Kapłanki czy kury?Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Małgorzata Terlikowska:
skandalistka

– Cisza to największy luksus – mówi Małgorzata. Spogląda w okno i widzi Magdę z maleńką Alą w wózku. Dziewczynka jest starsza od Uli o dwa miesiące, więc może kiedyś się zaprzyjaźnią. Na razie półtoramiesięczna Ula śpi w foteliku. – Wszystkie nasze dzieci są bardzo spokojne i może dlatego my tak spokojnie podchodzimy do kolejnych ciąż – mówi Małgosia i zerka na podwórko. Dzięki temu, że mieszka na parterze, może czuć się tak, jakby patrzyła na ryneczek niewielkiego miasteczka, pragnąc zorientować się, co porabiają zaprzyjaźnieni mieszkańcy. Zabiera się do gotowania obiadu. Codzienność. Normalność. Dlaczego więc jej zwyczajne życie, podobne do życia milionów kobiet, wzbudziło aż takie emocje?

Ten dzień jest nietypowy, bo do szkoły poszła tylko najstarsza, jedenastoletnia Marysia. Zosia nie poszła do szkoły, a Mikołaj do przedszkola, bo są przeziębieni. – Wczoraj byli bardzo „niewyraźni”, dziś nastąpiło cudowne ozdrowienie – mówi ich mama. W domu został też Jaś, do przedszkola pomaszeruje dopiero po wakacjach. Bawi się z nimi Dorotka, studentka chemii na Politechnice Warszawskiej. Od czterech lat przychodzi pomagać i jest jak członek rodziny. Świetnie dogaduje się z dziećmi, a przeszła i próbę ogniową, gdy została kiedyś zupełnie sama z czworgiem dzieci, w tym z dziewięciomiesięcznym Jasiem, kiedy ich mama nagle trafiła do szpitala. I dała sobie radę.

W „typowe” dni Małgorzata wstaje między szóstą a szóstą trzydzieści. O siódmej trzydzieści najstarsze dzieci – Marysia i Zosia – wychodzą do szkoły. Odwozi je Tomek albo dziadek. Między ósmą a ósmą trzydzieści do przedszkola idzie czteroipółletni Mikołaj. Zazwyczaj odprowadza go mama. Teraz, kiedy jest malutka Ula, a na dworze śnieg i mróz, pomagają Dorotka, czasem tata Małgosi, sąsiedzi, bo to niedaleko, nie trzeba jechać do centrum. Jak wygląda przygotowanie do wyjścia? – W zimie idzie nam wolniej, bo trzeba założyć więcej ubrań, trzeba pilnować, żeby dzieciaki rytmicznie nakładały na siebie kolejne warstwy, żeby niczego nie przeoczyć i niczego nie pomylić. Więc: koszulki, swetry, kurtki, buty. Szaliki, czapki, rękawiczki. Czasami mechanizm się zacina, często z powodu Jasia, który chce mieć dokładnie to samo, co starszy o dwa lata Mikołaj. Gdy Mikołaj ma na sobie sweter, Jaś chce też sweter, a jak polar, to polar i tak w kółko. Pod tym względem pozostałe sezony są znacznie łatwiejsze – przygotowania trwają o wiele krócej. Nie lubię zimy, bo ciągle ktoś jest chory: jak rozchoruje się jeden, to zaraz chorują następni, zaczyna się sztafetka. W zeszłym roku chorowanie dzieci zaczęło się wczesną jesienią, a skończyło dopiero na wiosnę…

Wyjście do przedszkola to także spacer i zakupy. Małgorzata karmi Ulę co dwie–trzy godziny, zawsze „na żądanie”. Potem trzeba „ogarnąć” dom – pozbierać wszystko: klocki, kredki, pluszaki, książki, porzucone ubranka i przygotować obiad. Gotuje cały gar zupy. Krupnik, pomidorową lub rosół. I drugie danie: ziemniaki, warzywa, mięso. Jeżeli Dorotka zajmuje się dziećmi, to Małgosia może spokojnie zrobić pranie i prasowanie, ale ciągle gdzieś drepcze, bo zawsze jest coś do zrobienia. Korzysta z obecności opiekunki i czasem wychodzi na spacer po ciszę. I cieszy się, że mieszkają w miejscu, w którym jest gdzie spacerować, bo niedaleko są skwery i parki, cała okolica jest przyjemna.

Koło południa Dorotka ucieka do domu. Jeśli któreś dziecko jest w domu, Małgorzata bawi się z nim i czyta mu bajki, odbiera Mikołaja z przedszkola. Koło wpół do trzeciej Tomasz wraca z redakcji, przywozi dziewczynki ze szkoły. Siadają do obiadu, po czym dzieci szkolne odrabiają lekcje. Po obiedzie ojciec zamyka się w swoim pokoju i prosi o spokój. Jako dziennikarz radiowy pracował w wielodźwiękowym newsroomie, więc potrafi się wyizolować nawet w zgiełku, ale to naturalne, że woli ciszę. Ciszę, ten luksus…

– Ale nawet gdy na moment przysiądę, zaraz mnie obsiadają. Trzeba wziąć na kolana, przytulić, pogłaskać, pocieszyć, bajkę poczytać, zaradzić poważnym problemom. Zdarza się, że jedną ręką trzymam Ulę przy piersi, a drugą trzymam łyżeczkę i karmię Jaśka.

I ani się obejrzy, robi się szósta, czyli sygnał do uprzątnięcia zabawek, godzinę później jest kąpiel, a to „działka” Tomasza. Do dziewiątej najstarsza, Marysia, czyta sobie książki, odmawia brewiarz z tatą, czyli hymn i trzy psalmy. Młodsze dzieci zasypiają wcześniej. I przychodzi cisza nocna, choć często właśnie wtedy budzi się Ulka i patrzy w skupieniu tymi swoimi oczami. – O tej porze jestem już nieżywa – wyznaje Małgorzata. A przecież właśnie jest to pora, gdy może porozmawiać z mężem, gdy wreszcie mają czas dla siebie, pobyć tylko we dwoje.

– Ale nie tylko ja jestem zapracowana i zmęczona – zastrzega Małgorzata i zaczyna wyliczać, co robi Tomasz, gdy nie ma go w domu. Jej mąż, doktor filozofii, jest na etacie adiunkta w Wyższej Szkole Informatyki, Zarządzania i Administracji, gdzie wykłada dziennikarstwo. Jest redaktorem naczelnym portalu Fronda.pl, prowadzi programy w TV Republika, co tydzień pisze teksty do „Gazety Polskiej”, „Do Rzeczy”, „Przewodnika Katolickiego”, „Rzeczpospolitej”. Pisze też książki, w sumie jest autorem kilkudziesięciu pozycji. A poza tym w całej Polsce prowadzi wykłady, warsztaty, bierze udział w dyskusjach, konferencjach, sesjach, festiwalach lub rekolekcjach. Jest także zapraszany do mediów, do radia i telewizji, jeśli dzieją się ważne sprawy związane z Kościołem, a redaktorzy chcą koniecznie mieć w studio „katolickiego taliba”. Tak przezwali go internauci, ale też dziennikarze mediów głównego nurtu. Dlatego, że zdecydowanie broni on katolickiej ortodoksji, jest fundamentalistą, katotalibem, „kontrowersyjnym publicystą”. W domu ów fundamentalista ma stałe obowiązki – kąpie dzieci, odwozi i przywozi dziewczynki do i ze szkoły, raz w tygodniu robi wielkie zakupy. Czyta dzieciom książki, opowiada im coś, bawi się i rozmawia z nimi. Jest dość pracy dla dwojga.

* * *

Czy tak to sobie wyobrażała? Wychowała się w Zielonce, w bloku stojącym tuż pod lasem. Obydwoje rodzice musieli pracować, bo pensja ojca nie wystarczyłaby na utrzymanie rodziny. Po lekcjach Małgosia wracała do pustego domu. Tam czekały na nią kanapki przykryte talerzem i herbata w termosie. Nie lubiła tego pustego domu. Gorący posiłek wszyscy jedli wieczorem, właściwie w porze kolacji, gdy mama wracała z pracy i go ugotowała. Typowe dzieciństwo „z kluczem na szyi”.

Całe jedenaście lat była jedynaczką. – Gdy brat się urodził, wylałam morze łez – przyznaje. Po tak długim „królowaniu” detronizacja była dotkliwa, gdy uwaga rodziców skupiła się na młodszym dziecku. Ale potem wszystko radykalnie się zmieniło. Była na pierwszym roku studiów, a jej brat w drugiej klasie podstawówki, gdy zmarła ich mama.

W życie rodzinne bardzo zaangażowała się babcia, mama mamy, która gotowała, prowadziła dom i koniecznie chciała wynagrodzić wnukom brak matki. Małgorzata natomiast zaopiekowała się bratem, sprawdzała, czy odrabia lekcje, co porabia, czy robi postępy w nauce, chodziła na wywiadówki. Ze starszej, zazdrosnej siostry, przemieniła się trochę w jego mamę.

Tata po pięciu latach wdowieństwa ożenił się z wdową, która też miała dzieci z pierwszego małżeństwa. Bardzo pokochali Elę, dzięki której dom znowu był kompletny. A nowa mama była bardzo taktowna, nie dzieliła dzieci na „moje” i „twoje”, wszyscy wspólnie obchodzili święta, wróciło ciepło… Ciepło, które mają w sobie wyłącznie kobiety. I po kilku latach nowego, szczęśliwego życia Ela też zmarła. I też na raka. A na końcu zmarła babcia.

* * *

Chodziła do podstawówki w Zielonce. Do liceum dojeżdżała na Pragę, na Szmulki. Szkoła znajduje się tuż przy bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa księży salezjanów, oni uczyli Małgorzatę religii – bardzo wciągnęły ją te lekcje.

Gdy była w drugiej klasie, jej wychowawczyni i nauczycielka matematyki, Regina Pruszyńska, zaproponowała jej wyjazd na Europejskie Spotkanie Młodych, które organizuje Wspólnota z Taizé. Co roku po świętach Bożego Narodzenia spotkania odbywają się pod innym hasłem w dużych miastach Europy i brat Roger, który założył tę wspólnotę i wymyślił Spotkania Młodych, wybierał jakieś słowa z Pisma Świętego i bardzo mu zależało na tym, żeby młodzi się w to włączyli i „pielgrzymowali przez ziemię”. Był przełom 1992 i 1993 roku i tym razem przyszła kolej na Wiedeń. Dzięki temu dziewczyna z Zielonki spotkała dwa lata starszego od siebie chłopaka z warszawskiej Woli. Poznali się w Sylwestra. Ich znajomość trwa już ponad dwadzieścia dwa lata… Siedzieli obok siebie w autokarze i rozmawiali, rozmawiali, rozmawiali. – Spacerowaliśmy nad Dunajem i uznaliśmy, że wcale nie jest modry, tylko zielony – opowiada Małgosia. I byli już właściwie parą… Nierozłączną. – Nie miałam wątpliwości, że to właśnie ten jedyny…

Dopiero później powiedział jej, że przed wyjazdem do Wiednia postawił Panu Bogu ultimatum. Powiedział Mu: „Panie Boże, albo sprawisz, że poznam moją przyszłą żonę, albo pójdę do pijarów”. Dwaj kuzyni Tomka są księżmi diecezjalnymi, a mama nauczycielką, więc chyba to wzmacniało chęć Tomka wstąpienia właśnie do tego zakonu, którego celem jest kształcenie dzieci i młodzieży.

Tomek niemal codziennie przyjeżdżał pod jej szkołę. Stał na chodniku z różyczką i z listem w kieszeni. Bo on po „randce” wracał do domu i tego samego dnia pisał list, który wręczał jej nazajutrz. Małgosia cieszy się, że nie było wtedy Internetu, bo pewnie pisaliby do siebie maile, które ostatecznie kończą żywot w wirtualnym niebycie, a tak ma na pamiątkę całe pudło listów od Tomka. A także dziewięćdziesięciosześciostronicowy brulion. Gdy wyjechał z rodzicami na dwa tygodnie do Włoch, po powrocie wręczył jej gruby zeszyt, w którym opowiadał o swoich wrażeniach. On ma wielką łatwość pisania, pisze dużo i szybko. I gdy przychodzi czas na wieczorną kąpiel dzieciaków, Małgosia mówi mu: „Idź lać wodę”. I czasem dodaje, w żartach oczywiście, że to wychodzi mu najlepiej, a on się złości, że tak recenzuje jego trudną i ofiarną pracę. Faktem jednak jest, że Tomkowi teksty wprost spływają z klawiatury.

 

Maturę zdała tak fantastycznie, że ówczesny prezydent Warszawy Marcin Święcicki wręczył jej nagrodę za doskonałe wyniki. Zdawała na filozofię na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego i polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Została przyjęta na oba kierunki, ostatecznie wybrała filozofię, ale z polonistyki nie chciała rezygnować i zaczęła studiować ją zaocznie. Nie udało jej się tego pociągnąć, bo brat wciąż potrzebował opieki i czasu. Ostatecznie zdecydowała się na filozofię. Do polonistyki wróciła na studiach podyplomowych.

Bardzo ciepło wspomina kameralną atmosferę wydziału na UKSW dopiero co przekształconego w uniwersytet z Akademii Teologii Katolickiej. Nie tylko dlatego, że Tomek, z którym byli nierozłączni, studiował na tym samym wydziale dwa lata wyżej, ale dlatego, że nie było jeszcze tak wielu studentów, wszyscy się znali, młodzież i wykładowcy. Na studiach Tomek zainteresował się metafizyką, a Małgosia – etyką. Nie porzuciła jednak pasji literackiej i pracę magisterską u księdza Ryszarda Monia napisała o problemie zła w twórczości Williama Goldinga. Recenzentem był ksiądz Jan Sochoń, który później opiniował także doktorat Tomasza.

Po sześciu latach znajomości wzięli ślub. Przy ołtarzu kościoła świętego Andrzeja Apostoła, który cudem ocalał z wojennej pożogi, trzech księży, w tym wychowawca Tomka, ksiądz Tadeusz Uszyński, oraz ksiądz Sławomir Paszowski i kuzyn jej męża, ksiądz Robert Pawlak, błogosławiło młodej parze. Był rok 1998.

* * *

To było nowe, podwójne otwarcie. Małżeństwo i praca. Małżeństwo i problem – gdzie się podziać, znaleźć swój dom? Po ślubie zamieszkali w dwupokojowym mieszkaniu na warszawskiej Chomiczówce z babcią Małgosi (tą, która wcześniej zaopiekowała się osieroconym rodzeństwem po śmierci mamy). Chomiczówka to ogromne blokowisko. Anonimowe i jednostajne. Ich pokój był tak mały, że gdy rozkładali tapczan, nie było dostępu do balkonu. W tych warunkach urodziła się Marysia i trzeba było koniecznie powiększyć metraż. Odkupili od kuzynów Małgosi dwupoziomowe mieszkanie pod Warszawą, w którym jak się okazało, zamieszkali tylko na chwilę.

Codzienne życie to szczególny test dla młodego małżeństwa. Choć znali się sześć lat, to tak naprawdę dopiero dogłębnie poznawali swoje charaktery i mniej widoczne mankamenty. – Jesteśmy do siebie fizycznie podobni, nieraz ludzie pytają, czy jesteśmy rodzeństwem. I mamy podobne choleryczne usposobienia, więc awantury są donośne – wyznaje. W pierwszej fazie małżeństwa woleli nawet używać plastikowych talerzy, bo są do wielokrotnego użytku i rzutu, gdy wyceluje się nimi w podłogę czy ścianę. O co się kłócą? – Najczęściej o czas, o jego podział. Wieczorami robię korekty książek, zakopuję się w moich kartkach, gdy dzieci śpią i można się skupić. Wtedy Tomasz jest wolny i chciałby porozmawiać. Ja mówię, że nie mam czasu, bo w dzień nie sposób pracować. No i się zaczyna. Nie kłócimy się o pieniądze. Ja nimi zarządzam, płacę rachunki i wszystko planuję. No i on nie znosi spóźnialstwa. A ja bywam niepunktualna, na przykład zagadam się z koleżanką… Nigdy nie kłócimy się o dzieci, tu tworzymy wspólny front rodzicielski.

Po gwałtownej awanturze Tomasz wybiegał z domu, Małgosia zostawała, spacerowała po pokoju, trzeba przyznać, że niezbyt długo, bo dzwoniła, a on wracał po jej telefonie. Kiedyś postanowiła, że będzie twarda, że trochę tego swojego Tomasza przetrzyma i nie zadzwoniła. Nie minęło wiele czasu i Tomek zatelefonował z pretensją, dlaczego nie dzwoni. A Małgosia na to: „Bo wiem, że i tak wrócisz”. Tak zawsze jest. Wracają, nawet gdy się bardzo pokłócą i na siebie nakrzyczą. Zawsze był i jest happy end.

* * *

Była jeszcze w liceum, gdy Tomek dowiedział się od swojej koleżanki sąsiadki (dziś siostry karmelitanki), że powstało Radio Józef. Tomek się tam zgłosił, odkrył w sobie żyłkę dziennikarską i któregoś dnia zapytał, czy może przychodzić do studia ze swoją dziewczyną. I tak Małgosia znalazła swoją pierwszą pracę na Skwerze kardynała Wyszyńskiego 9. Co to był za czas! Wszystko nowe, pierwsze, niewiele lat po upadku komuny ludzie z ufnością próbowali wszystkiego. Ówczesny dyrektor radia, ksiądz Rafał Markowski, obecnie warszawski biskup pomocniczy, mieszkał w budynku rozgłośni i pilnował „biznesu”. Raz w tygodniu, w piątki, nadawano program, który robili wspólnie z Tomaszem – Radiowskaz. W końcu powstała sieć Plus i Radio Józef zostało przez nią „wchłonięte”. – Siłą rozpędu weszliśmy w Plusa i dalej robiliśmy programy. Pracowaliśmy w dziale miejskim i z początku przygotowywaliśmy materiały o dziurach w ulicach i babciach handlujących pietruszką na chodniku.

W Plusie szefowie wypatrzyli Tomka, szybko zorientowali się, że „zna się” na Kościele. Po studiach Małgosia dostała w radiu etat i została przydzielona do audycji W samo południe. Musiała wyprodukować pięć reportaży tygodniowo i to była mordercza praca, bo codziennie trzeba było wymyślać nowy temat i chodzić po całym mieście, żeby nagrać wypowiedzi bohaterów, a później program zmontować. O czym to nie robiła reportaży! O ludziach bezdomnych, chorych dzieciach, treserach tygrysów, wszelkiej maści zbieraczach i kolekcjonerach. W pewnej chwili Tomek odszedł do PAP-u i zdobywał tam inne umiejętności, uczył się dziennikarstwa agencyjnego. Małgosia została w Plusie i dalej biegała z sitkiem, przemierzając całe miasto.

* * *

Marysia, ich pierworodna, była wymodlona. To nie było łatwe, musieli o Marysię walczyć. Małgosia musiała przejść skomplikowane leczenie hormonalne. Na początku lekarka ostrzegała, że ciąża, jeśli się uda, będzie możliwa po długim leczeniu. W 2002 roku pojechali z Tomaszem do Rzymu na kanonizację założyciela Opus Dei Josemaríi Escrivy de Balaguera. We Włoszech nawiedzili między innymi sanktuarium świętej Katarzyny Sieneńskiej, świętego Antoniego z Padwy, Bambino Gesù. Modlili się o dziecko w sanktuarium, w którym kobiety proszą o macierzyństwo. Był październik, a po powrocie do Polski na początku grudnia coraz częściej czuła się fatalnie, ogarniała ją senność, aż pewnego dnia zachciało jej się truskawek. Ale gdzie tu kupić truskawki w zimie? Nagle ją olśniło i zamiast po truskawki pobiegła do apteki po test ciążowy. Dwie kreski! Żeby mieć większą pewność, wykonała kolejny. I znowu to samo! Na Marysię czekali całe pięć lat.

– Byłam pewna, że gdy urodzą się dzieci, praca reporterki będzie niemożliwa. Ale do siódmego miesiąca ciąży krążyłam po mieście z mikrofonem.

Zaczęły się osławione kaszki i pieluszki. Marysia rozwijała się prawidłowo, a Małgorzata nie zerwała z pracą zawodową. Zrobiła kurs edytorski, skończyła studia podyplomowe. Zawczasu przygotowała się do pracy w domu. Przez dwa i pół roku udawało jej się też pracować w Katolickiej Agencji Informacyjnej przy stronie internetowej agencji, pisała też dla tygodnika „Ozon”, z którym związał się Tomasz, a gdy Marysia skończyła rok, razem z mężem pracowała w telewizji publicznej przy programie My – Wy – Oni. Odeszła z KAI, gdy była w ciąży z Zosią. Tak się złożyło, że w ciągu kilku lat od rozpoczęcia pierwszej pracy zdobyła doświadczenie radiowe, telewizyjne i prasowe. Czuła, że był to dobrze wykorzystany czas.

Z narodzinami Zosi także wiąże się pielgrzymkowa historia. Nadal nie mogła normalnie zachodzić w ciążę – wciąż konieczne było leczenie hormonalne. Coś nieoczekiwanego przydarzyło się im w trakcie pielgrzymki w 2006 roku do Ziemi Świętej, zorganizowanej przez KAI tuż po pielgrzymce Benedykta XVI, którego obecność wciąż dawało się tam jeszcze odczuć. Spędzili cudowne osiem dni w Jerozolimie, Nazarecie, Kafarnaum, nad Jeziorem Tyberiadzkim, Morzem Czerwonym. W Betlejem tak jak wszyscy pielgrzymi nawiedzili Grotę Mleczną, która znajduje się około dwustu metrów od bazyliki Narodzenia. Tradycja głosi, że Święta Rodzina przygotowywała się w niej do drogi do Egiptu, Matka Boża w pośpiechu karmiła Jezusa i kropla Jej pokarmu spadła na ziemię – wówczas cała grota przybrała białą barwę. Rzeczywiście, jest ona olśniewająco biała, a ze skał da się z łatwością „wyskrobać” bieluteńki proszek, czyli tuf. Można to zrobić samemu, można też kupić za dolara plastikową saszetkę wypełnioną cudownym proszkiem, dzięki któremu niepłodna rodzi siedmioro, jak mówi Pismo Święte. Od wieków wierzą w to chrześcijanki i muzułmanki, więc pielgrzymują tu od niepamiętnych czasów, a eksploatacja tufu jest tak intensywna, że archeolodzy nie są dziś w stanie ustalić, jaki był pierwotny kształt Groty. W specjalnym pomieszczeniu zebrano zdjęcia i podobizny dzieci z całego świata, które zostały uzdrowione lub narodziły się po tym, jak ich matki lub one same spożyły cudowny proszek.

Małgosia połykała tuf pełna nadziei. I rzeczywiście, dzieci się posypały. Najpierw urodziła się Zosia, na którą czekali przecież kolejne cztery lata. A potem Mikołaj, Jaś i Ula. Mikołaja wymodlił dominikanin, ojciec Marcin Mogielski. Żadne z dzieci nie było planowane. – Jak uznawaliśmy, że może być następne, to się pojawiało. Tak zostali „dzieciorobami”. Ale oni jak mało kto odczuli na własnej skórze, że dziecko w najprawdziwszy sposób jest darowane rodzicom przez Boga.

Dziadkowie trochę nie nadążali. Pierwszy wnuk zachwyca, drugi też, przy trzecim już jest lekkie „hmm”, zmarszczenie brwi, ale czwarty, piąty… – To już kosmos nieogarniony. Może to lęk, czy pokochają oni wszystkie wnuki, czy sobie poradzimy? Bo dziadkowie są z pokolenia tych, którzy mają jedno, dwoje dzieci – planowane. Ale bardzo pomaga nam to, że obracamy się wśród wielodzietnych rodzin, które myślą podobnie – mówi Małgorzata.

Sąsiedzi są życzliwi, sympatyczni i otwarci na ich odmienność. – Jest nas dużo, więc jesteśmy lokalną atrakcją osiedla – mówi wielodzietna matka. Kiedyś pewna starsza pani, upewniwszy się, czy może pytać o sprawy osobiste, bardzo kulturalnie zadała takie pytanie: „Czy wszystkie państwa dzieci były planowane?”. A potem zdziwienie, że owszem, na każde czekali i że nie były to wpadki. – Nie rozumiem takich reakcji – mówi Małgorzata.

Najczęściej jednak słyszy pełne życzliwości przemieszanej z podziwem: „Ojej, jak pani sobie radzi?”. I tylko babulki są naprawdę pełne ciepłego zrozumienia dla nich, bo pewnie wychowały się w licznych rodzinach, więc pamiętają czasy, gdy o kobiecie ciężarnej mówiono, że jest w stanie błogosławionym przez Boga.

Wraz z dziećmi musiało „rosnąć” mieszkanie. Przenieśli się na warszawską Wolę, parę przystanków od rodziców Tomka. Do Centrum niedaleko, a zarazem jakby na uboczu. W koło parki i skwery.

Małgosia patrzy przez okno. Magda wraca do domu, pewnie po zakupach i spacerze. Obiad jest prawie gotowy, za chwilę da dzieciom zupę, dziś pomidorową. – W piaskownicy spotkałam fantastyczne kobiety – zapewnia. Są wśród nich filolożka, biolożka, prawniczka, pedagożka, anglistka z doktoratem, która urodziła drugie dziecko. – Nie uwsteczniamy się, my się rozwijamy – zapewnia. O czym rozmawiają? – O dzieciach. Ale to jest wielka sprawa, bo przecież młode matki potrzebują matkowania i oparcia, gdy rodziny nie są już wielopokoleniowe, a rodzice mieszkają setki kilometrów od Warszawy. Rodzinę zastępczą tworzą koleżanki z piaskownicy, które są też grupą wsparcia i doradztwa bieżącego. – To nieprawda, że rozmawiają tylko o kupach i zupach – zapewnia Małgosia. Dużo czytają, polecają sobie książki, wymieniają się lekturami. Ostatnio Małgosia poleciła im książkę Grażyny Jagielskiej Anioły jedzą raz dziennie. 147 dni w psychiatryku. Czy te babskie rozmowy rozwijają? – A czy rozmowy w knajpie przy piwie rozwijają bardziej?

* * *

Wszystko jest takie zwyczajne, tylko liczba dzieci ich wyróżnia. Mimo to Małgorzata nie rozumie, dlaczego po wywiadzie z nią, który ukazał się w „Wysokich Obcasach”, wybuchł prawdziwy skandal. Nie spodziewali się aż takich reakcji. Zwłaszcza że Grzegorz Sroczyński zrobił już wcześniej dla „Dużego Formatu” obszerny wywiad z Tomaszem. I po jakimś czasie zadzwonił i powiedział, że chce zrobić wywiad z żoną Tomasza Terlikowskiego. Długo musiał ich przekonywać, że to szansa wyjścia poza katolicki „grajdołek”. Czuła, że to trochę tak, jak wejść z kamerą wśród zwierząt, jak zrobić reportaż o lokalnych amiszach. W końcu się zgodzili, zastrzegając sobie prawo do autoryzacji.

 

Dziś wie, że o pewnych rzeczach powiedziałaby może inaczej albo nie powiedziałaby wcale. Ale to dobrze, że mówiła o małżeństwie na całe życie, po grób, o otwarciu na kolejne dzieci. Dziennikarz przychodził kilka razy do domu Terlikowskich i wciąż wypytywał o różne rzeczy. – Często widziałam na jego twarzy zdziwienie – mówi Małgorzata. Jest rówieśnikiem Tomasza. Po rozwodzie. Bezdzietnym. Czy jest od nas szczęśliwszy?

Gdy ukazał się wywiad, w mediach zawrzało, po prostu wybuchł skandal. Zaczęły się sypać komentarze innych kobiet. Kilka dziennikarek autorytatywnie stwierdziło, że ona, Małgorzata Terlikowska, nie myśli samodzielnie, a myśli za nią mąż. Mocno odczuła gorzki smak wykluczenia, gdy feministki z Fundacji Mama zapowiedziały, że nie wezmą z nią udziału w audycji radiowej. Dlaczego? – Bo nie ma poglądów własnych, tylko męża.

Odezwał się też antropolog, który analizował życie rodzinne i małżeńskie Terlikowskich, jakby chodziło o mieszkańców Borneo. A Małgorzata zastanawiała się, czy rzeczywiście rodacy porzucili wzorzec rodzin trwałych i wielodzietnych, że trzeba wzywać antropologa, żeby im to wszystko przetłumaczył na język zrozumiały dla ogółu?

Jednakże zareagowała także nasza katolicka strona. Odezwali się bardzo wzburzeni „tradsi”, czyli zwolennicy Mszy Świętej odprawianej w rycie trydenckim, a także niektórzy członkowie Drogi Neokatechumenalnej. Oni są bardzo wyraziści i zdecydowani w poglądach. Mieli pretensję do Małgorzaty za przyznanie się do stosowania naturalnych metod rozpoznawania płodności, gdyż oni ich nie uznają. Jan Paweł II sformułował to inaczej. Pisał o odpowiedzialnym rodzicielstwie, o prawie do określenia liczby dzieci, choć furtka życia ma być stale dla nich otwarta.

Wracając do meritum. Małgorzata nie spodziewała się, że informacja o tym, że trwa w małżeństwie i urodziła kilkoro dzieci, wywoła aż taką furię (redaktor Sroczyński uprzedził życzliwie, żeby nie czytali komentarzy na forach internetowych). Nie do końca go posłuchali, więc zszokowała ich anonimowa agresja, niczym nieograniczona, bo nie złorzeczy się w twarz, a po założeniu „kominiarki”. Taka agresja jest obezwładniająca. Zarzucono im brak odpowiedzialności, pytano, czy nie wiedzą, że nie każdy seks musi się kończyć ciążą. Wylewano ­pomyje na Tomasza, tego taliba. Z jakiego powodu? Czy to leczenie kompleksów, a może prostowanie garbów? Komentujący wyładowywali na nim złość, jakby im coś w życiu nie wyszło, jakby chcieli zagłuszyć myśl, że ich życie jest nieudane. Bo gdyby było, nie byłoby aż takich emocji. Może wyprowadza ich z równowagi widok własnych klęsk, może czują, że poszli za fałszywymi prorokami i wszystko przegrali?

Ciężko znosi wojnę światów, w którą angażuje się Tomasz. Na początku czytała komentarze na forach internetowych. To, co pisze Terlikowski, jest pilnie śledzone choćby przez Gazetę.pl czy portal Tomasza Lisa NaTemat.pl, ponieważ jej mąż ma taką naturę, że lubi prowokować. Gdyby ci ludzie wiedzieli, jaki jest naprawdę… Teraz Małgorzata umie się odizolować, nie czyta komentarzy. Ale to w niej siedzi. – Nie mogę powiedzieć, że spływa to po mnie jak po kaczce. – Gdy ataki stają się wyjątkowo zaciekłe, mówi do męża: „Czy to wszystko ma sens? Może trzeba odpuścić? Albo wyemigrować?”.

* * *

Często słyszy pytanie o poczucie straty. Czy nie szkoda jej Paryża, salonów, ciuchów? Życie przez palce przepływa, a ona co? – „Siedzi” w domu. Małgorzata przygląda się swoim ulubionym dżinsom. W nich czuje się najlepiej. Dlaczego wciąż mówi się, że tracą tylko kobiety, które wybrały macierzyństwo? Czemu nikt nie powie, co traci singielka, która po dwunastu godzinach w korporacji wraca do pustego mieszkania, do modnych mebli, szafy pełnej markowych ubrań i pachnideł na toaletce?

Dla Małgorzaty sensem życia jest dać życie. Co nie znaczy, że nie ma pokus. Czasem wpadnie jej w ręce żurnal z tymi wszystkimi must have’ami, drogimi strojami, wyobrazi sobie wnętrze modnej kawiarni, do której nie wejdzie. Wyobraźnia podsuwa jej, że jednak wchodzi do świetnej knajpki po ciężkim dniu biegania z sitkiem po mieście albo że jest na ekskluzywnym przyjęciu. Ale to tylko pokusa, bo w rzeczywistości te rzeczy są miałkie – dziś są, jutro ich nie ma. To trochę tak jak z materiałami do radia. Raz wyemitowane poszły w kosmos.

Walczy ze stereotypem kury domowej. Bardzo ją to boli. A gdy pomyśli, że kiedyś takie kobiety jak ona nazywano „kapłanką życia domowego”, to chciałaby się cofnąć do tamtych czasów. Przecież kobieta tworzy dom. Gdy wejdzie się do jakiegoś domu, od razu można wyczuć, czy mieszka w nim kobieta. To dzięki niej dom pachnie ciastem, zupą, praniem. – Dzięki tym pogardzanym, także przez kobiety, czynnościom budujemy swoje królestwo. Gdybyśmy sobie odpuściły, dopiero byłby dramat. – Moje życie ma sens, choć wieczorem wysiadam – stwierdza Małgorzata. – Ale wiem, że dziś dałam swoim dzieciom siebie, swój czas, że nie muszą o niego żebrać, że daję im coś ważnego. Dajemy im z Tomaszem pewność miłości. Wiarę. Uczę je, żeby zawsze mówiły prawdę i były bezwzględnie uczciwe, żeby nie kombinowały. Pokazujemy im, że mając siebie, mamy też siłę. Tak, wiem, nigdy nie ma pewności, co z dziecka wyrośnie. Przecież to wolny, odrębny człowiek – zaznacza Małgorzta.

– Gdy pracowałam w KAI, miałam dyżury w niedzielę, a Marysia tak na mnie czekała. Bo wciąż mówimy o tym, co jest dobre dla pracodawców, ewentualnie dla kobiet, a umyka nam dobro dziecka, tego najsłabszego, które wciąż nie ma głosu. Dlatego poprosiłam Tomasza, żeby nie chadzał komentować do mediów w niedzielę. Wtedy jesteśmy razem, idziemy do kościoła, na spacer, siadamy do niedzielnego obiadu. To fatalnie, że są koleżanki, które muszą pracować nawet, gdy dzieci są maleńkie. Na szczęście nasz budżet się domyka, choć były zatrważające zwroty – Tomasz tracił pracę właśnie wtedy, gdy w drodze było kolejne dziecko. Gdy byłam w ciąży z Zosią, podziękowała mu „Rzeczpospolita”, a gdy miał się urodzić Mikołaj, pożegnał się z nim tygodnik „Wprost”. I zadawaliśmy sobie pytanie, jak sobie poradzimy. W takich chwilach ja płaczę i lamentuję, a Tomasz dostaje „poweru”. Działa, szuka, w końcu znajduje pracę, czasem za mniejsze pieniądze, napisze książkę, wyruszy w Polskę z prelekcjami i spotkaniami autorskimi. I są dodatkowe pieniądze, kontakty i możliwości. Bóg daje dziecko, ale po urodzeniu troszczy się o nie nadal.

Mam poczucie bezpieczeństwa, nie trzęsę się na myśl, czy jutro mąż ode mnie odejdzie. A może pojutrze? Te róże w wazonie są od Tomka, bo on kupuje mi kwiaty bez specjalnych okazji. I perfumy. I kolczyki. Złote. Bo wie, że inne mnie uczulają. Co nie znaczy, że się nie pokłócimy. Pokłócimy się jeszcze wiele razy. Wieczorem będę ledwo żywa. W wolnej chwili wyjdę szukać ciszy. Podaruję sobie trochę luksusu. Ale te wszystkie zmęczenia i kłótnie to nic. Jest dobrze.