Rozterki lady Alex

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Amanda McCabe

Rozterki lady Alex

Tłumaczenie: Małgorzata Fabianowska

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: The Governess’s Convenient Marriage

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Ltd, 2018

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Grażyna Ordęga

© 2018 by Amanda McCabe

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6404-4

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

Prolog

Szkocja, 1882

Lady Alexandra Mannerly zbiegła po schodach myśliwskiej rezydencji ojca – chyłkiem, aby nikt nie widział, że ucieka przed swoją guwernantką. Nawet w Szkocji, gdzie nie przestrzegano zasad tak rygorystycznie jak w Londynie lub w rodowej siedzibie w Kent, obowiązywały ją poranne lekcje. Tyle że Alex nie chciała lekcji. Miała już prawie trzynaście lat i uważała, że należy się jej chwila swobody.

Poza tym dokładnie wiedziała, dokąd chce się udać. I co chce zobaczyć.

Słyszała szczękanie naczyń w kuchni i głos kucharza proszącego o więcej łososia, z którego szykował mus na kolację, łomot patelni przesuwanych na palenisku przez podkuchenne i głos jej brata Charlesa, przymilającego się o ciasteczka. Ojciec wybrał się na cały dzień na polowanie, jak to zawsze czynił w Szkocji, a matka – też jak zwykle w Szkocji – zamknęła się w pokoju, usiłując ziółkami zwalczyć migrenę. Alex wiedziała, że jej guwernantka chętnie wykorzysta wolną godzinę na flirt z lokajem, więc mogła przez chwilę robić, co zechce.

Chyłkiem wymknęła się tylnymi drzwiami i przez kuchenny ogród pobiegła do bramy. Rześki, chłodny wiatr, pachnący zielonymi wzgórzami, rozwiewał jedwabiste, jasne kędziory i targał niebieską muślinową sukienką, przenikając pod kaftan, ale dziewczynka nie zwracała uwagi na takie drobiazgi. Mogła biec, biec i biec, przez nikogo niezatrzymywana!

Tygodnie, spędzane w Szkocji wczesną jesienią, były jej ulubionym okresem w roku. W Anglii gnębiła ją nieśmiałość i za bardzo się wszystkim przejmowała – a zwłaszcza poczuciem, że zachowuje się w sposób niegodny książęcej córki.

W Szkocji traktowano ją jak zwyczajną dziewczynę. Dla nich była po prostu Alex – zwłaszcza, kiedy wymykała się z posiadłości do swoich przyjaciół. A zwłaszcza do jednego.

Alex pchnęła furtkę i pobiegła przez las. Wiatr gwizdał w gałęziach i szeleścił w suchych liściach. Z daleka słyszała strzały, ale wiedziała, że myśliwi tutaj nie dotrą. Ojciec pewnie jak zwykle wróci wieczorem, razem z całym towarzystwem, będzie kolacja z tańcami i graniem na dudach, a ona z bratem będą podglądali ich z góry.

Za lasem srebrzyła się górska rzeka, żwawo tocząca się po kamieniach i grająca swoją własną melodię, spływając lodowatym strumieniem z wrzosowych wzgórz.

Nad brzegiem czekał na nią ktoś, z kim tak bardzo chciała się zobaczyć – Malcolm Gordston.

Ściślej mówiąc, nie czekał, a przynajmniej nie czekał na nią. Łowił ryby jak co dzień, siedząc na dużej, płaskiej skale. Właśnie zarzucił wędkę i wyciągnął dorodnego łososia, w sam raz na mus na kolację.

Alex przez chwilę stała nieruchomo, obserwując go zza drzewa. Był od niej straszy o dobre parę lat, a jednak ją fascynował. Ten syn farmera z książęcych włości nie przypominał żadnego ze znanych jej mężczyzn. Był wysoki, silny i przystojny, o włosach koloru ciemnego złota, zbyt długich jak na wymogi londyńskiej mody. Rysy miał twarde i wyraziście wyrzeźbione, jak skały nad tą rwącą rzeką. Nawet w prostym roboczym ubraniu przypominał króla z dawnych dni, który nie traci majestatu nawet w połatanych portkach i starych buciorach.

Kiedy się spotykali, Malcolm był bardzo miły dla Alex. Traktował ją zwyczajnie, nie jak lady Alexandrę, ani jak smarkulę, która jeszcze niewiele rozumie. Lubiła, kiedy opowiadał jej stare historia, legendy ze szkockich wzgórz, które słyszał od swojej babci.

Puściła się biegiem ku skale, a Malcolm pomachał do niej z uśmiechem.

– Witaj, panienko. Przyszłaś na lekcję łowienia ryb?

– O, tak – potwierdziła skwapliwie. – Myślę, że tym razem pójdzie mi lepiej. – W zeszłym tygodniu złapała tylko małą stynkę, którą wrzuciła z powrotem do wody. Bardzo chciała się przed nim wykazać, zobaczyć podziw w tych pięknych oczach, błękitnych niczym zimowy lód.

– Na pewno ci się uda. – Wręczył jej swoja drugą wędkę i kubełek z przynętą – śliskimi okrawkami śledzia. Dzięki jego naukom Alex wiedziała, co ma robić, i sprawnie nabiła mięso na haczyk.

Malcolm z aprobatą skinął głową.

– Nie boisz się ubrudzić rączek, jak inne panienki.

Alex parsknęła śmiechem.

– Łowienie łososi nie jest dla omdlewających księżniczek, prawda, Malcolmie?

Zarzuciła wędkę i długo siedzieli w ciszy, otoczeni spokojem i pięknem górzystej krainy. Alex czuła opiekuńczą bliskość tego człowieka. Takiego uczucia nie doznawała przy nikim innym.

– Jak się w tym tygodniu miewa twój tata, Malcolmie? – zagadnęła w pewnym momencie. Słyszała, jak pokojówki mówiły, że pan Gordston nie czuje się najlepiej i ciągle nie może się otrząsnąć po śmierci swojej żony w zeszłym roku. Alex bardzo współczuła Malcolmowi i martwiła się o jego rodzinę, lecz on trzymał uczucia na wodzy i niewiele o tym mówił.

– Myślę, że lepiej. Zimno źle działa na jego płuca i tęskni za mamą, ale dbam o niego.

– Może przyniosę mu jedną z ziołowych nalewek naszego kucharza? – zaproponowała. – Moja mama zaczyna niedomagać, jak tylko przyjedzie do Szkocji. Twierdzi, że te tynktury jej pomagają.

Malcolm odpowiedział z dziwnym, gorzkim uśmiechem:

– Masz dobre serce, panienko. Ale żadne zioła nie pomogą na cierpienie, z którym zmaga się teraz mój tata.

Alex zaniepokoił jego ton i chciała pytać dalej, gdy nagle coś mocno szarpnęło linkę.

– Ryba! – wrzasnęła.

Tym razem uśmiechnął się szeroko.

– Tylko nie szarp, panienko. Wyciągaj go równo i gładko, bez pośpiechu, żeby się nie zerwał.

Alex posłuchała rady i wyciągnęła ładnego, tłustego łososia, swoje pierwsze wędkarskie trofeum. I Malcolm to widział!

– Patrz, mam go! Udało się!

– A nie mówiłem? – odparł ze śmiechem. Rzadko się śmiał, ale jeśli już to robił, jego śmiech był głęboki i radosny. Dla niej mógłby się śmiać bez przerwy.

Tak przepełniała ją radość, tak się cieszyła z jego towarzystwa i swojego triumfu, że wspięła się na palce i pocałowała Malcolma w policzek. Skórę miał trochę szorstką, ale cudownie pachniał świeżym powietrzem, zielenią i pewnie po prostu sobą.

– Och, Malcolmie – szepnęła wzruszona. – Mam nadzieję, że zawsze będziemy mogli tu być razem!

Zanim wypowiedziała te słowa, już ich pożałowała. Malcolm pobladł i jego pogodny uśmiech zniknął. Cofnął się, odsuwając ją od siebie na odległość ramion. Alex wzdrygnęła się, jakby nagle powiało chłodem.

– Ja… ja tylko… – zająknęła się, tracąc cały rozpęd. Chciała uciec, ale czuła, jakby stopy wmarzły jej w ziemię.

Malcolm z zakłopotaniem przeciągnął palcami po włosach.

– Lady Alexandro, jesteś córką księcia. Mogę cię nauczyć, jak łowić…

– Ale nie możesz zostać moim przyjacielem – dokończyła spokojnie.

– Jesteś przemiłą młodą damą – powiedział upiornie spokojnym i łagodnym tonem, jakiego często używano, aby utrzymać ją w ryzach. Alex nie cierpiała tego, zwłaszcza w ustach Malcolma.

– Już niedługo zajmiesz swoje miejsce w wielkim świecie i zapomnisz, że chciałaś być pomocnicą prostego wędkarza, takiego jak ja.

W głębi serca Alex czuła, że Malcolm nie ma racji. Zarazem dobrze wiedziała, czego się od niej oczekuje jako od książęcej córki, bo matka bez przerwy o tym mówiła. To samo wbijała jej do głowy guwernantka. Miała przynieść zaszczyt rodowemu nazwisku, dobrze wyjść za mąż i zyskać pozycję towarzyską. A ona chciała być wolna, pragnęła siedzieć nad brzegiem rzeki i czuć się częścią natury, tymczasem musiała uważać na każdy krok i na każde słowo.

Alex pragnęła rozmawiać z Malcolmem, gdy tylko przyszła jej na to ochota. Jako jedyny zdawał się widzieć w niej człowieka, a nie pozycję na towarzyskiej liście. Jednak nigdy nie zapominał, że jest córkę księcia.

Jeszcze raz uściskała Malcolma, mocniej i bardziej rozpaczliwie, jakby to spotkanie miało być ostatnim. Myśl, że może go więcej nie zobaczyć – nad tą rzeką, w beztroskim sam na sam – skłaniała ją do płaczu. Malcolm tym razem jej nie odsunął, tylko odwzajemnił uścisk.

 

– Natychmiast puść moją córkę, ty śmierdzący kmiocie!

Nagły okrzyk, głośny i ostry jak trzask bicza, zrujnował ten wzruszający moment.

Alex odskoczyła gwałtownie i zobaczyła ojca spoglądającego na nich znad krawędzi zbocza. Był wysoki; peleryny jego tweedowego płaszcza trzepotały jak skrzydła złowieszczego ptaka, a twarz płonęła czerwienią. Z trudem panowała nad strachem.

– Tato! – krzyknęła. Malcolm stał, mnąc czapkę w rękach.

Książę znalazł się przy nich w paru krokach i chwycił córkę za ramię, starając się nie patrzyć na Malcolma. Jego chwyt był brutalny i ściskał ją bezlitośnie, lecz oszołomiona Alex ledwie czuła ból.

– Natychmiast proszę ze mną, młoda damo. Twoje zachowanie jest skandaliczne.

Wreszcie przez strach przebił się wściekły gniew.

– To nie tak, tato! – zaprotestowała. Zerknęła na Malcolma, który niedostrzegalnie pokręcił głową.

– Lady Alexandra nie zrobiła nic… – zaczął.

Książę z furią obrócił się ku niemu z oczami nabiegłymi krwią, które wyglądały, jakby miał eksplodować. Alex stłumiła histeryczny chichot.

– Ciesz się, że nie zgniotę cię tu, na miejscu, jak wesz! Wierz mi, zrobiłbym to, gdybym nie musiał odstawić do domu mojej głupiej córki. I przysięgam, że to zrobię, jeśli jeszcze raz zobaczę cię przy niej. A teraz wracaj do domu i zajmij się swoim nędznym ojcem.

Alex, odciągana przez księcia, ostatni raz spojrzała na Malcolma, na jego przystojną twarz, wykrzywioną bezsilnym gniewem. Za wzniesieniem czekał powóz i książę bezceremonialnie wepchnął ją do środka.

Tama puściła i popłynęły łzy. Alex łkała rozpaczliwie z twarzą schowaną w dłoniach. Ojciec oczywiście ją ignorował, poganiając konia w drodze do domu. Zapamiętany, poruszający obraz Malcolma i obawa, co o niej teraz myśli, sprawiały, że miała ochotę zapaść się pod ziemię i zniknąć.

Kiedy przyjechali, w domu było cicho, jakby nawet szkło i kamienie wiedziały, że młoda pani jest w niełasce. I że straciła najlepszego przyjaciela. Wielki hol o zimnej kamiennej posadzce obojętnym echem odpowiedział na jej kroki. Kątem oka Alex dostrzegła pokojówkę, zerkającą z góry znad balustrady, ale dziewczyna szybko znikła. Brat Alex pewnie jak zwykle zaszył się na strychu, a matka zmagała się z migreną.

– Idź do swojego pokoju, Alexandro – nakazał ojciec. Cisnął płaszcz na wysokie oparcie krzesła i oddalił się wielkimi krokami.

Alex postanowiła spróbować jeszcze raz.

– Tato, nie możesz winić Malcolma! On tylko…

Książę odwrócił się gwałtownie. Oczy mu płonęły wściekłością. Wycelował w córkę długi, drżący palec, aż cofnęła się mimo woli.

– Alexandro, dobrze wiesz, czego się od ciebie oczekuje. Nie wolno przynieść hańby rodowemu nazwisku. Twoje konszachty z plebejuszem z farmy zrodzą plotki, które trzeba uciąć w zarodku. Jego rodzina nie zasługuje na szacunek. Jeśli się dowiem, że znów z nim rozmawiałaś, to przysięgam, że tym razem potraktuję was o wiele surowiej niż teraz.

Alex piekły oczy, lecz poprzysięgła sobie, że nie będzie więcej płakać. Odtąd ojciec nie zobaczy jej płaczącej i nigdy się nie dowie, co naprawdę czuje jego córka. Wbiegła na górę i popędziła do siebie, mijając rząd milczących, zamkniętych drzwi. Jeszcze niedawno kochała swój pokój. Był niewielki, lecz znajdował się w narożniku starego domu myśliwskiego i okna patrzyły z dwóch stron na wzgórza ciągnące się po horyzont. Kochała białe łóżko z tiulem udrapowanym na baldachimie, lalki, stłoczone w kącie, i małą, białą toaletkę. Tu miała swój azyl, do którego chroniła się przed domową, milczącą obojętnością. Dzisiaj ten pokój stał się kolejnym więzieniem.

Alex rzuciła się na łóżko i wcisnęła twarz w poduszki, tłumiąc szloch rozpaczy. Pamięć podsuwała jej obrazy rzeki, skrzącej się w słońcu, uśmiechu Malcolma, jego dotyku. Był dla niej cudownym przyjacielem, może jedynym prawdziwym. Nie może tego tak zostawić! Musi się z nim spotkać, musi się choć na chwilę wyrwać spod nadzoru ojca, aby powiedzieć Malcolmowi, jak strasznie jej przykro.

Szybko otarła oczy i wyjrzała przez okno. Słońce chyliło się ku zachodowi i na horyzoncie rozpalały się tak dobrze jej znane szkockie fiolety i ciemne róże. Ojciec pewnie tkwił w bibliotece i będzie tam siedział do kolacji. Musi się pospieszyć, jeśli chce znaleźć Malcolma i po raz ostatni nacieszyć się jego widokiem.

Alex, otulona długim, ciemnym płaszczem, wymknęła się z pokoju, modląc się, żeby jej nikt nie dostrzegł.

W domu było ciemno. Zbliżający się Malcolm nie widział dymu z komina i nikt nie uwijał się w kuchennym ogródku, wyrywając ostatnie warzywa z grządek. Wszystko wyglądało tak, jak rano, choć jak zwykle miał głupią, płonną nadzieję, że jednak coś się zmieni.

Słowa księcia, każącego mu wracać do domu, rozbrzmiewały w jego umyśle, bezduszne i złowrogie. Malcolm od dawna się spodziewał, że ich pan, człowiek daleki od łagodności i wyrozumiałości, wreszcie straci cierpliwość, ale nie myślał, że ten moment nadejdzie tak szybko. I że powodem będzie lady Alexandra.

Pokręcił głową, patrząc na dżunglę zielska porastającą miejsce, które nie tak dawno było ogrodem warzywnym. Alexandra była przemiłą, dobrą i ładną dziewczyną, garnącą się do nauki, ciekawą świata i bezustannie zadającą pytania. Po raz pierwszy spotkał ją nad rzeką, bezskutecznie usiłującą złowić rybę, i zaoferował, że nauczy ją wędkowania. Uczynił to z czystej uprzejmości, ale z czasem zaczął czekać na te wspólnie spędzane popołudnia. Polubił ich rozmowy, śmiech i wesołe paplanie Alex. Ta cudowna dziewczyna w żadnym razie nie zasługuje na ojca potwora. Miał nadzieję, że w przyszłości podąży własną, piękną drogą.

Tak miła przyjaźń sprowadziła na niego kłopoty. Mimo to Malcolm nie martwił się o siebie, lecz o Alex. Żałował, że nie może pomóc słodkiej istocie, którą uwielbiał.

Z westchnieniem pokręcił głową. Dziewczyna musi się szybko nauczyć prawdziwego świata, bo każdy młody człowiek prędzej czy później zderzy się z rzeczywistością.

Przed wejściem zdjął zabłocone stare buty i postawił je przy drzwiach razem z koszem z rybami. Choć bardzo się starał, domostwo stawało się coraz bardziej zaniedbane. Tapety obłaziły ze ścian, zwisały obluzowane okiennice, a ogród zarastał.

Kiedy żyła mama, ich dom był jasny, czysty i gościnny. Teraz Malcolm żył w nieustannym lęku, że książę wyrzuci go stąd razem z ojcem. Tylko mieszkając tutaj, mógł podołać opłatom za terminowanie u londyńskiego tkacza jedwabiu. Ciężka praca w gospodarstwie miała go wyzwolić ze wsi, aby mógł wreszcie poprosić o rękę Mairie. Oby tylko tata wyzdrowiał, bo jeśli nie, wszystko runie w gruzy!

Mairie… Myśl o niej zbladła, kiedy popatrzył na obluzowane dachówki. Jej ojciec nie zgodzi się wydać córki za prostego chłopskiego syna, ani ona nie zechce takiego męża. I również Malcolm widział się w innej roli. Wikary, który uczył go od lat, mówił, że jest bystry, pojętny i mógłby z powodzeniem otworzyć własny interes. Może pewnego dnia on i Mairie połączą siły i dojdą do czegoś w życiu? Oboje chcieli się wznieść wyżej i zrobić coś na tym świecie, a nic tak nie łączy jak wspólny interes i dążenia.

Pomyślał o dzisiejszym poranku, o łowieniu ryb z lady Alexandrą, o spokojnych, pogodnych chwilach. Chciałby takiego życia, gdzie wszystko byłoby dobre i miłe jak ona. Natychmiast się zganił za takie myśli. Mairie jest dla niego odpowiednim materiałem na żonę, nie lady Alexandra. Tylko z miejscową dziewczyną miał szanse, a nie z książęcą córką. Koszmarne zakończenie spotkania przy łowieniu ryb było tego najlepszym dowodem.

Otworzył drzwi, obluzowane w zawiasach. W niewielkiej izbie śmierdziało dymem, stęchlizną i whisky. Kiedy żyła mama, podłoga była zawsze umyta, meble odkurzone i pachniało wonnymi ziołami. Malcolm pamiętał, jak tata, wracając z pracy przed wieczorem, unosił mamę w ramionach i całował, a ona głośno się śmiała.

Rodzice bardzo się kochali. Za bardzo. Kiedy mamy zabrakło, ojciec zupełnie się pogubił. Malcolm poprzysiągł sobie, że nigdy nikogo nie obdarzy tak głęboką miłością, aby cierpieć po stracie. Nie wyobrażał sobie, że mógłby stać się bezradny do tego stopnia. Nie popełni błędu swoich rodziców.

– Tato? – zawołał. Odpowiedziała mu cisza. Znalazł ojca na stryszku, leżącego w poprzek swojego wyra. Był w tym samym, poplamionym ubraniu, co wczoraj. Cuchnął przetrawioną, tanią whisky, cerę miał ziemistą i pokrytą potem, a policzki pokrywała szczecina niegolonego zarostu.

Widok był zwykły, ale doszła nowa rzecz – kartka leżąca obok pustej butelki. Malcom schylił się po nią, przeczytał i zapłonął w nim gniew.

Był to nakaz eksmisji. Podpisany przez księcia Wavertona.

Malcolm pamiętał upokorzenie, jakie przeżył w zeszłym tygodniu, kiedy z kapeluszem w ręku musiał skłonić się kornie przed księciem, błagając o czas dla ojca. Czas na zdobycie pieniędzy na zaległy czynsz. Książę przyglądał mu się z kamienną twarzą, a potem powiedział, że normalnie poszedłby im na rękę, lecz nie ma zwyczaju pomagać tym, którzy uparcie sami nie chcą sobie pomóc.

A teraz wyrzucał jego ojca z domu. W najtrudniejszym czasie dla nich obydwu.

Okrywając ojca kocem, Malcom poprzysiągł sobie, że kiedyś role się odwrócą i to książę będzie go błagał o pomoc. Nie otrzyma jej.

Zbliżając się do jednej z farm, zaskoczona Alex zauważyła z oddali jaskrawoczerwoną plamę na tle zieleni łąk. Kiedy się zbliżyła, zobaczyła Mairie McGregor, córkę wioskowego sklepikarza, opartą o belkę bramy. Alex zawsze zazdrościła Mairie pięknych, długich, czarnych włosów i brązowych oczu. Nie lubiła swojej bladej karnacji.

Tego dnia włosy Mairie spływały falą na plecy. Miała na sobie jasnoniebieską spódnicę i czerwony szal, luźno narzucony na ramiona. Nie była sama. Jakiś mężczyzna stał po drugiej stronie belki. Trzymali się za ręce i nachyleni ku sobie żywo o czymś rozmawiali. W pewnej chwili Mairie czule pogładziła policzek mężczyzny, a on pochylił głowę i musnął ustami jej dłoń.

To był Malcolm. Malcolm w czułym sam na sam z Mairie McGregor!

Zaszokowana Alex w pierwszym odruchu chciała się wycofać, choć byli zbyt zajęci sobą, żeby ją zobaczyć. W sercu poczuła lodowate ukłucie żalu.

Nagle Mairie odskoczyła od bramy i odeszła, na odchodnym rzuciwszy Malcolmowi dziwne, wściekłe spojrzenie.

Alex, widząc, że Malcolm rusza za dziewczyną, odruchowo zawołała do niego.

– Malcolmie! Zaczekaj chwilę!

Odwrócił się, ale w jego oczach było wszystko oprócz chęci rozmowy. Jeszcze nigdy nie widziała go w takim nastroju. Wydał się jej dużo… dużo starszy.

– Nie mogą nas widzieć razem, panienko. Już i tak narobiłaś mi kłopotów.

– Ja… ja nie chciałam, uwierz mi – szepnęła zdesperowana. – Jest mi strasznie przykro. Nie myślałam, że tata nas zobaczy i…

Przerwał jej gestem.

– Nieważne. Jaśnie pan już ukarał moją rodzinę. Teraz muszę iść własną drogą. A ty niedługo pójdziesz swoją.

Alex zmartwiała.

– Co on zrobił? Pójdę do niego i wytłumaczę mu, że… – Nie, przecież wiedziała, że ojciec jej nie wysłucha. Jak zawsze.

– Wracaj i zajmij się sobą, lady Alexandro. Tylko to nam pozostało. – Wydawało się, że na moment jego chłód złagodniał. Wziął ją za rękę i lekko ścisnąwszy, przytrzymał przez jedną cudowną chwilę. – Tylko nie pozwól, aby cię zmienili, za żadne skarby.

– Malcom! – zawołała Mairie, a wtedy znów skrył twarz za zimną maską. Lekko skłonił się Alex i zostawił ją samotną na drodze.

Mimo woli zacisnęła dłoń, jakby chciała zachować jego dotyk. Zadrżała. Pojęła, że już nigdy go nie zobaczy.