Rywalizacja i miłośćTekst

Z serii: Medical
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Amalie Berlin
Rywalizacja i miłość

Tłumaczenie:

Iza Kwiatkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kursantka Lauren Autry z całą gromadą innych biegła w kierunku boiska na tyłach głównego budynku wykupionego przez Służbę Leśną na potrzeby ćwiczeń oraz okresowych szkoleń.

Od połowy dwudziestego wieku nowi rekruci oraz rezerwiści rokrocznie zgłaszali się na ćwiczenia w kilku lokalizacjach w północno-zachodnich Stanach, by przygotować się do sezonu pożarów lasu. Zatrudniano tylko najlepszych, tych, którzy dają sobie radę na niebezpiecznych obszarach, gdzie najczęściej wybuchają pożary, którzy zrzuceni ze śmigłowców i wyposażeni jedynie w podstawowy sprzęt są zdolni stawić czoło szalejącemu żywiołowi.

Dwa lata wcześniej Lauren odpadła, ale od tamtej pory ostro trenowała i uczyła się nawet tego, czego nie wymagano. Na tyle, na ile nie kolidowało to z jej pracą i obowiązkami rodzinnymi. Szkoda tylko, że nie urosła o kilka centymetrów i nie ukończyła kursu spadochronowego dla cywilów. Nie ma sprawy, nauczy się tego tutaj. Powinna była lepiej to zaplanować, nadrobić wszelkie braki. Taki miała plan.

Żeby jeżeli dostanie się do zespołu, nikt się nie czepiał, że jest za niska, za słaba fizycznie no i się nie nadaje. To się nie powtórzy. Ani słowa krytyki ze strony braci czy ojca.

Nigdy więcej pytań, jakimi ją dręczą od sześciu lat, czyli odkąd została strażakiem. Już nikt nie powie, że jej porażka sprzed dwóch lat była uzasadniona.

Teraz przeszła cały proces selekcji, nawet u komendanta Treadwella, który wcześniej ją odrzucił, przyjmując na to miejsce jakiegoś zwalistego chłopaka z piechoty morskiej.

To wszystko pestka, ważne, że teraz się tu znalazła.

To się dzieje naprawdę.

Ten bieg, wykonywanie tego, do czego jej organizm został uwarunkowany, relaksował ją fizycznie. Dobrze by było, gdyby miał równie pozytywny wpływ na psychikę.

Wraz z całą grupą zatrzymała się na trawie, ale przez las szerokich barów i ostrzyżonych na rekruta głów nie mogła zobaczyć, co się dzieje.

Okej, zidentyfikować problem, znaleźć rozwiązanie.

Gdy przemknęła się na czoło grupy, jej oczom ukazał się mało ciekawy widok trzech starszych panów z podkładkami do pisania, pogrążonych w rozmowie. Trzeba czekać, aż skończą, aż będzie mogła się sprawdzić, pokazać Treadwellowi, że się mylił, wybierając zamiast niej tamtego faceta.

Wkrótce zaczęło się odczytywanie nazwisk i rozdzielanie na trzy mniejsze grupki. Natychmiast się zorientowała, że przydzielono ją do grupy złożonej z samych nowicjuszy.

Spodziewała się tego. Nie szkodzi, że to grupka najmniej liczna. Też dobrze. Więcej się nauczy. Również o sobie.

Przeczytano im zasady.

Najpierw próba wytrzymałości. Dwa kilometry w czasie poniżej jedenastu minut. Łatwizna.

– Ellison! – ryknął Treadwell. – Spóźniony!

Ktoś się spóźnił pierwszego dnia? Rozejrzała się.

Beck Ellison? Jej nemezis.

Na Zaklinacza Ognia trafiła na portalu społecznościowym. Zajmował się różnymi rzeczami, było o nim w gazetach, występował w materiałach promocyjnych straży pożarnej. Zazdrościła mu sukcesów. Zaklinacz ognia, phi! Ale gdyby miała z kimś przegrać, lepiej żeby okazał się super niż odrażający. Jeżeli przegra…

Myśl pozytywnie. Wysyłaj w kosmos tylko pozytywne myśli.

Pojawił się tutaj, by ich uczyć, jak okiełznać ogień, jak przystało na Zaklinacza Ognia.

Gdy lekko się odwróciła, ujrzała biegnącego ku nim mężczyznę. Czarne potargane loki. To coś nowego. Jedyne, co mogło świadczyć o jego przeszłości w armii, to kondycja. Też nowy?!

Ma żółtą plakietkę, więc będzie ćwiczył razem z nowicjuszami.

Niemożliwe. Zakwalifikował się dwa lata temu. Nie musi wkręcać się do jej grupy, by się popisywać.

Głęboko odetchnęła. To nie jest rywalizacja, chociaż on o tym nie wie. Ale ona chce być od niego lepsza. Dzisiaj i każdego dnia przez kolejnych sześć tygodni.

– Wyrwaliśmy cię ze snu?! – warknął Treadwell, ale Ellison nie odpowiedział. Rzucił tylko na ziemię czarną torbę, po czym stanął na linii startu.

Może on ma dłuższe nogi, ale ona jest szybsza.

Rozległ się gwizdek i cała grupa rzuciła się do biegu.

Pędząc przed siebie, czuła, jak opuszcza ją wielodniowy stres. Zawsze była w tym dobra, od dziecka trenowała bejsbol i piłkę nożną, ponieważ grali w nią jej bracia i dokuczali jej już od szóstego roku życia.

Dzięki temu stała się silna. Biegnąc teraz, czuła, że panuje nad swoim losem, że nadrobi tę drobną pomyłkę, jaką popełniła w podaniu…

Wkrótce grupka, z którą wystartowała, mocno się przerzedziła. Wystartowali w siedemnaścioro, ale dosyć szybko przestała słyszeć za plecami ich kroki.

Dotarło do niej wówczas, że to nie wyścig, a próba wytrzymałości. Jej zadaniem nie jest być szybszą, nawet od tego Ellisona, ma okazać się bardziej od nich wytrzymała. Tego jej trzeba, by wytrwała do końca dnia.

Zwolnienie tempa sporo ją kosztowało.

Minimum to sześć okrążeń. Stać ją na więcej. Nie szybciej, ale dłużej. Dłużej niż Ellison.

Na trzecim okrążeniu spojrzała za siebie. Kto biegł tuż za nią? Oczywiście Ellison. Bo jest wyższy i ma dłuższe nogi. Na szóstym, czuła, że słabnie, ale i tak ma szansę ukończyć jako pierwsza, ona jednak chciała być najlepsza.

Na siódmym zrównał się z nią. Gdy na niego spojrzała, wysoko uniósł brwi, przekazując trzy informacje.

Pamiętam cię.

Pamiętam, jak wtedy zaciekle rywalizowałaś.

Nadal mam cię za idiotkę.

Przyszło jej do głowy, że mogłaby podłożyć mu nogę, ale w porę się pohamowała. Odwróciła wzrok na bieżnię. Ósme okrążenie.

Kiedy on się zatrzyma? Teraz to jest wyścig?

Reszta biegaczy już skapitulowała.

Osiem i pół… Znowu donośny gwizdek Treadwella.

Zatrzymała się, opierając dłonie na kolanach i ciężko dysząc. Należało się poddać już po siódmym okrążeniu.

– Autry, to nie wyścig… – wysapał Ellison.

Powiedział, że to nie wyścig, a mimo to deptał jej po piętach. Wyprostowała się, czując, że już jej łatwiej pogodzić się z szacunkiem, jakim zaczęła go darzyć, gdy okazał się wyjątkowy, kimś, kto sprawia, że nie czułaby się źle, przegrywając.

Powoli ruszyła w stronę płyty boiska, gdzie stał Treadwell z resztą grupy.

Nie myśl o Ellisonie. Co teraz?

Zapewne woda. Oby była to woda.

Dyszał ciężko, schodząc za nią z bieżni. Przez ostatni tydzień żył jak we mgle, zastanawiając się, jak potoczy się jego życie. Miał nadzieję, że gdy w końcu się zdecyduje, ta mgła ustąpi, pozwalając mu się zorientować, czy ciągle ma w sobie to coś, co w jego mniemaniu jest jego życiowym powołaniem.

Nic z tego. Nadal nie miał pojęcia, dokąd iść. Oraz że wkurza kobietę, którą poznał dwa lata temu.

Ma niezłą kondycję, nawet lepszą niż wtedy. Wiąże się to z większym dystansem, kontrolą nad decyzjami w trudnych sytuacjach. Jednak takie wkurzenie ma posmak niezrównoważenia emocjonalnego, jak wtedy, gdy się rozpłakała, gdy ją zdyskwalifikowano.

Przysięgła Treadwellowi, że za rok wróci. Znowu spotkała ją porażka? Zaskakujące, ale nie mniej niż to, że w tym roku zobaczyła go wśród początkujących.

Nieważne. Po szkoleniu wróci do jednostki, a jej emocjonalność przestanie być jego problemem. Ma własne problemy.

Nim dołączył do grupy, włożył do ucha słuchawkę radia, by poznać najnowsze informacje o pożarze, który monitorował od poprzedniego dnia. Zima bez opadów oraz jeszcze bardzie sucha wiosna zwiastowały nadejście sezonu pożarów lasów. Lada moment spodziewał się wezwania. Oby teraz wystarczyło mu energii, by Treadwell przestał patrzeć na niego jak na totalnego nieudacznika.

Sięgnął do chłodziarki po butelkę wody, po czym jednym uchem słuchał instrukcji Treadwella, drugim komunikatów radiowych. Te były ważniejsze, bo miały nadejść od jego kumpli, prawdziwej ekipy, a nie tej grupki nowicjuszy. Pierwszego dnia szkolenia trudno o wypracowanie ducha zespołu, na to trzeba czasu.

Wolał pracować w pojedynkę, bo to ułatwia koncentrację, mniej ludzi, o których trzeba myśleć. Do poprzedniego sezonu nie było z tym problemu, ale jeden błąd wywrócił do góry nogami opinię komendanta o nim.

Podobnie stało się z jego życiem. To, że dzisiaj tu się pokazał, powinno pomóc bardziej niż cztery miesiące monitorowania swojego sektora lasu.

Nie miałby tej szansy, gdyby komendant nie prowadził corocznych ćwiczeń dla rekrutów, a on sobie nie wyobrażał innej pracy. Czyli przez kilka tygodni musi się wykazywać, robić wszystko, co rozkaże Treadwell. Nosić plakietkę początkującego, zbierać cięgi.

Być jak ta Autry.

Stała sztywno, niemal na baczność, zasłuchana w słowa Treadwella, mimo że dobrze je znała. Już raz miała sposobność z nimi się zapoznać.

Jakby czując na sobie jego wzrok, popatrzyła na niego. Ściągnięte brwi wskazywały, że nie jest zadowolona.

Zerknął na wyświetlacz radiotelefonu, bo znowu rozległy się w nim trzaski. Chwilę później Autry stanęła przed nim.

– Zaszeregowali cię do rekrutów?

Oddychała miarowo, ale zaróżowione policzki nadal były dowodem wcześniejszego wysiłku. Gnała, jakby goniło ją stado wilków, ale nie wyglądała na zmęczoną. Chyba powinien zapytać, co się stało w zeszłym roku, ale wywiązałaby się dłuższa rozmowa. Oraz padłoby więcej pytań.

– Tak wyszło – burknął, wzmacniając głos w słuchawce.

– Czego słuchasz?

– Komunikatów.

– Na jaki temat?

Udał namysł, wsunął słuchawkę do ucha, zadowolony że może uciąć tę rozmowę.

Ale niezadowolony, że tak wielki pożar wybuchł już na samym początku sezonu, a jego tam nie ma. Przecież nadal jest członkiem zastępu. Jeżeli pojedzie tam Treadwell, on też się zgłosi. Ta żółta plakietka to pokuta.

Treadwell zaczął wyczytywać nazwiska, by podzielić ich na trzy mniejsze grupki.

 

Beck znalazł się razem z Autry, która zaczęła przedstawiać się członkom zespołu. Cała w uśmiechach.

– Ellison nie jest tu nowy – usłyszał. – Już dawno się sprawdził, ale myślę, że jest z nami… bo się spóźnił.

Błąd.

– Poznaj Alvareza, Finnegana i Wylera – mówiła, zwracając się do niego.

Już nie była zła. Wręcz entuzjastyczna wbrew temu, co się działo. Pompki, przysiady, podciąganie na drążku… Trudno to nazwać fajną imprezą.

Treadwell wezwał go do drążka. Beck odłożył radiotelefon, po czym spoglądając na komendanta, powiedział:

– Rozprzestrzenia się.

Komendant ograniczył się do skinienia głową, po czym zaczął liczyć podciągnięcia Becka. Potem były przysiady i pompki. Tylko tyle, ile wymagało przewidziane minimum. Żeby zachować siły na dalsze ćwiczenia.

Treadwell zrobił zdziwioną minę.

– Oszczędzam się – wyjaśnił Beck.

Wstał, sięgnął po radiotelefon i ruszył po kolejną butelkę wody, a następnie usiadł na trawie, obserwując innych i słuchając radia.

Nic nowego.

Autry przeszła na tył grupki.

Wkrótce dowie się, na czym polega przetrwanie: zacząć wcześnie, jak najprędzej mieć to z głowy, nie marnować energii. I korzystać z każdej okazji, by odpoczywać.

Albo nie. Może dla niego lepiej, żeby robiła to, co robi, bo jak skończy za szybko, zacznie dręczyć go pytaniami, zarażać entuzjazmem nowicjusza.

ROZDZIAŁ DRUGI

Niemal w tej samej chwili, gdy w radiotelefonie rozległ się apel o więcej strażaków, Beck zerwał się na równe nogi.

Nareszcie. Podbiegł do Treadwella, który z nieodłączną podkładką liczył pompki kolejnego kursanta.

Autry wbrew oczekiwaniom, wykonawszy ćwiczenia na drążku, nie podeszła do niego. Treadwell musiał jej przerwać, po czym zwrócił jej uwagę, że nie musi się popisywać. Siedziała teraz na trawie ze spuszczoną głową i tak mocno ściągniętymi brwiami, że zasłaniały jej piękne piwne oczy.

Piękne? Chłopie, oprzytomnij. Owszem, ładne, co najwyżej interesujące. Jeżeli zafiksował się na kolorze oczu, to znak, że jak najszybciej musi opuścić ten obóz. Najwyraźniej kilka tygodni spędzonych w samotności pośrodku lasu odebrało mu rozum.

Ale nie było tam nikogo, kto w tym krótkim czasie wybiłby mu to z głowy. Ludzie latami chodzą na terapię, żeby zmienić swoje nawyki i przeświadczenia. Nie, to też nie dla niego.

– Komendancie… – Wymownie spojrzał na radiotelefon.

Treadwell kiwnął głową, po czym zarządził przerwę.

Beck i komendant nie we wszystkim się zgadzali, ale przez minione dwa lata Treadwell oswoił się z iście spartańskim sposobem komunikowania się Becka. I za to Beck go polubił. Naprawdę.

W pierwszym roku musiał się postarać, by zaakceptowano jego zwyczaj oddalania się, gdy podczas pożaru coś zwęszył. Oraz by słuchano, gdy informuje ich o czymś, czego jest absolutnie pewny.

Nie miał pojęcia, skąd mu się wziął ten szósty zmysł. Teraz miał nadzieję, że to wróci. Utrata zaufania komendanta okazała się wyjątkowo przykra.

Odesławszy kursanta, Treadwell ruszył w stronę Becka. Ten tęgi pięćdziesięciolatek miał wyjątkową kondycję.

– Kogo wzywano?

– Nas i jeszcze dwie inne grupy. – Beck skinął głową w kierunku pozostałych. – Czterdzieści pięć minut samolotem. Koliński obiecał zabrać sprzęt.

Treadwell milczał dłuższą chwilę.

– Ty zostajesz.

– To wielki pożar. Będę wam potrzebny.

– Nie w tym stanie.

Miał ochotę polemizować, ale ugryzł się w język. Zdarzało mu się obchodzić rozkazy, ale tylko wtedy, gdy był przekonany, że ma rację. Powiedziałby, że zna się na pożarach jak nikt inny, jednak teraz nie był tego pewien. Rok temu było inaczej. Aż popełnił błąd. Aż płomienie odcięły mu drogę odwrotu.

Treadwell wręczył mu podkładkę. Przejmując ją, poczuł się jak po pierwszym skoku z samolotu. Spadanie. Szybko zbliżająca się ziemia.

Wyprostował się. Mimo wszystko nie jest gorszy od reszty.

– Jesteś pewien? Nadal jestem w służbie.

– Jesteś na służbie, kiedy sam tak uważasz. Jak pokażesz, że się mylę, to pogadamy.

Gdyby tylko potrafił wykonywać rozkazy w jego opinii błędne. Wkurzała go żółta plakietka, ale ten okres próbny przynajmniej daje mu szansę uporządkowania swoich spraw.

Gdy Beck milczał, komendant przywołał Autry.

– Macie dokończyć z resztą poranne ćwiczenia – oznajmił Treadwell. – Pali się las, a Ellison stracił już tyle energii, że nie będzie stuprocentowo wydajny, a osłabiony nie powinien rzucać się w płomienie.

Nie jest osłabiony, a tego wręcz potrzebuje.

– Nic mi nie jest – odezwał się w końcu Ellison, bo perspektywa pilnowania kursantów wydawała się gorsza od unikania spięcia.

Komendant spiorunował go wzrokiem. Beck znał to spojrzenie. Nieważne, czy to kara, czy wyrok w zawieszeniu, wypadł z gry, a Treadwell stara się w jego imieniu zachować twarz.

Łatwiej byłoby mu przeboleć taki uszczerbek na honorze, gdyby dzięki temu mógł wrócić do akcji. Nic gorszego niż tkwić z kursantami, gdy kumple ryzykują życie.

– Zanosi się, że większość z nas weźmie udział w akcji gaszenia – podjął Treadwell – więc Ellison przeprowadzi test pytań i odpowiedzi na temat służby. Poprawne odpowiedzi poznał już dwa lata temu. Potem macie czas wolny, ale bądźcie na boisku o świcie przed pobudką.

Autry wyglądała na skołowaną, ale potakiwała, po czym odwróciła spojrzenie na Becka. Zorientował się, że ona się domyśla, że jemu taka sytuacja się nie podoba.

– Czym mam się zająć? – zapytała.

Wszystkim.

Przekazał jej podkładkę. Im prędzej się z tym uporają, tym prędzej będzie miał to z głowy.

– Trzy zespoły zostały wezwane do pożaru. Treadwell sobie zażyczył, żebyśmy kontynuowali. Następnie lunch, a potem bieg na osiem kilometrów leśną ścieżką.

Odkaszlnęła. Wydawało mu się, że zaraz go poprawi, ale tylko zauważyła:

– Nie zapominaj o pytaniach i odpowiedziach przed biegiem.

Nie kwestionowała rozkazów Treadwella. Być może dlatego, że miała obsesję na punkcie ćwiczeń fizycznych.

– Pytania i odpowiedzi po lunchu – zgodził się. – Pięć pytań, potem bieg.

Wrócił do cierpliwie czekającego kursanta.

– Nazwisko?

– San Giovanni.

– Zostały mu tylko przysiady – wtrąciła Audry.

Chętnie powierzyłby jej to zadanie, ale nie zyska w oczach Treadwella, starając kryć się za murem, za którym czuł się zdecydowanie lepiej.

– Ilu jeszcze?

– Sześciu.

Skupił się na przysiadach kursanta.

Po lunchu Lauren razem z innymi wróciła na boisko. Czekali na Becka Ellisona.

Przed posiłkiem odezwał się może dwadzieścia razy. Dwa lata temu był bardziej rozmowny, a i tak odzywał się wtedy monosylabami. Mimo to był bardziej komunikatywny. Zachowuje się, jakby ktoś go obraził. Ale przecież nie ona.

Chyba że uważa, że jest słaba we wszystkim i w głowie mu się nie mieści, że podjęła drugą próbę? Nie pierwszy i nie setny raz ją to spotyka.

W tej służbie kobiety nie są zbyt liczne, ale być może waga nazwiska Autry sprawia, że wszyscy oczekują, że będzie lepsza. Dwa lata temu to się nie sprawdziło, mimo że od skończenia szkoły średniej służyła w rodzinnej remizie, a ojciec w końcu zgodził się, by przeniosła się gdzie indziej, tam, gdzie nie będzie miał na nią wpływu. Potem sześć lat zdobywania doświadczeń.

Zerknęła na zegarek. Jeszcze dwie minuty, a Ellison się spóźni. Pewnie chce uniknąć pytań i odpowiedzi.

Przybył punktualnie, nie spóźnił się ani o sekundę.

Biegł dumnie wyprostowany, tryskał energią gotowy do walki. Inni też to zauważyli. Do tego stopnia, że gdy poprosił o pytania, bardzo długo milczeli. W końcu Lauren podniosła rękę. Oczywiście, by mu pomóc, a nie dręczyć.

– Robisz to od dwóch sezonów. Czy zdarzyła ci się sytuacja, z której cudem udało ci się ujść cało? No wiesz, kiedy służyłeś w piechocie jako strażak. Fajnie byłoby o tym posłuchać.

Strażak w piechocie morskiej. To robi o wiele lepsze wrażenie niż córka lokalnego komendanta, który puszczał ją do pożarów tylko wtedy, gdy udało się jej go przegadać.

Jego nie przegada. Zwlekał z odpowiedzią, jakby w myślach ważył słowa, by zdawkowo odpowiedzieć na pierwszą część pytania, przemilczając tę nawiązującą do przeszłości w wojsku. Druga osoba podniosła rękę.

Gdzie był największy pożar?

Czy lubi martwe sezony? Czym się wtedy zajmuje?

Jest strażnikiem leśnym. Oczyszcza zarośla i strumienie.

Największe błędy, jakie popełniają strażacy?

Co byś doradził początkującym?

To ostatnie pytanie zbiło go z tropu. Ze trzy razy otwierał i zamykał usta. Najwyraźniej wybierał w myślach, co im doradzić, ale nie potrafił się zdecydować. Jakby nie wierzył słowom, które wypowie.

– Największą wartością jest wasza brygada. Musicie umieć funkcjonować w zespole, pilnować kolegów. Oraz wykonywać rozkazy.

Wyczerpawszy limit pięciu odpowiedzi, zakończył tę sesję, wysyłając wszystkich na bieg przez las.

Wszystkich oprócz niej, bo ona na własne uszy słyszała polecenia komendanta. Poszła po rzeczy do samochodu, a wracając, zatrzymała się przy nim.

– Praca w zespole, tak?

Zignorował to pytanie.

– Nie biegniesz?

– Zapomniałeś, że słyszałam, co powiedział Treadwell? – Postawiła torbę na ziemi. – Wydaje mi się, że ty też nie biegniesz.

– Później. Kiedy na ścieżce trochę się przerzedzi.

– Ja też pobiegnę.

– Oni muszą.

Oczywiście. Nie darmo to szkolenie nazywano „tygodniem w piekle”. Każdy uczestnik miał z niego wyjść w lepszej kondycji, więc nikt się nie oszczędzał.

– Bez komentarza. Najpierw zaniosę rzeczy do swojej kwatery.

– Przydzielania kwater jeszcze nie było.

Szuka zwady czy chce pokazać, że jej towarzystwo jest mu niemiłe?

Dawniej nosił się jak żołnierz. Teraz wydał się jej szczuplejszy. Dłuższe włosy, luźne biało-szare ubranie, już nie khaki lub zielone. Spędzał w lesie dużo czasu, więc już nie był tak ogorzały jak kiedyś.

Jakby złagodniał. Dziwne, że opuściwszy armię, stał się mniej otwarty. Sprawiał wrażenie człowieka, któremu bardzo przydałby się przyjaciel.

Okej. Nic jej do tego. Sama wybierze sobie kwaterę. Potem pobiegnie.

– Uważasz, że komendant by nie chciał, żeby każdy miał swoje łóżko?

– Są procedury.

Wzruszyła ramionami.

– Niech obowiązują od jutra. – Postanowiła zmienić temat. – Jaki masz plan?

– Pikap. – W końcu na nią spojrzał.

– W dzieciństwie się jąkałeś?

– O co ci chodzi?

– O trudność w wysławianiu.

– Nie.

– Może to przeciwieństwo zespołu Samsona? Im dłuższe włosy, tym uboższe słownictwo.

– O czym ty mówisz?!

– Dawniej byłeś bardziej rozmowny, chociaż nie byłeś mistrzem konwersacji. Stało się coś złego, do czego nie chcesz wracać?

Zbladł, a jej zrobiło się głupio. Ups, to nie żarty. Musiało wydarzyć się coś złego i dlatego skierowano go na to szkolenie.

Słyszałaby, gdyby zginęli jacyś strażacy skoczkowie. Coś takiego nie zdarzyło się od dziesięcioleci.

– Nic się nie stało.

Charakter jej pracy sprawiał, że przyjaźniła się głównie z mężczyznami, więc trochę ich poznała. Mogła zareagować na kilka sposobów.

Nazwać go kłamcą, ale to było zarezerwowane dla przyjaciela, którym nie była.

Albo zignorować jego odpowiedź i rozmawiać dalej, dając mu do zrozumienia, że chyba minął się z prawdą. Że wyczuwa jego słabość.

Albo, co chyba było najlepszym wyjściem, udawać, że go nie zrozumiała i obrócić to w żart. Pozwolić mu wyjść z twarzą, zakładając, że ma poczucie humoru.

– Spałeś z córką Treadwella?

– Nie! Treadwell nie ma córki! – Wyraźnie się ożywił.

– Okej, zrobiłeś coś innego – stwierdziła. – Pierwszy raz spotykam człowieka, który tak bardzo nie chce o tym mówić.

Wzruszył ramionami.

– No to co?

Pokręciła głową, spoglądając w stronę domków.

– Jak się tam zainstaluję, wrzucę do plecaka coś ciężkiego i ruszę do lasu – powiedziała. – Wiem, że do nikogo innego się nie odezwiesz, więc pozwolę sobie zaproponować ci drugi pokój w domku, gdybyś zapragnął wygodnie się przespać. Żeby jutro nie mieć sztywnego karku. Jak nie chcesz brudzić łóżka, możesz spać na kanapie. Albo na podłodze. Przejdę nad tobą, nawet się nie potykając. No może raz lub dwa.

Jej największym problemem był błąd, który popełniła w podaniu, powołując się na doświadczenie w skokach spadochronowych. Dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane. Wypełniała ten wniosek z myślą o przyszłości, kiedy miałaby już za sobą ukończony kurs oraz kilkanaście skoków. Niewiele brakowało, ale na przeszkodzie stanęły kłopoty rodzinne. I tak w aktach zostało kłamstwo.

 

Skoki nie były wymagane, by dostać się do programu, ale gdy już się zakwalifikowała, nie miała możliwości tego odkręcić.

Marzyła, by intensywny bieg tak ją zmęczył, że nie miałaby siły myśleć o konsekwencjach.

Beck podniósł się z trawy.

– Nie przesadź z obciążeniem. To trudny teren, na dodatek będzie ciemno.

– Uważasz, że padnę?

– Pytałaś o radę. Nie ryzykuj niepotrzebnie. – Strzepywał źdźbła trawy z pośladków i umięśnionych nóg, po czym powiedział coś, co odciągnęło jej uwagę od jego ciała. – Jeżeli już teraz odpadniesz, przed tobą kolejny rok, zanim wrócisz do czynnej służby.

Tak, oczekiwała porady. I ją otrzymała.

Z drugiej strony, „już teraz” zabrzmiało jak ocena. Była zła, ale jednocześnie była mu niemal wdzięczna za te słowa. Atrakcyjne opakowanie ciągliwego nugatu. Nagle wydał się jej zdecydowanie mniej atrakcyjny.

– Przywykłam do zadań bardziej wymagających niż bieg leśną ścieżką.

– Bardzo nierówny teren.

Nadal wątpił, że jest zdolna biec tą ścieżką. I nie odpowiedział na zaproszenie do domku. Okej, niech nocuje w pikapie.

Zrobił kilka wymachów ramionami, po czym ruszył ku ścieżce za swoimi podopiecznymi.

Trasa miała osiem kilometrów.

Jeżeli się pospieszy, zdąży zanieść rzeczy do domku, a potem go dogonić. Wtedy doceni jej sprawność. Nie upadnie, nie dzisiaj ani jutro. Na pewno nie „już teraz”.

Nadal miała ochotę podciąć mu nogi.