Moje podróże od PRL do dziśTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Alicja Pelczar
Moje podróże od PRL do dziś

Poznań 2020
Redaktor Prowadzący

Dominik Szmajda

Korekta

Izabela Dachtera-Walędziak

Projekt okładki

Dominik Szmajda

Zdjęcia - Ze zbiorów Autorki
Copyright © by Alicja Pelczar 2020

Printed in Poland

Wydanie I

ISBN 978-83-66024-91-5

Przygotowanie, druk i dystrybucja

Wydawnictwo Sorus

ul. Bóżnicza15/6

61-751 Poznań

tel. (61) 653 01 43

sorus@sorus.pl

księgarnia internetowa:

www.sorus.pl

DM Sorus Sp. z o.o.

Jesteś pięknym wspomnieniem wspólnie odbytych podróży
Pamięci mojego męża
Podróże to:

– czas odzyskany

– spełnianie marzeń

– wspomnienia

– poznawanie siebie i innych

– nieuleczalna choroba, która nazywa się światoholizm

Podróże zagraniczne w czasach PRL-u

W czasach PRL-u Polaków fascynował Zachód, ale interesowały wyjazdy zagraniczne, nawet do krajów komunistycznych, gdziekolwiek, byle ruszyć się poza granice Polski. Niestety, nie było to wcale takie proste. Na paszport czekało się miesiącami. Funkcjonowało pojęcie przydziału dewiz.

W czasach gierkowskich istniały dwa rodzaje paszportów. Jeden – przeznaczony do podróżowania po krajach socjalistycznych i drugi, przeznaczony do podróży po krajach kapitalistycznych i Jugosławii. Jak stwierdził funkcjonariusz w „Misiu” Stanisława Barei: „W ciągu siedmiu dni od powrotu z zagranicy należy paszport zwrócić”. Paszport zwracano do Wydziału Paszportowego w Wojewódzkim Urzędzie Spraw Wewnętrznych. Jednocześnie odbierało się z tegoż wydziału dowód osobisty, który przy wydawaniu paszportu należało tam zostawić.

Władza w PRL-u utrudniała wyjazd rodakom za granicę szczególnie do tak zwanych państw kapitalistycznych. Uzyskanie paszportu to była droga przez mękę i doskonały temat dla barejowskiej komedii. Zachód był czymś zewnętrznym, czymś, od czego Polska została oddzielona, czymś, co było prawie nieosiągalne, i do czego można było wzdychać z zachwytem. Wszystko co zachodnie, z góry uważane było za lepsze, o czym w Polsce można było tylko marzyć. Wszystko co zachodnie, wszystko bez wyjątku, stanowiło niedościgły ideał: amerykański jazz, francuskie piosenki i zachodnia moda.

W połowie 1956 roku uproszczono procedury przyznawania paszportów, chociaż dziś, z obecnej perspektywy, wydają się biurokratyczną męką. Należało złożyć podanie, życiorys, zaproszenie od rodziny z zagranicy oraz zaświadczenie o urlopie. Aby wyjechać do kraju kapitalistycznego trzeba było postarać się o wizę danego państwa. Najłatwiej mogły wyjechać osoby, które miały za granicą rodziny i te rodziny były w stanie zapewnić im zarówno utrzymanie, jak i opłacić podróż.

Można było zapisać się na którąś z wycieczek organizowanych przez Orbis czy PTTK, a później przez zakłady pracy. Ograniczeniem było między innymi to, że paszport po powrocie z reguły trzeba było zdać, zaś przed wyjazdem trzeba było wypełniać ankietę zawierającą dane takie jak m.in., z czego obywatel będzie się utrzymywał za granicą, kto będzie utrzymywał obywatela, jaką tam ma rodzinę itd.

Polska zaczęła się otwierać na świat w latach 60., a znacznie otworzyła się za rządów I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka w latach 70. XX wieku.

O wycieczce na Zachód marzyło coraz więcej osób, co zwiększało liczbę podań o paszport. Według statystyk prowadzonych przez straż graniczną, pod koniec rządów Władysława Gomułki, pomimo różnych decyzji odmownych odnotowywano prawie 200 tysięcy wyjazdów zagranicznych rocznie, chociaż na Zachód wypuszczano każdego roku nie więcej niż 70 tysięcy osób. Głównie mogli wyjechać członkowie jedynej słusznej partii, sportowcy, artyści, naukowcy, inteligenci oraz szpiedzy.

Niedługo po dojściu do władzy I sekretarza KC Edwarda Gierka nastąpiło zliberalizowanie zasad wydawania paszportów. Dzięki temu każdego roku odpocząć od PRL-u za granicą mogło już ponad pół miliona Polaków. Ich wakacje wyglądały pracowicie. Wiedza o tym, co, gdzie i za ile można dobrze sprzedać i kupić, była najważniejszym celem polskich turystów. Polscy turyści bez trudu dostrzegali różnice w zaopatrzeniu sklepów, różnice kursów wymiany walut, różnice cen i jakości towarów w Polsce i odwiedzanych krajach. Wycieczka po prostu musiała się zwrócić.

Nieraz sprzedawano to, co mieściło się w normach wywozowych, czyli kilka sweterków, kilka paczek papierosów, czy parę kilogramów jedzenia. Zdarzało się, że wycieczkowicze sprzedawali często rzeczy osobiste, wywożone niekoniecznie z myślą o handlu. Za to przedmioty kupione na Zachodzie odsprzedawano po powrocie znajomym, handlarzom na bazarach lub wystawiano w komisie. Popularne były ogłoszenia w prasie. Bardzo szybko Polacy nauczyli się też wyjeżdżać tak, by jak najmniej wydać, a najwięcej zarobić.

Jednym z towarów czarnorynkowego eksportu były produkty ze szkła, popularnie zwane kryształami. Wyjątkowość tego specyficznego towaru świetnie przedstawiono w jednym z odcinków serialu „Czterdziestolatek”, o służbowej podróży inżyniera Stefana Karwowskiego do Budapesztu. Karwowski chciał w Budapeszcie kupić nowy kryształ, na upominek, bo ten wieziony z Polski rozbił się Karwowskiemu w podróży. I to wprawiło w szok, a właściwie w konsternację węgierskiego sprzedawcę.

W ZSRR można było sprzedać każdą ilość odzieży, a absolutnym hitem były jeansy, niekoniecznie drogie i markowe z Zachodu, ale równie dobrze sprzedawało się nasze polskie podróbki – zarówno produkowane w szczecińskich zakładach, jak i te wyrabiane sposobem chałupniczym. Przez lata powstały prawdziwe szlaki handlowe: kosmetyczno-odzieżowy do Rumunii, kryształowo-dewizowy do Jugosławii lub na Węgry oraz lniany do Grecji. Nieoficjalnymi kanałami przekazu międzyludzkiego trzeba było zdobyć informacje, co gdzie, po ile, i najlepiej się sprzedaje.

Wracając z zagranicy przywoziło się nie tylko dewizy, czyli dolary i marki zachodnioniemieckie, ale także waluty socjalistyczne, które również można było sprzedać na czarnym rynku. Z podróży zagranicznych przywożono też towary, których brakowało na polskim rynku. Z Turcji, która słynęła z wyrobów skórzanych przywożono kożuchy, z ZSRR złoto i aparaty fotograficzne, a Czechosłowacja słynęła z artykułów przemysłowych i słodyczy. Otwarcie granicy z NRD w 1972 roku spowodowało, że Niemcy chętnie kupowali towary z Polski. Niemiecka straż graniczna zatrzymywała osoby przewożące rodzynki, margarynę, materiał na garnitury, bądź też kilogramy wiórków kokosowych i tym podobnych produktów.

O handlu wiedzieli wszyscy, również organizatorzy wyjazdów turystycznych, ale często przymykali na niego oko, a nawet sami turystom go ułatwiali. Zakłady pracy też organizowały jednodniowe wycieczki do Czechosłowacji, w sam raz, aby coś sprzedać i kupić oficjalnie lub prywatnie. Popularne były wycieczki do Austrii lub Szwecji o bardzo skróconym programie zwiedzania, za to dogodne dla transakcji handlowych. Większość podróży na Węgry dla odwiedzających ten kraj naddunajski sprowadzała się do odwiedzin dworca kolejowego Keleti w Budapeszcie, wokół którego działały targowiska systematycznie zaopatrywane towarem z Polski.

W handlu detalicznym turyści stosowali metody łańcuszkowe, polegające na sprzedawaniu i kupowaniu towarów we wszystkich krajach, przez które się przejeżdżało. Podróże do Rumunii, Bułgarii i Turcji odbywały się przeważnie przez Lwów, a był to ważny punkt czarnorynkowej turystyki handlowej. Sprzedawano tam głównie jeansy, a kupowano towary cieszące się zainteresowaniem w krajach, do których turyści zmierzali. W ten sposób specyficzny tranzyt lwowski, zarówno dla polskich celników, jak i radzieckich milicjantów, stał się problemem.

Po 1956 roku towary przywożone do Polski można było sprzedać w otwartych państwowych komisach prawie bez ograniczeń. Obowiązywał tylko zakaz skupu przedmiotów bez wątpienia pochodzących z kradzieży. Do wartości 6 tysięcy złotych transakcje były anonimowe i to pozwalało legalizować prywatny wycieczkowy import. Tak też postępowali marynarze – ważne źródło zaopatrzenia, zwłaszcza w wyroby zachodnie. Większość jednak towarów kupionych w ZSRR, Turcji czy NRD sprzedawano za pomocą prywatnych kontaktów, zużywano na swoje potrzeby, czy też przywożono rodzinie i znajomym.

Od lat 60-tych handel uznawano za najlepszy sposób dofinansowywania wczasów i powiększania budżetu domowego. Chociaż pojawiło się polityczne poparcie dla wyjazdów za granicę, istniała jednak przeszkoda dla swobodnej turystyki, a mianowicie dewizy. Państwo gromadziło walutę, głównie dolary, ale niechętnie pozbywało się ich. Stosowano ogromne ograniczenia w limitach walut nie tylko zachodnich, ale również socjalistycznych, przyznawanych turystom na wyjazd. Brak pieniędzy na wakacje zmuszał wyjeżdżających do ich zdobycia, co generowało czarnorynkowy turystyczny handel walutą. Narodziło się wtedy popularne hasło: „Jesteśmy zbyt biedni, aby urlop spędzać w kraju”.

Handel czarnorynkowy był znany milionom Polaków wyjeżdżających na urlop do „bratnich krajów”.

Handel zagraniczny to był fenomen, który jednocześnie łączył masowe wyjazdy zagraniczne z zaopatrywaniem rynku w towary, których ciągle w kraju brakowało. To zjawisko handlowe, zniknęło niedługo po upadku w Polsce systemu realnego socjalizmu.

 

Wakacyjny handel (podróż do Grecji)

Pierwsza wyprawa rodzinna do Jugosławii

Lato 1978

Moja rodzina: ja, mąż i dwoje dzieci rozpoczęliśmy zwiedzanie Europy w latach 70. XX wieku w sposób taki, jak większość rodaków. Swoim transportem, czyli samochodem osobowym marki Polonez, załadowanym do ostatniego milimetra przestrzeni i z bagażnikiem na dachu. Byliśmy wyposażeni we wszystkie niezbędne do życia przedmioty: namiot, śpiwory, materace, stolik turystyczny, krzesełka turystyczne, butlę gazową z palnikiem, naczynia kuchenne oraz słoiki z jedzeniem, zapasy ryżu, makaronu, ziemniaków, konserwy, herbatę, przyprawy. Kawy niewiele się piło, bo nie można było jej dostać, to był rarytas, podobnie jak papier toaletowy.

Do tego bagażu, oprócz niezbędnych rzeczy osobistych należało zaopatrzyć się w artykuły handlowe. Przecież koszty wyjazdu musiały się zwrócić, a nawet należało trochę zarobić na następny. Trzeba też było zabrać przewodniki i mapy po kraju docelowym i krajach tranzytowych oraz mapy miast, przez które musieliśmy przejechać. Nie było nawigacji w samochodach czy telefonach i dziwne, jak my, nie znając języków, dawaliśmy radę pokonywać te kiepsko oznakowane drogi i bezdroża.

Rynek polski był marnie zaopatrzony i towar na handel należało gromadzić przez kilka miesięcy, z wcześniejszym rozpoznaniem, co, gdzie idzie i co się opłaca kupić, aby potem z zyskiem to sprzedać. W każdym kraju inne były zapotrzebowania na nasze towary. W Związku Radzieckim głównie był popyt na wyroby jeansowe, kosmetyki, papierosy i gumy do żucia. W Rumunii hitem był biseptol, stosowany jako środek antykoncepcyjny. Biseptolowa antykoncepcja tak działała, że wielkie gromady dzieci biegały w każdej rodzinie. Ale też dobrze sprzedawały się radia tranzystorowe i papierosy. W Jugosławii wyroby bawełniane i lniane, takie jak pościel, obrusy, ręczniki oraz wyposażenie turystyczne. Na Węgrzech szły ubrania robocze, bawełna, no i oczywiście kryształy. W Grecji podobnie – to co w Jugosławii, a dodatkowo kosmetyki: męska woda po goleniu marki Karol i krem żeńszeniowy Uroda robiły furorę. Przecież na polskim rynku nie mieliśmy wielkiego wyboru kosmetyków, a drogich towarów nie było sensu kupować, bo nie miało się na nich zarobku.

Wiele sprytu i umiejętności wymagało spakowanie tego majdanu tak, aby dostać się do niezbędnych w podróży rzeczy codziennego użytku. A do celu podróży, czyli jakiegoś obranego kempingu jechało się kilka dni, w różnych warunkach drogowych i pogodowych.

Naszą pierwszą miejscówką była Jugosławia. Było to wtedy jedno państwo. Socjalistyczna Federacyjna Republika Jugosławii, która obejmowała sześć republik: Chorwację, Macedonię, Czarnogórę, Serbię, Słowenię, Bośnię i Hercegowinę. Prezydentem SFRJ od 1953 roku był przywódca Komunistycznej Partii Jugosławii Josip Broz Tito.

Kraj pogrążył się w narodowościowym, politycznym i ekonomicznym kryzysie po jego śmierci w maju 1980 roku. Rosły nacjonalistyczne i etniczne napięcia, z którymi następni prezydenci nie potrafili sobie poradzić.

Jugosławia była jednym z założycielskich państw Organizacji Narodów Zjednoczonych. Po rozpadzie SFRJ, nowo powstałe kraje ubiegały się indywidualnie o członkostwo w ONZ.

Po podziale Jugosławii, w byłych republikach wybuchły krwawe konflikty. W 1991 roku Jugosłowiańska Armia Ludowa, zdominowana przez Serbów, zaatakowała Słowenię. Następnie, po krótkich walkach, wojna przeniosła się do Chorwacji. W Bośni i Hercegowinie również wybuchły krwawe walki, która zakończyły się w 1995 roku po podpisaniu porozumienia pokojowego w Dayton. Dayton to miasto w środkowowschodniej części Stanów Zjednoczonych, w stanie Ohio. W 1991 roku, Albańczycy zamieszkujący Kosowo, które było okręgiem autonomicznym Serbii, zażądali niepodległości. To z kolei wywołało konflikt serbsko-albański, który narastał, a w efekcie doprowadził do wybuchu walk w 1998 roku. Konflikt w Kosowie zakończyła interwencja wojsk NATO i porozumienie pokojowe podpisane w 1999 roku.

Konflikt w byłej Jugosławii, który zakończył się całkowitym rozpadem federacji był jednym z najtragiczniejszych w Europie po II wojnie światowej. Ta wieloletnia wojna przyniosła proklamowanie niepodległych państw, ale też olbrzymie straty w ludziach i gospodarce kraju. Była to bratobójcza, bezkompromisowa walka zwaśnionych narodów, w której dochodziło do ludobójstwa, zbrodni przeciwko ludzkości i czystek etnicznych. Wielu ludzi, w poszukiwaniu pokoju, opuściło swoje domy i zasiliło grono uchodźców.

Odwiedzając Jugosławię po raz pierwszy zazdrościliśmy im dobrobytu. U nas pusto na półkach, a tam wszystko, tylko dla nas drogo, bardzo drogo.

Po załatwieniu formalności związanych z wyjazdem, a mianowicie paszportów, przydziału dewiz, dokumentów tranzytowych i zapakowaniu bagaży, ruszyliśmy w pierwszą podróż, której celem była Jugosławia. Ustaliliśmy trasę przez Związek Radziecki, dokładnie przez Ukrainę, następnie Rumunię, Bułgarię do Jugosławii.

Po dotarciu do granicy zaskoczyła nas ogromna kolejka samochodów czekających na przejściu granicznym w Medyce. Jak się później okazało, kolejka miała około kilometra długości. Nasze dzieci: czteroletnia córka i dziewięcioletni syn lubili podróżować, pod warunkiem, że po wyruszeniu samochodem spod domu już mieli coś do konsumowania. O ile syn miał normalny, umiarkowany apetyt, to córka była typowym niejadkiem, można powiedzieć skrajnym niejadkiem. Kiedy w wieku trzech lat została zapisana do przedszkola to wytrwała w nim miesiąc. A po miesiącu pani dyrektor przedszkola zaprosiła mnie na rozmowę. Zapytała, czy córka w domu je normalnie. Odpowiedziałam, że normalnie to nie je, bo mało i z wielkim trudem wciskamy w nią, co tylko się da. Pani dyrektor uświadomiła mi, że w przedszkolu nie je nic, zupełnie nic, a około południa prosi o cukiereczka i dostaje go, aby z głodu nie umarła. W związku z tym pani dyrektor nie chce brać odpowiedzialności za zdrowie naszego dziecka niejadka i musimy ją zabrać z przedszkola.

Jedynie w czasie jazdy samochodem nie trzeba było namawiać naszego niejadka do konsumpcji, oczywiście najlepiej słodyczy, ale nie tylko.

Ze wzglądu na długie koczowanie na granicy zmuszeni byliśmy przygotować coś do jedzenia i picia. No i tu się okazało, że jest problem z kuchenką lub butlą gazową, wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, co szwankuje. Ledwo zapalony płomień za chwilę gasł. Jakiś kolejkowy towarzysz podróży pożyczył nam specjalną igłę do czyszczenia dysz palnika. Jako niedoświadczeni nowicjusze podróżowania nie byliśmy w takie akcesoria wyposażeni. To czyszczenie pomagało na chwilę, ale później znowu problem wracał. Kolejkowy towarzysz podróży zabrał czyścidełko, a my zostaliśmy z problemem niemożności przygotowania choćby herbaty. Ten problem, jak się później okazało, w skali całej podróży można ocenić jako problemik.

Po wielogodzinnym wyczekiwaniu na przejściu granicznym i dotkliwej kontroli granicznej, ruszyliśmy do Lwowa z nadzieją na pierwsze handlowanie i konieczność przenocowania. Gdy dotarliśmy do Lwowa była już noc. Jakimś cudem znaleźliśmy kemping, dziwnie usytuowany na pagórkach, jakiś takich nierównościach. Było ciemno, niewiele można było zobaczyć, aby wybrać dogodne miejsce do rozbicia namiotu. To jego przypadkowe ustawienie przysporzyło nam wielu problemów, jak się wkrótce miało okazać.

Wykończeni pierwszymi trudami podróży, padliśmy w namiocie natychmiast zasypiając. Około trzeciej nad ranem obudziłam się, czując, że leżę w wodzie, której w namiocie było już dużo, bo wpływała na materace. Waliły pioruny, lało jak z cebra, a my, niestety, musieliśmy zwijać namiot i wyposażenie upaprane w glinie i zmoczone w deszczu. Wrzucaliśmy wszystko byle jak, upychając do samochodu i tak oto pożegnaliśmy się z kempingiem i Lwowem. Pierwszy handel przeszedł koło nosa. Jechaliśmy do granicy, byle szybciej opuścić niegościnne tereny ZSRR. Korzystając z mapy, jako pilot wyprawy wybrałam najkrótszą trasę do Rumunii, do przejścia granicznego w Czerniowcach, przez Iwano-Frankiwsk (dawniej, kiedy te tereny należały do Polski był to Stanisławów).

Z sentymentem, w kiedyś polskim Stanisławowie, postanowiliśmy zjeść obiad w restauracji, bo przecież nie było możliwości przygotowania nawet herbaty na naszym wadliwym turystycznym sprzęcie. Obiad był dobry i tani. Zaskoczyło nas, że jakoś tak podejrzanie tubylcy na nas patrzą, a w dodatku po drodze ze Lwowa nie spotkaliśmy żadnych Polaków, co wydało nam się nieco dziwne, zważywszy na długie kolejki na przejściu granicznym. Tajemnica rozwiązła się natychmiast po naszym wyjściu z restauracji. Najedzeni, w dobrych humorach wyszliśmy na zewnątrz i humor nas natychmiast opuścił, gdy przy naszym samochodzie zauważyliśmy stojących dwóch funkcjonariuszy milicji. Czekali na nas. Nie wróżyło to niczego dobrego.

– А что вы здесь делаете? (pol. A co wy tu robicie?) – zapytał milicjant.

Tłumaczymy, pokazując mapę, że tranzytem zdążamy do Rumunii.

– То запрещено.Транзит не так. (pol. To zabronione. Tranzyt nie tędy.) – oświadczył funkcjonariusz milicji.

W ten sposób dowiedzieliśmy się, że po zaprzyjaźnionym kraju nie można się poruszać według mapy, tylko ustalonym, wyznaczonym tranzytem i w określonym ściśle czasie, którego przekroczyć nie wolno. O tym nikt nas nie raczył wcześniej poinformować. Jak chcesz uprawiać turystykę międzynarodową to musisz znać przepisy, zakazy i nakazy, szczególnie te u przyjaciół.

Milicjant pokazał nam na mapie jak przebiega trasa tranzytowa. Musimy zawrócić prawie do Lwowa i pojechać na przejście graniczne w Czerniowcach przez Tarnopol.

Tłumaczymy, trochę po rosyjsku, trochę po polsku, trochę na migi, że nie mamy ani czasu, ani talonów na paliwo, bo te, które otrzymaliśmy, już wykorzystaliśmy. Prosimy o możliwość przejechania tą drogą do Czerniowców, bo niewiele drogi do granicy pozostało.

– Bы не можете, не надо. (pol. Nie możecie, nie wolno.) – kategorycznie powiedział milicjant.

Koniec dyskusji. Spojrzeliśmy z mężem po sobie i pomyśleliśmy to samo. Sięgnęłam po towar na handel.

– Proszę, dla żony pomadka, dla ciebie papierosy, a dla dzieci gumy do żucia – powiedziałam obdarowując jednego, tego ważniejszego według dystynkcji i podobnie tego drugiego.

I już rozmowa była inna.

Towarzysze milicjanci zaoferowali się poprowadzić nas krótszą drogą do tranzytu. Gazik milicyjny przodem, a my za nim przez lasy, bezdroża, z duszą na ramieniu, czy nie zamierzają nas rozstrzelać i zabrać ekwipunek. Przecież byli uzbrojeni po zęby.

Na szczęście uczciwie doprowadzili nas do drogi tranzytowej, skąd już pełnoprawnie podążaliśmy do granicy właściwym tranzytem. Przy drodze tranzytowej często były posterunki kontrolne, tzw. „GAJ” Jak się okazało każde zatrzymanie się na poboczu czy odejście za potrzebą, powodowało, że jakby spod ziemi wyrastał strażnik milicjant i już legitymował. Traktowani byliśmy jak szpiedzy.

Udało się nam na przydzielonym paliwie i w narzuconym czasie dotrzeć do granicy z Rumunią. Z jakiegokolwiek handlu nici.

No i tu zaczął się kolejny problem. Nie mieliśmy czasu na wydanie rubli, czyli radzieckiej waluty, której wywozić nie było wolno. A wszystko to ze względu na burzę we Lwowie i wydłużenie trasy. Aby je wywieźć, trzeba było dobrze ukryć je przed celniczką. Wydawało mi się, że schowanie pieniędzy w buciki córki będzie dobrym i bezpiecznym schowkiem. Jakże się myliłam. Od tego miejsca celniczka zaczęła poszukiwania. Widać, nie ja jedyna wymyśliłam ten sposób. Celniczka zabrała ruble i wydała bumagę poświadczającą zabranie ich do depozytu. Nie zamierzaliśmy wracać tą koszmarną drogą. Tak więc odbiór rubli nie był możliwy. Po tych przygodach postanowiliśmy, że wrócimy inną drogą, przemierzając bardziej cywilizowane kraje.

Rumunia przywitała nas cudną, słoneczną pogodą. Humory nam się od razu poprawiły i zaczęliśmy poszukiwania miejsca na postój, aby zrobić porządek z zabłoconym bagażem, wysuszyć zamoczoną pościel, materace, nasze przemoczone ubrania i poskładać to wszystko w należyty sposób.

Znaleźliśmy łączkę nad rozlewiskiem i tam rozbiliśmy nasz obóz. Mąż, jako kierowca, musiał wypocząć po trudach prowadzenia samochodu po ruskich bezdrożach i nieprzespanej nocy. Ułożył się na słoneczku, a ja z pomocą starszej latorośli zabrałam się do mycia, czyszczenia z błota i brudu namiotu, materacy i śpiworów. Dobrze, że była piękna pogoda i wszystko błyskawicznie schło. Po trzech godzinach już zaczęliśmy wszystko składać.

 

Spożyliśmy suchy prowiant, bo sprzęt do gotowania nawalał nadal i ruszyliśmy w dalszą drogę, zmierzając w stronę Morza Czarnego, w okolice Konstancy, z zamiarem kilkudniowego odpoczynku na kempingu. Mąż wypoczął, więc zamierzaliśmy nadrobić drogi. W Rumunii nie było narzuconego tranzytu, ani też ograniczeń czasowych pobytu. Po drodze byliśmy zatrzymywani przez tubylców chętnych do zrobienia zakupów. Tak więc, upłynniliśmy biseptol, jako środek antykoncepcyjny oraz papierosy i kosmetyki.

Na jednym z postojów miejscowe cwaniaki okradły nas w bezczelny sposób, zabierając nam nowiutki, nieprzeznaczony na handel, radiomagnetofon w taki sposób, że żadne z nas niczego nie zauważyło. No cóż, niektórzy Cyganie mają to we krwi.

Jechaliśmy do drugiej w nocy, ale padaliśmy już wszyscy, szczególnie kierowca. Zatrzymaliśmy się obok pola kukurydzy i postanowiliśmy trochę pospać w samochodzie. Dzieci na tylnym siedzeniu miały przygotowane łoże ze śpiworów i innych miękkich bagaży, a my położone przednie siedzenia. Zasnęliśmy nieprzytomni ze zmęczenia. Nawiedził mnie sen, że zbliżamy się do przejazdu kolejowego, już słychać nadjeżdżający pociąg. Ja krzyczę do męża, aby zatrzymał się, on nie reaguje. Zrywam się przerażona, widzę dwa ogromne reflektory święcące prosto na nasz samochód i odgłos zbliżającego się pociągu. Wrzeszczę wniebogłosy. Dzieci rozbudzone krzyczą, mąż nieprzytomny nie wie, co się dzieje, poszukuje kluczyków do samochodu, co nie jest łatwe. Nie może znaleźć, nie możemy odjechać, nikt nie ucieka z samochodu, strach paraliżuje jakiekolwiek działanie. Pociąg jest coraz bliżej, światła oślepiają nas w samochodzie, nawet nie widać, że pociąg przejeżdża bardzo blisko nas. Okazało się, że po ciemku nie zauważyliśmy, że zatrzymaliśmy się w pobliżu torów kolejowych, a dalej za torami rosła kukurydza.

Tak brutalnie zbudzeni, nie myśleliśmy o dalszym spaniu. Czuliśmy się, jakbyśmy zażyli kąpieli pod zimnym prysznicem. Ruszyliśmy dalej: kierunek Morze Czarne.

Trafiliśmy na dobry kemping usytuowany niedaleko morza. Udało nam się znaleźć miejsce w pobliżu ogrodzenia, za którym rozpościerał się piękny widok na łąki, gdzie wypasały się dorodne konie, a w oddali był las. Wyspaliśmy się wygodnie, jeżeli koczowanie w namiocie można uznać za luksus. Rankiem mąż zabrał butlę i udał się do Konstancy w poszukiwaniu gazu. Ustalił wcześniej, że powodem gaśnięcia płomienia jest zanieczyszczony gaz. Wypuścił więc gaz z butli w powietrze i zabrał pustą, aby napełnić ją czystym gazem, by palnik mógł działać prawidłowo. Ja z dziećmi zostałam na kempingu, czekając na jego powrót. Dzieci bawiły się, a ja korzystałam z uroków słonecznej pogody na wygodnym leżaku. Opalałam się w pozycji półleżącej. W pewnym momencie poczułam łaskotanie na prawej stopie, otworzyłam oczy i obrazek ogromnego gada pełzającego po mojej nodze o mało nie doprowadził mnie do zawału. Zerwałam się z krzykiem, demonstrując indiański taniec. Sąsiedzi nieświadomi, co się dzieje, patrzyli na mnie jak na szaloną. Wąż tymczasem majestatycznie popełznął na pastwisko w chaszcze. Ja z bijącym sercem zgarnęłam dzieci i uciekłam na plażę.

Mężowi dość długo zeszło na szukaniu punktu napełniana butli gazem, ale gdy wrócił domyślił się, że jesteśmy na plaży. Odnalazł nas i usłyszał ode mnie, jeszcze przerażonej, o spotkaniu z wężem. Węże to moja jedyna fobia. Boję się wszystkiego, co pełza, nie wyłączając jaszczurek. Pewnie dlatego, że tak panicznie boję się pełzających stworzeń, każda wycieczka, nawet do lasu w Polsce, obfituje w spotkania choćby z zaskrońcem albo jaszczurką.

Problem był ze spaniem, ponieważ panicznie bałam się wejść do namiotu. Przecież wąż mógł być wszędzie: pod podłogą namiotu, pod materacem, w śpiworze. Mąż z synem wyrzucili wszystko z namiotu i trzepali każdą rzecz przekonując mnie, że jest bezpiecznie. I tak bałam się panicznie. Dopadły mnie koszmary nocne z wężem w roli głównej. Wypoczywaliśmy dwa dni na kempingu. Kuchenka działała bez zarzutu, a my rozkoszowaliśmy się herbatą i gorącymi posiłkami. Jedynie noce były przerażające, bo sny krążyły wokół węży.


Spotkanie z Jugosłowianinem na osiołku

Trzeba było jednak ruszać do Jugosławii, bo to był cel naszej podróży. W Jugosławii widać było dobrobyt. W Polsce puste półki sklepowe, a tam wszystko. Zatrzymaliśmy się na kempingu i gdy zapoznaliśmy się z cenami, już wiedzieliśmy, że to kraj nie na naszą kieszeń. W ciągu dwóch dni wydaliśmy większość przyznanych nam dewiz. Trochę pohandlowaliśmy, zakupiliśmy dolary i padła decyzja, że wracamy do Bułgarii, aby tam za znacznie niższą cenę wypoczywać nad Morzem Czarnym.

Po drodze do Złotych Piasków zwiedziliśmy Monastyr Rilski, leżący na wysokości 1100 metrów n.p.m. Monastyr został założony w XIV wieku na miejscu pustelni Iwana z Riły, istniejącej od X wieku. Współczesny wygląd monastyru pochodzi z XIX wieku, kiedy to dzięki ofiarom społeczeństwa bułgarskiego wybudowano ogromny kompleks klasztorny, wkomponowany w piękne otoczenie. Mury grubości dwóch metrów i wysokości 24 metrów nadają mu wygląd warownej twierdzy i otaczają rozległe budynki. Wnętrze zbudowane jest w stylu bułgarskiego odrodzenia. Wewnętrzny dziedziniec otaczają budynki z łukami pomalowanymi na czarno i biało oraz drewnianymi krużgankami, w których znajdują się cele mnichów.

Główna cerkiew pod wezwaniem Świętej Bogurodzicy to trójnawowa bazylika, oparta na planie krzyża, z kopułą na skrzyżowaniu naw. Ozdobą świątyni są freski i piękny ikonostas.

Zatrzymaliśmy się na kempingu w Złotych Piaskach. I tu zamierzaliśmy spędzić zasadniczą część naszego urlopu. W Bułgarii ceny kempingów, żywności, w tym owoców, były już na naszą kieszeń, zatem mogliśmy zostać tu dłużej.

Po śniadaniu szliśmy na plażę, spędzając czas do późnego popołudnia, później odbywało się gotowanie obiadu na kempingu, zmywanie naczyń, a pod wieczór trzeba było popracować, czyli zająć się handlem na murku przy promenadzie. Gotowanie nie było uciążliwe, bo wszystko mieliśmy w słoikach: kurczaki, schaby, kiełbaski, gulasze. Trzeba było tylko ugotować ziemniaki, kaszę lub ryż, przygotować surówkę i obiad gotowy. Owoce i warzywa kupowaliśmy na targu lub od sprzedawców, którzy podjeżdżali pod kemping samochodami wyładowanymi warzywami i owocami. Tamtejsze owoce, dojrzewające w słońcu południa, mają zupełnie inny smak, zapach i wygląd niż te importowane do Polski. One w Polsce też nam smakowały, bo bardzo rzadko bywały w sklepach, a ich ceny były bardzo wysokie.

Już w pierwszym dniu plażowania spiekliśmy się na raka. Szczególnie moja skóra nie lubi słońca. Mąż i dzieci mają śniadą cerę i już na drugi dzień byli brązowi. Ja niestety nie. Nie mogłam spać, miałam nawet gorączkę, typowe objawy poparzenia słonecznego. Nie było wtedy kremów z filtrami, a te dostępne nie zapewniały dostatecznej ochrony. Ani krem Nivea, ani żeńszeniowy marki Uroda nie spełniały zadania, nie chroniły skóry przed ostrym, południowym słońcem. Na drugi dzień chowałam się jak mogłam przed słonecznymi promieniami, bo każdy padający promyk dosłownie ranił spieczoną skórę. To był lipiec, słońce było ostre, a upał do 40 stopni Celsjusza. Dzieci nie wychodziły z wody, a ja szukałam tylko cienia. W namiocie wieczorem było jak w piecu chlebowym. W dzień nie było mowy, aby do niego wejść. Dopiero po północy było czym oddychać.

No cóż, z zimnej i deszczowej Polski pojechaliśmy przecież po trochę słońca, więc nie wolno narzekać. A ostatnie lata w kraju były wyjątkowo deszczowe i smutne. Wyjazd nad Bałtyk to tylko strata czasu i pieniędzy. Spędziliśmy takie jedne wczasy w zakładowym domu wczasowym w środku lata na przełomie lipca i sierpnia. Przez dwa tygodnie nie było ani jednego pogodnego dnia. Codziennie oglądaliśmy prognozy pogody z nadzieją, że jutro wyjrzy słońce. Niestety, pan Wicherek (ówczesny pogodynek), po dzienniku telewizyjnym nie mógł nam nic optymistycznego obiecać. Któregoś dnia rano wyjrzało słońce. Wszyscy wczasowicze na wyścigi obładowani sprzętem plażowym pobiegli na plażę zająć miejsca. My oczywiście razem z nimi. Kiedy zdążyliśmy zająć strategiczne pozycje i nanieść krem Nivea na odkryte części ciała, zerwał się wiatr, nadciągnęła chmurka i zaczęło padać. Wszyscy plażowicze razem z ekwipunkiem plażowym biegiem wrócili do domu wczasowego nudzić się, konsumować napoje wyskokowe i przeklinać pogodę.