Leniwe wieczory, burzliwe porankiTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Leniwe wieczory, burzliwe poranki
Leniwe wieczory, burzliwe poranki
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,90  52,72 
Leniwe wieczory, burzliwe poranki
Audio
Leniwe wieczory, burzliwe poranki
Audiobook
Czyta Ewa Kasprzyk
36  25,20 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


O książce

Leniwe wieczory, burzliwe poranki:

Za Eweliną (którą zdążyliśmy poznać w książce „Bezsenne noce, senne dni”), mistrzynią analizowania i wyciągania pochopnych wniosków, trudno nadążyć; ona sama chyba nie wie, czego naprawdę chce: światowego życia, japońskiego minimalizmu, samotności czy szczęśliwego stadła… Z tą bohaterką nie można się nudzić! Czy lekko neurotyczna Ewelina w końcu znajdzie sposób, by nieco „ujarzmić” swój trudny charakter odziedziczony po prababce?

Ta część komedii małżeńskiej bawi jeszcze bardziej niż pierwsza, do tego wzrusza i jednocześnie daje impuls do zastanowienia się nad sobą i naszymi oczekiwaniami wobec innych, a może nawet do przewartościowania pewnych pojęć. To taka „lekcja życia” podana na wesoło, z celowo przerysowanymi, sympatycznymi postaciami i… niespodziankami. Idealna do czytania przy kubku melisy w leniwe, jesienne wieczory!

Agnieszka Grabowska

magazyn „Życie i Pasje”

******

Uwielbiam książki tej autorki za styl i przesłanie, jakie przemyca w swoich powieściach. Dzięki niemu bawi czytelnika i zmusza do przemyśleń.

Alina Białowąs cały czas w szczytowej formie! To będzie najlepsza książka tej jesieni!

Agnieszka Sonenberg

Przystanek szczęścia


Copyright © Alina Białowąs

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Magdalena Kawka

Korekta

Joanna Podolska

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2020

eISBN 978-83-66481-85-5

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

replika@replika.eu

www.replika.eu

Nigdy nie zaprzeczaj kobiecie, za chwilę ona sama sobie zaprzeczy

przysłowie perskie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Wzięłam głęboki wdech i zacisnęłam centymetr krawiecki opasujący moją talię. Ile? Szlag! Przez ostatni tydzień nie zjadłam ani jednego cukierka, ani jednego kawałeczka czekolady, ani jednej gałki lodów, ani jednego ciastka z kremem. Na śniadanie i kolację wypijałam filiżankę kawy albo herbaty bez cukru. Na obiad jadłam zielska skropione oliwą. Żadnych kotletów, pierogów, placków ziemniaczanych, naleśników, makaronów. Dieta cud gwarantowała talię jak u osy już po siedmiu dniach stosowania.

Moja miała obwód ula.

Sapiąc ze złości, podeptałam centymetr, a potem już uspokojona wyszłam z sypialni. Miałam na sobie tylko obcisłe majtki i biustonosz, też obcisły, więc gdy spojrzałam w lustro wiszące na ścianie w przedpokoju, jęknęłam. Wyglądałam jak sznurowany baleron.

– Co mnie podkusiło, żeby wyjść w samej bieliźnie – mamrotałam, wracając do sypialni po szlafrok z żółtego frotté, na który mówię płaszcz kąpielowy, bo to brzmi elegancko. Trochę zbyt obszerny, ale za to skutecznie ukrywa wałki tłuszczu, których nie lubiłam, a teraz, gdy mimo diety się ich nie pozbyłam, znienawidziłam.

Sięgając po niego, znowu spojrzałam w lustro, mniejsze niż to w przedpokoju, dlatego odbijała się w nim tylko górna część tułowia, czyli ramiona i biust, a gdybym chciała ujrzeć moją twarz z bliska, musiałabym usiąść na krześle. Ale na to nie miałam ochoty; bez makijażu wyglądam na starą, umęczoną życiem kobietę. A przecież pięćdziesiąt pięć lat to jeszcze nie starość. Ba, patrząc na moją mamę, siedemdziesiąt osiem również nie.

Przyznam, że zaczynam być zazdrosna o wygląd mamy; od kiedy „zadała się” z Gwidonem, młodszym od niej o ćwierć wieku, dba o siebie jak nigdy przedtem, gdy jeszcze była żoną mojego taty, nim się rozwiedli, bo mu odbiło i zdradził ją z kobietą starszą od niej o pięć lat. Czasem się zastanawiam, czy ja też – gdyby mój Radek mnie zdradził – nie „zadałabym się” z dużo młodszym facetem. Nie, żeby zrobić na złość Radkowi, tylko aby zapewnić sobie młody wygląd, bo na pewno jak mama latałabym co dwa tygodnie do fryzjera, do kosmetyczki, manikiurzystki, pedikiurzystki, a każdego dnia na basen i do masażysty. Teraz nie latam, bo nie mam motywacji. Zresztą nim Radek wyjechał…

Wyjechał? Co ja plotę! Od kiedy to potajemne zniknięcie nocą, bez zostawienia żonie adresu nazywa się wyjazdem? Uciekł! Po kryjomu, jak szczur. Och! Dosyć! Nie będę myśleć o tej jego ucieczce, bo wpadnę w takie nerwy, że zrezygnuję z lotu do Tokio. Dokończę jeszcze tylko poprzednią myśl, że nim Radek ucie… się zdematerializował, też nie latałam do fryzjera, kosmetyczki, manikiurzystki, pedikiurzystki, na basen ani do masażysty. Peeling twarzy oraz ciała sama sobie robiłam, a od czasu kiedy dopadła mnie menopauza, depiluję wąsik nad górną wargą, bo jeśli zaniedbam, mam zarost jak mojej świętej pamięci dziadek, rudawy i gęsty. Ale gdybym tego nie robiła, mój mąż i tak nie zauważyłby różnicy. Jedyna zmiana jaka być może nie uszłaby jego uwadze, to zmiana barwy moich włosów, od urodzenia miodowo-złotych, bo przecież nagryzmolił na kartce, która wypadła ze słownika języka angielskiego, już po tym jak się zdematerializował: „Ona ma taki charakterystyczny kolor włosów, trochę miodowy, trochę złotawy”. Więc jeśli ufarbowałabym włosy na przykład na kasztanowy brąz, jak u mojej mamy, znając jego złośliwe docinki, na pewno usłyszałabym, że jedna teściowa mu wystarczy.

Ciekawa jestem, co by powiedział, gdybym przyleciała do Tokio o dwadzieścia kilogramów lżejsza (czyli ważyłabym sześćdziesiąt siedem)?

Cholerna menopauza, zaklęłam w duchu, wkładając płaszcz kąpielowy. Przez chwilę się zastanawiałam, czy najpierw poukładać książki rozrzucone na podłodze przy łóżku (wszystkie na temat Japonii), a potem wypalić papierosa, czy odwrotnie. Wygrał papieros. Przewiązując się luźno paskiem (w przeciwnym razie sterczałby mi brzuch), wyszłam z sypialni i omijając wzrokiem lustro w przedpokoju, pomaszerowałam w stronę kuchni.


Kawa i papieros to jest to, co lubię najbardziej w niedzielne poranki, od czasu gdy zostałam sama, to znaczy od miesiąca. Co prawda zegar kuchenny pokazuje za pięć jedenastą, ale obudziłam się trzy godziny temu, czyli właściwie o poranku, tyle że nie wstałam z łóżka, bo chciałam dokończyć książkę o gejszach. I teraz żałuję, że w ogóle zaczęłam ją czytać, bo do mojego mózgu wpełzła zazdrość. Nie, nie o Radka. O gejsze. Zawsze kojarzyły mi się z kobietami – mówiąc delikatnie – lekkich obyczajów. Do głowy mi nawet nie przyszło, że istnieją kilkuletnie kursy kształcące dla gejsz, na których uczą się bawić gości rozmową, śpiewem, tańcem, pogłębiają wiedzę o literaturze i poezji oraz doskonalą umiejętność gry na instrumentach. Japońskich oczywiście.

Radek powiedział mi kiedyś, gdy mu się zwierzyłam, że chciałabym się nauczyć grać na skrzypcach, że i bez tego jestem mistrzynią grania na jego nerwach. I ja miałabym być zazdrosna o męża, który wygłasza takie teksty?

– O, na pewno nie – mamrotałam, gasząc niedopałek, by po chwili sięgnąć po kolejnego papierosa na uspokojenie.

Gdy tak rozmyślałam nad gejszami, poczułam, że jednak robię się zazdrosna o Radka; gejsze potrafią prowadzić ceremonię parzenia herbaty, a mój mąż uwielbia herbatę. Wiem, pamiętam, naśmiewałam się z niego, że na indyjską mówił „drajeerling” zamiast Darjeeling, że okej to dla niego „okiej”. A może sobie wmówił, że jest taki zdolny jak Alexander Arguelles?

No i zapłaciłam za te swoje kpiny i naśmiewania; mój mąż pije teraz herbatę w Japonii i kto wie, czy nie konwersuje po angielsku z gejszą odzianą w piękne kimono, podczas gdy ja siedzę w zadymionej kuchni, palę na czczo drugiego papierosa i popijam zimną kawę. Na dodatek w żółtym, za wielkim na mnie płaszczu kąpielowym, w którym wyglądam jak napuszony kurczak.

Szlag, jeszcze trochę powspominam i zacznę płakać, ale nie za Radkiem tylko nad sobą. Być przez trzydzieści lat żoną tego samego mężczyzny, ale ciągle marzyć o innym (konkretnie o Robercie Redfordzie, którego na żywo nigdy nie spotkałam), to dopiero szczyt głupoty. Poza tym im dłużej teraz rozmyślam o moim mężu, tym mocniej nabieram pewności, że kiedyś zakochałam się jednak w nim – Radosławie Klofcie, a nie w Robercie Redfordzie. To, że mój Raduś był za młodu kopią tego amerykańskiego aktora, nie oznaczało, że musiał mieć jego charakter i zalety. Nie wiem, co mnie opętało, wmówiłam sobie, że Robert Redford to ideał mężczyzny. Kto go tam wie, jaki jest naprawdę? A do tego brzydko się zestarzał.

Przez chwilę szukałam w myślach jeszcze jakiegoś argumentu na dowód, że Raduś jest teraz atrakcyjniejszy od swojego rywala, ale zamiast twarzy Redforda mój mózg podsyłał mi twarze gejsz.

– I jak ja mam być spokojna?! – wykrzyknęłam, zapominając, że mieszkam w bloku z wielkiej płyty i sąsiedzi wszystko słyszą.

– Herbata z melisy pomaga! – rozległ się głos mojej sąsiadki zza ściany, która chyba ma oczy dookoła głowy, bo nie dość, że wszystko słyszy, to jeszcze wszystko widzi.

Zgasiłam papierosa, wylałam resztki kawy do zlewozmywaka i poszłam do sypialni, by raz jeszcze przeczytać fragmenty opisujące wygląd i umiejętności gejszy. Jak jakaś masochistka.

 


Tak bardzo się skupiłam na czytaniu, że kiedy rozległo się brzęczenie, nie byłam pewna, czy to dźwięki w mojej głowie, czy sygnał domofonu w przedpokoju. A gdy znowu się rozległ – leżałam nieruchomo, zastanawiając się: wstać czy udać, że nikogo nie ma w domu?

Udam, że nikogo nie ma.

Jednak po chwili moja ciekawska natura wygnała mnie z łóżka do przedpokoju.

– Dzień dobry – usłyszałam męski, melodyjny głos w odpowiedzi na moje „halo?”. – Chciałaby pani porozmawiać o życiu?

– Czyim?

– Pani.

Zaniemówiłam. Obcy facet chce ze mną gadać o moim życiu?

– A kim pan jest? – zapytałam, spodziewając się, że odpowiedź zabrzmi: „Studentem psychologii, przeprowadzam ankietę”.

– Posłańcem. Będę rozmawiać w imieniu kosmitów. Mam z nimi regularny kontakt…

– Nie, dziękuję.

– Żyje pani w błędzie. Ale gdy wysłucha pani przesłania kosmitów…

– Nie, dziękuję.

Odwiesiłam słuchawkę.

– Popapraniec a nie posłaniec. – Mamrocząc, wróciłam do sypialni tylko po to, by uchylone okno otworzyć na całą szerokość.

Niebo zasłaniały szare chmury, ale przynajmniej deszcz nie padał, jak prawie każdego dnia we wrześniu. Dziś jest trzeci października, czyli od trzech dni mam nową kierowniczkę – Julię Kysz – przypomniałam sobie i od razu wpadłam w złość, bo Julia nie przyszła w sobotę do apteki, a przecież w piątek obiecała mnie i Broni, że w sobotę zaprosi nas po pracy do restauracji na obiad. I nawet do mnie nie zadzwoniła, mimo że nasza znajomość zaczęła się dawno temu. Co prawda nie spotykałyśmy się przez te wszystkie lata, ale miejsce i czas naszego poznania obie zapamiętałyśmy: przedział w pociągu z Sieradza do Wrocławia, koniec lipca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku. Miałam wtedy piętnaście lat, Julia dwadzieścia. Pamiętam, że gdy pociąg wjechał na wrocławski peron, wytknęłam jej, że jest ze wsi i podkreśliłam, że ja pochodzę z miasta. Nie zrobiłabym tego, gdyby nie zastrzegła, że po wyjściu z pociągu nie możemy iść razem, ponieważ pudełko przewiązane sznurkiem, które miałam ze sobą, zdradzi, że przyjechałam ze wsi. Ja? Urodzona we Wrocławiu? No właśnie. Nie mogłam zareagować milczeniem. Tyle że po tej mojej reakcji Julia zamilkła. Na czterdzieści lat.

A teraz jest moją kierowniczką i w dodatku wygląda tak samo atrakcyjnie jak przed laty, mimo blizny na twarzy.

Szlag, zaklęłam, wychodząc z sypialni, by po chwili rozsiąść się na krześle w kuchni.

– Życie nie jest sprawiedliwe – mamrotałam, pstrykając zapalniczką kilka razy, zanim udało mi się zapalić papierosa. Ja mam figurę kaszalota, Julia – modelki. Ja jestem mężatką, od której mąż uciekł do Kraju Wschodzącego Słońca, Julia jest w związku z kobietą, która od niej nie uciekła, ale na pewno tylko dlatego, że to wolny związek. No co? Muszę tak myśleć i sobie to powtarzać, żeby zagłuszyć sumienie, bo uparcie jak sufler mi podpowiada: „Mąż od ciebie uciekł przez twój charakter. Mąż od ciebie uciekł przez twój charakter…”.

– Przecież nie z nadmiaru szczęścia! – wrzasnęłam, znowu zapominając, że za ścianą mam sąsiadkę zazdrośnicę.

– Z braku! Z braku! – rozległ się kraczący głos zazdrośnicy.

– Star… – zaczęłam, ale umilkłam. Już kiedyś odkrzyknęła: „Nie musisz mi się przedstawiać!” na moje: „Stara wariatka!”.

– Staraj się, staraj! – zarechotała.

Ze złości przywaliłam tłuczkiem w ścianę.

– W łeb się stuknij!

Już miałam ponownie walnąć, gdy nagle w przedpokoju rozległo się: brim, brim, brim. Wrzuciłam tłuczek do szuflady i poszłam sprawdzić, kto dzwoni. Jeśli to Julia – nie odbiorę. Powinna była zadzwonić wczoraj.

– Cześć, Julia – zaszczebiotałam, przeklinając się za brak stanowczości. To moja szefowa, zaczęłam się tłumaczyć sama przed sobą; nie bezpośrednia, jednak szefowa. Muszę być dla niej miła tym bardziej, że chcę wziąć bezpłatny urlop na wyjazd do Japonii. Julia jeszcze nie wie, że mam w planach wizytę u Radka. Bałam się, że jeśli jej powiem, usłyszę, że nie po to zdobyła jego adres, żeby stracić pracownicę na kilka miesięcy. Przecież nie polecę na tydzień ani na dwa.

– Ewelina, słychać radość w twoim głosie. Niech zgadnę, Radek odpisał na list?

– Jaki list?

– Nie wysłałaś listu do męża?

– Nawet nie napisałam.

– Aha. Czyli niepotrzebnie zawracałam głowę moim znajomym, żeby ustalili adres…

– Potrzebnie, potrzebnie – zapewniłam, chyba zbyt gorliwie, bo Julia zapytała:

– Masz zamiar lecieć do Tokio?!

Szlag.

– Ja? Nieee…

– Ewelina, wiem, kiedy i po co człowiek zaczyna kłamać.

– Naprawdę? – Udałam zdziwienie. – To znaczy, że zapraszając mnie i Bronię w sobotę na obiad do restauracji, już wiedziałaś, że kłamiesz?

– Jeśli tak się zachowywałaś w swoim małżeństwie, to się nie dziwię, że Radek ucie… wyjechał bez pożegnania.

Ale mi dowaliła.

– Ewelina? Jesteś tam?

Spadaj. Bronia miała rację, nazywając cię wydrą.

– To dobry pomysł ten wyjazd do Tokio. Tylko uprzedź mnie, w jakim terminie chciałabyś wziąć urlop. Ewelina?

– Jestem. Zastanawiam się nad tym.

– Dam ci radę: nim ustalisz termin, napisz list do Radka.

O, na pewno nie! Żadnego uprzedzania o moim przyjeździe.

– Możesz go nie wysyłać. Ale napisz.

– Po co mam sobie robić problem? Zobaczę się z Radusiem i wtedy wszystko mu wytłumaczę.

Albo mi się zdawało, albo naprawdę po „Radusiu” Julia parsknęła.

– Na twoim miejscu nie byłabym taka pewna, że dasz radę wyjaśnić mu wszystko w cztery oczy. Jeśli napisanie listu jest dla ciebie problemem…

– Może i nie problemem, ale napisanego słowa nie da się cofnąć. A w rozmowie, gdy ci nerwy puszczą, zawsze możesz szybko powiedzieć, że się przejęzyczyłaś.

Usłyszałam głośny śmiech Julii.

– „Nic tak nie plami kobiety jak atrament” – odparła, podkreślając, że to cytat z powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza.

– Wiem – skłamałam.

– Ale co? Czyj to cytat? Czy że nic tak nie plami kobiety jak atrament?

– Jedno i drugie.

To drugie nie było kłamstwem. Pamiętam do dzisiaj, jak wiele listów napisałam do Radka, nie zawsze mądrych. A potem, już po ślubie, kiedy zamieszkaliśmy u mojej mamy – na szczęście dla niej i dla nas tylko na dwa lata – spaliłam je wszystkie, a Radkowi powiedziałam, że jeśli ich nie ma w pudełku z napisem „Skarby rodzinne”, to oznacza, że przepadły podczas przeprowadzki. Zniszczyłam je, żeby mi nie cytował, gdy zaczniemy się kłócić, moich przyrzeczeń, że między nami NIGDY nie będzie „cichych dni”. Patrząc wtedy na małżeństwo moich rodziców, a raczej na to, co z niego zostało, zrozumiałam, że przyrzeczenia złożone przed ślubem nie zawsze są do dotrzymania już po nim.

– A właściwie tak naprawdę dlaczego chcesz lecieć do Tokio? – zapytała Julia.

– Chcę lecieć do mojego męża. Stolica Japonii mnie nie interesuje – dodałam.

– Rozumiem. A gdyby się okazało, że twój Radek wrócił do Polski, ale nie do Wrocławia tylko na wieś, do swoich rodziców, też byś tam pojechała?

– Po co? – zapytałam szybciej, niż pomyślałam, że Julia testuje moje uczucia do Radka.

– Na to pytanie sama sobie odpowiedz.

Tak mnie zezłościła, że kilka razy łapałam powietrze, nim się odezwałam.

– Za kogo ty się uważasz? Może ja ci przypomnę, że ukończyłaś farmację, a nie psychologię.

– Na farmacji były też zajęcia z psychologii. Ewelina, kończymy ten temat, bo się pokłócimy.

– Nie ja go zaczęłam.

– Masz rację. W sumie zadzwoniłam, żeby cię przeprosić. Wiem, że trudno ci będzie uwierzyć w to, co zaraz usłyszysz, ale sama nie rozumiem, jak to się stało, że naprawdę zapomniałam o tym zaproszeniu na obiad. Po raz pierwszy pamięć mnie zawiodła.

Początki demencji starczej. Och, jak dobrze, że Julia nie widzi teraz mojej miny – wtedy o urlopie mogłabym tylko pomarzyć.

– Ewelina? Dlaczego milczysz?

Bo się rozkoszuję twoim wyznaniem, odparłam w myślach. I już nawet ci nie zazdroszczę atrakcyjnego wyglądu.

– Nie wiesz, co powiedzieć? Domyślam się, że mi współczujesz.

Jeszcze czego! Mam ochotę skakać z radości.

– Ewelina?

– Nie martw się – odpowiedziałam, udając współczujący ton. – Mnie też czasem się zdarza o czymś zapomnieć.

– Dziękuję ci za wyrozumiałość.

– Jesteśmy ludźmi, nie robotami.

Mówiłam na głos, a w myślach dziwiłam się, że potrafię być taką lizuską.

– Zaproszę cię na pożegnalny obiad przed odlotem do Tokio – oznajmiła. – Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku – dodała.

W tym roku? Nieee, nie dam rady. Jest październik, a ja jeszcze nie byłam w biurze LOT-u. Miałam tam pójść miesiąc temu, ale zaczęłam odkładać „na jutro”. I nagle z „jutra” zrobiły się cztery tygodnie. A poza tym, gdy już wiem, że dostanę urlop, czuję się pewniej. I nie zamierzam iść tam ani jutro, ani pojutrze, ani nawet w tym miesiącu. Będę się rozkoszować perspektywą wyjazdu do Tokio i wyobrażać sobie moje spotkanie z Radusiem. Nic na to nie poradzę, że tak mam; na przykład kupię reklamowany krem przeciw zmarszczkom, przeczytam ulotkę, ale nie zacznę od razu go używać, tylko ustawię na półce w łazience i za każdym razem, gdy na niego spojrzę – delektuję się tym, że go mam i wyobrażam sobie, jak pięknie wygładzi moje zmarszczki.

– Ewelina? – Głos Julii wyrwał mnie z zadumy. – Przepraszam, ale muszę kończyć. Widzimy się jutro w pracy. Miłej niedzieli. Pa.

Rozłączyła się, a ja wciąż trzymałam komórkę w ręce, powtarzając „pa, pa, pa”, jak nakręcona, zamiast wrócić do sypialni. Powinnam poukładać książki i porozrzucane albo rozwieszone na drzwiach szafy ubrania, bo sypialnia zaczynała przypominać targowisko.

– Szlag, gdzie ja miałam rozum, gdy wyzywałam Radusia od bałaganiarzy, podkreślając moje zamiłowanie do porządku – mamrotałam, wychodząc z kuchni i chowając komórkę do kieszeni. No tak, ale jeszcze wtedy odkładałam wszystko na swoje miejsce, a teraz jestem sama i zrobiłam się leniwa. A może to nie lenistwo tylko pierwsze objawy starzenia?


Porządkowanie książek i układanie bluzek na półkach w szafie zajęło mi aż dwie godziny. Moje pięćdziesiąt pięć lat to chyba jednak już starość, doszłam do wniosku, sapiąc tak głośno, jakbym odwaliła jakąś ciężką robotę: umycie okien albo podłogi, a przecież nawet jej nie odkurzyłam. Poza tym nasza sypialnia to klitka trochę większa od kuchni; ma sześć metrów kwadratowych, ale już na samą myśl, że miałabym ją odkurzyć – poczułam się zmęczona.

Dlatego siedzę na krześle w kuchni zamiast szurać odkurzaczem w sypialni, palę papierosa i rozmyślam nad charakterem, który odziedziczyłam po prababce Ricie (tak przynajmniej twierdzi moja mama, a jej wnuczka), nad swoim małżeństwem, które, gdyby nie ten charakter, mogłoby być idealne. Nie, nie wpędzam się w poczucie winy, przecież nie wybrałam sobie charakteru babki Rity. To jej geny mnie wybrały, a czy z genami da się wygrać?

Trochę mnie to martwi; wolałabym zmienić charakter jeszcze przed odlotem do Japonii. Szczerze mówiąc, wygląd też. Dieta cud nie pomogła mi pozbyć się wałków tłuszczu w siedem dni, ale są inne diety i inne sposoby. Tyle że długotrwałe. A ja mam naturę bardzo niecierpliwą. Na swoje nieszczęście jestem farmaceutką i wiem, że nie ma magicznej tabletki na schudnięcie. Owszem, istnieją różne suplementy wspomagające odchudzanie, jednak jeśli będę jeść tylko suplementy – prędzej „trupiarka” zawiezie mnie do kostnicy niż samolot do Tokio.

Ale zaraz… dlaczego ja postanowiłam, że muszę schudnąć? Zachciało mi się figury modelki? Przecież Raduś nigdy nie twierdził, że chudziny na wybiegach budzą w nim zachwyt. Wręcz przeciwnie, widząc, że oglądam w telewizji pokaz mody, powiedział, że nie przytuliłby takiego worka kości obciągniętego skórą. No to co mnie napadło, żeby koniecznie się odchudzić? Szlag. Że też człowiek wbije sobie do głowy postanowienie, nim pomyśli nad skutkami. Przecież gdybym schudła, musiałabym sprawić sobie nowe ubrania w mniejszym rozmiarze. A za co kupiłabym bilet do Tokio?

– Jasny szlag – zaklęłam głośno, bo przypomniałam sobie, że kiedyś podsłuchałam, jak Radek tłumaczył naszemu synowi, że żonaty mężczyzna musi mieć swoje pieniądze na czarną godzinę. – A ja co mam?

– Głupoty w głowie! – rozległ się za ścianą głos sąsiadki zazdrośnicy.

Ożeż ty chuda wiedźmo jedna!

Nie wstając, sięgnęłam do szuflady po tłuczek do mięsa i gdy już miałam go w ręce, nagle razem z krzesłem upadłam na kafle. Rumor był taki, jakby zwaliło się wielkie drzewo. Śmiech sąsiadki zagłuszył moje przekleństwa. Jęcząc z bólu, pokuśtykałam do sypialni.

 

Gdybym posłuchała Radusia, kiedy mi tłumaczył, żeby nie kłaść na podłodze w kuchni kafli tylko deski, mój upadek nie byłby aż taki bolesny, myślałam, kładąc się na kołdrze. Pamiętam, jak wyzwałam go od zasranych inżynierów i sama pojechałam kupić kafle. A teraz płacę za ten mój ośli upór, całe ciało tak mnie boli, że nawet nie mogę się ułożyć na boku i muszę leżeć na plecach, od czego kręci mi się w głowie i czuję, że zaraz puszczę pawia.

Przytrzymując się brzegu łóżka, jakoś zdołałam usiąść, jednak w głowie nadal trwało wirowanie. Szlag. Ale się urządziłam.

– Ani leżeć, ani chodzić – jęknęłam, patrząc z przerażeniem, jak prawe kolano zaczyna puchnąć w oczach. Och, gdyby Raduś tu był, zrobiłby mi kompres. I na pewno przy okazji nazwałby mnie jęczygębą, ale kto wie, czy nie podałby mi herbaty albo kawy do łóżka, a nawet czegoś do jedzenia. – Szlag. Że też musiałam odziedziczyć geny po prababce Ricie. Że też człowiek nie ma wpływu na ich wybór – pomostowałam na głos, aż ochrypłam.

Nagle zadzwoniła moja komórka. Na szczęście nie wypadła z kieszeni płaszcza kąpielowego, gdy przewróciłam się razem z krzesłem. Któż to do mnie dzwoni? Igor! Mój synuś kochany, moje oczko w głowie.

– Bonjour, maman.

Ja ci dam „bążur mamą”, Francuzie farbowany.

– Czak, czak, czak. – Z mojego gardła wydobyło się skrzeczenie sroki.

– Maman, es tu la? – zapytał Igor.

Etula? A czy ja wiem, co to znaczy? Poirytowana chrząknęłam głośno i nagle odzyskałam głos:

– Pięć minut jesteś we Francji i już zapomniałeś polskiego?!

– Nie pięć minut, tylko pięć dni. Moja dziewczyna siedzi obok i nie chcę, żeby sobie pomyślała, że dzwonię do innej kobiety.

– Czy to znaczy, że ona jest zazdrosna?

– Tak. Jest o mnie bardzo zazdrosna – dodał zachwyconym głosem.

Ech, ta męska próżność. Ale żeby mój syn był próżny? Przecież on odziedziczył moje geny.

– Podobam się jej koleżankom.

– Uhm. A czy one wszystkie są czar… mają ciemny kolor skóry?

Zamiast odpowiedzi rozległo się głośne westchnięcie.

– Wszystkie? – dopytywałam z nadzieją, że zaprzeczy.

– Jakie to ma znaczenie? Mamo, ja kocham Yvonne. Tak trudno ci to zrozumieć?

Jeszcze dodaj: w twoim wieku – podpowiedziałam ironicznie w myślach, a na głos rzekłam dyplomatycznie: – Krótko się znacie. Czas pokaże czy to miłość, czy…

– À propos czasu – przerwał mi. – Jak długo jeszcze chciałaś mnie okłamywać, że tata pojechał do babci opiekować się nią w chorobie?

Zaniemówiłam. To kłamstwo wymyśliła moja mama i Igor od niej je usłyszał.

– Halo? Mamo? Jesteś tam?

– Jestem.

– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.

No proszę, a jeszcze tak niedawno to ja mówiłam do niego z pretensją w głosie: „Nie odpowiedziałeś na moje pytanie”. Jednak to prawda, że trzeba uważać, co się mówi do dzieci, bo ani się człowiek obejrzy, a usłyszy od nich własne słowa. Jak mocno opóźnione echo.

– Igor, po pierwsze nie ja cię okłamałam. Po drugie obiecałeś mi, że zadzwonisz, gdy tylko samolot wyląduje. Dzwonisz dopiero po tygodniu, żeby się kłócić?

– Ja się nie kłócę. Nie jestem taki kłótliwy jak… – umilkł, a ja wpadłam w złość.

– Jak kto?! No?! Słucham! Kogo miałeś na myśli?!

– Na pewno nie ciebie, mamo, ale po tych twoich krzykach przestaję się dziwić tacie, że wyjechał bez uprzedzenia.

Zatchnęło mnie na chwilę.

– Odezwę się za kilka dni, może do tego czasu przejdzie ci złość.

– Igor – wykrztusiłam i starając się, by mój głos brzmiał łagodnie, powiedziałam: – Nie traktuj mnie jak wroga…

– A ty mnie jak małe dziecko. Mamo, ja mam trzydzieści lat. Rozumiem i widzę więcej, niż ci się wydaje.

Rozłączył się bez „cześć” albo „do usłyszenia”.

No i po radości, że mój synuś kochany, moje oczko w głowie, do mnie zadzwonił, pomyślałam, kładąc komórkę obok siebie na kołdrze.

– Jasny szlag! – krzyknęłam po chwili. Dlaczego ja mam się zamartwiać, że mój syn jest zakochany w czarnoskórej kobiecie? I do tego bardzo o niego zazdrosnej? A niech skosztuje tego miodu, jakim jest zazdrość. Niech zobaczy, jeśli widzi więcej, niż mi się wydaje, do czego może doprowadzić zazdrość tej jego Yvonne! I nie będę go przytulać ani pocieszać, gdy przyjedzie rozżalony do Polski. Niech leci do tatusia! Do Japonii. Tym bardziej, że tatuś ma zamiar tam zostać przez najbliższe dwa lata! I nic go nie obchodzi, że jego żona ma teraz kolano wielkie jak kolano mamuta. Tyle że nieowłosione.

A jednak te dwadzieścia kilogramów nadwagi się przydało, bo gdybym miała figurę modelki, kość w kolanie byłaby złamana, pomyślałam, patrząc z czułością na moje grube uda. Przynajmniej kojarzą się z serdelkami a nie z kościotrupem. Czyli, krótko mówiąc, wyglądają apetycznie. Och, jak ja mogłam siebie nie lubić przez te ostatnie pięć lat? Przecież nie przytyłam w jednym miejscu, na przykład w udach, ale na całym ciele. A to oznacza, że jestem proporcjonalnie zbudowana. Inaczej mówiąc, zgrabna. Zgrabna, inteligentna i ładna, bo urodę również odziedziczyłam po prababce Ricie. Choć z drugiej strony, co mi z tej urody, jeśli mój mąż patrzy teraz na skośnookie kobiety.

Czasem się zastanawiam, czy Radek wiedział, co się ze mną stanie, jeśli nie znajdę tych kartek zapisanych jego charakterem pisma. Przecież musiałabym zawiadomić policję, że mój mąż zaginął. Wyobraziłam sobie, jak tłumaczę policjantom, nie przyznając się, że mąż uciekł ode mnie przez mój charakter, że wszystkiemu jest winna moja nieżyjąca prababka.

A może Radek to wszystko zaplanował? Jasny szlag! Że też wcześniej o tym nie pomyślałam! Mąż znika, a jego żona cierpliwie tłumaczy policji, że nie wie, dlaczego wyszedł z mieszkania i nie wrócił. W końcu poirytowana ciągle tymi samymi pytaniami wybucha złością, której nie potrafi pohamować, a wtedy policjanci odwożą ją do szpitala dla obłąkanych. A jej mąż? Żyje sobie spokojnie w Kraju Kwitnącej Wiśni. O nie! Już ja mu ten spokój odpowiednio zakłócę!

Planowałam sobie zemstę, gdy nagle rozległo się: brim, brim, brim i plan zemsty odpłynął. Spojrzałam na ekran komórki. Moja mama.

– Halo? – miauknęłam żałośnie, bo przed kim jak nie przed własną matką, obecnie szczęśliwą i chyba zakochaną, mogę poudawać cierpiącą kobietę?

– Co się stało?

– Kolano mi spuchło i bardzo mnie boli. Nie mogę chodzić.

– Które?

A czy to ważne?! Jedno z dwóch. Czterech nie mam.

– Prawe. Dokuśtykałam do sypialni, a teraz leżę.

– Możesz poruszać palcami?

Jeszcze jedno pytanie i stracę cierpliwość!

– Mamo, kolano mi spuchło, nie stopa.

– Możesz poruszać palcami? – powtórzyła z uporem.

Poruszyłam.

– Mogę.

– To znaczy, że nie ma pęknięcia. Ani innych poważnych obrażeń.

– Ale jest spuchnięte i boli.

– Gdzie się uderzyłaś?

Koniec cierpliwości.

– W głowę! – wrzasnęłam.

– Gdyby to była prawda, od razu byś zmądrzała.

Szlag. Co mnie podkusiło, żeby przed mamą udawać cierpiącą kobietę. Zaraz się pokłócimy.

– Przyłożyłaś kompres?

Jeden, dwa, trzy, cztery – liczyłam, czekając, aż mama sobie przypomni, że nie mogę chodzić.

– Nie przyłożyłaś? To przyłóż teraz.

Pięć, sześć, siedem…

– Opuchlizna się zmniejszy.

Jeśli dożyję do jej wieku, czy też będę taka…?

– Och, zapomniałam. Przecież mówiłaś, że nie możesz chodzić.

Ufff.

– Poproszę Gwidona, żeby do ciebie pojechał. On jest ratownikiem medycznym.

Jeszcze czego! Sama mu się nie pokaże bez makijażu i eleganckiej fryzury, a mnie ma oglądać rozczochraną i nieumalowaną? Mowy nie ma! Zaraz… coś tu nie gra. Gwidon jest ratownikiem medycznym? Mnie powiedział, że jest ekologiem. Oszust i podrywacz!

– Ach, zapomniałam – odezwała się mama. – Przecież ja nie mam kluczy od waszego mieszkania.

Ja też zapomniałam. Z nerwów. Cholerna menopauza.

– Ewelina, spróbuj stanąć na tej nodze…

– Mamo!

– Przestań się nad sobą rozczulać. Stłuczone kolano to żaden dramat.

– Dla mnie to dramat!

– Za bardzo się skupiasz na sobie. Na świecie jest tak wiele ludzkich cierpień…

– Mamo, po co do mnie zadzwoniłaś?

– Przecież powiedziałam, gdy tylko odebrałaś. Zapraszam cię na obiad.

– Nie mówiłaś.

– Mówiłam.

– Nie mówiłaś!

– Mówiłam!

– Mamo – zaczęłam łagodnie, jak do dziecka – nie mówiłaś.

– Ależ ty jesteś uparta. Pamiętaj, że irracjonalny upór zawsze prowadzi do kłótni.

Od dziś współczuję Gwidonowi. Albo nie, zacznę podziwiać jego cierpliwość. A tak w ogóle, co mu się podoba w mojej mamie?

– Będą bitki wołowe…

Przymknęłam powieki, lecz nie po to, by wyobrazić sobie bitki wołowe, tylko żeby usnąć. Odkąd sięgam pamięcią, głos mamy zawsze brzmiał monotonnie. Kiedy w dzieciństwie opowiadała mi bajki, wszystkie postaci mówiły w ten sam jednostajny, nudny sposób, od którego szybko usypiałam. Któregoś wieczoru mama stwierdziła, że widocznie bajki mnie nudzą i zaczęła czytać mi książki. Równie monotonnym głosem. I równie szybko usnęłam…

– Ewelina? Ewelina?

– Słucham – wymamrotałam na wpół śpiąca.

– Myślałam, że usnęłaś. No, to już wszystko wiesz. Nie muszę powtarzać.

– Nie musisz – przytaknęłam.

– To pa.

– Pa, mamo.

No i czy ja jestem kłótliwa? Gdybym była, ta rozmowa trwałaby do wieczora.

Zaraz, a która to godzina? Spojrzałam na ekran komórki. Czternasta trzydzieści?! Szlag. Niedawno była za pięć jedenasta. Od kiedy jestem sama, to znaczy bez Radka, zrobiłam się niezorganizowana. Nawet zapytałam Bronię, czy po rozstaniu z czwartym mężem nie tęskni za tamtym czasem wypełnionym obowiązkami domowymi. Odpowiedziała, że nigdy w życiu nie było jej tak dobrze jak właśnie teraz, i że już żaden chłop nie zamieszka z nią na stałe. Ale ja myślę, że ona kłamie, bo przestała o siebie dbać, ma siwe odrosty, twarz bez śladu makijażu a w oczach smutek zamiast radości. Poza tym przytyła i już nie nosi spódniczek przed kolanko – mimo że jej kolanka nadal są zgrabne.

Inne książki tego autora