SłużącaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Strach tnie głębiej niż miecze

– George R.R. Martin,

Gra o tron

Prolog

Ból pod pachami to pierwsze, co czuję. Wkrótce dochodzi do niego pieczenie na piętach. Powoli rozchylam powieki, widzę skąpany w mroku samochód. Jego ciemny lakier mieni się w bladym świetle księżyca. Tylne drzwi są szeroko otwarte. Z każdą chwilą oddalam się od nich, stopniowo, z krótkimi przestojami. Ktoś ciągnie mnie po wyboistej ścieżce pokrytej kałużami, moje stopy co raz się w nich zanurzają. Czuję wówczas lekką ulgę – zimna woda koi zdrapane pięty – a potem znowu piecze jak diabli. Pełno tu wystających kamieni i patyków. Wydaję z siebie cichy jęk.

– Zabiję cię – słyszę gdzieś nad sobą.

Żałuję, że stęknęłam. Mogłam nie dawać po sobie poznać, że się obudziłam. Teraz już wie, że jestem przytomna. Zachowa większą czujność.

To „Zabiję cię” sprawiło, że mój umysł zaczął trzeźwieć. Przez moment bowiem był zawieszony w próżni, jakby istniała tylko teraźniejszość, a to, co doprowadziło nas do tego punktu, nie istniało. Teraz jednak do mojej głowy wdziera się ponura fala wspomnień tak mrocznych, że całe moje ciało się usztywnia. Po łydkach biegnie dziwny prąd. Choć nic nie robię, nogi stawiają większy opór.

Klnie pod nosem i silniej zaciska dłonie na moich pachach.

Szarpie tak mocno, że znowu muszę stęknąć, rozpaczliwie, bezradnie. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, gdzie jesteśmy. W ich ogrodzie.

Mokre liście krzewów szeleszczą, ocierając się o moje nienaturalnie wygięte ręce. Czuję zapach deszczu wymieszany z wonią drogich perfum. Dobrze je znam.

Co mogę zrobić, żeby się uratować? Rozpaczliwie szukam odpowiedzi na to pytanie, jednak umysł działa mi wolniej. Myśli wydają się rozsypane, nie jestem w stanie ich pozbierać, należycie ocenić swojego położenia. Migawki wspomnień piętrzą się w mojej głowie, nachodzą na siebie bez ładu i składu. Widzę jej oprawiony czerwienią uśmiech, jego przyjazne spojrzenia, trze dłonią o spodnie, potem podaje mi rękę na powitanie. Czuję ciepłe pocałunki na szyi i nagle zapadam się stopą w głębokiej kałuży. Coś ostrego wbija mi się w piętę. Tym razem nie jęczę z bólu, tylko zaciskam zęby.

Twarz mam wciąż odrętwiałą, z pewnością nie panuję nad nią w pełni. Szyja piecze. Wracam pamięcią do cienkiej, niebieskiej linii między widełkami paralizatora, którym mnie poraził. To moje ostatnie wspomnienie sprzed tej potwornej chwili, w której jestem ciągnięta między zaroślami niczym upolowane zwierzę.

Nagle mnie puszcza. Opadam na zimną, mokrą ziemię pokrytą gęstą trawą. Jej źdźbła drażnią moją twarz, wsuwają się do nosa. Zaraz nastanie koniec. Myślę o niej. O tym, jak wyglądała, kiedy znalazłam ją niedaleko stąd, i pierwszy raz w życiu czuję z nią więź, gruntowną i niepodważalną. Łączą nas pragnienie życia i lęk przed śmiercią. Rośnie we mnie niewytłumaczalna pewność, że tuż przed swoim końcem czuła dokładnie to samo.

Nachyla się nade mną i ciężko wzdycha, a raczej sapie, dając upust zmęczeniu. Czuję, że zaraz to się stanie. Zniknę w czarnej otchłani. Wkrótce ktoś mnie odnajdzie. Policyjne psy będą szczekać nad małym nasypem ziemi, bo tym razem zachowa ostrożność i zakopie ciało.

Dałabym wiele, żeby móc cofnąć czas do dnia, w którym pierwszy raz przestąpiłam próg tego pięknego domu. To właśnie wtedy wznieciłam falę zmian w swoim życiu, która przywiodła mnie do tego cuchnącego śmiercią ogrodu.

1

Skrzydła bramy wjazdowej rozchylają się, zanim zdążę nacisnąć guzik w domofonie. Zasuwam szybę i powoli wjeżdżam do dużej posiadłości otoczonej starymi drzewami, różnej wielkości krzewami i bylinami. Ogród wydaje się pogrążony w chaosie, jakbym wjechała do opuszczonego parku. Jadę prostą asfaltową drogą, wzdłuż której ciągną się małe, kuliste lampki, większe, mniejsze, położone w różnej odległości od siebie. Moim oczom stopniowo ukazuje się dom, który do tej pory oglądałam tylko z oddali. Wcześniej pracowałam w posiadłości obok.

„To jeden z najładniejszych budynków, jakie widziałam” – myślę, gdy wysiadam z samochodu pod piękną willą z jasnobłękitną elewacją i dachem pokrytym granatową karpiówką. Jak mówił pan Antoni, budynek ma około dwudziestu lat, ale jest stylizowany na dużo starszy. Kojarzy mi się ze stylem wiktoriańskim. Wszystkie okna otacza biała sztukateria, florystyczne wzory ozdabiają drzwi. Wygląda tak, jakby ktoś wyrwał go z San Francisco i postawił tutaj, w Oławie, przy ulicy Rodzynkowej 5.

Zostawiam auto na dużym podjeździe i ruszam po ścieżce z kostki brukowej na werandę wyłożoną kaflami drewnopodobnymi. Gdy tylko tam wchodzę, od razu zauważam kurz na prostokątnej szybie w drzwiach wejściowych. Wypełnia ją lustro weneckie, które przez zabrudzenie nie jest tak efektowne jak powinno. Moje odbicie jest niewyraźne, jakbym stała we mgle. Na szarej wycieraczce dostrzegam ciemny ślad męskiego buta. Zawsze zwracam uwagę na tego typu szczegóły. Sygnalizują, że czeka mnie sporo pracy. Że dom będzie zaniedbany w środku.

Wcześniej zajmowałam się domem ich sąsiada, pana Antoniego. Niestety wyjechał na stałe do Stanów Zjednoczonych, do córki, a dom wystawił na sprzedaż. Kupili go starsi ludzie, którzy sami dbają o porządek, w związku z czym straciłam pracę. Przed wyjazdem jednak zdążył mnie polecić Borewskim, właścicielom owej posiadłości. Maria Borewska opowiadała przez telefon, że pan Antoni wychwalał mnie pod niebiosa słowami, że nikt nie sprząta tak dobrze jak ja. Szczerze mówiąc, nie lubię wyrazu „sprząta” – wolę „dba o porządek”, „dba o dom”. Takie określenia dużo lepiej oddają to, czym się zajmuję, kim jestem.

Od małego lubię czystość, ład, porządek. Dbam o swoje ciało, umysł i przestrzeń, w której żyję. Gdy byłam młodsza, myślałam, że to normalne dla każdego człowieka, szybko jednak odkryłam, że odbiegam ze swoimi skłonnościami od rówieśników. Mama zawsze mnie chwaliła za to, że „nie robię bałaganu” tak jak moja starsza siostra, a ja nie do końca to rozumiałam. Dla mnie utrzymywanie czystości było tak naturalne jak jedzenie czy oddychanie. Wystarczy odkładać rzeczy na miejsce.

Już w ogólniaku, ku rozpaczy mamy, postanowiłam, że nie pójdę na studia jak moja siostra, Gośka. Ona ukończyła z wyróżnieniem SGH w Warszawie i wyjechała do Stanów na staż, teraz ma tam świetną pracę w jakiejś korporacji zajmującej się komunikacją światłowodową. A ja? Ja postanowiłam, że założę firmę dbającą o ład i porządek w domach i mieszkaniach. Przydam się na coś ludziom, od zawsze wiedziałam, że do tego zostałam stworzona. Porządkowanie przestrzeni sprawia mi przyjemność. Chcę się w tym wyspecjalizować. Na razie pracuję na czarno, żeby rozeznać się na rynku, ale planuję niebawem wyrobić NIP i REGON.

Pełna nadziei na zdobycie nowych klientów naciskam dzwonek obok przykurzonych drzwi. Po przeciągłym „ding-dong” słyszę stłumiony stukot butów. Po chwili otwiera mi brunetka w koku. Jej twarz wydaje się jakby przezroczysta, mocno nakremowana i nienaturalnie naciągnięta. Sztuczne rzęsy przypominają skrzydła czarnych motyli, są bardzo długie. Jestem pewna, że spotykamy się po raz pierwszy. Przed przybyciem do ich domu zastanawiałam się, jak wygląda Maria Borewska. Choć zajmowałam się domem jej sąsiada przez pół roku, nigdy wcześniej jej nie widziałam. Ani w ogrodzie, ani przed domem, przy garażu. Z Mikołajem Borewskim byłam na „dzień dobry”, a z ich synem – na niewyraźne „cześć”, ale jej nigdy nigdzie nie dostrzegłam. Zastanawiałam się, czy mimo wszystko będę ją kojarzyć. Może mignęła mi już kiedyś na osiedlu, może jej twarz będzie dla mnie znajoma. Nie jest. Patrzę na nią pierwszy raz w życiu.

– Dzień dobry – mówię z zachowawczym uśmiechem.

– Dzień dobry – odpowiada z podobnym wyrazem twarzy.

Trudno mi dostrzec wyraźnie jej oczy. Rzęsy przyćmiewają ich górną część, przez co kobieta wygląda na bardzo zmęczoną.

W domu, jak przypuszczałam, panuje nieporządek. Nie jest to bałagan rozumiany w sposób oczywisty, przejawiający się w stertach nieumytych naczyń, porozrzucanych skarpetkach i w połyskujących, lepkich plamach na podłodze. Nie, to nie jest ten rodzaj nieporządku. To bardziej bałagan dyskretny. Tak go zawsze nazywam w myślach. Właśnie z nim mam najczęściej do czynienia w domach, którymi się zajmuję. Brud zbierający się przy listwach podłogowych, koty kurzu wyzierające spod narożnika, okruszki na kuchennym blacie, odciski palców na szafkach.

To nie zmienia faktu, że wystrój jest piękny, przemyślany. Podłoga z białych, błyszczących kafli rozlewa się po całym domu, wyrastają z niej inne pomieszczenia. Jasna kuchnia z przeszklonymi szafkami, ciemny salon, duża, słoneczna jadalnia. Między dwoma wielkimi oknami tarasowymi mieni się biały kominek w stylu angielskim, jego górną część pokrywa jasna cegła z czarną fugą. Elegancja, szyk, brud. Wszystkiego po trochu. Na kominku stoi duża mosiężna figurka przedstawiająca kobietę z przewiązanymi oczami trzymającą w dłoni wagę. To chyba bogini sprawiedliwości, Temida. Od razu myślę, że należy do pana Mikołaja. Jest przecież wpływowym adwokatem. Ma dużą kancelarię we Wrocławiu.

Rozmawiam z Borewską około trzydziestu minut. Przedstawiam jej ofertę i stawkę. Odpowiada, że da mi jeszcze więcej, ale chce, żebym przyłożyła się do swoich zadań. Co jakiś czas dyskretnie zerkam na jej twarz, staram się ocenić, ile może mieć lat. Choć nie dostrzegłam u niej zmarszczek, to jednak zauważyłam miejsca, w których by się pojawiły, gdyby nie ingerencja chirurgiczna – wokół ust i przy oczach widnieją subtelne wgłębienia. Jej napięta skóra przypomina folię, którą otacza się nierówną powierzchnię kruchego ciasta, aby zachować jego świeżość na dłużej. Nie jest zbyt atrakcyjna. Mam wrażenie, że nigdy nie była.

 

Po wszystkich ustaleniach co do miejsc, które mam porządkować, jak i tych, do których absolutnie nie wolno mi wchodzić – gabinet Mikołaja i jeden z pokoi na górze, po lewej stronie – Borewska robi coś dziwnego. Zanim wstaję ze skórzanego narożnika, kładzie dłoń na moim odsłoniętym kolanie.

– Poczekaj. – Uśmiecha się.

Przechodzi mnie dreszcz. Czuję się jak wiele lat wcześniej, gdy będąc małą dziewczynką, kąpałam się w małym zalewie obok Bystrzycy, niedaleko Oławy. Leśna Woda. To tam rodzice mieli domek letniskowy. Po śmierci taty, kilkanaście lat temu, mama chciała go sprzedać, ale namówiłyśmy ją z Gośką, żeby tego nie robiła.

Pewnego razu, gdy spędzałyśmy tam kolejny letni weekend i rozdygotane wyszłyśmy z siostrą z wody, zauważyłam, że do mojego kolana przykleiła się pijawka. Była śliska i zimna. Gośka szybko podbiegła do mnie i próbowała ją zerwać, ale ta trzymała się mocno. Przyssała się do skóry. Siostra w końcu chwyciła za nią mocno, przyssawki się naciągnęły, gdy wreszcie oderwała ją ode mnie.

Dłoń Borewskiej też jest chłodna i lepka tak jak ciało tamtej pijawki. Pragnę się od niej uwolnić.

Z mojego kolana ku pachwinom płyną ciarki. Jej gest na chwilę mnie mrozi. Zerkam na jej dłoń, później przerzucam wzrok na przysłonięte rzęsami oczy.

– Jesteś taka młoda i ładna, Julio – mówi. – Może chciałabyś u nas zamieszkać i zajmować się domem na stałe? Zapłacimy ci jeszcze lepiej.

Jestem oszołomiona dotykiem jej dłoni i wwiercającym się we mnie niewyraźnym spojrzeniem. W końcu przełykam ślinę, odsuwam się pół metra do tyłu. Natychmiast dostrzegam w jej zachowaniu zmianę. Ściąga łopatki, rozgląda się gorączkowo po salonie. To dodaje mi odwagi.

Odpowiadam:

– Mam inne zobowiązania, poza tym nie wyobrażam sobie takiego układu.

– Cóż za asertywność, podziwiam.

Mam wrażenie, że w jej słowach czegoś brakuje. Że coś dopowiada mi tym ciężkim westchnieniem, szerszym uśmiechem odsłaniającym jasne, mokre zęby, ale w tej chwili nie jestem w stanie tego określić. Chyba wolę tego nie robić.

Nagle słyszę chrobotanie zamka. Do domu wchodzi Mikołaj Borewski. Chyba wrócił z pracy, bo dzierży w ręku błyszczącą, brązową teczkę. Dochodzi czwarta trzydzieści po południu.

Atmosfera natychmiast staje się dziwnie ciężka. Maria odchrząkuje i podnosi się z miejsca. Mężczyzna podchodzi do nas wolnym krokiem, posyłając mi półuśmiech. Zatrzymuje się dopiero przy narożniku, całuje żonę w policzek i podaje mi dłoń na powitanie.

– Cześć, Julia – mówi.

– Dzień dobry.

Znamy się z widzenia. Gdy przyjeżdżałam do pana Antoniego, czasem widywałam Mikołaja przed domem. Zwróciłam na niego uwagę, bo dwa razy widziałam, jak chował do bagażnika swojego terenowego samochodu srebrną zbroję, tarcze i miecze w skórzanych pochwach. Pan Antoni wytłumaczył mi, że Borewski należy do bractwa ziemi oławskiej, które w letnie miesiące organizuje walki rycerskie na podmiejskich polach należących do Borewskich. Właściwie jest seniorem tego bractwa, innymi słowy kieruje nim. Jego członkowie jeżdżą na rekonstrukcje ważnych bitew, przykładowo na pola grunwaldzkie, i uczestniczą w spotkaniach, na których biesiadują, rozmawiają o licznych akcjach wspierających propagowanie polskości i uczuć patriotycznych oraz podtrzymywanie tradycji polskich. Zawsze uważałam, że to ciekawe hobby. W jakimś wymiarze mi tym imponował.

W myślach nazywałam go rycerzem.

Na jego szyję pada snop światła, przez co twarz jest jakby zacieniona. Mimo wszystko dostrzegam bystre, błękitne oczy, które zapamiętałam z naszych krótkich pozdrowień, gdy od czasu do czasu natrafiałam na niego przed domem. Zawsze jednak wydawał mi się niższy.

Dopiero teraz mogę lepiej przyjrzeć się jego sylwetce. Koszula w drobną, błękitną kratkę opina muskularne ramiona i płaski brzuch, mocno spięty czarnym paskiem ze złotą klamrą, na której wytłoczono litery „LV”. Jego codzienny ubiór nie wskazuje na tak nietypowe hobby. Siada obok mnie, rozszerzając lekko oczy w akcie niezrozumiałej fascynacji.

– Antek wiele o pani opowiadał. Ponoć nie ma pani sobie równych – mówi.

Maria krzyżuje ręce na piersi. Patrzy to na mnie, to na męża przenikliwym wzrokiem, który w pewnym momencie zaczyna mnie irytować.

Odpowiadam:

– Dziękuję. Polubiłam pana Antoniego, szkoda, że musiał wyjechać.

– Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – odpowiada, wpatrując się we mnie trochę za długo.

Ciemne włosy ma zaczesane gładko do tyłu, gęsta broda jest równo przycięta, podkreśla szeroką żuchwę. Oczy są otoczone siecią płytkich zmarszczek, które kojarzą mi się z życiową ogładą. Może mieć czterdzieści kilka lat. Czuję od niego korzenne perfumy wymieszane z czymś jeszcze. Gośka zawsze mówiła, że niektórzy mężczyźni pachną pieniędzmi. Myślę, że tak właśnie pachnie Mikołaj Borewski.

– Przedstawiłaś Julii jej obowiązki? – zwraca się do żony.

– Tak, wiemy już, co będzie dla nas punktem wyjścia.

Znowu zawoalowane określenia.

„Jaki punkt wyjścia?” – myślę. Przecież omówiłyśmy wszystko.

– Świetnie. A zapytałaś, czy nie chciałaby u nas zamieszkać?

Rzuca mi pytające spojrzenie, uśmiecha się ciepło.

Musieli rozmawiać o tym wcześniej. Nie wiem, czy sama mam mu odpowiedzieć, jaka jest moja decyzja, czy ona to zrobi. W końcu Borewska odpowiada:

– Julia kategorycznie odmówiła.

Mikołaj kiwa głową, układając usta w podkowę. Mam wrażenie, że robi dobrą minę do złej gry. W rzeczywistości głęboko w środku odczuwa zawód, którego stara się nie uzewnętrzniać.

Mam do nich wrócić następnego dnia i rozpocząć porządkowanie o ósmej rano. Pani Maria odprowadza mnie do drzwi. Zanim wychodzę, w wiatrołapie zauważam białe piórko na prawym rękawie jej obcisłego, czarnego swetra.

– Coś tu pani ma – mówię i odruchowo sięgam po nie.

Niestety przywiera do puszystego materiału, więc lekko ciągnę. Udaje mi się je zdjąć, lecz to nie jest już dla mnie istotne. Chowając je do kieszeni, wpatruję się w siną obręcz wokół nadgarstka Marii. Wygląda to na ślad po zaciśniętym na nim sznurze lub kajdankach. Mierzę ją wzrokiem. Dopiero teraz dociera do mnie, że to trochę dziwne, aby w upalny dzień, w środku lata chodzić w czarnych getrach i czarnym swetrze z długimi rękawami. Ja mam na sobie sukienkę na ramiączkach.

Maria nie patrzy na mnie, wydaje się całkowicie skupiona na poprawianiu rękawa. Robi to szybko, nerwowo, parokrotnie przejeżdżając po nim dłonią. Złote bransoletki na lewym nadgarstku cicho dzwonią, odbijając się od siebie.

– Do jutra – mówi, otwierając zamaszyście drzwi.

– Do jutra – odpowiadam, po czym szybkim krokiem opuszczam ich dom.

Jest taka bezbronna i niewinna, kiedy schodzi po schodach z werandy. Sunie szczupłą dłonią po drewnianej poręczy, jasny kucyk związany na czubku głowy podskakuje wesoło. Na ostatnim stopniu odwraca się i spogląda na dom. Przez jej błyszczące oczy przebijają setki myśli, mam wrażenie, że wyczuwa pod skórą zagrożenie, ale nie potrafi jeszcze go prawidłowo zidentyfikować. Coś jej nie pasuje. To coś jednak może być przecież wszystkim. Pewnie tak właśnie to sobie tłumaczy. Zwykłe złudzenie, które pryśnie, gdy zacznie tu przyjeżdżać regularnie. Dostanie dobre pieniądze, dzięki którym będzie mogła spełnić swoje marzenia, zrealizować bliższe i dalsze plany.

Pieniądze w dzisiejszych czasach znaczą tak wiele… Ponoć nie dają szczęścia, ale myślę, że dotyczy to wyłącznie ludzi, którzy już je mają. Biedni ich pragną, bo przecież zawsze chcemy tego, czego nie możemy mieć. Julia na swoje nieszczęście jest biedna, dlatego łatwo wykorzystać jej chęć wzbogacenia się, podpiąć się pod to zgubne dążenie do szczęścia. Czy ona na to pozwoli? Jest ambitna, to widać. Prosta sylwetka, jędrne, zadbane ciało, szkic mięśni na szczupłych ramionach świadczący o tym, że praca fizyczna nie jest jej obca. Ładne imię, jeszcze ładniejsza dziewczyna. Pewnie myśli, że zdobyła posadę marzeń. A ja myślę, że w dzisiejszych czasach trzeba bardzo uważać na to, o czym się marzy.

2

W piątek rano przyjeżdżam do Borewskich równo o siódmej pięćdziesiąt pięć. Brama tym razem jest szeroko otwarta, znowu nie muszę korzystać ze srebrnego domofonu przytwierdzonego do szarego muru. Wchodząc po połyskujących schodach na werandę, wpatruję się w przykurzone lustro w drzwiach. Zastanawiam się, czy zacząć właśnie od niego. Z reguły tereny na zewnątrz zostawiam sobie na koniec, ale tym razem chcę rozpocząć właśnie tutaj. Jakbym się bała środka i chciała dać sobie jeszcze chwilę, żeby oswoić się z ich domem i z nimi…

Naciskam dzwonek. Moich uszu, podobnie jak dzień wcześniej, dochodzi majestatyczne „ding-dong”. Tym razem jednak nikt mi nie otwiera, choć czekam dobrą minutę. Ponownie wciskam biały guzik otoczony złotą ramką. Znowu cisza. Maria mówiła wczoraj, że będzie na mnie czekać. Wyciągam z torebki telefon, wybieram jej numer. Wita mnie komunikat poczty głosowej. Zerkam przez okno, nie zauważam nikogo w widocznej przez nie kuchni ani w salonie, jednak dostrzegam w oddali otwarte drzwi tarasowe. Chwytam za klamkę. Gdy drzwi się otwierają, serce zaczyna łomotać mi w piersi. Z jednej strony nie chcę, żeby ktoś z domowników doszedł do wniosku, że się skradam, ale z drugiej – szkoda mi czasu. Szczytem głupoty byłoby w tej chwili wrócić do domu i za godzinę telefonicznie tłumaczyć się przed Borewską, dlaczego mnie nie ma. Miałam już kiedyś podobną sytuację. Może pani domu nie otwiera z prozaicznego powodu i zaraz wszystko się wyjaśni.

– Pani Mario! – wołam, gdy tylko wchodzę do salonu. – Dzień dobry! – dodaję jeszcze głośniej.

Idę w kierunku otwartych drzwi tarasowych. Poranny świergot ptaków wpływa przez nie do domu. Gruby słoneczny promień oświetla biały stolik kawowy na lwich nogach. Wtem drzwi od jednego z pokoi się otwierają. Wpadam w sidła bystrych niebieskich oczu patrzących na mnie nieufnie.

– Jest w ogrodzie, przestań krzyczeć – mówi młody, szczupły mężczyzna z czarną czupryną.

Od razu kojarzę, że to ich syn. Czasem rzucał mi „cześć”, gdy przyjeżdżałam do pana Antoniego. Dosłownie ciskał we mnie tym słowem, jakby niechętnie. Mimo wszystko zawsze widziałam po nim, że czeka, aż mu odpowiem. Wpatrywał się przy tym we mnie tak jak teraz: wymagająco, wyczekująco. Tym razem jednak się nie wita.

– Dobrze, dziękuję – odpowiadam.

– Proszę.

Zamyka z impetem drzwi. Mam wrażenie, że w czymś mu przeszkodziłam. Spotkanie z nim tak czy inaczej trochę mnie uspokaja. Ktoś z domowników już mnie widział, tym samym moje wejście do ich domu zostało zaakceptowane.

Wychodzę na taras wyłożony dużymi, białymi kaflami kontrastującymi z ciemną drewnianą barierką. Z tej strony budynku ogród nie jest tak wielki jak z przodu, ale i tak robi wrażenie. Z tyłu ciągnie się wysoki na parę metrów żywopłot, po bokach są metalowe siatki odgradzające podwórko od posesji sąsiadów. Nie ma tu dywanu z trawy, ale jest drobny, rudawy żwirek przepasany szerokimi szlakami rabat preriowych. Zauważam też kilka skupisk ozdobnej trawy. Wielobarwne byliny szumią na wietrze, w oddali wąski wodospad rozbija się o skalniak. Słyszałam, że w wyższych sferach coraz modniejsze są ogrody preriowe, ale pierwszy raz widzę taki na własne oczy. Z pewnością projektował go architekt krajobrazu. Nasadzenia stanowią spójną, przyjemną dla oka całość. Od frontu jest inaczej. Więcej zieleni, drzew i krzewów.

Marię dostrzegam dopiero po chwili. Stoi ze szpadlem w dłoni w skupisku ostnic, niedaleko wodospadu. Za nią dostrzegam niewielki kopiec ziemi. Wciąż nieświadoma mojej obecności wbija w niego szpadel, potem przerzuca trochę ziemi w ostnice. Wygląda to tak, jakby chciała je przysypać. Gdy podchodzę bliżej, moim oczom ukazuje się wgłębienie w skupisku ostnic. Najwyraźniej ziemia pod nimi się zapadła. Maria próbuje chyba wyrównać tę długą i dość szeroką wklęsłość.

– Dzień dobry – witam się.

Spogląda na mnie, oddychając przez usta.

– Już jesteś. Straciłam poczucie czasu – mówi, ocierając ręką krople potu perlące się na czole.

Włosy ma złapane klamrą z tyłu, nogi i ręce zasłonięte długimi rękawami i nogawkami.

– Dziś ma być upał, zaraz zacznie się tu patelnia, dlatego pomyślałam, że zajmę się tym skoro świt – wyjaśnia, wskazując głową na zapadlinę. – Wczoraj wieczorem osunęła się tu ziemia. Nie sądziłam, że to w ogóle jest możliwe, a jednak.

 

Chyba rozpiera ją potrzeba wytłumaczenia się przede mną z tego, co robi. Wydaje się spieszyć, chce jak najszybciej uporać się z nowym problemem. Teraz, gdy stoję obok niej, mogę lepiej przyjrzeć się tej wklęsłości. Ma jakieś dwa metry długości i metr szerokości. Jej kształt jest dziwnie określony, jakby przykrywała coś prostokątnego.

Przełykam ślinę.

– Tam jest coś zakopane? – pytam.

– Gdzie?

– Tutaj. – Wskazuję dłonią na wnękę.

– Tak.

Znowu wbija łopatę w kopiec i zrzuca kolejną porcję ziemi na zapadlinę.

– Co takiego? – drążę, czując coraz większy niepokój.

– Suka – odpowiada wreszcie cicho.

– Proszę?

– Nasz pies, Kola, zdechła dziesięć lat temu. Zakopałam ją tutaj, w ogrodzie. Zawsze go lubiła.

– Rozumiem.

– Julio, wracaj do domu – mówi z nutą zniecierpliwienia w głosie. – Ja się tym zajmę.

– Dobrze. – Odruchowo robię krok do tyłu.

Spoglądam jeszcze raz na pryzmę ziemi i dochodzę do wniosku, że na pewno jej nie starczy na to wgłębienie. Jest zbyt duże, przypomina zapadnięty grób, ale nie psa… prędzej człowieka. Szybko odrzucam od siebie tę irracjonalną myśl.

Wracam do domu lekko oszołomiona spotkaniem z Marią w ogrodzie. Gdy poznałam ją wczoraj, nie wyglądała na kobietę, która ima się tego typu zajęć. Kopanie łopatą w ogrodzie? Gdy rozmawiałyśmy o moich obowiązkach, stwierdziła z odrazą wymalowaną na twarzy, że będę też odpowiedzialna za plewienie w skrzyniach z warzywami przed domem. Nie chciała plewić, ale kopać w ziemi może? Jej pośpiech był wręcz nienaturalny. Mam wrażenie, że zabrała się do tego tak wcześnie, żeby jak najszybciej mieć to za sobą.

Idę do samochodu, otwieram bagażnik i wyciągam z niego odkurzacz, detergenty, myjki do szyb.

– Pomóc ci? – słyszę nagle znajomy głos gdzieś za sobą.

Odwracam się. Na werandzie stoi syn Borewskich oparty o biały filar. Ręce ma w kieszeniach. Jego głęboko osadzone oczy patrzą na mnie uważnie.

– Nie trzeba.

Wyciąga ręce z kieszeni, schodzi po schodach. Bez słowa podnosi odkurzacz.

– Naprawdę, nie rób sobie kłopotu – mówię.

– Daj spokój, to jest ciężkie – odpowiada, wchodząc ze sprzętem po granitowych stopniach.

Ma na sobie czarną bokserkę, jeansy wiszą mu na biodrach. Jego ciało jest szczupłe, ale dobrze wyrzeźbione. Na prawym przedramieniu odznacza się ciemny tatuaż przedstawiający smoka. Wygląda na młodszego ode mnie o parę lat. Wczoraj, gdy odbywałam rozmowę z Borewską, drzwi do jego pokoju były uchylone. Na biurku zauważyłam sterty książek. Pomyślałam, że przygotowuje się do matur, które mają się rozpocząć za parę dni.

Podążam za nim, modląc się w duchu, żeby nie upuścił mojego drogiego odkurzacza. Trzyma go jednak pewnie, jakby nie stanowił dla niego żadnego ciężaru. Ostrożnie stawia go na podłodze przed kuchnią, potem spogląda na mnie spod byka i nie odpowiadając na moje „dziękuję”, wraca do swojego pokoju.

Porządkowanie rozpoczynam od szyby w drzwiach wejściowych. Nie daje mi spokoju od wczoraj. Myję całe drzwi, chyba nikt tego nie robił od lat, potem wracam do domu i zabieram się za kuchnię. Pod zlewem mieści się małe centrum sortowania odpadów. Śmierdzi tam gorzej niż na kompostowniku. Śmieci nie są należycie posegregowane. Widać to na pierwszy rzut oka. W pojemniku na plastiki kłębią się ściemniałe skórki jabłek, z kosza na odpady organiczne wystaje błyszczące opakowanie po chipsach paprykowych. Gdy podnoszę worek ze szkłem, okazuje się, że od spodu jest cały mokry, co więcej – odkrywam pod nim skupisko małych, żółtych robaków.

– Co za bałagan – szepczę, ściągając czerwoną taśmę u góry.

– Wiem, dawno tu nikt nie sprzątał.

Odwracam się. Młody Borewski opiera się tyłem o blat kuchennej wyspy. W dłoni trzyma kubek. Zdaje się, że przyglądał mi się od jakiegoś czasu.

– Przepraszam – reflektuję się – z reguły…

– Jesteś sama w domu, gdy sprzątasz – kończy za mnie i lekko się uśmiecha.

W istocie to chyba chciałam powiedzieć. Teraz jednak płonę z zażenowania. Nie powinnam była komentować nieporządku w domu gospodarzy. To oczywiste, zrozumiałe.

– Maria nie sprząta, ojciec też nie. Ja trochę ogarniałem – tłumaczy, drapiąc się w skroń. – Ale nie umiem tego robić zbyt dobrze.

– Nikt do was nie przychodził? To wielki dom, wymaga profesjonalnej obsługi – odpowiadam.

– Wiele lat temu mieszkała z nami gosposia. Była świetna, ale zniknęła.

– Co to znaczy „zniknęła”? – Uśmiecham się, patrząc, jak jego oczy dziwnie mętnieją.

– Pewnego dnia po prostu odeszła. – Wzrusza ramionami. – Chyba miała dość.

– Czego?

– Nieporządku – odpowiada powoli.

W tej samej chwili do domu wchodzi Borewska. Ma zarumienioną twarz, pasma włosów kleją jej się do policzków i czoła.

– Kacper, będziesz musiał mi pomóc. Sama nie dam rady – zwraca się do syna.

Dopiero wtedy poznaję imię młodego Borewskiego.

– Nie mam czasu – odpowiada chłopak oschle.

W jego głosie pobrzmiewa pogarda. Szybko wracam do porządkowania, nie chcąc uczestniczyć w ich starciu.

– Jak zawsze nie masz czasu. Prawda jest taka, że marnujesz go na głupoty – cedzi Maria przez zęby, po czym podchodzi do czarnego zlewu i zrzuca do niego żółte rękawiczki oblepione ziemią i kawałkami trawy.

– Po co chciałaś dla niej taki wielki grób? Pamiętam, to było bez sensu – odpowiada Kacper.

Dłonie nagle zaczynają mi się trząść. Przez ramiona przebiega dreszcz. Chyba reaguję tak na posępny ton Kacpra. Przez jego głos przebija smutek, może żal do matki, jakby zrobiła kiedyś coś wbrew jego woli.

– Wchodzisz i wychodzisz z tego domu, kiedy chcesz. Mieszkasz tu i nie mieszkasz. I mądrzysz się w kółko, jakbyś wszystkie rozumy pozjadał – odpowiada Maria.

– Daj mi spokój, kobieto – mówi chłopak, po czym z kubkiem w dłoni odchodzi w kierunku swojego pokoju.

Borewska włącza wodę i zaczyna starannie myć ręce. Chyba chce się czymś szybko zająć, znaleźć pretekst, żeby już nic mu nie odpowiadać.

Ja tymczasem koncentruję się na pracy. Próbuję odpłynąć myślami od ich rozmowy. Zdarzało mi się już być świadkiem tego typu starć. Najlepiej w takich chwilach udawać nieobecną.

Tego dnia spędzam u nich dwanaście godzin, a i tak nie udaje mi się uporządkować wszystkiego. Pierwszy raz nie wyrabiam się z obowiązkami w jednym dniu.

Dom Borewskich usłany jest niespodziankami podobnymi do tych, które znalazłam w pojemnikach do segregacji. Wrodzona dbałość o porządek i harmonię nie pozwala mi potraktować ich po macoszemu. Aby ściągnąć pajęczyny z kątów pod wysokim sufitem w salonie, muszę wspinać się po drabinie, którą przynosi mi Kacper. Potem upiera się, że będzie mnie asekurował. Wyłania się ze swojego pokoju zawsze wtedy, gdy go potrzebuję, jakby mnie podglądał i czekał na moment, w którym może mi pomóc. Chyba jednak ma czas. Odnoszę wrażenie, że żałuje go jedynie swojej matce.

Na ścianie obok drzwi wejściowych jest duża plastikowa skrzynka, oblepiona czymś tłustym. Maria mówi, że to alarm, którego od lat nie używają. Przecieram go ostrożnie.

Kobieta jest zachwycona moją dokładnością. Gdy informuję ją wieczorem, że nie zdążyłam zrobić porządku w części pomieszczeń, z uśmiechem na twarzy stwierdza, że mogę zająć się nimi nazajutrz, czyli w sobotę. Mówi, że zapłaci ekstra. Nie widząc innego wyjścia, zgadzam się. W przeciwieństwie do niej nie jestem zadowolona z efektów swojej pracy. Mam wyrzuty sumienia, że się nie wyrobiłam. Zostawiam zatem wszystkie sprzęty u nich i postanawiam wrócić tam na drugi dzień rano.