Matka Frankensteina

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym


© Almudena Grandes, 2020

This edition published by agreement with Tusquets Editores, Barcelona, Spain.

Copyright © 2021 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2021 for the Polish translation by Magdalena Olejnik

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcie autorki: © Itziar Guzmán / Tusquets Editores, Barcelona

Redakcja: Magdalena Granosik

Korekta: Jolanta Olejniczak-Kulan, Iwona Wyrwisz, Joanna Rodkiewicz

ISBN: 978-83-8230-242-4

Tłumaczenie tej książki powstało dzięki wsparciu Ministerstwa Kultury i Sportu Królestwa Hiszpanii.


Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E – wydanie 2021. Wydanie I

SPIS TREŚCI

0. O poranku ktoś grał na pianinie

I. Zadziwienie (1954)

II. Towarzystwo (1955)

III. Samotność (1956)

IV. Matka Frankensteina

Historia Germána. Nota autorki

Przypisy

Dla Luisa.

Raz jeszcze, bo nigdy nie będzie dosyć

Dziś, gdy swej ziemi już nie potrzebujesz,

W tych książkach nadal jest ci bliska i potrzebna,

Bardziej rzeczywista i upragniona niż tamta druga;

I ta, nie tamta, jest teraz twoją ojczyzną.

Ta, której nauczył cię Galdós,

Lojalność wroga nawet uszanuje,

W duchu szczodrej spuścizny Cervantesa,

Bohaterska w dniu powszednim, bohaterska w walce

O przyszłość, która do niej należała,

Nie o niegodną przeszłość, do której powróciła tamta druga.

Twoją ojczyzną nie jest tamta Hiszpania niegodziwa i ponura,

W której dziś rządzi kanalia.

Lecz Hiszpania żywa, dumna,

Stworzona przez Galdósa,

Po tej drugiej pociesza i leczy nas ta pierwsza1.

Luis Cernuda, Díptico español,

Desolación de la Quimera (1956–1962)

Agonia i śmierć Aurory Rodríguez Carballeiry

w apogeum nacjonalistycznej Hiszpanii.

Szpital psychiatryczny dla kobiet w Ciempozuelos,

Madryt, 1954–1956

Gdy rozum śpi, budzą się demony.

Tytuł akwaforty numer 43 z cyklu Kaprysy, Francisco de Goya (1797–1799)

INWENTARZ MIEJSC ODPOWIEDNICH DLA MIŁOŚCI

Nie ma ich wiele.

(…)

Ze wszystkich stron zezujące oczy,

wymęczone rogówki,

surowe źrenice,

powściągliwe siatkówki,

pilnują, posądzają, grożą.

Pozostaje chyba trzymać się na uboczu,

Opróżnić duszę z czułości

Napełnić ją odrazą i obojętnością,

W tym wrogim czasie, jak nigdy sprzyjającym nienawiści.

Ángel González, Inventario de lugares propicios al amor,

Tratado de urbanismo (1967)

O poranku ktoś grał na pianinie.

W pawilonie Sagrado Corazón zajmowanym przez pensjonariuszki pierwszej kategorii korytarze wyłożono deskami z lakierowanego dębowego drewna, które lśniło w słońcu niczym tafla karmelowego stawu. Kiedy po raz pierwszy tamtędy przeszedłem i poczułem falującą naturę desek, które uginały się pod moim ciężarem, wydając jęk, nim odzyskały stabilność, nie od razu zrozumiałem, że właśnie powróciło do mnie doznanie z dzieciństwa. Podłoga w domu mojej mamy, pokiereszowana i poczerniała, już nie przypominała karmelu. Minęło dużo czasu, znacznie więcej niż ten, który spędziłem poza Hiszpanią, od kiedy polakierowano ją po raz ostatni.

Przez piętnaście lat usiłowałem odtwarzać w pamięci kolory, tekstury, utracone doznania, a jednak teraz, gdy wróciłem, wszystko mnie zaskakiwało. Stanowczość styczniowego słońca na polach ściętych szronem, rozległość suchych równin, jałowość gleby, kształt chmur, sylwetki kobiet, które widziałem co rano, jak nabierały wodę przy pompie na placu, ich upokorzone głowy przykryte chustami… Ale nie to pianino. Pogrążony w innym rytmie – wystukiwanym przez moje kroki na drewnianej podłodze – nie zwróciłem uwagi na muzykę, póki nie urwała się gwałtownie, kiedy minąłem drzwi. Dopiero wówczas przypomniałem sobie, gdzie jestem. Hiszpania to nie Szwajcaria, tutejsze rozgłośnie radiowe nie nadawały koncertów fortepianowych o dwunastej w południe. Sekundę później, jakby chciały dotrzymać kroku mojemu zdumieniu, wszystkie dzwony w Ciempozuelos zabrzmiały jednym głosem, wzywając na Anioł Pański.

Jeszcze się nie przyzwyczaiłem do tego rytuału, do doktora Roblesa i jego uczniów, którzy porzucali wszelkie zajęcie o dwunastej w południe, by zebrać się w holu i zmówić z nagłą pobożnością modlitwę podzieloną na partie: siostra wypowiadała kilka wersów, na które reszta zdawała się odpowiadać. Pierwszego dnia nie wiedziałem, co się dzieje, i przerwałem rozmowę, dopiero gdy kolega złapał mnie za ramię, kładąc zarazem palec wskazujący drugiej ręki na wargach. Sam nie uklęknął, nie modlił się, ale stał w milczeniu, ze złączonymi nogami i rękami zaplecionymi na brzuchu, dopóki reszta nie skończyła. Dwa dni później przekonałem się, że nie on jeden tak postępował. Inny psychiatra z zespołu Roblesa zachowywał się podobnie, zatem i ja poszedłem w ich ślady: porzucałem bieżące zajęcie, przychodziłem do holu, złączałem nogi, splatałem dłonie, zamykałem usta. Ale w pawilonie Sagrado Corazón byłem sam, więc tylko przystanąłem na chwilę w milczeniu. Gdy dotarłem na koniec korytarza, pianino znów się odezwało. Zdjąłem buty i bardzo cicho zawróciłem. Tym razem muzyka się nie urwała.

Od tamtego ranka, zawsze kiedy tylko mogłem, chroniłem się przed południową modlitwą w pawilonie Sagrado Corazón, w budynku o dostojnym wyglądzie, który bardziej przypominał hotel niż sanatorium, dobrze zakonserwowane dawne uzdrowisko, otoczone starym bujnym ogrodem z wysokimi, umiejętnie przycinanymi drzewami. Inne pawilony również miały ogrody, także piękne, ale nie tak okazałe, z mniejszą ilością kwiatów na wiosnę i cienia latem, jak gdyby klasyfikacja pensjonariuszek na cztery kategorie uzależnione od kwot, jakie mogły – lub jakich nie mogły – zapłacić, determinowała nawet różnorodność tonów zieleni, którymi syciły wzrok przez okna swoich sypialni. W środku różnice między nimi stawały się jeszcze wyraźniejsze.

Kwatera pianistki należała do najdroższych. Był to nie tyle pokój, co raczej własne mieszkanie. Niewielki salonik prowadził do sypialni. Przylegała do niej ponadto prywatna łazienka, której nie mogłem dojrzeć z korytarza. Samą pianistkę zobaczyłem jedynie od tyłu. Siedziała przy instrumencie ustawionym naprzeciw okna, obok łóżka. Drzwi otworzyłem z największą ostrożnością, ale odniosłem wrażenie, że choćbym nawet narobił hałasu, nie odwróciłaby się, by spojrzeć w moją stronę.

Była to starsza kobieta o bardzo krótkich siwych włosach. Z odległości, z jakiej ją obserwowałem, nie przekraczając nigdy progu, zauważyłem, że nosiła ubrania dobrej jakości, co dzień inne, lecz zawsze czarne, tak nieskazitelne, jakby szczotkowała je dokładnie przed założeniem. Dbałość o higienę była rzeczą rzadką u osoby psychicznie chorej, godność – cechą niezwykłą. Nic jednak nie zdumiewało z równą mocą, co bieg jej palców po klawiaturze. Nigdy nie zaliczałem się do specjalnych melomanów, ale wysłuchałem w życiu wielu koncertów. Moja mama, zanim wyszła za mąż, zarabiała na życie, ucząc gry na fortepianie. Potem, po wojnie, także codziennie zasiadała do instrumentu. Poza tym w Neuchâtel, a jeszcze bardziej w Bernie, leczyło się u mnie wielu muzyków i ludzi, którzy zaczęli grać, traktując sztukę jako formę terapii. Dlatego natychmiast pojąłem, że ta kobieta była inna.

Pianistka z Sagrado Corazón nie tylko po mistrzowsku interpretowała utwory, ale czyniła to jak wirtuoz całkowicie zdrowy na umyśle. Muzyka wypływająca spod jej palców była precyzyjna, równie płynna i melodyjna jak ta, która wydobywała się z pianina mojej matki, a ponadto, poza regularnością, brakiem przerw i uchybień, cechowała się jakąś tajemniczą plastycznością. Pianistka z Sagrado Corazón królowała nutom, panowała nad akordami, jakby to były żywe byty wznoszące się i opadające, grupujące się i rozdzielające siłą własnych decyzji. Tworzyła już nie tyle dźwięki, co nieskończenie harmonijne arabeski, które zdawały się istnieć od zawsze, bo nie zatrzymywała się, niemal nie robiła przerwy, kiedy uznała utwór za skończony, lecz zaraz zaczynała następny. Pacjentka z pokoju numer 19 w pawilonie pierwszej kategorii w sposób godny podziwu grała na pianinie, bez żadnych nut, a klawiatura zespalała się z jej ciałem, wespół tworzyły jeden instrument, tak potężny, że umiał wyrazić wszelkie ludzkie uczucia, od litości po gniew. A przecież nie były to wszystkie niespodzianki, jakie miała dla mnie ta ubrana na czarno starsza kobieta.

 

Wieczorami ktoś czytał jej na głos.

Od kiedy przyjechałem do Ciempozuelos, przedpołudnia przeznaczyłem na analizę historii klinicznej pacjentek, które doktor Robles zaproponował do mojego programu badawczego. Popołudniami robiłem wywiad z kandydatkami, przy czym zorientowałem się, że mój punkt widzenia nie zawsze jest zbieżny z opinią dyrektora szpitala. Przestudiowałem inne przypadki w nadziei na skompletowanie optymalnej listy uczestniczek i ta właśnie intencja zawiodła mnie pewnego popołudnia w połowie lutego do Sagrado Corazón. Miałem zamiar złożyć wizytę jednej z pensjonariuszek, wyjaśnić jej cel moich badań i zaproponować, by spotkała się ze mną nazajutrz, ale kiedy wszedłem do pawilonu, nie usłyszałem pianina. Ta cisza zburzyła moje plany.

Zdjąłem buty i ruszyłem bardzo powoli w kierunku pokoju 19. W pół drogi dobiegł mnie nieoczekiwany dźwięk – głos młodej kobiety, która rytmicznie zmieniała intonację, zadając pytania, na które sama potem odpowiadała, jakby odgrywała role dwóch różnych postaci. Słuchając jej, zmarszczyłem brwi, lecz ledwie zdążyłem zrozumieć, o co chodzi w tej polifonii, inny zachrypły i zmęczony głos położył kres mojej konsternacji.

– Przeczytaj mi to jeszcze raz.

Pianistka wypowiedziała polecenie autorytarnym, oschłym tonem, jak osoba nawykła do wydawania rozkazów.

– Och, ale pani jest uparta! – Jej lektorka dysponowała za to głosem ładnym, o niemal dziecięcej barwie, przywodzącej na myśl dźwięk dzwoneczka. – Ale jeszcze tylko chwilę, bo zrobiło się późno, a jak nie przyjdę na czas, to zmyją mi głowę, że popamiętam…

I powtórzyła dialog, który wyglądał na traktat filozoficzny, bo niekiedy potykała się na wymowie greckich terminów, których znaczenia z pewnością nie rozumiała.

– No już, starczy! – powiedziała, skończywszy. – Ciąg dalszy jutro.

– Nie. – Władcza dama przeciwstawiła się energicznie. – Zostań jeszcze, dziś przeczytałaś bardzo mało.

– Ale nie mogę, doño Auroro, naprawdę. – Usłyszałem szurnięcie odsuwanego krzesła, odgłos książki odkładanej na stół. – Muszę już iść.

Wyczułem, że zaraz otworzy drzwi, więc cofnąłem się na środek korytarza, wciąż jeszcze trzymając buty w ręce. To było pierwsze, co zobaczyła lektorka, kiedy mnie nakryła, ale starsza kobieta już wołała do niej, nim dziewczyna zdążyła do mnie podejść.

– Przyjdziesz jutro? – Jej głos brzmiał teraz inaczej, niczym u niecierpliwej, kapryśnej dziewczynki. – Obiecaj mi to, obiecaj, że jutro wrócisz.

– Ależ oczywiście. – Lektorka uśmiechnęła się, na pewno nie do mnie, i zawróciła, żeby pożegnać się z pianistką. – Co też pani wygaduje! Jestem tu znowu jutro o piątej.

Pochyliła się nad pacjentką z pokoju 19, która objęła ją i przycisnęła do siebie mocno, jak gdyby nie była gotowa pogodzić się z odejściem dziewczyny, oparła głowę o jej brzuch, a twarz z zamkniętymi oczami zwróciła ku mnie.

Wtedy ją rozpoznałem.

I Zadziwienie (1954)

Kiedy taksówka zatrzymała się przed bramą przy ulicy Gaztambide 21, poczułem, że brak mi tchu. Kolejne objawy dały o sobie znać zaraz potem, zanim jeszcze zdążyłem sam u siebie zdiagnozować dolegliwość, którą natychmiast rozpoznałbym u każdego innego pacjenta.

– Źle się pan czuje? – Taksówkarz odwrócił się i spojrzał na mnie, marszcząc brew. – Bardzo pan zbladł. Może zawiozę pana na pogotowie?

– Nie, dziękuję. – Spróbowałem unormować oddech, choć wiedziałem, że zwiększy to ucisk w klatce piersiowej. – Ile jestem panu winien? – Przy okazji nauczyłem się, że kontrolując hiperwentylację, można zarazem zwiększyć znacząco częstotliwość uderzeń serca.

Nigdy wcześniej nie miałem ataku paniki. Strach dobrze znałem, bałem się wielokrotnie, podczas bombardowań, w aucie, które wiozło mnie do Alicante, na molo, od którego mój statek odbijał bez końca, w celi komisariatu w Oranie, w porcie w Marsylii, a potem w czasie niekończącej się podróży samochodem z Francji do Szwajcarii. Przeżyłem chwile wielkiego strachu i pomniejsze lęki, bałem się o siebie i o innych, bałem się śmierci, że mnie zabiją, że stracę panowanie nad sobą; najadłem się w życiu wiele strachu, ale nigdy nie doznałem ataku paniki. Aż do 21 grudnia 1953 roku. Aż do chwili, gdy ten taksówkarz, któremu zostawiłem wygórowany napiwek, by jak najszybciej opuścić jego wóz, zatrzymał się przed domem, w którym kiedyś mieszkałem, w którym nadal mieszkała moja matka, w którym już nie mieszkał mój ojciec.

Wejście na górę zajęło mi dłuższą chwilę. Najpierw zatrzymałem się przed budynkiem, tyłem do ulicy, i otworzyłem torbę podróżną, włożyłem głowę do środka i poczekałem, aż odzyskam normalny oddech. Moje serce stopniowo się uspokajało, ale wrażenie ucisku zeszło z klatki piersiowej do żołądka, by tam już zostać. Miałem ochotę zapalić, lecz drżenie rąk zasygnalizowało mi, że nie powinienem tego robić. Zrozumiałem, że mam tylko dwie opcje: wejść w końcu w tę bramę lub wrócić do Szwajcarii. Ponieważ moje nogi wolały zostać tutaj, bez trudu pokonały trzy stopnie prowadzące do środka.

Z kanciapy zajmowanej niegdyś przez Margaritę, gderliwą staruszkę, którą lubiłem, mimo że śmierdziała, bo gdy wracałem po południu ze szkoły, zawsze dawała mi cukierka, spojrzał na mnie z ukosa jakiś nieznajomy. Szybko poderwał się z krzesła i zapytał, dokąd idę. Od chwili, gdy wysiadłem na dworcu Norte, mierzyłem się z Madrytem niczym z dziwnym zwierzęciem, potworem poddanym pewnej metodycznej, fantastycznej przemianie. Pod nowym, tu i ówdzie przeświecającym naskórkiem miasta, które zawsze uważałem za swoje, dostrzegałem pozostałości znanego mi świata, swojskie zapachy, detale, dźwięki, które mieszały się w obojętnej na mój powrót obcej scenerii z innymi, niespodziewanymi elementami, jakich nigdy nie zdołałbym przewidzieć. Zmieniły się nie tylko flagi. Także kolor tramwajów, godła na drzwiach taksówek, mundury policjantów, stroje śmieciarzy, nazwy kin, sklepów, ulic, nawet format tabliczek, na których je umieszczano. W czasie, gdy wyjaśniałem następcy Margarity, kim jestem i po co idę na pierwsze piętro do mieszkania B po prawej, uświadomiłem sobie jednak, że są rzeczy, które nigdy się nie zmienią. Na przykład arogancja skrywająca wścibstwo madryckich dozorców. Wrogość, z jaką zwracają się do obcych. Łatwość, z którą ich niechęć zostaje zastąpiona przez usłużny uśmiech, gdy namierzą przybysza skłonnego dać im napiwek. Bardzo szybko miałem odkryć, że pewne stałe elementy zachowały się nie tylko w otaczającym mnie świecie, wiele z nich przetrwało w nietkniętym stanie we mnie samym. Kiedy wspinałem się po schodach, serce podchodziło mi do gardła, a jednak na szóstym stopniu rzeczywistość wykonała spektakularny obrót wokół własnej osi, jakby niezliczone koła zębate skomplikowanej maszynerii wreszcie w jednej chwili zaskoczyły, by ogłosić, choćbym sam nie umiał w to uwierzyć, że Germán Velázquez Martín właśnie wrócił do domu.

Potrafiłem sobie przypomnieć przynajmniej sześć różnych par. Najbardziej podobały mi się skórzane klapki w kolorze pudrowego różu, z odkrytymi piętami. Grzbiet stopy otulały w nich dwa obłoczki z malutkich delikatnych piórek, bardzo miłych w dotyku. Ale były też inne: w zimie płócienne zielone, latem pantofle z żółtej skórki, które tata przywiózł jej z Maroka. Kiedy robiło się bardzo zimno, nosiła czerwone bambosze, wyściełane od środka barankiem. Ostatnie, jakie zdążyłem sobie przypomnieć, były granatowe, jak te, które właśnie zobaczyłem, bo nie starczyło mi czasu, by podejść bliżej, a ona już tam była.

Pantofle mamy, która jak niezawodny żywy zegar miała w zwyczaju oczekiwać nas na półpiętrze przed uchylonymi drzwiami mieszkania, niczym czuły wysłannik ogłaszały jej obecność. W dzieciństwie, kiedy źle mi poszedł jakiś egzamin albo pobiłem się z kimś na przerwie, nic nie pocieszało mnie tak skutecznie jak widok jej kapci na szczycie schodów. Nic też nie przygnębiało mnie równie mocno jak ich brak. Jednak żadnej z tamtych emocji nie można porównać z tym, co poczułem teraz. Być może dlatego, że z odległości sześciu stopni schodów ujrzałem nagle efekty upływającego czasu, kostki nieoczekiwanie delikatne, pokryte wysuszoną bladą skórą. Biegłem ku nim z raptownym, nowym niepokojem, który nie ściskał mi serca, ale bolał mocniej.

– Mamo.

Skóra na jej twarzy, cienka i pomarszczona – jak niegdyś ta na jej kapciach, które najbardziej lubiłem – zrobiła na mnie mniejsze wrażenie niż brak bujnych loków, zastąpionych teraz przez krótkie siwe włosy, tak rzadkie, że prześwitywał przez nie zarys czaszki. Najbardziej jednak poruszyło mnie jej skarlałe ciało, nieznana mi koścista kruchość ramion, które mnie objęły, tkanina pozostawiająca zbyt wiele okrutnego luzu wokół talii, krzyk żeber ponad nieobecną już krągłością bioder. A jednak to była ona, nadal ona i miałem ją przed sobą. Moja matka, powtórzyłem to zresztą wiele razy, mamo, mamo, mamo, tylko po to, by nacieszyć się brzmieniem tego słowa w swoich ustach, by wymówić dwie bliźniacze sylaby. Niejeden raz obawiałem się, że nigdy już nie znajdę okazji, by je wypowiedzieć.

– Och, Germán! – wyszeptała, trzymając mnie w objęciach, potem odsunęła swoją twarz od mojej, by spojrzeć na mnie z szerokim uśmiechem i policzkami mokrymi od łez. – Germán, synku, nie masz nawet pojęcia, jak się cieszę… Teraz już mogę umrzeć, teraz już tak… – Pocałowała mnie wiele razy w policzki, z głośnym cmoknięciem, jak wtedy, gdy byłem mały. – Och, kochanie! Świetnie wyglądasz, i jak bardzo zmężniałeś, przecież byłeś jeszcze dzieciakiem, kiedy… – Dotykała mojej twarzy, szyi, ramion, jakby chciała się upewnić, że widzi je naprawdę, w końcu roześmiała się i przestała płakać. – Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś, a właściwie to nie rozumiem… – Pociągnęła mnie delikatnie do przedpokoju i choć zamknęła drzwi, zniżyła głos do szeptu: – Przecież w Szwajcarii miałeś wszystko, wciąż myślę, że nie powinieneś był wracać.

Wiosną 1952 roku Klinika Waldau została wybrana przez pewne laboratorium farmaceutyczne zajmujące się badaniami nad chloropromazyną, lekiem odkrytym zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Najbardziej szanowani psychiatrzy w moim szpitalu przyjęli pierwszy w historii neuroleptyk z nieufnością – nie zdołali przeczuć rangi rewolucji, która za chwilę miała się dokonać. Ich konserwatyzm okazał się dla mnie szansą – powierzono mi kierowanie próbami klinicznymi, które miały odmienić życie części moich pacjentów, a także moje własne.

Lubiłem pracę psychiatry, ale nigdy nie stała się dla mnie prawdziwą pasją. Wciąż czułem się jak entomolog przypinający owady do korkowej tablicy, by się przekonać, jak długo będą w stanie przebierać łapkami, a potem skrupulatnie odnotować wyniki. Dopiero to doświadczenie zrobiło ze mnie prawdziwego lekarza. Nowa terapia nie tylko przynosiła dużo lepsze skutki niż elektrowstrząsy, śpiączka insulinowa, kąpiele w lodowatej wodzie i inne medyczne tortury. Chloropromazyna leczyła lub przynajmniej znosiła objawy chorób, o których sądziliśmy, że nigdy nie zdołamy ich pokonać. We wrześniu 1953 roku pojechałem do Wiednia, żeby o tym opowiedzieć.

W dniu, kiedy podpisałem pierwszą zgodę na to, by spędził tydzień ze swoją rodziną, Walter Friedli miał prawie czterdzieści osiem lat. Przyjęto go do Kliniki Waldau w wieku lat dziewiętnastu. Poznałem go pewnego przedpołudnia w styczniu 1947 roku, wtedy ledwo na mnie spojrzał. Podniósł na chwilę jasne, przejrzyste oczy, zapadnięte w oczodołach, a potem na powrót wbił wzrok we własne dłonie. Nie interesowałem go ja, nie interesowało go nic ani nikt. Przesypiał wiele godzin dziennie. Nie odzywał się choćby słowem do personelu kliniki lub do innych pacjentów. Większość dnia spędzał pogrążony w głębokiej apatii, przerywanej tylko niekiedy energicznym potrząsaniem głową, za to wieczorami cierpiał ogromnie.

 

W porze podwieczorku siadał na parapecie w galerii. Zawsze w tym samym oknie, o tej samej porze i w tej samej pozie. Wtedy dopiero zaczynał mówić: najpierw mamrotał pod nosem, choć ton jego monologu podnosił się, w miarę jak coraz bardziej męczyły go wewnętrzne głosy. Walter Friedli był schizofrenikiem i miał omamy słuchowe. Co wieczór kłócił się z matką, która zmarła na atak serca, zanim skończył trzy lata, ale mimo to zarzucała mu, że ją zamordował. Przyjmował też inne wizyty – osób, które kiedyś poznał, i osób, które nigdy nie istniały, a wszystkie one prześladowały go z równą zaciekłością, wszystkie go atakowały, wszystkie mu ubliżały, stawiały przed nim żądania, których nie był w stanie spełnić. Nie mogę, krzyczał, nie mogę tego zrobić, nie mogę stąd wyjść, wiesz, że nie mogę… Przez kilka godzin przekonywał, miotał się, wyzywał swoich nieprzyjaciół, walczył z nimi, by się w końcu poddać. Potem wybuchał płaczem, osłaniając głowę ramionami, by uchronić się przed nadchodzącymi zewsząd wyimaginowanymi atakami, które bolały go bardziej niż prawdziwe ciosy.

O najbardziej ponurej godzinie każdego dnia pan Friedli szlochał w głos niczym bezbronne zwierzątko osaczone przez stado bestii. Tak też zresztą się czuł. Jeśli niebo było pochmurne, bure chmury zlewały się w jedno z jego poszarzałym obliczem. Kiedy padało, cichy, zrezygnowany płacz jego klęski wydawał się naturalną kontynuacją wody cieknącej po szybach. Zmierzch przenikał go wówczas i zespalali się w jedno – deszcz, mrok, niebo zasnute czarnymi chmurami, które przyjmowały ludzki kształt. Nawet intensywne kontrasty letnich zachodów słońca nie mogły powstrzymać jego wewnętrznego dżdżu, bowiem piekło, w którym żył, było niezależne od pogody, pór roku, światła. Przestrzegał jedynie ze skrupulatną dokładnością godziny swojego spotkania z potworami. Tak egzystował najbardziej nieszczęsny człowiek, jakiego kiedykolwiek poznałem, mężczyzna zdrowy i silny, który miał kochającą starszą siostrę.

Co niedziela Marie Augustine Bauer, z domu Friedli, poprawiała włosy, pociągała szminką wargi, wkładała swoje najlepsze ubranie, by odwiedzić Waltera. Była to czarująca kobieta, zawsze miła, uśmiechnięta nawet w chwili, gdy siadała obok brata na parapecie i próbowała wziąć go za rękę. Czasem jej na to pozwalał. Innym razem nie. Niekiedy Marie Augustine opowiadała mu o matce. Tłumaczyła, że była naprawdę dobrą i czułą osobą, że bardzo go kochała, nim umarła we śnie, bez niczyjego udziału. Walter rozmawiał ze swoimi głosami, jak gdyby słowa siostry do niego nie docierały, choć niekiedy nagle popadał w milczenie i zdawało się, że jej słucha. Wtedy było jeszcze gorzej. W takie dni bił ją, popychał, zrzucał na podłogę, lecz Marie Augustine nigdy się na niego nie obrażała. Wstawała, poprawiała sukienkę, szła na chwilę do łazienki i wracała do niego. Kiedy się z nami żegnała, uśmiechała się i raz jeszcze dziękowała za opiekę nad bratem.

Wybrałem Waltera bardziej nawet ze względu na nią niż na niego. Kiedy chloropromazyna zaczęła przynosić poprawę w stanach ostrych u pacjentów przyjętych w wyniku epizodu psychotycznego lub cierpiących na poważne zaburzenia lękowe, kiedy polepszenie następowało tak szybko, że oni sami relacjonowali mi ewolucję własnych objawów i rozumieli, jak źle z nimi było, a wreszcie stwierdzali, że czują się już na tyle silni, by wrócić do domu i prowadzić normalne życie, rozpocząłem eksperymentalną kurację pana Friedliego. Był to przypadek przewidziany w protokole. Chociaż, zasadniczo, po chloropromazynie spodziewano się, że podniesie standard życia pacjentów w ostrej fazie choroby, badania obejmowały też ocenę jej działania na pacjentów przewlekłych. Zanim wyjaśniłem, jak zmieniło się życie Waltera Friedliego, zrobiłem przerwę i spojrzałem na krzesła pośrodku ósmego rzędu.

We wrześniu 1953 roku na sympozjum neuropsychiatrycznym w Wiedniu wraz z pięcioma kolegami z różnych klinik europejskich, z którymi przez cały czas badań pozostawałem w kontakcie, wziąłem udział w sesji poświęconej w całości klinicznym badaniom chloropromazyny. Nie mieliśmy limitów czasowych. Organizatorzy zarezerwowali dla nas całe przedpołudnie; upłynęły już prawie trzy godziny, kiedy – jako przedostatni – zabrałem głos. Dopiero w tym momencie jakaś bardzo wysoka blondynka, niemal olbrzymka o kształtach raczej otyłych niż bujnych, zaczęła coś szeptać na ucho jegomościowi siedzącemu obok niej. On był śniady, drobniejszy, z szerokim czołem typowym dla południowca i gęstymi falującymi włosami, bardzo ciemnymi pomimo pojedynczych siwych kosmyków, raczej żółtawych niż białych. Z początku pomyślałem, że to na pewno Włoch, ale w porę uświadomiłem sobie, że podczas wystąpienia mojego kolegi z Mediolanu – drugiego podczas tej sesji – nic nie mówiła. Ta dojrzała walkiria interesowała się jedynie Walterem, przeszkadzała tylko mnie. W ten sposób wydedukowałem, że odbiorca jej przekładu musi być Hiszpanem.

Europejskie Stowarzyszenie Psychiatryczne nie zaprosiło żadnego specjalisty z kraju, którego nigdy nie przestałem uważać za swój. To wykluczenie oznaczało zajęcie pewnego stanowiska względem dyktatury Franco. Ale nie tylko to – był to zarazem wyraźny protest wobec eugenicznych doktryn, którym patronował hiszpański reżim, i promowanej przezeń bezkompromisowej moralności ultrakatolickiej, której nieustanny wpływ na terapię psychiatryczną doprowadził do dramatycznego i przywodzącego na myśl wieki nader ciemne uwstecznienia tej specjalizacji. A jednak tamtego dnia pośród publiczności siedzieli dwaj aż nadto osławieni specjaliści, Belg i Niemiec, mimo że organizatorzy prosili ich o opuszczenie sali przed rozpoczęciem sympozjum. Wszyscy wiedzieli, że przed klęską Hitlera obaj prosili dyrektorów nazistowskich obozów koncentracyjnych o przesyłanie mózgów zagazowanych jeńców do badań, ale sesje w Wiedniu były otwarte, dlatego bez przeszkód mogli wejść i nas wysłuchać. Mówiłem dalej o Walterze Friedlim, starając się przekazać słuchaczom euforię, która mnie ogarnęła, gdy zaczął ze mną rozmawiać, kiedy powiedział mi, że od kilku dni nie słyszy już głosu swojej matki i myśli, że Marie Augustine ma rację, bo matka nie mogła oskarżać go o morderstwo. Mówiłem, nie zważając na to, że wielka blondyna nie zwróciła uwagi, gdy przerwałem na chwilę i spojrzałem na nią znacząco. Jeśli kontynuowałem, to dlatego, że mężczyzna siedzący obok niej skorzystał z owej przerwy, by się do mnie uśmiechnąć, i poruszył ręką w powietrzu, jakby był pewien, że i ja mu w odpowiedzi pomacham.

Po zakończeniu sesji czekał w holu z jeszcze bardziej promiennym uśmiechem. Ruszył w moją stronę, otworzył ramiona i zwrócił się do mnie imieniem, którym wcześniej nazywał mnie tylko jeden człowiek.

– Pilocie! – Ojciec mówił tak do mnie, bo w dzieciństwie chciałem zostać lotnikiem. – Bardzo się cieszę, że cię widzę! Niech cię uściskam!

Złapał mnie w objęcia, a ja pozwoliłem na to, choć zupełnie nie wiedziałem, z kim mam do czynienia. Kiedy wypuścił mnie z ramion, jego mina, a szczególnie nieco ironiczny wyraz, jaki lekko uniesiony łuk brwi nadawał tej twarzy, na której malowało się teraz radosne zaskoczenie, wydał mi się boleśnie znajomy.

– Jasne – odezwałem się po hiszpańsku, nie zastanawiając się, od jak dawna nie mówię w ojczystym języku z nikim oprócz siebie samego. – No jasne, pan był… – Przerwałem i dla pewności jeszcze raz obrzuciłem go spojrzeniem. Teraz nie miałem już wątpliwości. – Był pan uczniem mojego ojca, prawda?

– Tak jest! Ale nie mów do mnie per pan, człowieku. Kiedy odstawałeś od ziemi o tyle – wyciągnął rękę poziomo, pokazując wzrost pięcio- lub sześciolatka – mówiłeś do mnie Pepe Luis, więc…

To zdrobnienie zadziałało niczym zaklęcie. Stanął mi przed oczami obraz młodego chłopaka, szczupłego, lecz muskularnego, o nieco cygańskiej urodzie. Miał długie, silne ręce i bezwłosą, młodzieńczą pierś kontrastującą z wiecznym cieniem czarnego zarostu, opierającego się goleniu z takim uporem, jakby nie wierzył, że jego gęstość musi ulec upływowi czasu. Wszystko to wydobyłem z pamięci, lecz w pierwszym rzędzie przypomniałem sobie, że go nie lubiłem.

Pośród wszystkich uczniów taty, którzy wpadali do nas na kolację lub na drinka, on był jedynym, który pożerał mamę wzrokiem: jej jasne loki, zgrabną kibić, krągłe biodra. Jak żywy stanął mi w pamięci – chłopak, który wodził za nią oczami, chodził za nią krok w krok z nabożną fascynacją dziecka, które po raz pierwszy w życiu zobaczyło morze. Przypomniała mi się gorliwość, z jaką się podrywał, by pomóc jej zebrać szklanki ze stołu, ich śmiechy dobiegające z kuchni, drwiąca mina ojca, który kręcił głową, i dzika, straszliwa zazdrość, którą wzbudzały we mnie jego naiwne zaloty. Po jego wyjściu mama siadała obok swego męża i skarżyła się ze śmiechem, a niech go, co za nudziarz z tego Pepego Luisa, nie powinieneś go więcej zapraszać. On odpowiadał, drocząc się z nią, akurat, bałamutko, nie skarż się, w głębi duszy podoba ci się to… To powinno starczyć, bym się uspokoił, a jednak nigdy nie przepuściłem okazji, by mu dogryźć. Odwal się od mojej mamy, mówiłem mu. Nienawidzę cię. Powiem tacie, żeby cię oblał. Mama powiedziała, że nie chce, żebyś tu więcej przychodził… On wybuchał śmiechem i unosił pięści, jakby chciał się ze mną boksować, albo łapał mnie w pasie i kładł na brzuchu. Wówczas nienawidziłem go jeszcze bardziej. Teraz miałem prawie trzydzieści trzy lata i w holu Wydziału Medycznego Uniwersytetu Wiedeńskiego tamta wrogość przepełniła mnie takim zażenowaniem, że bez wahania przyjąłem jego zaproszenie na kolację.