Malowane hennąTekst

Z serii: Salamandra
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Spis treści

4  Dedy­ka­cja

5  Motto

6  POSTA­CIE

7  PRO­LOG

8  CZĘŚĆ PIERW­SZA 1 2 3 4 5 6

9  CZĘŚĆ DRUGA 7 8 9

10  CZĘŚĆ TRZE­CIA 10 11 12 13 14 15 16 17

11  CZĘŚĆ CZWARTA 18 19 20 21 22

12  EPI­LOG

13  PODZIĘ­KO­WA­NIA

14  SŁOW­NIK

15  HISTO­RIA HENNY

16  PASTA Z HENNY – PRZE­PIS RADHY

17  KASTY W INDIACH

18  PRZE­PIS MALIKA NA BATI

19  PRZE­PIS NA KRÓ­LEW­SKIE RABRI

20  Strona redakcyjna

Dedy­ka­cja

Mojej matce, Sudhi Latice Joshi,

orę­dow­niczce mojej nie­za­leż­no­ści

Mojemu ojcu, Rame­showi Chan­drze Joshiemu,

który śpie­wał mi naj­słod­szą koły­sankę

Motto

Wędro­wiec musi pukać do wszyst­kich nie­zna­nych drzwi, by odna­leźć wła­sne, zwie­dzić nie­znane światy, aby na koniec dotrzeć do wewnętrz­nego przy­bytku.

Rabin­dra­nath Tagore, Gitan­jali. Pie­śni ofiarne (Pieśń 12), przeł. Leszek Bar­to­szew­ski, Wydaw­nic­two Józef Czę­ścik, Gdańsk 2015, s. 19

Kiedy bogini wszel­kich dóbr i bogac­twa zja­wia się, by cię pobło­go­sła­wić,

nie wychodź, żeby obmyć twarz.

hin­du­skie przy­sło­wie

POSTA­CIE

Lakszmi Śastri – trzy­dzie­sto­let­nia hen­nistka miesz­ka­jąca w Dźaj­pu­rze

Radha – trzy­na­sto­let­nia sio­stra Lakszmi; uro­dziła się po tym, jak Lakszmi opu­ściła rodzinę

Malik – pomoc­nik Lakszmi, ma sie­dem lub osiem lat (sam dokład­nie nie wie ile), mieszka w tłocz­nym śród­mie­ściu z ciotką muzuł­manką i jej synami

Par­wati Singh – trzy­dzie­sto­pię­cio­let­nia matrona, żona Samira Sin­gha, matka Rawiego i Gowinda, daleka krewna dźaj­pur­skiej rodziny kró­lew­skiej

Samir Singh – uznany archi­tekt z wyso­ko­ka­sto­wej rodziny radź­pu­tów, mąż Par­wati, ojciec Rawiego i Gowinda

Rawi Singh – sie­dem­na­sto­letni syn Par­wati i Samira Sin­ghów, uczy się w Mayo Col­lege – szkole z inter­na­tem odda­lo­nej o kilka godzin drogi od Dźaj­puru

Lala – dłu­go­let­nia nie­za­mężna słu­żąca w domu Sin­ghów

Śila Śarma – pięt­na­sto­let­nia córka pań­stwa Śar­mów, boga­tego mał­żeń­stwa bra­mi­nów o skrom­nym pocho­dze­niu

pan W.M. Śarma – ofi­cjalny wyko­nawca pro­jek­tów budow­la­nych dźaj­pur­skiej rodziny kró­lew­skiej, mąż, ojciec czworga dzieci, z któ­rych naj­młod­sza jest Śila

Dźaj Kumar – kum­pel Samira Sin­gha z okresu stu­diów w Oks­for­dzie, lekarz w Śimli (na przed­gó­rzu Hima­la­jów, 11 godzin drogi od Dźaj­puru), nie­żo­naty

pani Ajan­gar – gospo­dyni domu, w któ­rym Lakszmi wynaj­muje pokój

pan Pan­dej – jeden z loka­to­rów pani Ajan­gar, sąsiad Lakszmi i nauczy­ciel muzyki; uczy śpiewu Śilę Śarmę

Hari Śastri – mąż Lakszmi, od któ­rego ona ucie­kła

sas – „teściowa” w języku hindi; gdy Lakszmi mówi o swo­jej sas, ma na myśli matkę Hariego. Zwra­ca­jąc się do teścio­wej bez­po­śred­nio, kobieta używa wyra­ża­ją­cego sza­cu­nek zwrotu sasu dźi.

Joyce Har­ris – młoda Angielka, żona ofi­cera armii bry­tyj­skiej, członka sztabu nad­zo­ru­ją­cego w Dźaj­pu­rze prze­ka­za­nie wła­dzy

star­sza pani Har­ris – teściowa Joyce

pita dźi – „ojciec” w języku hindi

ma – „mama” w języku hindi

Munći – sta­ru­szek z rodzin­nej wio­ski Lakszmi. Ją nauczył ryso­wać, a Radhę przy­go­to­wy­wać farby.

Kanta Agar­wal – dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nia żona Manu Agar­wala, wykształ­cona w Wiel­kiej Bry­ta­nii, pocho­dzi z kal­kuc­kiej rodziny lite­ra­tów

Manu Agar­wal – zarządca nie­ru­cho­mo­ści rodziny kró­lew­skiej w Dźaj­pu­rze, mąż Kanty, wykształ­cony w Wiel­kiej Bry­ta­nii, spo­krew­niony z rodziną Śar­mów

Badźu – stary słu­żący Kanty i Manu Agar­wa­lów

maha­ra­dźa Dźaj­puru – figu­rant po uzy­ska­niu przez Indie nie­pod­le­gło­ści, naj­wyż­szy rangą czło­nek rodziny kró­lew­skiej w tym mie­ście, posia­dacz zasob­nego skarbca i roz­le­głych ziem, wła­ści­ciel wielu pała­ców w Dźaj­pu­rze

Naraja – budow­ni­czy nowego domu Lakszmi w Dźaj­pu­rze

maha­rani Indira – maco­cha obec­nego władcy, wdowa po nie­ży­ją­cym maha­ra­dźi Dźaj­puru, bez­dzietna, tytu­ło­wana rów­nież „kró­lową wdową”

maha­rani Latika – trzy­dzie­sto­jed­no­let­nia żona obec­nego maha­ra­dźi, wykształ­cona w Szwaj­ca­rii

Madho Singh – papuga maha­rani Indiry

Gita – wdowa, kochanka Samira Sin­gha

pani Patel – jedna z lojal­nych klien­tek Lakszmi, wła­ści­cielka hotelu

Słow­nik ter­mi­nów w języku hindi znaj­duje się na końcu książki.

PRO­LOG

Adźar, stan Uttar Pra­deś, Indie

wrze­sień 1955

Dziew­czyna lekko stąpa po ubi­tej ziemi. Zgru­bia­łym pode­szwom stóp nie prze­szka­dzają kamyki ani stward­niałe błoto na brzegu rzeki. Na gło­wie dźwiga matki, ten sam gli­niany dzban, z któ­rym codzien­nie cho­dzi do studni. Dziś zamiast wody nie­sie w nim cały swój doby­tek: zapa­sową halkę i bluzkę, ślubne sari matki, Opo­wie­ści o Krysz­nie, które daw­niej czy­tał jej ojciec – z kart­kami mięk­kimi jak tka­nina od lat prze­wra­ca­nia – i list, który tego ranka przy­szedł z Dźaj­puru.

Gdy dobie­gają ją głosy kobiet z rodzin­nej wio­ski, przy­staje nie­pew­nie. Chciwe plo­tek baby opo­wia­dają sobie histo­rie i śmieją się gło­śno, pio­rąc nie­opo­dal sari, halki, koszule i dhoti. Dziew­czyna wie, że gdy tylko ją zauważą, umilkną i zaczną się na nią gapić lub splu­wać na zie­mię, pro­sząc Boga, by chro­nił je przed tą, która przy­nosi pecha. Przy­po­mina o liście bez­piecz­nie ukry­tym na dnie matki i myśli: A niech się gapią ten ostatni raz.

Poprzed­niego dnia sły­szała, jak naga­by­wały soł­tysa: Dla­czego ta pechowa dziew­czyna na­dal mieszka w domku nauczy­ciela, skoro jest potrzebny dla nowego? Bała się poru­szyć, zalęk­niona, że zaraz wpadną do środka i wycią­gną ją za włosy. Sie­działa cichu­teńko w czte­rech gli­nia­nych ścia­nach. Nie miała już nikogo, kto by ją obro­nił. Tydzień wcze­śniej ciało jej matki spa­lono z kośćmi mar­twych zwie­rząt – biedni mogli liczyć tylko na taką kre­ma­cję. Ojciec, były wiej­ski nauczy­ciel, opu­ścił je pół roku wcze­śniej i krótko potem uto­pił się w płyt­kiej wodzie przy brzegu rzeki, tak pijany, że pew­nie nawet nie poczuł żądła śmierci.

 

Przez cały ostatni tydzień każ­dego dnia na próżno cze­kała na skraju wio­ski na listo­no­sza, który spo­ra­dycz­nie przy­jeż­dżał rowe­rem z sąsied­niej wsi. Tego ranka, gdy tylko go spo­strze­gła, wypa­dła z kry­jówki i spy­tała, czy ma listy dla jej rodziny. Zasko­czony zmarsz­czył czoło i przy­gryzł poli­czek. Zaczer­wie­nione oczy przyj­rzały się jej bacz­nie zza gru­bych szkieł oku­la­rów. Widziała, że się nad nią lituje, ale jed­no­cze­śnie czuje złość – pro­siła o kore­spon­den­cję, która powinna naj­pierw tra­fić w ręce soł­tysa. Wytrzy­mała jego badaw­cze spoj­rze­nie i nawet nie mru­gnęła. W końcu wydo­był grubą pelu­rową kopertę zaadre­so­waną do jej rodzi­ców i podał dziew­czy­nie, uni­ka­jąc jej wzroku, po czym jak naj­prę­dzej odje­chał.

Teraz już nie musi się ukry­wać. Z dum­nie pod­nie­sioną głową mija kobiety na brzegu rzeki. Rzu­cają jej gniewne spoj­rze­nia. Czuje dziki trze­pot serca w piersi, ale idzie dalej, pro­sta jak trzcina cukrowa, nio­sąc na gło­wie matki, jak gdyby szła tylko do studni na polu dwa kilo­me­try od wio­ski – jedy­nej, z któ­rej pozwa­lają jej czer­pać wodę.

Plot­kary już nie szep­czą mię­dzy sobą, tylko wołają jedna do dru­giej: Patrz, idzie ta pechowa dziew­czyna! Tam­tego roku, kiedy przy­szła na świat, sza­rań­cza pożarła nam psze­nicę! Jej star­sza sio­stra zosta­wiła męża i słuch po niej zagi­nął! Bez­wstyd­nica! Zaraz potem jej matka ośle­pła! A ojciec zaczął pić! Hańba! Nawet jej kar­na­cja jest podej­rzana. Tylko angre­zi­wali mają nie­bie­skie oczy. Czy ona w ogóle jest nasza? Z tej wsi?

Nie­raz zasta­na­wiała się, co to za sio­stra, o któ­rej mówiły. W snach jawiła się jej tylko jako cień, a rodzice ni­gdy nie przy­znali, że ktoś taki w ogóle ist­niał. Plot­kary gadały, że opu­ściła wio­skę trzy­na­ście lat wcze­śniej. Dla­czego? Dokąd się udała? Jak zdo­łała uciec z miej­sca, w któ­rym wścib­skie baby śle­dzą każdy twój ruch? Może zro­biła to nocą, kiedy krowy i kozy śpią? Podobno ukra­dła pie­nią­dze, ale prze­cież we wsi nikt ich nie ma. Czym się żywiła? Nie­któ­rzy twier­dzili, że prze­brała się za męż­czy­znę, żeby po dro­dze nikt jej nie zatrzy­my­wał. Inni mówili, że ucie­kła z chło­pa­kiem z cyrku, została tan­cerką nauć i tań­czyła teraz w dziel­nicy roz­pu­sty w odle­głej Agrze.

Przed trzema dniami stary i kulawy Munći – jedyny przy­ja­ciel, jakiego miała w wio­sce – ostrzegł ją, że jeśli nie wynie­sie się z chaty, soł­tys zmusi ją do mał­żeń­stwa z owdo­wia­łym chło­pem albo zażąda, by opu­ściła wieś.

– Nic cię tu już nie trzyma – prze­ko­ny­wał ją.

Ale dokąd miała odejść – trzy­na­sto­let­nia sie­rota bez krew­nych i pie­nię­dzy?

– Odwagi, beti – pocie­szył ją Munći dźi i wyja­wił, że w sąsied­niej wio­sce mieszka jej szwa­gier, męż­czy­zna, któ­rego przed laty opu­ściła jej star­sza sio­stra. Może pomógłby dziew­czy­nie ją odszu­kać.

– Dla­czego nie mogę zostać z tobą? – zapy­tała.

– Tak się nie godzi – odparł łagod­nie. Zara­biał na życie malo­wa­niem obraz­ków na szkie­le­to­wa­nych liściach pipalu. Na pocie­sze­nie poda­ro­wał jej jeden. W zło­ści pew­nie rzu­ci­łaby nim w starca, ale zauwa­żyła, że przed­sta­wia Krysznę kar­mią­cego owo­cem mango swoją uko­chaną Radhę, jej imien­niczkę. W życiu nie dostała pięk­niej­szego pre­zentu.

Zaab­sor­bo­wana myślami dociera do wio­sko­wej mło­carni. Zwal­nia kroku. Cztery woły cho­dzą w kie­ra­cie wokół dużego pła­skiego kamie­nia, oddzie­la­jąc ziarna psze­nicy. Prem, opie­kun zwie­rząt, sie­dzi oparty ple­cami o ścianę sza­łasu. Śpi. Dziew­czyna mija go jak naj­ci­szej i kie­ruje się na wąską ścieżkę, która pro­wa­dzi do kapliczki poświę­co­nej Ganeśi dźi. Budowla ma wąskie wej­ście, a w środku stoi posąg boga z głową sło­nia. U stóp Ganeśi leżą dary: nie­doj­rzały owoc kokosu, nagietki, gar­nu­szek ghi, pla­stry mango. Nad stoż­kiem kadzi­dła z drzewa san­da­ło­wego ospale wije się smuga dymu.

Radha kła­dzie przed Ganeśą dźi obra­zek Kryszny poda­ro­wany jej przez Mun­ćiego dźi i błaga boga, który ma moc usu­wa­nia wszel­kich prze­szkód, by zdjął z niej klą­twę pecho­wej dziew­czyny.

Gdy wresz­cie dociera do odda­lo­nej o dzie­sięć kilo­me­trów na zachód wio­ski szwa­gra, jest późne popo­łu­dnie i słońce wisi nisko nad hory­zon­tem. Na jej baweł­nia­nej bluzce wid­nieją plamy potu. Stopy i kostki ma ubru­dzone pyłem drogi, usta spierzch­nięte.

Jest ostrożna. Chowa się w zaro­ślach, kryje za drze­wami. Wie, że samot­nej dziew­czyny nikt nie potrak­tuje życz­li­wie. Roz­gląda się za męż­czy­zną, któ­rego opi­sał jej Munći dźi.

Wresz­cie go widzi. Tam jest. Kuca pod ban­ja­nem, odwró­cony przo­dem do niej. Jej szwa­gier.

Ma prze­tłusz­czone gęste włosy czarne jak węgiel. Długa nie­równa bli­zna bie­gnie wężo­watą kre­ską od dol­nej wargi przez cały pod­bró­dek. Nie jest ani młody, ani stary. Na jego koszuli wid­nieją plamy curry, a dhoti jest szare od kurzu.

Dopiero po chwili Radha zauważa kuca­jącą przed nim kobietę. Obca pod­trzy­muje łokieć drugą ręką. Przed­ra­mię ma wygięte pod nie­na­tu­ral­nym kątem. Jej głowę cał­kiem prze­sła­nia pallu. Szep­cze coś do męż­czy­zny. Radha patrzy na nich, zasta­na­wia­jąc się, czy jej szwa­gier wziął sobie nową żonę.

Pod­nosi z ziemi kamyk i ciska nim w męż­czy­znę. Pudłuje. Za dru­gim razem udaje się jej wyce­lo­wać w jego udo, lecz on tylko macha dło­nią, jak gdyby odga­niał owada. Uważ­nie słu­cha kobiety. Radha rzuca kolejne kamyki. Kilka z nich tra­fia w cel. Wresz­cie męż­czy­zna pod­nosi głowę i roz­gląda się wkoło.

Radha wycho­dzi spo­mię­dzy drzew.

On robi wiel­kie oczy, jakby zoba­czył ducha.

– Lakszmi? – pyta zdu­miony.

CZĘŚĆ PIERW­SZA


1

Dźaj­pur, Radźa­sthan, Indie

15 listo­pada 1955

Niepo­dle­głość zmie­niła wszystko. Niepo­dle­głość nie zmie­niła nic. Osiem lat po odej­ściu Bry­tyj­czy­ków mie­li­śmy bez­płatne szkoły, bie­żącą wodę i bru­ko­wane drogi. Mimo to Dźaj­pur wciąż wyda­wał się taki sam jak dzie­sięć lat wcze­śniej, kiedy po raz pierw­szy tra­fi­łam na jego zaku­rzone ulice. Tego ranka w dro­dze na pierw­szą umó­wioną wizytę Malik i ja nie­mal wpa­dli­śmy na męż­czy­znę z wor­kami cementu na gło­wie, któ­remu drogę zaje­chał rower. Z winy rowe­rzy­sty, wio­zą­cego pod pachą dwu­me­trową dra­binę, wóz konny bokiem ude­rzył świ­nię, która z kwi­kiem ucie­kła w wąską uliczkę. Potem musie­li­śmy jesz­cze omi­nąć zgraję hała­śli­wych hidźrów. Odziani w sari i wyszmin­ko­wani mło­dzieńcy śpie­wali i tań­czyli przed jed­nym z domów, aby uczcić naro­dziny potomka płci męskiej. Tak bar­dzo przy­wy­kli­śmy do zapa­chów mia­sta – kro­wień­ców, dymu z domo­wych pale­nisk, koko­so­wego olejku do wło­sów, kadzi­dła san­da­ło­wego i uryny – że pra­wie ich nie zauwa­ża­li­śmy.

Nie­pod­le­głość bez wąt­pie­nia odmie­niła ludzi. Świad­czyły o tym ich wypro­sto­wane syl­wetki i dum­nie wypięte piersi, jak gdyby wresz­cie czuli, że mogą oddy­chać swo­bod­nie. Widziało się to w ich kroku, gdy pew­nie i z god­no­ścią zmie­rzali do świą­tyń, a nawet w tym, jak się tar­go­wali – śmie­lej niż kie­dyś – ze sprze­daw­cami na baza­rach.

Malik zagwiz­dał na tongę. Był drob­nym, chu­dym jak trzcina chłop­cem, ale jego gwizd sły­chać było chyba aż w Bom­baju. Zawsze mnie tym zaska­ki­wał. Już po chwili łado­wał nasze cięż­kie bagaże na wóz. Ton­ga­wala z jawną nie­chę­cią pod­wiózł nas krót­kie pięć prze­cznic do posia­dło­ści Sin­ghów. Straż­nik przy bra­mie przy­glą­dał się nam uważ­nie, gdy wysia­da­li­śmy z wozu.

Przed uzy­ska­niem nie­pod­le­gło­ści więk­szość dźaj­pur­skich rodzin żyła w cia­snych kwa­te­rach w samym sercu sta­rego Różo­wego Mia­sta. Ale Sin­gho­wie od poko­leń miesz­kali w roz­le­głym majątku poza murami miej­skimi. Nale­żeli do klasy panu­ją­cej – radźów, mniej zna­czą­cych ksią­żąt i ofi­ce­rów armii – przy­wy­kłej do przy­wi­le­jów przed okre­sem pano­wa­nia bry­tyj­skiego, w jego trak­cie, a nawet po nim. Do posia­dło­ści pro­wa­dziła sze­roka aleja wysa­dzana drze­wami pipalu. Ponad­dwu­me­trowy mur z ostrymi odłam­kami szkła na szczy­cie zasła­niał widok na dwu­pię­trowe budynki. Mar­mu­rowa weranda poro­śnięta bugen­willą i pną­czami jaśminu oka­lała front i boki każ­dego pię­tra, chło­dząc dom latem, gdy Dźaj­pur nagrze­wał się niczym piec tan­duri.

Ćau­ki­dar Sin­ghów nie spusz­czał z nas wzroku, gdy zdej­mo­wa­li­śmy z tongi nasze rze­czy. Malik został przy bra­mie, by z nim poga­wę­dzić, nato­miast ja ruszy­łam bru­ko­waną ścieżką oko­loną sze­ro­kimi poła­ciami wypie­lę­gno­wa­nych traw­ni­ków w stronę werandy Par­wati Singh.

W to listo­pa­dowe przed­po­łu­dnie powie­trze było rześ­kie, ale prze­sy­cone wil­go­cią. W drzwiach przy­wi­tała mnie Lala, która słu­żyła u Par­wati Singh naj­dłu­żej i wyniań­czyła jej synów. Na znak sza­cunku zasło­niła włosy koń­cem pallu.

Uśmiech­nę­łam się i złą­czy­łam dło­nie w nama­ste.

– Uży­wa­łaś magno­lio­wego olejku, Lalu?

Pod­czas poprzed­niej wizyty dys­kret­nie dałam jej bute­leczkę mojego spe­cy­fiku na zro­go­wa­ciały naskó­rek.

Ukryła uśmiech za pallu, wysu­nęła bosą stopę i okrę­ciła ją, poka­zu­jąc gładką piętę.

– Han dźi. – Zaśmiała się cicho.

– Śabaś – pogra­tu­lo­wa­łam jej. – A jak tam twoja bra­ta­nica? – Pół roku wcze­śniej Lala ścią­gnęła do pracy u Sin­ghów pięt­na­sto­let­nią córkę brata.

Czoło kobiety prze­cięły zmarszczki, a uśmiech znikł. Zanim jed­nak zdą­żyła odpo­wie­dzieć, z głębi domu dobiegł głos jej pra­co­daw­czyni:

– Lakszmi? To ty?

Wyraz twa­rzy Lali się zmie­nił. Uśmiech­nęła się cierpko i ski­nęła głową na znak, że dziew­czyna jakoś sobie radzi, po czym zawró­ciła do kuchni. Wie­działa, że sama tra­fię do sypialni Par­wati, w któ­rej byłam już wiele razy.

Pani domu sie­działa przy pali­san­dro­wym biurku. Gdy weszłam, zer­k­nęła na mały złoty zega­rek na nad­garstku, po czym wró­ciła do pisa­nia listu. Bar­dzo pil­no­wała punk­tu­al­no­ści i nie tole­ro­wała spóź­nial­stwa innych. Ja nato­miast przy­wy­kłam cze­kać, aż ona skoń­czy pisać wia­do­mość do pre­miera Nehru dźi lub roz­ma­wiać przez tele­fon z jed­nym z człon­ków Ligi Indyj­sko-Radziec­kiej.

Roz­sta­wi­łam moje przy­bory i poukła­da­łam poduszki na obi­tym kre­mo­wym jedwa­biem szez­longu, tym­cza­sem Par­wati zapie­czę­to­wała list i wezwała Lalę.

Zamiast sta­rej słu­żą­cej zja­wiła się jej bra­ta­nica. Dziew­czyna wiel­kimi ciem­nymi oczami wpa­try­wała się w pod­łogę, a dło­nie trzy­mała złą­czone przed sobą.

Par­wati zmarsz­czyła brwi. Zmie­rzyła nasto­latkę wzro­kiem i po kró­ciut­kiej pau­zie oznaj­miła:

– Spo­dzie­wamy się gościa na lun­chu. Poda­cie bundi rajtę.

Młoda słu­żąca pobla­dła, jak gdyby miała zemdleć.

– Nie mamy świe­żego jogurtu, mem­sa­hib.

– Dla­czego?

Dziew­czyna nie­pew­nie prze­stą­piła z nogi na nogę. Na próżno szu­kała oczami odpo­wie­dzi w turec­kim dywa­nie, opra­wio­nej w ramki foto­gra­fii pre­miera i lustrza­nym barku z alko­ho­lem.

Gdy Par­wati ponow­nie się ode­zwała, jej słowa były jak szkło – przej­rzy­ste i ostre.

– Dopil­nuj, aby na lunch podano bundi rajtę.

Dolna warga nasto­latki zadrżała. Dziew­czyna rzu­ciła mi bła­galne spoj­rze­nie.

Pode­szłam do okien wycho­dzą­cych na ogród na tyłach posia­dło­ści. Par­wati była także moją pra­co­daw­czy­nią. Mogłam pomóc słu­żą­cej nie bar­dziej niż skóra tygrysa wisząca na ścia­nie.

– Niech dzi­siaj Lala przy­nie­sie her­batę. – Par­wati odpra­wiła dziew­czynę, po czym usa­do­wiła się na szez­longu.

Wresz­cie mogłam roz­po­cząć nakła­da­nie henny. Zaję­łam swoje zwy­kłe miej­sce w dru­gim końcu kanapy i uję­łam dło­nie gospo­dyni.

Zanim przy­by­łam do Dźaj­puru, stopy i dło­nie moich klien­tek ozda­biały kobiety z kasty śudrów, pokry­wa­jąc je rysun­kami, któ­rych uczyły się od swo­ich matek: zwy­kłymi krop­kami, kre­skami i trój­ką­tami – dość, by zasłu­żyć na mizerną zapłatę. Moje wzory były misterne i nawią­zy­wały do doświad­czeń pań, które obsłu­gi­wa­łam. Rów­nież pasta z henny, któ­rej uży­wa­łam, była lep­sza i bar­dziej jedwa­bi­sta od mie­sza­nek sto­so­wa­nych przez kobiety śudrów. Przed nało­że­niem henny dokład­nie nacie­ra­łam skórę emul­sją z cytryną i cukrem, by rysu­nek utrzy­mał się przez kilka tygo­dni. Im ciem­niej­sza henna, tym mąż bar­dziej kocha żonę – tak uwa­żały klientki, a moje bogate dese­nie cyna­mo­no­wej barwy ni­gdy ich nie roz­cza­ro­wy­wały. Z cza­sem panie zaczęły wie­rzyć, że moja henna potrafi zwa­bić nie­sta­łego męża do mał­żeń­skiego łoża lub spra­wić, że w łonie kobiety wykieł­kuje nowe życie. Dzięki temu mogłam żądać kwot dzie­się­cio­krot­nie wyż­szych niż kobiety śudrów. I tyle mi pła­cono.

 

Par­wati twier­dziła, że moim umie­jęt­no­ściom zawdzię­cza naro­dziny młod­szego syna. W Dźaj­pu­rze była moją pierw­szą klientką. Kiedy oka­zało się, że jest w ciąży, mój ter­mi­narz wypeł­nił się nazwi­skami pań z kręgu jej zna­jo­mych – elity Dźaj­puru.

Gdy henna na jej dło­niach schła powoli, ja zaczę­łam pokry­wać rysun­kami jej stopy. Par­wati pochy­liła się, by widzieć, co robię. Nasze głowy pra­wie się sty­kały, a w jej odde­chu czu­łam słodką woń betelu. Cie­płe wes­tchnie­nie musnęło mój poli­czek.

– Mówisz, że ni­gdy nie wyjeż­dża­łaś z Indii, lecz taki liść figowy widzia­łam tylko w Stam­bule.

Wstrzy­ma­łam oddech. Na moment ogar­nął mnie dawny strach. Na wierz­chu stóp Par­wati nary­so­wa­łam liście turec­kiego figowca – jakże odmien­nego od jego kuzyna z Radźa­sthanu, ban­jana, któ­rego mizerne owoce nada­wały się tylko dla pta­ków. Na spo­dzie – oglą­da­nym wyłącz­nie przez jej męża – malo­wa­łam wła­śnie dużą prze­ciętą na pół figę, doj­rzałą i ponętną.

Uśmiech­nę­łam się, spoj­rza­łam pro­sto w jej oczy i łagod­nie naci­snę­łam dło­nią jej ramię, by oparła się z powro­tem o poduszki szez­longa.

– Czy mąż wła­śnie na to zwróci uwagę? – spy­ta­łam, ścią­ga­jąc brwi. – Że figi są turec­kie? – Z torby wydo­by­łam lusterko i przy­sta­wi­łam je do łuku pra­wej stopy, by mogła zoba­czyć maleńką osę, którą nama­lo­wa­łam obok owocu. – Na pewno wie, że jedy­nie wyjąt­kowa osa potrafi zapy­lić kwiat figowca głę­boko w środku.

Zasko­czona unio­sła brwi. Roz­chy­liła wargi barwy ciem­nej czer­wieni i po chwili wybu­chła grom­kim śmie­chem, od któ­rego zatrzę­sła się kanapa. Par­wati była atrak­cyjną kobietą. Miała ładny kształt oczu i wydatne usta, z górną wargą peł­niej­szą od dol­nej. Nosiła stroje w kolo­rach żywych jak dźaj­pur­ska biżu­te­ria. Tego dnia wybrała fuk­sjowy jedwab, by dodać swo­jej cerze bla­sku.

Brze­giem sari wytarła kąciki oczu.

– Śabaś, Lakszmi! W te dni, gdy malu­jesz mnie henną, Samir nie chce opu­ścić mojego łoża. – W jej gło­sie brzmiała nuta przy­wo­dząca na myśl popo­łu­dnie spę­dzone na chłod­nej baweł­nie pościeli i dotyk cie­płych ud męża na jej udach.

Z tru­dem usu­nę­łam ten obraz z wyobraźni.

– Taki jest cel – wyszep­ta­łam, po czym wró­ci­łam do pokry­wa­nia wzo­rem łuku jej stopy, miej­sca wyjąt­kowo czu­łego u więk­szo­ści kobiet.

Par­wati była przy­zwy­cza­jona do moich zabie­gów i ni­gdy nie trą­ciła nagłym ruchem trzcinki.

– Niech zatem liście turec­kiego figowca pozo­staną tajem­nicą, tak jak twoje nie­bie­skie oczy i jasna skóra – zachi­cho­tała.

Przez dzie­sięć lat, odkąd zaczę­łam do niej przy­cho­dzić, Par­wati nie­zmien­nie wra­cała do tego tematu. Indie były kra­jem czar­nych jak węgiel tęczó­wek. Nie­bie­skie wyma­gały wyja­śnie­nia. Czy moja prze­szłość kryła jakąś okropną tajem­nicę? Może mój ojciec był Euro­pej­czy­kiem? Albo, co gor­sza, mia­łam matkę Anglo-Indu­skę? Uro­dzi­łam się za cza­sów pano­wa­nia bry­tyj­skiego. Skoń­czy­łam już trzy­dzie­ści lat i zdą­ży­łam przy­wyk­nąć do wszel­kich kalum­nii na temat moich rodzi­ców. Ni­gdy nie reago­wa­łam na pro­wo­ku­jące uwagi Par­wati.

Zakry­łam pastę z henny wil­gotną ście­reczką i z bute­leczki wyla­łam do wnę­trza dłoni odro­binę olejku goź­dzi­ko­wego. Przez chwilę roz­cie­ra­łam go w pal­cach, a gdy się ogrzał, zaczę­łam usu­wać zaschniętą hennę z rąk matrony.

– A może, dźi, jedną z moich pra­pra­ba­bek uwiódł Marco Polo? Lub Alek­san­der Wielki? – W miarę jak maso­wa­łam dło­nie Par­wati, okru­chy suchej pasty z henny spa­dały na pod­ło­żony pod spód ręcz­nik. Wzór, któ­rym pokry­łam jej ręce, uka­zy­wał się stop­niowo. – Nie­wy­klu­czone, że w moich żyłach pły­nie krew wojow­ni­ków, podob­nie jak w pani żyłach.

– Och, Lakszmi, nie żar­tuj sobie! – Złote, wysa­dzane per­łami kol­czyki w kształ­cie dzwon­ków zako­ły­sały się wesoło, gdy ponow­nie wybu­chła śmie­chem.

Obie nale­ża­ły­śmy do dwóch naj­wyż­szych kast, ona do ksza­tri­jów, ja do bra­mi­nów. Ni­gdy jed­nak nie uzna­łaby mnie za równą sobie, ponie­waż doty­ka­łam stóp obcych kobiet, pokry­wa­jąc je hen­no­wymi dese­niami. Stopy uwa­żano za nie­czy­ste i doty­kać ich mogli jedy­nie nisko­ka­stowi śudro­wie. Wpraw­dzie kasta, do któ­rej nale­żała Par­wati, od wie­ków powie­rzała mojej kształ­ce­nie swo­ich potom­ków i odpra­wia­nie świę­tych obrzę­dów, ale w oczach elity Dźaj­puru byłam upa­dłą bra­minką.

Na szczę­ście kobiety pokroju Par­wati dobrze pła­ciły. Dla­tego pusz­cza­łam mimo uszu docinki, ście­ra­jąc resztki pasty z jej dłoni. Przez lata zdo­ła­łam sporo zaosz­czę­dzić i byłam bli­ska osią­gnię­cia upra­gnio­nego celu – budowy wła­snego domu z mar­mu­ro­wymi posadz­kami, które miały przy­jem­nie chło­dzić mi stopy po dniu prze­mie­rza­nia mia­sta wzdłuż i wszerz. I z bie­żącą wodą, któ­rej mogła­bym uży­wać do woli – bez koniecz­no­ści pro­sze­nia gospo­dyni, by napeł­niła moje matki. I tylko ja mia­łam mieć klucz do drzwi. Nikt nie mógłby mnie z niego wyrzu­cić. Jako pięt­na­sto­latka musia­łam wyjść za mąż i opu­ścić rodzinną wieś, bo rodzi­ców nie było stać na moje utrzy­ma­nie. Teraz, po latach, sama mogłam zapew­nić im byt, zaopie­ko­wać się nimi. Wpraw­dzie nie odpo­wie­dzieli dotąd na żaden z moich listów ani nie podzię­ko­wali za pie­nią­dze, które im od dawna wysy­ła­łam, ale wie­rzy­łam, że zmie­nią zda­nie i przy­jadą do Dźaj­puru, skoro pro­po­no­wa­łam im zamiesz­ka­nie w moim wła­snym domu. Wresz­cie mieli się prze­ko­nać, że wszystko dobrze się uło­żyło. Na razie musia­łam jed­nak hamo­wać dumę. Jak mawiał Gan­dhi dźi? Oko za oko uczyni tylko cały świat śle­pym.

Brzęk tłu­czo­nego szkła zasko­czył nas obie. Na dywa­nie wylą­do­wała piłka do kry­kieta i poto­czyła się aż pod szez­long. Po chwili w wej­ściu od strony werandy poja­wił się Rawi, star­szy syn Par­wati, przy­no­sząc ze sobą listo­pa­dowy chłód.

– Beta! Natych­miast zamknij te drzwi!

Chło­pak uśmiech­nął się sze­roko.

– Za bar­dzo pod­krę­ci­łem poda­nie, a Gowind nie był gotowy. – Dostrzegł piłkę przy szez­longu i ją pod­niósł.

– Jest od cie­bie sporo młod­szy. – Par­wati była bar­dzo pobłaż­liwa wobec swo­ich synów, zwłasz­cza małego Gowinda, dziecka, które w jej prze­ko­na­niu było efek­tem moich hen­no­wych zabie­gów (czego nie pró­bo­wa­łam jej wyper­swa­do­wać).

Odkąd ostatni raz go widzia­łam, Rawi wyrósł i zmęż­niał. Na kwa­dra­to­wej szczęce, takiej samej jak u jego ojca, dostrze­głam cień zaro­stu. Na pewno musiał się już golić. Z różo­wymi policz­kami i dłu­gimi rzę­sami, które odzie­dzi­czył po matce, wyda­wał się nie­mal piękny.

Pod­rzu­cił piłkę i zła­pał ją jedną ręką za ple­cami.

– Jest her­bata?

Jak­bym sły­szała jego ojca – ten sam angiel­ski ze szkoły z inter­na­tem.

Par­wati zadzwo­niła srebr­nym dzwon­kiem, który trzy­mała na sto­liku obok szez­longa.

– Ty i Gowind wypi­je­cie swoją na traw­niku. I powia­dom ćau­ki­dara, że potrzebny jest szy­ba­wala do naprawy drzwi.

Rawi jesz­cze raz się uśmiech­nął. Wycho­dząc, puścił do mnie oko. Tak nie­ostroż­nie zamy­kał za sobą drzwi, że kolejny kawa­łek szkła wypadł na pod­łogę. Patrzy­łam, jak chło­pak lekko bie­gnie po tra­wie. Trzech ogrod­ni­ków otu­lo­nych w cie­płe szale usu­wało chwa­sty, pod­le­wało rośliny oraz przy­ci­nało hibi­skusy i pną­cza słod­kiego wicio­krzewu.

Poja­wie­nie się Rawiego było dosko­na­łym pre­tek­stem do wspo­mnie­nia o zada­niu, któ­rego chcia­łam się pod­jąć. Musia­łam jed­nak dzia­łać bar­dzo ostroż­nie.

– Rawi przy­je­chał do domu na święta?

– Han. Chcia­łam, żeby był obecny przy prze­ci­na­niu wstęgi. Otwie­ramy nową gym­khanę. Nehru dźi chce, by Indie stały się nowo­cze­sne. – Par­wati wes­tchnęła i oparła głowę o poduszkę, jak gdyby czuła się zmę­czona nie­ustan­nymi proś­bami pre­miera. Może rze­czy­wi­ście tak było. Co ja mogłam o tym wie­dzieć?

Do pokoju weszła Lala, nio­sąc srebrną tacę z ser­wi­sem do her­baty. Zaczę­łam wyj­mo­wać prze­ką­ski, które przy­go­to­wa­łam spe­cjal­nie dla Par­wati, i usły­sza­łam, jak zwraca się do słu­żą­cej:

– Chyba kaza­łam ci odpra­wić dziew­czynę. – W jej gło­sie brzmiał wyrzut.

Stara kobieta zło­żyła dło­nie jak do modli­twy, dotknęła nimi warg.

– Moja bra­ta­nica nie ma dokąd pójść. Może liczyć tylko na mnie. Bła­gam, dźi. Jeste­śmy zdane na pani łaskę. Pro­szę dać jej jesz­cze jedną szansę.

Ni­gdy nie widzia­łam Lali aż tak zroz­pa­czo­nej. Odwró­ci­łam głowę, bojąc się, że za chwilę pad­nie na kolana. Ołta­rzyk poświę­cony Panu Ganeśi stał na małym sto­liku obok łoża z bal­da­chi­mem. Gir­landa z gar­de­nii i druga z liści tulsi zdo­biły figurkę, przed którą pło­nęła dija. Par­wati pra­gnęła ucho­dzić za nowo­cze­sną, ale co dzień rano odma­wiała modli­twy do bogów. Ja daw­niej modli­łam się do mojej imien­niczki, Lakszmi, bogini piękna i bogac­twa. Ma uwiel­biała powta­rzać opo­wieść o tym, jak bra­miń­ski chłop ofia­ro­wał bogini jedyną rzecz, którą posia­dał – swój sierp. Z wdzięcz­no­ści obda­ro­wała go magicz­nym koszem, w któ­rym poja­wiało się jedze­nie, gdy tylko męż­czy­zna poczuł głód. Oczy­wi­ście była to jedy­nie pro­sta histo­ryjka i miała z prawdą tyle wspól­nego co inne opo­wiastki mamy. Gdy skoń­czy­łam sie­dem­na­ście lat, odwró­ci­łam się od bogów, tak jak teraz od ołta­rzyka Ganeśi.

– Nie chcia­ła­bym stra­cić rów­nież cie­bie, Lalu – oznaj­miła Par­wati. – Dopil­nuj, aby dziew­czyna jesz­cze dziś opu­ściła mój dom. – Długą chwilę mie­rzyła słu­żącą suro­wym spoj­rze­niem, aż ta spu­ściła wzrok i sku­liła ramiona.

Patrzy­łam za Lalą, gdy szła do drzwi. Nie pod­nio­sła głowy. Zasta­na­wia­łam się, czym jej bra­ta­nica tak bar­dzo roz­gnie­wała pra­co­daw­czy­nię.

Par­wati się­gnęła po fili­żankę i spodek, co było sygna­łem, że powin­nam wziąć te prze­zna­czone dla mnie. Anglicy uwiel­biali takie ser­wisy z malun­kami kobiet w mocno wcię­tych suk­niach, męż­czyzn w pan­ta­lo­nach i dziew­czy­nek z krę­co­nymi wło­sami ubra­nych w odświętne sukienki. Przed uzy­ska­niem nie­pod­le­gło­ści tego typu przed­mioty sym­bo­li­zo­wały podziw moich klien­tek dla wszyst­kiego co bry­tyj­skie. Teraz były wyra­zem ich pogardy. Moje panie nie zmie­niły niczego poza pobud­kami zacho­wy­wa­nia pozo­rów. Wła­śnie tego się od nich nauczy­łam, bo tylko głu­piec żyje w wodzie i uważa się za wroga kro­ko­dyla.

Upi­łam łyk her­baty i spoj­rza­łam na Par­wati, uno­sząc brwi.

– Pani syn wyrósł na przy­stoj­nego mło­dego męż­czy­znę.