JaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

ALL GROWN UP

Copyright © 2017 by Jami Attenberg

All rights reserved

Projekt okładki

Joanna Wasilewska

Zdjęcie na okładce

© Terry Bidgood/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8169-547-3

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

MIESZKANIE

Jesteś na akademii sztuk pięknych, nienawidzisz studiów, rzucasz je, przeprowadzasz się do Nowego Jorku. Dla większości ludzi przeprowadzka do Nowego Jorku jest kwestią ambicjonalną. Dla ciebie to oznaka porażki: tutaj się wychowałaś, więc po prostu wracasz do domu, bo nie poradziłaś sobie w wielkim świecie. W wymiarze duchowym to krok wstecz.

Przez pewien czas mieszkasz w śródmieściu – u brata i jego dziewczyny, w ciasnym pokoiku gościnnym; łóżko jest wepchnięte pomiędzy regał z butami a kilka gitar brata w futerałach, całą ścianę zajmują półki z książkami z czasów, gdy jego dziewczyna studiowała na Brown. Dostajesz pracę dzięki tejże dziewczynie. Pracy nie kochasz ani nie nienawidzisz, ale nie możesz narzekać, bo nie jesteś lepsza od innych, a pod pewnymi względami o wiele, wiele gorsza. Przyjmujesz do wiadomości, że to przywilej, i zabierasz się do obowiązków.

Zaczynasz zarabiać pieniądze. Znajdujesz mały, zakurzony, zrujnowany loft w podłej nabrzeżnej dzielnicy Brooklynu. Jest w nim jedno okno sięgające od podłogi do sufitu, pięknie ujmujące w ramy wznoszący się w oddali maleńki Empire State Building. Wszyscy twoi bliscy oddychają z ulgą. Teraz jest bezpieczna, myślą. Ludzie nigdy cię nie pytają: A więc przestałaś uprawiać sztukę? – dlatego że albo nie chcą znać odpowiedzi, albo ich to nie obchodzi, albo boją się pytać, bo boją się ciebie. Niezależnie od przyczyny wszyscy są wspólnikami w tej nowej, pozbawionej sztuki fazie twojego życia. Chociaż sztuka była tym, co kochałaś najbardziej.

Masz jednak mały sekret: wprawdzie nie uprawiasz Sztuki przez duże S, ale codziennie rysujesz. Gdybyś komuś o tym powiedziała, przyznałabyś, że w twoim życiu jest wyrwa, a o tym wolałabyś nie mówić głośno, chyba że na terapii. Tak więc codziennie, ciągle od nowa, rysujesz to samo: przeklęty Empire State Building. Wstajesz rano (albo po południu w weekendy, to zależy od natężenia kaca), robisz sobie kawę, siadasz przy stoliku do kart pod oknem i rysujesz, zwykle ołówkiem. Jeśli masz czas, poprawiasz tuszem. W te dni, gdy boisz się spóźnić do pracy, robisz to wieczorem i do szkiców dodajesz kolor, by przedstawić wiecznie zmieniające się światła budynku. Czasami rysujesz sam budynek, czasem też inne otaczające go wieżowce; czasami rysujesz niebo, czasem most na drugim planie, czasami East River, czasem okienną framugę wokół całej sceny. Masz szkicowniki pełne takich rysunków. Uświadamiasz sobie, że można w nieskończoność rysować tę samą rzecz. „Żaden człowiek nigdy nie wchodzi do tej samej rzeki, albowiem to nie jest ta sama rzeka i on nie jest tym samym człowiekiem”, przeczytałaś kiedyś. Empire State Building jest twoją rzeką. Nie musisz opuszczać mieszkania, żeby do niej wejść. Sztuka znowu wydaje ci się bezpieczna, choć zdajesz sobie sprawę, że nie doskonalisz swoich umiejętności, że twoje prace nadają się najwyżej do tego, żeby w słoneczną sobotę sprzedać je turystom na chodniku przed Central Parkiem. Nie ma w tym wyzwania, nie ma przesłania, jedynie powtarzany w nieskończoność widok z okna. Ale tylko tyle potrafisz robić, tylko tyle masz do zaoferowania – i to wystarczy, żebyś poczuła się wyjątkowa.

Tak to wygląda przez sześć lat. Brooklińskie mieszkanie w zmieniającej się dzielnicy; po co się przeprowadzać, skoro czynsz jest niski? Nieciekawa, ale dobrze płatna praca, w której świetnie sobie radzisz i nawet powoli pniesz się po szczebelkach kariery. od czasu do czasu zajmujesz się wolontariatem. Bierzesz udział w marszach, w których każe ci wziąć udział twoja matka aktywistka. Na najniższej półce regału rośnie stos bezsensownych szkicowników. Są czymś na kształt drapania swędzącego bąbla. Pijesz sporo, przez długi czas także bierzesz, głównie kokę i ecstazy, niekiedy tabletki, żeby dotrwać do rana. To inna forma drapania. W twoim łóżku i świecie są mężczyźni, dość niewyraźni, ale ciebie mniej interesują oni, a bardziej stłumienie głosu w twojej głowie, który mówi, że nie robisz absolutnie nic ze swoim życiem, że jesteś dzieckiem, że akcesoria dorosłości to kupa bzdur, nic nie znaczą, a ty utknęłaś między jednym miejscem a drugim i już na zawsze tu pozostaniesz, o ile coś nie zmusi cię do zmiany. A poza tym brakuje ci sztuki.

Odnosisz wrażenie, że ludzie, których znasz, zmieniają się z łatwością. Nie mają najmniejszych problemów z robieniem kariery, kupowaniem mieszkań, przeprowadzaniem się do innego miasta, zakochiwaniem się, braniem ślubu, dodawaniem drugiego nazwiska do pierwszego, adoptowaniem uratowanych kotów, wreszcie z rodzeniem dzieci i starannym dokumentowaniem tego wszystkiego w internecie. Naprawdę wydaje się, że nie wkładają w to najmniejszego wysiłku. Ich życie jest konstruowane jak budynki, każda cenna, choć kompletnie niezaskakująca cegła na twoich oczach trafia na swoje miejsce.

Najbardziej lubisz, kiedy przyjaciółka proponuje ci spotkanie na drinku, przyjaciółka, z którą wypiłaś milion drinków, ale teraz w knajpie wpatruje się w menu i nic nie zamawia, zmuszając cię, byś ją zapytała: „Nie pijesz?”, na co odpowiada: „Chciałabym”, robi dramatyczną przerwę i już doskonale wiesz, co będzie dalej – zaraz ci powie, że jest w ciąży. Kryje się w tym podtekst, że jesteś szczęściarą, ty nadal możesz pić, a ona ma pecha, bo nie może, ma w sobie to głupie dziecko. Co za pieprzone głupie dziecko. W sobie.

W końcu żona twojego brata zachodzi w ciążę i nie możesz się o to wściekać, bo chodzi o rodzinę, poza tym oboje byli dla ciebie niewiarygodnie dobrzy, z bratem połączyła cię szczególna więź po śmierci ojca, który w młodym wieku przedawkował. Urządzasz przyjęcie z prezentami dla jeszcze nienarodzonego dziecka, wypijasz na nim za dużo koktajli mimosa i płaczesz w łazience, choć jesteś pewna, że nikt tego nie zauważył. Nie w tym rzecz, że pragniesz dziecka, chciałabyś wyjść za mąż i tak dalej. To nie twój cyrk. Z jakiegoś powodu jesteś zmęczona. Zmęczona światem. Zmęczona próbami dopasowania się do miejsca, do którego nie pasujesz. Wieczorem wracasz do domu, rysujesz Empire State Building i robienie rzeczy, którą uwielbiasz, napełnia cię nadzieją do tego stopnia, że w sieci sprawdzasz, co oznaczają dzisiejsze kolory – światła są zielone i niebieskie – a kiedy się dowiadujesz, że chodzi o uczczenie Dnia Zaburzeń Łaknienia, znowu wpadasz w przygnębienie, mimo że nigdy w życiu nie miałaś zaburzeń łaknienia.

Dziewięć miesięcy mija jak z bicza strzelił, dziecko może się urodzić w każdej chwili. Dzwonisz do brata, żeby poznać dokładny termin, ale korzystają z hippisowskiej położnej i w odpowiedzi słyszysz:

– Na razie nie wiemy. Może w przyszłym tygodniu.

Nagle zalewa cię entuzjazm. To będzie dziewczynka.

– Zadzwoń, kiedy będziesz coś wiedział, cokolwiek – mówisz mu.

Potem masz trzy z rzędu niesamowicie nudne popołudniowe spotkania, od których dusza ci umiera, przenoszą cię do nowego boksu i musisz go dzielić z nowo przyjętą pracownicą, młodszą od ciebie o trzynaście lat, zabawną, hałaśliwą i śliczną; dziewczyna pewnie zarabia połowę tego, co ty, ale i tak wszystko wydaje na obcisłe sukienki. Jest piątek. Wychodzisz na drinka niedaleko domu. Upijasz się. Później dzwonisz do swojego dilera, z którym od kilku lat się nie kontaktowałaś. W głowie ci się nie mieści, że numer wciąż działa.

– Minęło trochę czasu, odkąd ostatni raz się spotkaliśmy – mówi.

– Byłam zajęta – odpowiadasz, jakbyś musiała się usprawiedliwiać, dlaczego już nie bierzesz. Nie kupujesz zbyt dużo, tak w sam raz, ale potem w barze spotykasz faceta (oboje udajecie, że już się znacie, chociaż to nieprawda, ale z jakiegoś powodu wydaje się, że tak jest bezpieczniej), a on ma aż nadto dla was obojga. Wracacie razem do domu, do twojego mieszkania z miniaturowym Manhattanem w oknie, do stosów szkicowników, po czym zaczynacie ćpać. Trwa to godzinami. Trochę seksu też w tym jest, ale nie jesteście sobą wzajemnie jakoś szczególnie zainteresowani. Kumple od prochów, o to w tym chodzi. Nie potrafisz nawet sprawić, żeby mu stanął. W końcu on wychodzi, ty wyłączasz telefon i kładziesz się spać. Budzisz się w niedzielę wieczorem. Włączasz telefon. Masz osiem wiadomości od brata i mamy. Przegapiłaś narodziny bratanicy.

Później już nigdy więcej nie bierzesz. Odwyk nie jest potrzebny. Zaczynasz patrzeć na świat nowymi oczami, ale świat wygląda tak samo. Praca, mieszkanie, przyjaciele, rodzina, widok. Przez kilka tygodni wszystko wskazuje na to, że mogą ci dać poważny awans w pracy, kiedy jednak sobie uświadamiasz, że będzie to oznaczać większą odpowiedzialność, wymigujesz się. Awans zatrzymałby cię w firmie na dłużej. Okłamujesz siebie: Powinnam sobie zostawić otwarte możliwości. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy.

Nadal rysujesz. To najlepsza pora twojego dnia. To twoja najpiękniejsza, najbardziej czysta chwila. Wtedy powietrze opuszcza twoje ciało i masz wrażenie, że nieznacznie unosisz się nad ziemią. W Nowy Rok, ten dzień nowych początków, pozwalasz sobie przejrzeć stare szkicowniki. Dostrzegasz, że udoskonaliłaś swoje umiejętności. Nie jesteś pozbawiona talentu. Ta myśl cię wypełnia. Pozostaje z tobą. Ty pozostajesz z samą sobą. Pozwalasz sobie na przyjemność lubienia siebie. A jeśli to wystarczy?

 

Tydzień później wychodzisz z domu i po drugiej stronie ulicy widzisz płot, a na nim tablicę z pozwoleniem na budowę. Dziesięciopiętrowy apartamentowiec. Zaczynają za miesiąc. Mieszkasz na piątym piętrze, budynek zasłoni ci widok, to pewne jak dwa razy dwa. Przez sekundę się zastanawiasz, czy to nie jest żart. Oglądasz się za siebie, żeby zobaczyć, czy nie filmuje cię jakaś kamera w oczekiwaniu na twoją reakcję, ale nie, to się dzieje naprawdę, twoje życie niedługo się zmieni. W końcu coś cię zaskakuje.

Budowa trwa rok; codziennie obserwujesz postępy. Cegła za cegłą. Nie potrafisz stwierdzić, kiedy dokładnie ją sfinalizują i ostatecznie utracisz swój widok, ale postanawiasz urządzić imprezę, żeby to zaznaczyć. Zapraszasz wszystkich znajomych, pozwalasz nawet, żeby przyprowadzili dzieci. Przyjaciele wznoszą toast na cześć Empire State Building i twoją.

– To był dobry widok – mówi jedna z twoich długoletnich współpracownic, która przyszła z narzeczonym.

– Nie za milion dolarów – odpowiadasz. – Ale kosztował półtora tysiąca miesięcznie.

– Masz rewelacyjny czynsz – mówi jej narzeczony. – Nie możesz się przeprowadzić, nawet gdy stracisz widok. Nigdy nie wyprowadzisz się z tego mieszkania. – Wzrusza ramionami.

W dniu, gdy cementują ostatnią cegłę, kupujesz butelkę wina, zamawiasz pizzę i siadasz przy stole. Wpatrujesz się w powietrze, w nic i w cegły. To, co czyniło cię wyjątkową, zniknęło. Nigdy nie odzyskasz widoku ani tamtego czasu. A jedyne, czym możesz się pochwalić, to szkicowniki, tak czy owak, kompletnie bezużyteczne. Myślisz, żeby je spalić, ale co dobrego by z tego przyszło? Są jedynym dowodem na to, że istniałaś na tej ziemi. Dociera do ciebie, że próbowałaś po prostu udowodnić sobie, że wciąż żyjesz. Więc gdybym tego nie miała, byłabym martwa? Z pewnością nie. Błagam, nie. Odgryzasz kawałek pizzy, pijesz łyk wina i zadajesz sobie pytanie, na które wreszcie jesteś gotowa: Co dalej?

ANDREA

Ukazuje się książka. To książka o życiu singli, napisana przez niezwykle atrakcyjną, obecnie zamężną kobietę, zawierająca krytyczne, acz tęskne wspomnienia z czasów, gdy była samotna. Książka zupełnie mnie nie interesuje. Ja już jestem samotna. Jestem samotna od długiego czasu. Książka nie powie mi o byciu singielką absolutnie nic, czego już nie wiem.

Tak czy owak, wszyscy znajomi mówią mi o niej. Są jak gołębie pocztowe – roznoszą wiadomości, posłuszni poleceniom złośliwego maestra od mediów działającego na dachu w śródmieściu Manhattanu. Nic ich nie powstrzyma od dotarcia do celu, do mnie, przyjętego targetu demograficznego.

Nina, moja koleżanka z pracy, dźwięcząc bransoletkami, wręcza mi egzemplarz, który już przeczytała, mimo że nigdy nie okazałam zainteresowania tą pozycją, nie wspominając już o tym, że chciałabym o niej dyskutować. Nina ma dwadzieścia cztery lata i jest singielką z odzysku. Kobieta, która nie byłaby singielką z odzysku i nie miałaby dwudziestu czterech lat, wiedziałaby dobrze, że nie należy dawać tej książki innej singielce.

Mama zamówiła mi książkę w sieci; dostaję ją pewnego dnia, niespodzianka w mejlu bez żadnej notatki czy nazwiska, i tydzień zajmuje mi odgadnięcie tożsamości nadawcy. Przez cały ten czas myślę, że przysłał mi ją duch. Duch chce, żebym rozmyślała o swojej samotności.

W końcu mama się przyznaje. (Oczywiście nie postrzega tego jako przyznanie się. Tylko ja jedna widzę to w ten sposób).

– Dostałaś książkę? – pyta.

– Och, więc to ty ją przysłałaś – odpowiadam. – Mamo, dlaczego właściwie postanowiłaś przysłać mi taką książkę?

– Pomyślałam, że okaże się pomocna.

Moja bratowa, która mieszka wśród wzgórz New Hampshire, poświęciła życie opiece nad swoim umierającym dzieckiem i spędza dni na kontemplowaniu śmiertelności, wspomina o książce, gdy dzwonię do niej, jak co niedzielę.

– Słyszałaś o tej książce?

– Tak – mówię. – Słyszałam o niej.

Przyjaciółki z college’u umieszczają linki do recenzji na moim profilu na Facebooku z uwagami w rodzaju: „Brzmi jak coś, co ci się spodoba” albo „To mi o tobie przypomniało”. Myślę: Czy powinno mi się to podobać? W rzeczywistości wcale mi się nie podoba. I to bardzo. Gdzie jest klawisz na pokazanie, że tego nie lubię? Co nacisnąć, żeby krzyknąć?

Idę do mojej terapeutki i pytam:

– Dlaczego bycie singielką to jedyna rzecz, która przychodzi ludziom do głowy, kiedy o mnie myślą? Przecież na tym się nie kończę.

To budzi zachwyt w tej starej, ironicznej, pomarszczonej, bystrej suce. Wydaje się czymś w rodzaju przełomu, a w najgorszym razie wartościowym doświadczeniem, pouczającą chwilą. W naszej rozmowie zachodzi zmiana. Wreszcie zostało poczynione założenie, postawiona teza o moim życiu.

– W takim razie powiedz mi, kim jesteś – mówi wreszcie terapeutka. – Jakie inne określenia są prawdziwe?

– Cóż, jestem kobietą.

– Tak, dobrze.

– Pracuję w reklamie jako projektantka.

– Tak.

– Formalnie rzecz biorąc, jestem Żydówką.

– OK.

– Jestem nowojorczanką.

Zaczyna mnie ogarniać niepokój. Na pewno jestem kimś więcej.

– Jestem przyjaciółką – mówię. – Jestem córką, siostrą, ciotką. – Te sprawy ostatnimi czasy wydają się bardziej odległe, ale istnieją jako część mojej tożsamości.

Myślę:

Jestem samotna.

Jestem pijaczką.

Jestem byłą artystką.

Jestem głośna w łóżku.

Jestem kapitanem tonącego statku, który jest moim ciałem.

– Jestem brunetką – mówię do terapeutki.

Spotykam się z mężczyzną poznanym w sieci i nie jest zbyt miło. Chociaż szczególną przyjemność sprawia mi, że to nie ja piję za dużo na randce, jest ona chwilowa, ponieważ i tak muszę się zmagać z pijanym, nadal muszę spędzać czas z tym facetem, czujnie wypatrywać, czy będzie wrogi, czy wesoły. Muszę wyjść poza siebie. To nie jest randka, to przesłuchanie do sztuki o okropnej randce.

Jeszcze przed moim przyjściem wypił dwa bourbony. Jestem cierpliwa, a potem zirytowana, gdy czuję, że za często mnie dotyka. Jest zbyt poufały, zbyt arogancki, poza tym włożył golf, a nie ma odpowiedniej głowy do golfa, może zresztą chodzi o jego brodę albo usta, sama nie wiem, rzecz w tym, że po prostu nie mogę z tym golfem. A później, kiedy się żegnamy, pyta mnie, czy czytałam tę książkę.

– Nie, a ty? – odpowiadam.

– Nie, nie czytam za dużo. – Myślę sobie: Quelle surprise, a on dodaje: – Ale mogę powiedzieć, że jest całkowicie o tobie.

– Ty też jesteś singlem, więc dlaczego nie jest o tobie?

– Och, to? Dla mnie to stan przejściowy.

Stałość mojej niestałości. Posiadam ją. Stoję przed nim przy wejściu na stację metra, nie posiadając nic poza sobą. Chcę mu powiedzieć, że ja to wszystko. Ale dla niego to nic, bo w tej chwili w taki sposób o sobie myśli. Jest samotny, więc jest niczym. Jak mam mu wyjaśnić, że co odnosi się do niego, nie odnosi się do mnie? Jego kontekst nie jest moim kontekstem. Jak wysadzić autobus, którym jesteś zmuszona jechać przez całe życie? To nie twoja wina, że inne środki transportu nie były dostępne.

– Powinnaś to przeczytać – mówi, a ja uderzam go torebką w ramię, jakby mnie napadł. Chcę, żeby zostawił mnie w spokoju. Schodzę ze sceny, przesłuchanie skończone, a on woła za mną: – Hej, za co to było?

Nie potrafię sobie teraz przypomnieć, czy słyszałam, jak nazwał mnie suką. Pewnie zrobił to pod nosem. Improwizacja w ostatniej chwili.

Książki nie czytam. Zostawiam ją w pralni mojego bloku, a gdy znów tam idę, już jej nie ma. Matka więcej mnie o nią nie pyta. Jej ocena moich ciężarów podlega wiecznym zmianom. Na razie bycie singielką idzie w niepamięć.

Zapomnijmy o tym, dobrze? Możemy porozmawiać o czymś innym, bardzo proszę?

INDIGO WYCHODZI ZA MĄŻ

Lecę sama do Seattle na ślub Indigo, mojej przyjaciółki. Była jedną z pierwszych koleżanek, z którymi się zaprzyjaźniłam, kiedy zaczęłam pracę w reklamie, przez kilka lat razem piłyśmy w śródmiejskich knajpach podczas happy hour praktycznie w każdy czwartkowy wieczór, a parę razy nawet wspólnie wyjeżdżałyśmy, wprawdzie tylko na weekendy, ale i tak. Matka Indigo pochodzi z Trynidadu, a ojciec jest biały; wszędzie, gdzie z nią chodziłam, faceci mówili jej, że jest „egzotyczna”, a ona odpowiadała: „Nie jestem ptakiem ani kwiatem, tylko istotą ludzką”. Ostatecznie zrezygnowała z pracy, żeby zostać instruktorką jogi, ale wychodzi za bogatego mężczyznę, więc teraz pracuje tylko kilka godzin w tygodniu. Mimo to urządzili hippisowskie wesele, w każdym razie na takie wygląda. Oboje są boso, wszędzie rozrzucono dzikie kwiaty, suknia Indigo jest podarta. Znajdujemy się na czyimś podwórzu za domem, choć z tego akurat podwórza rozciąga się widok na Puget Sound.

Siedzę przy stoliku dla singli pod gniazdem ze światełek i liści winorośli. Są ze mną cztery inne samotne kobiety: dwie to lesbijki, bardzo ze sobą zaprzyjaźnione, głęboko pogrążone w plotkach o wszystkich znajomych z college’u, trzecią jest emerytowana zakonnica, której historia do końca wieczoru pozostanie zagadką, a czwartą Karen, kobieta nastawiona na sukces. Mówię tak nie po to, żeby się z niej naśmiewać, po prostu sama siebie w ten sposób określiła, co oznacza, że jest to podwójnie prawdziwe. Są też mężczyźni – dwaj geje, którzy wcześniej ze sobą chodzili, a teraz wykorzystują wieczór jako okazję do wyjaśnienia kilku spraw, oraz dwaj hetero, świeżo rozwiedziony stryj pana młodego imieniem Warren oraz Kurt, wysoki, barczysty, męski pracownik centrali Seattle Mariners.

Obserwuję, jak Karen wznosi jeden po drugim toasty winem sancerre, a Kurt się do niej przyłącza, tyle że on pije szkocką. Flirtują intensywnie, bezwstydnie, niemal profesjonalnie, i wydaje się, że nie jesteśmy na weselu, ale w barze, że mają przed sobą miskę z popcornem, telewizor bezgłośnie nadaje transmisję sportową, a szafa grająca co kwadrans z werwą się włącza, wyrzucając popową piosenkę po obróbce elektronicznej. Warren i ja patrzymy, jak flirtują, co jest naszym rodzajem flirtu. Jakbyśmy byli na podwójnej randce, tylko że nienawidzimy naszych towarzyszy.

– Przyjrzyj się dokładnie – mówię do niego. – Teraz tak musisz robić.

Warren się ze mnie śmieje. Tuż po pięćdziesiątce, gładki w obyciu i spokojny, ma wszystkie włosy, które siwieją na skroniach, i jest tak bogaty jak jego bratanek żeniący się z moją przyjaciółką, Indigo. Mówi, że wstąpił do klubu turystyki górskiej.

– Robiłem to z żoną, później sam, ale myślę, że od czasu do czasu chętnie wybiorę się na wędrówkę z innymi.

Ręce ma opalone i szczupłe. Opowiada też, że pół roku temu sprawił sobie psa i teraz co rano chodzą razem do parku. Fakt, że w domu czeka na niego pies, pomaga mu przetrwać trudny okres.

– Cieszę się, że go masz – odpowiadam.

Jemy ostrygi złowione rano i otwarte tuż przed podaniem, na trzy centymetry zanurzone w muszlach. Pijemy szampana, naprawdę dobrego, prawdziwego, sprowadzonego z Francji, raz po raz ktoś wygłasza toast. Kurt poluźnia krawat i obejmuje Karen. Całuje ją w policzek, szepczą sobie do ucha. Coś knują. Słońce zachodzi za parkiem narodowym Olympic i wszyscy jesteśmy oszołomieni.

– Nigdy czegoś takiego nie widziałam – mówię. Rzadko wyjeżdżam z Nowego Jorku.

– Ja widzę to codziennie i jeszcze mi się nie znudziło – odpowiada Warren.

Kurt i Karen ogłaszają, że przez resztę nocy będą udawać parę. Zapowiada się świetna zabawa, co? Będą udawali, że się znają, spotykają od pół roku i właśnie przyszli na romantyczną randkę.

– Poznaliśmy się na kręglach – mówi Kurt.

– Nie, na kajakach – prostuje Karen.

– Na kajakach, racja – zgadza się Kurt.

– W zeszły weekend po raz pierwszy był na kolacji z moją mamą i wręcz się w nim zakochała – ciągnie Karen.

– Ja też się w niej zakochałem. Jak mógłbym się oprzeć urokowi tej kobiety?

Karen triumfuje.

– Nie powinniśmy nawet siedzieć przy tym stole – mówi. – Zabrakło im miejsc. Popełnili błąd.

Emerytowana zakonnica patrzy na nich pustym wzrokiem.

– Dlaczego nie miało was tu być?

– Bo nie jesteśmy singlami – wyjaśnia Karen. – Jesteśmy razem. Jesteśmy parą.

– Nie rozumiem – odpowiada zakonnica.

– Nawet nie próbuj – radzę i klepię ją po dłoni.

Po toastach Karen i Kurt krążą objęci po sali, udając zakochanych. Kurt jednemu z gości przedstawia Karen jako swoją „DP”.

 

– Co to znaczy? – pyta mnie Warren.

– Druga połowa.

Warren wzdycha głęboko i obiema rękami ściska krawędź stołu.

– Och, Warrenie – mówię.

– Nie przypuszczałem, że to będzie takie trudne.

– Jest trudne tylko wtedy, gdy sobie to utrudniasz. Rusz się, zatańczmy. – Jestem tą impulsywną. Nie lubię tańczyć, widzę jednak, że Warren świetnie sobie poradzi. Jest opanowany. Poprowadzi mnie.

Tańczymy wolno do covera Dylanowskiego przeboju Like a Rolling Stone. Za każdym razem, gdy solista zawodzi: „How does it feel?”, tłum mu wtóruje. Na drugim końcu parkietu Karen i Kurt wywrzaskują sobie w twarz słowa piosenki. Indigo i jej nowy mąż Todd zbliżają się ku nam. Indigo wygląda olśniewająco; mówię jej to, obejmujemy się i tańczymy.

– Czy to nie najlepsze przyjęcie na tej planecie? – pyta mnie.

– Jest absolutnie rewelacyjne – odpowiadam. – Stratosferyczne.

– Nie brakuje wam szampana?

– Wszystko jest doskonałe.

– Cieszę się, że tańczysz z Warrenem – mówi Indigo. – Tak myślałam, że się polubicie.

– Dlaczego tak myślałaś? – pytam.

– Świetnie sobie radzisz ze zranionymi facetami.

Todd łapie ją i oddalają się, zanim mam okazję powiedzieć, że się myli. Obserwuję pannę młodą – w podartym jedwabiu, z pierścionkiem większym niż wszystkie gwiazdy na niebie.

Później siedzimy z Warrenem sami przy stole, stopy opieramy na krzesłach. Przed nami stoją lody z gorącą czekoladą. Proszę Warrena o wisienkę, podaje mi ją i łakomie ją zjadam. Opowiada mi o jednej z trzech firm, które do niego należą. Karen i Kurt chwiejnie do nas podchodzą. Karen trzyma butelkę szampana. To jej szampan i chciałabym zobaczyć tego, kto próbowałby jej go odebrać.

– Jak było? – pytam. – Wszyscy kupili waszą historyjkę?

– Kilka razy nas zdemaskowano – przyznaje Kurt.

– Ale świetnie się bawiliśmy! – wtrąca Karen. – Świetnie, prawda?

Kurt kiwa głową. Sprawia wrażenie gotowego do powrotu na ziemię.

– A teraz wracamy do hotelu – oznajmiła Karen. – Ja i Carl.

– Kurt – koryguje Kurt. Twarz mu ciemnieje.

– Co? – pyta Karen.

– Na imię mam Kurt, nie Carl.

– Chciałam powiedzieć Kurt – mówi Karen. – O Boże, przepraszam. Znam twoje imię, wiesz o tym, co?

Oboje z Warrenem czekamy, obserwujemy. Kurt i Karen wychodzą razem.

– Co byś zrobił na miejscu Kurta? – pytam Warrena.

– Zaprowadziłbym dziewczynę do hotelu, położył ją do łóżka, a potem poszedłbym do swojego pokoju i zwalił sobie konia.

– Są spore szanse, że Karen straci przytomność, zanim sytuacja zrobi się poważna – mówię. – A nawet gdyby się zrobiła, to co?

– Chyba jestem staroświecki – odpowiada Warren.

– Naprawdę? Chociaż wcale nie jesteś stary. Po prostu tak to czujesz. Bo nie jesteś stary. – Kładę mu dłoń na ramieniu, przekonana, że mój uśmiech olśniewa. Myślę o idei dobroci. Gładzę go po ręce. Noc jest chłodna. Zespół ogłasza, że zagrają ostatni kawałek.

– Miło spędziłem z tobą czas – mówi Warren.

– Ja też. Moglibyśmy to kontynuować. Byłoby miło i zabawnie. Możemy pójść do mnie albo do ciebie. – Nadal gładzę go po ręce. – Daję słowo, że nie jestem pijana.

– Wiem. Pewnie jestem głupi, nie przyjmując propozycji od równie uroczej młodej kobiety jak ty, ale po prostu nie robię takich rzeczy, nie jestem taki. Nie mówię, że to źle, że jesteś, jaka jesteś, choć nie mogę też powiedzieć, że to dobrze. Nie mogę powiedzieć, że cokolwiek, co tej nocy oglądałem, było w porządku.

Cofam rękę.

– Byłem z nią przez dwadzieścia dziewięć lat – ciągnie Warren. – Pobraliśmy się zaraz po college’u. Zamierzałem być z nią do śmierci. Nigdy nie zawracałem sobie głowy umawianiem się, przypadkowym seksem ani niczym w tym rodzaju. Nie mam pojęcia, jak wy to robicie. Nie mam pojęcia, jak sam miałbym to zrobić. Nie jesteś samotna?

– Warren, proszę, nie bądź okropny.

– Przepraszam. – Na chwilę milknie, potem mówi głośniej: – Nie, nie jest mi przykro. Chciałaś uprawiać ze mną seks, chociaż dopiero co mnie poznałaś. Znasz mnie od trzech godzin.

– Warren, przepraszam. Jednak się myliłam. Prawdę mówiąc, jesteś stary.

Odchodzę. W oczach mam łzy. Indigo mnie odprowadza.

– To był taki piękny wieczór – mówię, wycierając oczy. – Kompletnie się rozkleiłam. Bardzo się cieszę z twojego szczęścia.

Obejmujemy się, a potem wskakuję do vana, który czeka przed domem, żeby zabrać mnie do hotelu. Karen i Kurt już w nim są, na mój widok przestają się obmacywać.

– Stać cię na więcej – mówię, ale nie jestem pewna, do którego z nich się zwracam.