzymam się jego pleców, gdy droga robi się trudna. Któregoś dnia kładzie swoją dłoń na mojej.

To dotyk znacznie bardziej naładowany niż licealne macanki, które znałam. Czuły, erotyczny, głęboki, zakazany. Któregoś dnia Min wystartuje w wyborach, wszyscy to rozumiemy. Któregoś dnia wróci do demokratycznej Birmy i zbuduje przyszłość dla swojego narodu. Związek z dziewczyną z Ameryki nie jest częścią tego planu. Ale całuje mnie w strugach miękkiego, wieczornego deszczu, gdy jesteśmy sami przy wejściu do obozu, a we włosach mamy wodę.

– Zobaczymy się jutro? – pyta, a ja kiwam głową.

Nigdy nie dotykamy się w domku. Cały dzień pracujemy z innymi. Co wieczór Min kładzie dłoń na mojej, gdy jedziemy przez mrok dżungli. Jeden pocałunek na noc – to nasza racja.

Po kilku miesiącach takiego życia Min Zin i Ko Moe Thee zwołują wszystkich na naradę i siadamy w kręgu na podłodze. Szykują się protesty, zaplanowane na 9 września 1999 roku – 9.9.99 – echo krwawej masakry z 8.8.88. Od tygodni zapisujemy tę datę na birmańskich banknotach, używając stempli z ziemniaków, a potem wydajemy te pieniądze na pogranicznych rynkach, żeby po cichu przekazać wieść. Ko Moe Thee stawia teraz pytanie:

– Co będzie, jeśli wojsko znowu zacznie strzelać do tłumu?

W 1988 roku nie było dziennikarzy, żeby uwiecznić morderstwa. Wydarzenia ranguńskie nie mają swojego zdjęcia w stylu placu Tian’anmen.

– Jeśli wszystko znowu pójdzie nie tak – mówi Ko – musimy mieć pewność, że świat się o tym dowie. Potrzebujemy, żeby ktoś tam był i dał świadectwo.

Spojrzenie Min Zina spotyka się z moim. Ten wzrok mówi mi, że wie, że pojadę, a prosi, bym została, a zarazem wyraża, że jest ze mnie dumny. Inni wyczuwają ten bezgłośny wniosek i bez żadnej dyskusji Ko Moe Thee zwraca się do mnie i pyta:

– Skąd weźmiesz wizę?

To dobre pytanie. Ambasada Birmy w Tajlandii przestała wydawać wizy dla studentów i turystów w odpowiedzi na międzynarodowe sankcje. Ale junta desperacko potrzebuje pieniędzy, więc wciąż można dostać wizę biznesową, jeśli da się dowód legalnego zatrudnienia. Ko Moe Thee uśmiecha się.

– Czy masz w Rangunie sekretną firmę, o której nam nie mówiłaś?

– Nie – odpowiadam – ale może znam kogoś, kto ma.

Daryl to brytyjski bankier inwestycyjny i reżyser amator po trzydziestce. Spotkałam go na konferencji na rzecz wolnej Birmy w Waszyngtonie, gdy gromadziłam materiały do pracy na geografię. Pracuje dla japońskiej firmy, która inwestuje w kraju. Mówił mi wtedy, że nie stać go, by stamtąd odejść, ale brzydzi się, że jego praca wzbogaca generałów. W ramach pokuty kręci zatem filmy dla ruchu wyzwolenia Birmy. Rozmawialiśmy ze sobą tylko przez jakąś godzinę, i to prawie rok temu, ale chyba warto spróbować.

Min Zin zawozi mnie do budki telefonicznej w miasteczku Mae Sot, na samym skraju dżungli. Dzwonię do Daryla na koszt odbiorcy. Zgadza się zapłacić za rozmowę, co już jest cudem.

– Co sądzisz o tym – pytam go, gdy już przypomniałam mu, kim jestem – by wziąć dwa tygodnie wolnego, polecieć do Tajlandii i udawać, że jesteśmy małżeństwem, byśmy mogli wjechać do Birmy na twojej wizie biznesowej, a tam nagrywać reżim w działaniu?

Ku mojemu zdumieniu i jego wieczystej chwale Daryl się zgadza.

Razem z ekipą z domu na drzewie zaczynamy preparować tornistry, żebyśmy mogli nagrywać, jadąc rowerem, oraz skupujemy długopisy Bic, w których będziemy mogli schować rozmontowany film podczas wyjazdu. Gdy zjawia się Daryl, odbieramy go z lotniska w Bangkoku i jedziemy prosto na Khao San Road, gdzie za parę dolarów można dostać dowolną fałszywkę. Kupujemy akt małżeństwa i zabieramy go do ambasady Birmy, żeby złożyć wniosek o wizę. Przy biurku udajemy kłótnię na użytek urzędnika.

– Kto chce spędzić miesiąc miodowy na delegacji? – narzekam.

– A kto płaci rachunki? – odgryza się Daryl.

Urzędnik przygląda nam się przez chwilę. Potem nagle wydaje się bardzo zmęczony.

– Następne okienko – mówi. I przybija nam pod wnioskiem pieczątkę „Zatwierdzone”.

Pierwszego września Min Zin odprowadza nas na samolot. Widzę w jego oczach ból. Przeżył go w miejscu, do którego jadę, i od tamtej pory wciąż przeżywa na nowo. Żegnamy się publicznie, czuję prywatny nacisk jego dłoni na moje plecy.

– Pamiętaj: ABC Café – mówi mi. – Jeśli wszystko pójdzie źle, idź do łazienki w ABC Café.

Daryl i ja siadamy na swoich miejscach w samolocie. Jestem jedyną kobietą w kabinie, a także jedyną – prócz Daryla – osobą z Zachodu. Steward przygląda nam się ukradkiem z kuchni. Wchodzę w rolę świeżo zamężnej kobiety podczas miesiąca miodowego, kartkuję czasopismo, nie czytając ani słowa.

Gdy godzinę później otwierają się drzwi samolotu, pierwsze, co rejestruję, to zapach. Nieruchoma wilgoć rozkładu. Jak ostrzeżenie przed jakąś tajemnicą, która skrywa się pod powierzchnią. Ogarnia nas, gdy idziemy do terminala, po obu stronach mając opiekunów w wojskowych mundurach. Zdaję sobie sprawę, że moja mama nie ma pojęcia, gdzie jestem. Nikt nie wie, gdzie jestem, poza Min Zinem i chłopakami z „The Irrawady”, którzy siedzą w dżungli i palą papierosy. Biorę Daryla za rękę.

W budynku stoją biurka urzędu imigracyjnego, pokryte księgami ewidencyjnymi, grubszymi od Biblii, zapełnionymi, linijka po linijce, nazwiskami tych, którzy przyjechali przed nami. Zapach z zewnątrz nadal nam towarzyszy.

 

– Jesteście małżeństwem? – pyta żołnierz, gdy docieramy na początek kolejki. Przechodzi mi przez głowę, że w ogóle nie znam Daryla.

– Tak – mówię i całuję mojego fałszywego męża w policzek.

Żołnierz się krzywi. W rękach trzyma nasze paszporty, otwarte na stronie z wizami. Chwyta wieczne pióro i przepisuje nasze dane do księgi, opatrując je notatkami, których nie potrafimy rozczytać, bo spisuje je wijącymi się ósemkami birmańskiego alfabetu. Stalówka skrobie o papier. Po naszej lewej biznesmen podaje żołnierzowi swoje dokumenty, do których wcisnął pieniądze.

– Trzymajcie się przewodnika – mówi nasz funkcjonariusz. Kiwamy głową, a Daryl wyciąga rękę po nasze paszporty.

– Dostaniecie je, gdy będziecie wyjeżdżać – odpowiada urzędnik, chowając nasze koła ratunkowe do teczki po swojej prawej. Stoimy tak przez chwilę, dwójka drobnych ludzi nagle pozbawionych krajów. – Chyba że chcecie wyjechać od razu? – pyta, wskazując głową drzwi, przez które dopiero co weszliśmy.

– Nie ma problemu, dziękujemy – mówię. – Przynajmniej nie musimy się przejmować, gdzie są, prawda, kochanie?

– Powinniśmy byli wziąć pokwitowanie – mówi Daryl, gdy przeciskamy się do olbrzymiej hali bagażowej, w której stoją wagi szynowe i popielniczki.

– A gdzie byśmy z nim poszli? – śmieję się. Daryl też.

Podchodzi do nas mężczyzna, Birmańczyk. Ma na sobie mieszany strój, do pasa zachodni – blezer i koszulę z wykrochmalonym kołnierzykiem, a od pasa w dół wschodni – zawinięte płócienne lungi sięgające sandałów. Przedstawia się nam jako nasz przewodnik, rozumiemy, że ma nas również pilnować.

Idziemy za nim do samochodu. Na tylnych szybach ma zaciągnięte zasłony. Przez przednią widzimy ruch uliczny – głównie motorowery i wojskowe ciężarówki. Na czerwonym billboardzie widnieje napis:

Czego chce naród

· Przeciwstawić się tym, którzy opierając się na zewnętrznych elementach, zachowują się jak pachołki z negatywnymi poglądami.

· Przeciwstawić się tym, którzy próbują zagrozić stabilności Państwa.

· Przeciwstawić się obcym krajom, które wtrącają się w wewnętrzne sprawy Państwa.

· Zmiażdżyć wewnętrzne i zewnętrzne elementy niszczycielskie, które są naszym wspólnym wrogiem.

Wokół nas, na chodnikach i pod pordzewiałymi blaszanymi daszkami, chodzą dzieci. Chowają się za drzwiami, rodzicami, zasłonkami. Wyglądają jak jelenie umykające przed myśliwymi.

Przyjeżdżamy do rządowego hotelu, a przewodnik prowadzi nas do pokoju. Rzeźbione ozdoby z drewna tekowego i wyszywana złotą nicią pościel. Zastanawiam się, czy tak wyglądają mieszkania generałów w kraju pustych misek. Zapach z lotniska czuć i tutaj, przykrywa dekadencję nutą zgnilizny.

Zachowujemy się jak turyści, a w sekrecie czekamy na protestujących, którzy – jak mamy nadzieję – wyleją się na ulice 9 września. Odwiedzamy błyszczący dzwon pagody Szwe Dagon, gdzie ponoć przechowuje się osiem kosmyków włosów Buddy. To tam właśnie Daw Suu przemawiała do manifestantów, zanim wojsko otworzyło do nich ogień. Patrzę, jak mnisi w szafranowych szatach palą kadzidełka. Czas wydaje się tu płynny. Tamtego pamiętnego dnia, 8 sierpnia 1988 roku, całą tę przestrzeń wypełniał hałas. Kakofonia studentów, rozpalonych młodością, nadzieją, odwagą. Dwa tygodnie później zamiast tego był płacz. Tysiące rodzin paliło zwłoki swoich bliskich. A po kolejnych dwóch tygodniach te same kamienie pogrążyły się w ciszy, gdy pagodę otoczyły hummery i pokryte brezentem ciężarówki. Pojazdy Rady do spraw Przywrócenia Ładu i Porządku w Państwie, po angielsku w skrócie SLORC. Jak potwór z książek Lewisa Carrolla, jakiś kolega Dżabbersmoka, zbyt absurdalny, by istnieć, ale prawdziwy, w odróżnieniu od tego drugiego. Właśnie tu obnażył swoje szpony.

Mnisi siedzą tu wyprostowani i bierni, wśród echa przeszłości, czerpią z czegoś, czego nie może zabić nawet SLORC. Na ich twarzach nie widać, żeby zwracali uwagę na huk wojskowych konwojów. Rozpoznaję coś znajomego w tajemnicy, którą przeżywają – przypomina mi się zapach bezruchu, jaki panował popołudniami wśród witraży katedry. Wciąż go czuję, gdy wieczorem wracamy do hotelu. Płytki w łazience pokrywa cieniutka warstwa brudu. W kącie, pod umywalką, pająk zjada stonogę. Nie spodziewałabym się, że Bóg mógłby spędzać czas w takim miejscu, ale mimo to nagle tam jest, z całą mocą swojej obecności.

Daryl wraca z przechadzki po korytarzu.

– Przewodnik zastanawia się, czy życzylibyśmy sobie wyjść na kolację – mówi. Zaczynam lubić Daryla. Jest rzeczowy, zabawny, odważny. Na świecie nie ma zbyt wielu bankierów, którzy uważają za swój obowiązek naprawiać decyzje inwestycyjne klientów własną pracą i sercem. A jeszcze mniej jest tych, którzy robią to bez przechwalania się.

– Co za uczynni gospodarze – odpowiadam. – ABC Café?

Daryl uśmiecha się.

– A gdzież by indziej?

Nie mogę się doczekać, żeby zostawić wiadomość dla siatki Min Zina. Jesteśmy w kraju od kilku dni i najwyższa pora sprawdzić, czy system działa.

ABC Café znajduje się na ulicy Maha Bandula, kilka przecznic od pagody Sule i osławionego Traders Hotelu, gdzie oficerowie wojska spotykają się przy drinkach z chińskimi przemytnikami narkotyków. Kawiarnia wygląda jak westernowy saloon i od razu przypada mi do gustu.

– Idę do łazienki – mówię Darylowi, który kiwa głową i szuka dla nas stolika. Min Zin powiedział, żebyśmy zostawiali wiadomości w spłuczce. Wyciągam z podajnika kawałek papierowego ręcznika i piszę na nim kilka słów. Nic, co mogłoby kogokolwiek zidentyfikować, bo list może zostać przechwycony. Potwierdzam tylko, że wszystko z nami w porządku, i proszę o odpowiedź, żebyśmy wiedzieli, że wszystko działa, jak powinno. Niepotrzebnie się martwię: gdy podnoszę porcelanową pokrywę zbiornika, znajduję przyklejony do niej taśmą kawałeczek papieru. Na zewnętrznej stronie narysowany jest kwiat, amarylis. Rozkładam karteczkę i czytam: „Zamówcie frytki”.

To jak teleportacja. Dzięki wiotkim pociągnięciom długopisu Min Zin jest przy mnie. Jego specyficzny humor też. Nigdy nie traktuje siebie zbyt poważnie, nawet w samym środku prawdziwej rewolucji.

Zgodnie z poleceniem zamawiamy frytki, dostajemy je z pałeczkami i ostrym sosem. Kelner przesuwa po nas wzrokiem.

– Jesteście tu mile widziani – mówi.

Po raz pierwszy od naszego przylotu wiem, że to prawda. Wyobrażam sobie, że Min Zin jest obecny w bezpiecznej energii tajnych towarzyszy. Strych – który na tyle lat stał się dla niego kryjówką i jedynym domem – mieści się parę ulic stąd. Gdy utknął tam na stałe, z pewnością przynosił mu ulgę fakt, że jego podziemny klub był tak blisko.

Zjadamy w spokoju, ignorując pilnującego nas człowieka, który od czasu do czasu zagląda przez saloonowe drzwi, żeby się upewnić, czy jesteśmy tam, gdzie nas zostawił. Na scenę wchodzi piosenkarz, który zaczyna ryczeć Take Me Home, Country Roads. Z jakiegoś powodu chce mi się od tego płakać. Nigdy nie było miejsca mniej swobodnego, mniej dzikiego niż to miasto, całe przypominające zakładnika.

Przy stołach szepcą do siebie małe grupki ludzi. Muzyka przykrywa ich zakazane rozmowy. Daryl też im się przygląda. Wiem, że zadajemy sobie to samo pytanie: czy rozmawiają o protestach zaplanowanych na dziewiątego? Czy dziesiątego nadal będą mogli o nich rozmawiać?

Wychodzimy z blasku restauracji i wracamy w ranguńską noc, do samochodu opiekuna, do hotelowego pokoju.

Przesuwam palcem po lustrze szafy i udaję, że poprawiam włosy. Min Zin powiedział, że na weneckim lustrze paznokieć bezpośrednio przylega do swojego odbicia. Tu chyba tak nie jest. Ale zwracam się do Daryla z szelmostwem w głosie:

– Chyba spodziewają się, że będziemy uprawiać seks. W końcu jesteśmy nowożeńcami.

Daryl śmieje się.

– Spadaj, dzieciaku – odpowiada i rzuca we mnie poduszką.

Cieszę się, że poruszyliśmy ten problem, biorąc pod uwagę, ile nocy spędzimy w tym samym łóżku. Rozbroiwszy w ten sposób potencjalną minę, przebieram się w piżamę i zasypiam przy nim, jakby był moim obrońcą w ciemnym pokoju.

Musimy wyjechać ze stolicy, nim zaczną się protesty, żeby nie wzbudzić podejrzeń co do przyczyny naszego przyjazdu. Podróżnicy jeździli niegdyś do starego miasta fortecznego na północ od Rangunu, Mandalaju, zanim junta zakazała zwiedzania wszystkim, którzy nie mają wizy biznesowej. To doskonała przykrywka, więc następnego ranka wyjeżdżamy pociągiem do starożytnych murów z czerwonego kamienia.

Kupujemy bilety w przedziale sypialnym. Siedzenia, które miały się rozkładać dzięki skrzypiącym prowadnicom, są zepsute. Mimo to, zanim giną nam z oczu dachy Rangunu, nasz opiekun zasypia, wcisnąwszy się między oparcie a okno. Po raz pierwszy mogę mu się przyjrzeć, po raz pierwszy czuję, że mogę bezpiecznie patrzeć na niego dłużej niż przez kilka chwil. Nawet gdy odpoczywa, wydaje się zmęczony. Zastanawiam się, jak wygląda jego rodzina, jakich dokonał wyborów, z czym musi się zmagać, gdy w nocy zapada cisza. Zaczynam myśleć o nim mniej surowo. Czy w swoim kraju przeciwstawiłabym się wojsku? Czy raczej podporządkowałabym się, żeby przeżyć, kiedy wiedziałabym, że opór oznacza śmierć albo coś jeszcze gorszego dla mojej matki, sióstr, brata? W półmroku wagonu uświadamiam sobie, że nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Gdy nasze płuca przepełnia wolność, mówimy o wszystkim tak, jakby było oczywiste, ale tu, gdzie człowiek się dusi, trudniej jest nie mieć wątpliwości. Z początku może byśmy walczyli, gdy zwycięstwo zdawałoby się możliwe, a ryzykowalibyśmy jedynie własną skórę, ale co, gdy szpony mocno zacisną się na gardłach ukochanych bliskich? Tego nie mogę być pewna. W bezruchu wyczuwam rozpacz naszego opiekuna, który być może musi wybrać między niewolą a śmiercią.

Za szybą jest teraz zupełnie czarno, jakby ktoś pomazał ją smołą. Pociąg jedzie na północ, ale o tym, że się rusza, wiemy tylko dlatego, że siedzenia podskakują. Na zewnątrz nie ma nawet tyle światła, żeby wywnioskować coś z ruchu cieni.

– A więc to ma na myśli SLORC, gdy opowiada o nowoczesności gospodarki – żartuje Daryl, ale żadne z nas się nie śmieje. Po prostu wpatrujemy się w mrok kraju wygaszonego przez generałów, którzy popijają sobie drinki pod elektrycznymi kandelabrami Traders Hotel. Godzina po godzinie patrzymy, jak ciemność przesuwa się za naszymi odbiciami. Kilometr za kilometrem wyobrażamy sobie odrabianie lekcji albo gotowanie w takiej pustce.

Budzi nas jasne światło dnia. Dzieci bawią się przy torach. Ich matki sprzedają przez okna pociągu jedzenie – gotowane mięso i owady na patykach, soki w zawiązanych plastikowych torebkach z wystającymi słomkami. Jedna starsza dziewczynka – jedenaście, może dwanaście lat – pilnuje rodzeństwa. Wygląda, jakby opowiadała im bajkę. Przyglądam się jej, dopóki mogę. Jest przebłyskiem nadziei w tym miejscu. Pierwszą iskrą jutra, jaką widziałam od naszego przyjazdu.

Na sąsiednim torze przejeżdża pociąg. Przed lokomotywą jest doczepiona laweta, która ma uchronić pociąg przed wykolejeniem w razie wybuchu miny. Na lawecie siedzą ludzie. Całe rodziny. Rodzice z dziećmi i tobołami, gotowi zaryzykować śmierć w wybuchu, żeby tylko mieć szansę uciec przed wojną domową na północy. Junta prowadzi z pół tuzina takich konfliktów z miejscowymi plemionami, które opierają się jej władzy. Zostawia po sobie spalone wsie i zatrute pola ryżowe.

Wkrótce z gorącego dymu wyłania się mandalajski dworzec kolejowy: więcej pagód i białej cegły, zupełnie jak ten w Rangunie. Więcej rdzewiejących ozdób i miękkiej, czarnej pleśni. Ale peron jest spokojny, gdy pasażerowie wysiadają wśród łagodnej porannej mgły. Zastanawiam się, czy wiedzą tu o zbliżających się demonstracjach. Zastanawiam się, czy zaryzykują powtórkę z 1988, gdy rzeki spłynęły krwią.