Morderstwo w Miłowie

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Morderstwo w Miłowie
Morderstwo w Miłowie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 51  40,80 
Morderstwo w Miłowie
Audio
Morderstwo w Miłowie
Audiobook
Czyta Agata Załęcka
26 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 6

Janusz podszedł do wysokiego okna w sypialni i spojrzał przez firankę na ulicę. Odwrócił się i oparty o parapet patrzył zamyślony przed siebie, paląc papierosa. Anna, ubrana jeszcze w szlafrok, siedziała przy toaletce z trójskrzydłym lustrem. Zerknęła ukradkiem w jego kierunku.

— Jesteś dzisiaj od rana dziwnie zamyślony — mówiąc to, zaczęła starannie pudrować twarz.

Janusz nie od razu odpowiedział.

— Mam wyrzuty sumienia wobec Sam — wyznał w końcu.

— Nie rozumiem.

— Powiedziałem jej o Krzysiu. Mówiłem ci już, jaka jest wrażliwa. Chyba nadal czuje się spięta w towarzystwie Teresy. Niepotrzebnie, bo…

— Nic nie rozumiesz — przerwała mu. — Sam jest bystra i wiedziała, że to nie ona ma królować na tym przyjęciu.

Żachnął się i powiedział z bardzo wyraźną przyganą w głosie:

— Ponosi cię wyobraźnia.

Anna się roześmiała. Pędzelkiem zaczęła rozprowadzać cień na górnej powiece. Spojrzała w lustro, przechylając głowę lekko w bok.

— Jesteś bardzo mądry, mój kochany, ale kompletnie nie znasz się na kobietach — rzekła z ironią. Widząc jego zdziwiony wzrok, dodała: — Pani Górska uwielbia być w centrum zainteresowania.

— Głupstwa opowiadasz — odparł Janusz z irytacją. — Chyba nie sugerujesz…

— Owszem, sugeruję — przerwała mu z jakąś zimną zaciętością. — Jak myślisz, dlaczego akurat na przedwczorajszym przyjęciu dostała migreny?

Pokręcił głową z dezaprobatą.

— Nie lubisz jej i oceniasz zbyt surowo — Janusz spojrzał na nią z niepokojem w oczach. — Czasami się zastanawiam…

— Niepotrzebnie — powiedziała stanowczo. — Wiem, że to już przeszłość. Przecież nie znałeś mnie wtedy.

Podeszła i zarzuciła mu ręce na szyję.

— Nie mówmy już o tym.

Rozchmurzył się nieco, patrząc jej w oczy.

— Na tym przyjęciu myślałem o nas. Tak chciałem z tobą zatańczyć.

— Nawet fokstrota? — spytała, uśmiechając się figlarnie.

Zamiast odpowiedzi, przyciągnął ją bliżej i pocałował w szyję.

— Już późno — rzekła po chwili, spojrzawszy na złoty zegarek-bransoletkę na lewej ręce. Podeszła do szafy i wyjęła z niej kostium w kolorze jasnego wrzosu.

Janusz zapalił kolejnego papierosa i zaciągnąwszy się, spojrzał na Annę zmrużonymi oczyma.

— Myślałem, że znajdziesz dla mnie więcej czasu.

— W południe przychodzi pani rejentowa Skalska po koktajlową suknię i kapelusz. Muszę sama wszystkiego dopilnować. Wiesz, jaka to ważna klientka.

Nie odpowiedział. Wbił wzrok w jakiś niewidoczny punkt przed sobą. Westchnęła i zbliżywszy się, ujęła jego rękę. Uśmiechnął się smętnie i ucałował wnętrze jej dłoni.

— Tylko do końca tego roku — powiedziała cicho.

Gdy wyszła, długo jeszcze stał oparty o parapet i rozmyślał.

ROZDZIAŁ 7

Był wieczór. Nisko zawieszone nad horyzontem słońce słało spomiędzy drzew ostatnie czerwonawe przebłyski. Andrzej i Janusz siedzieli na werandzie. Z kortu tenisowego dobiegały śmiechy i odgłosy uderzeń piłki.

— Mam nadzieję, że Samancie podoba się u nas. — Andrzej strząsnął popiół z cygara do kryształowej popielniczki. — Widziałem, że maluje nasz ogród.

— Chyba się zaprzyjaźnili z Jerzym — rzekł po chwili Janusz. — Bardzo mnie to cieszy.

Uświadomił sobie nagle, że nie najlepsze relacje Jerzego z macochą umożliwiają Sam unikanie jej towarzystwa. Wyczuwał napięcie nadal towarzyszące siostrzenicy w kontaktach z nią. Ból po stracie Krzysia z czasem przerodził się w melancholię. Stała się ona nieodłączną częścią życia Teresy. Łatwa do zranienia kobieta nie była pożądaną towarzyszką dla wrażliwej, ale beztroskiej i żywiołowej dziewczyny. Dostrzegał w tym pewną dozę egoizmu, do jakiego zdolna jest tylko niecierpliwa i bezlitosna młodość. Z zamyślenia wyrwał go głos przyjaciela.

— Młoda, piękna dziewczyna zawsze wzbudza zainteresowanie — mówił Andrzej. — Nasz pan rejent pytał mnie wczoraj, czy może jej przysłać kwiaty. Stary dureń!

Na stół padł cień. Nawet nie zauważyli, kiedy podeszła Teresa. Wstali obydwaj. Janusz podsunął jej krzesło, a Andrzej zgasił cygaro, po czym spojrzał na żonę z troską.

— Jak się czujesz, moja droga?

— Już lepiej — wypowiedzianym cichym spokojnym głosem słowom przeczył jednak jej wygląd. Była bardzo blada i miała podkrążone oczy. Delikatna skóra wokół nich pokryta była subtelnymi, ledwo widocznymi zmarszczkami.

— Jutro Zosia zajmie się Antosiem — rzekł stanowczo Andrzej. Ujął dłoń Teresy i ucałował. — Musisz wypocząć i basta!

Uśmiechnęła się blado.

— Andrzej ma rację — mówiąc to, Janusz przyłapał się na rozmyślaniu, czy usłyszała uwagę męża o panu Skalskim.

Nazajutrz przy śniadaniu spożywanym na werandzie Teresa jednak wyglądała nadspodziewanie dobrze. Wydawała się też w lepszym nastroju. Żywo włączała się do rozmowy, kiedy Janusz jak zwykle przekomarzał się z Jerzym. Po śniadaniu Janusz zapowiedział, że wyjeżdża i wróci dopiero po południu. Sam postanowiła więc zagrać z Jerzym w tenisa, opuszczając Teresę przy stole. Gdy skończyli, Jerzy poszedł z Antosiem na spacer.

Sam w słomkowym kapeluszu dla ochrony przed słońcem wróciła do malowania stawku i wierzby. Nie była jednak zadowolona z efektu. Nie do końca wiedziała, czemu nie mogła się skupić. Jej rozbiegane myśli wciąż krążyły wokół przyjęcia. Nie potrafiła zapomnieć zatroskanej twarzy Rogowskiego i wpatrzonych w nią niespokojnych oczu. Poczucie winy wobec Teresy, towarzyszące jej niemal od początku ich znajomości, zaczynało ją męczyć i irytować. „Urocza polska wieś” — pomyślała ze złością. — Całe szczęście, że jest Jerzy". Myśl o Jerzym poprawiła jej nastrój, dzięki czemu ponownie skupiła się na malowaniu.

Przy podwieczorku Zosia zjawiła się z Antosiem na rękach. Natychmiast zauważyli opatrunek na czole dziecka.

— Co się stało?! — Andrzej gwałtownie wstał od stołu i podszedł szybkim krokiem do dziecka. Jerzy, który siedział bliżej, pierwszy znalazł się przy pokojówce i wziął od niej Antosia na ręce. Malec przytulił główkę do jego szyi. Zosia otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale Teresa ją ubiegła.

— To moja wina — rzekła. — Stęskniłam się za nim i wzięłam go po obiedzie. Jest taki żywy! Biegał po pokoju, przewrócił się i uderzył o krzesło.

— Mogę obejrzeć? — spytał Jerzy. Gdy Teresa skinęła głową, odchylił opatrunek i oznajmił: — Wygląda niegroźnie. Czy doktor Rogowski to widział? — Ponownie skinęła głową. Andrzej objął ją ramieniem i powiedział ze współczuciem:

— Nie powinnaś się obwiniać, moja droga. Musiałaś się bardzo zdenerwować — dodał.

— O, tak — odparła. — Ale ojciec mnie uspokoił.

Przez chwilę wszyscy z niepokojem obserwowali Antosia. Odetchnęli z ulgą, gdy siedząc na kolanach Jerzego, zaczął z ożywieniem szczebiotać. Widać było wyraźnie, że czuje się dobrze.

Janusz wrócił tuż przed kolacją. Przywiózł olbrzymi bukiet dla Teresy i wysłuchał relacji o wypadku Antosia.

— Wyobrażam sobie, ile cię to musiało kosztować — powiedział, całując jej rękę.

Sam usiadła przy Teresie i w pewnym momencie dotknęła jej dłoni, pragnąc dodać otuchy.

— Dobrze, że Antosiowi nic się nie stało — szepnęła.

Teresa spojrzała na nią i uśmiechnęła się samymi kącikami ust, jakby z wysiłkiem. Skinęła głową na znak wdzięczności.

Po kolacji Sam zaczęła robić szkic fontanny do następnego obrazu i pracowała, dopóki nie zaczął zapadać zmierzch. Później chwilę siedziała na huśtawce, kołysząc się lekko. Była na siebie zła za swoje poranne myśli. Ogarnęły ją cieplejsze uczucia wobec Teresy. Postanowiła, że jutro dotrzyma jej towarzystwa. Wtedy zobaczyła Janusza, wychodzącego z holu na werandę. Podszedł do niej szybkim krokiem.

— Szukałem cię — powiedział. — Jadę do Poznania.

— Tak późno wyjeżdżasz? — zaniepokoiła się. — Już prawie dziesiąta. Coś się stało?

Uśmiechnął się.

— Wszystko w porządku. Możesz być spokojna. Nie mówiłem nic Górskim, bo pewnie już śpią. — Pocałował ją w czoło. — Dobranoc, Sam.

Patrzyła w ślad za nim, gdy wyjeżdżał żwirowanym podjazdem na zewnątrz. Nie miała ochoty jeszcze wracać do domu. Siedząc z zadartą głową, kołysała się lekko, obserwując rozgwieżdżone niebo. Spojrzała na zegarek. Westchnąwszy, wstała i skierowała się do schodów. Ledwo weszła do holu, usłyszała dobiegający z góry podniesiony głos Andrzeja:

— Powinnaś była od razu mi powiedzieć!

Teresa coś odpowiedziała, ale tak cicho, że nie można było rozróżnić słów.

Andrzej, już spokojniej, odrzekł:

— Wiem, że nie chciałaś mnie denerwować, ale ta sprawa jest zbyt poważna. Poczekam, aż zaśniesz, i zadzwonię później z gabinetu.

Sam czekała, dopóki nie usłyszała odgłosu zamykanych drzwi. Nie chciała, by wiedzieli, że słyszała tę rozmowę. Już w łóżku, prawie zasypiając, postanowiła, że spyta nazajutrz Teresę, czy zgodzi się pozować do portretu. Zasnęła, uśmiechając się do tej myśli.

CZĘŚĆ DRUGA

ROZDZIAŁ 1

Komisarz Łukasz Darski stanął przed lustrem. Widok poszarzałej, pokrytej jednodniowym zarostem twarzy dodatkowo pogłębił jego nie najlepszy nastrój. Był potwornie zmęczony. Usłyszawszy, że ktoś dzwoni do drzwi, ciężkim krokiem ruszył do korytarza. Jak zwykle, przechodząc koło komody, spojrzał na zdjęcie Barbary. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nieoczekiwanego gościa. Wreszcie nadkomisarz Graczyk, już trochę zniecierpliwiony, odezwał się:

 

— Może starczy tych oględzin?

Łukasz odsunął się i machnął ręką w kierunku mieszkania.

— Wejdź.

Usiedli przy stole. Graczyk, zapalając papierosa, rzucił krótkie, badawcze spojrzenie w jego kierunku.

— Kiedy wróciłeś? — spytał.

— Godzinę temu. — Darski przejechał dłonią po twarzy, jakby próbując zetrzeć z niej zmęczenie. — Przez kilkanaście godzin prawie nie wychodziłem z pociągu.

Jego szef nerwowo zdusił dopiero co zapalonego papierosa w popielniczce i oznajmił:

— Akta tej sprawy musisz przekazać Borczakowi.

Widząc kompletne zaskoczenie rozmówcy, dodał szybko:

— Mamy coś poważniejszego. Chodzi o morderstwo. W Miłowie. — Spojrzał pytająco na podwładnego, a ten skinął głową, dając do zrozumienia, że wie, gdzie to jest.

— Co wiadomo? — spytał krótko Łukasz, pocierając szorstki podbródek.

— Zabity to znany architekt Andrzej Górski — wyjaśnił nadkomisarz. — Rano, po dziewiątej znalazła go pokojówka. Miejscowy lekarz stwierdził zgon. Na miejscu był twój dobry znajomy, mecenas Maleta. Kazał zamknąć pokój i zadzwonił do nas. W tej chwili jest tam fotograf z resztą ekipy i doktor Zelner. Już na ciebie czekają.

Nie czekając na odpowiedź, Graczyk skierował się do wyjścia. Przy drzwiach odwrócił się jeszcze i dodał:

— Dom Górskiego jest pierwszy przy wjeździe do Miłowa, trochę na uboczu. Ulica Jaśminowa.

Zimna kąpiel i mocna kawa postawiły Łukasza na nogi. Goląc się, rozważał przez chwilę godzinną drzemkę, ale przypomniawszy sobie zalecenia szefa, szybko zrezygnował z tego pomysłu. Zresztą wiedział, że zbyt wielkie zmęczenie i myśl o nowej sprawie i tak nie pozwolą mu zasnąć.

Po pół godzinie był w Miłowie. Już miał zastukać do drzwi mosiężną kołatką, gdy jego uwagę zwrócił obraz na sztaludze. Podszedł bliżej. Od razu rozpoznał wierzbę i stawek, które widział, wjeżdżając na podjazd. Coś w tym obrazie przykuwało jego uwagę. Pogodny nastrój wywołany igrającymi na wodzie słonecznymi refleksami burzyły złowieszczo wydłużone cienie wierzbowych gałęzi i stojącej tuż obok huśtawki. Przypatrywałby się dłużej, ale usłyszał za plecami odgłos otwieranych drzwi. W progu stanął Janusz Maleta. Rysujące się na jego pobladłej twarzy napięcie i podkrążone oczy świadczyły o doznanym wstrząsie. Bez słowa wyciągnął rękę.

— Dawno się nie widzieliśmy — rzekł Łukasz, ściskając mu dłoń.

— Nie sądziłem, że spotkamy się w takich okolicznościach. — Janusz wyciągnął papierosy w jego kierunku, ale komisarz uniósł dłoń w odmownym geście i spytał:

— Nasz lekarz jeszcze tu jest?

— Teraz pije kawę w salonie. Wejście z lewej strony holu.

Janusz nie poszedł za komisarzem. Zapalił papierosa i stał nieruchomo, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w przestrzeń. Łukasz mimo woli rozejrzał się po imponującym wnętrzu. Zadarł głowę i spojrzał w górę, w kierunku przeszklonej kopuły.

Doktor Zelner, ubrany jak zwykle z nieskazitelną elegancją, siedział w skórzanym fotelu z jedną nogą założoną na drugą. W prawej ręce trzymał cygaro. Na rzeźbionym okrągłym stoliku przed nim stał dzbanek i dwie filiżanki. Skinął łysą głową. Spoza okularów w złotych oprawkach obrzucił przybyłego taksującym spojrzeniem. Przypatrując się nieco ironicznie niezbyt starannie zawiązanemu na szyi Darskiego krawatowi, powiedział:

— Siadaj i nalej sobie kawy. Wyglądasz, jakbyś w ogóle nie spał.

— Bo nie spałem. Co mamy? — Komisarz rzucił kapelusz na stolik i opadł na drugi fotel.

— Uderzenie ciężkim, tępym przedmiotem w głowę — Zelner sięgnął po filiżankę i upiwszy mały łyk, dorzucił: — Na razie nie musisz się spieszyć. Technicy jeszcze pracują. Ja nie mam tu już nic do roboty.

Łukasz nalał sobie kawy i od razu wypił ją całą.

— Gdzie domownicy? — spytał. Wiedział, że nie ma co zadawać dalszych pytań. Zelner nie znosił snucia dywagacji. Komisarz musiał czekać na wyniki sekcji. Sam zresztą miał podobne podejście jak patolog.

— Chyba w swoich pokojach — odparł lekarz. — Żona ofiary śpi. Dostała coś na uspokojenie. Najpierw wezwali miejscowego lekarza.

Łukasz wstał. Skinął głową i szybkim krokiem wyszedł do holu. Przez uchylone drzwi zobaczył, że dwóch techników ciągle pracuje. Nie zdziwiło go to. Samych odcisków palców musiało tu być mnóstwo. Postanowił więc porozmawiać z Januszem, który nadal stał w tym samym miejscu, w którym Łukasz go zostawił.

— Dobrze znałeś Górskiego? — spytał, ledwo usiedli.

Janusz skinął głową.

— Rodzinę Górskich znam od dawna. Andrzej z pierwszą żoną, Ireną, mieszkał najpierw w Poznaniu. Byli bardzo zaprzyjaźnieni z moimi rodzicami. Kancelaria ojca prowadziła dla niego jakieś sprawy. Przeprowadzili się do Miłowa dwadzieścia lat temu.

— Ciało odkryła pokojówka? — upewnił się komisarz.

— Tak — potwierdził mecenas. — Rano, o dziewiątej zebraliśmy się na werandzie na śniadanie. Spytałem o Andrzeja i Teresa posłała Zosię, by sprawdziła, czy Andrzej jeszcze śpi. Po kilku minutach usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk. Pobiegłem do holu i zobaczyłem, że Zosia stoi w uchylonych drzwiach do gabinetu. Odsunąłem ją i wszedłem. Zobaczyłem Andrzeja… Sprawdziłem puls. Cóż mogłem zrobić? Zadzwoniłem po Rogowskiego, to nasz miejscowy lekarz i teść Andrzeja. Potwierdził, że Andrzejowi nie można już pomóc, i zajął się Teresą, która wpadła w histerię. Zaprowadził ją do jej pokoju i dał coś na uspokojenie. Ja zaś kazałem wszystkim się odsunąć, zamknąłem drzwi i zadzwoniłem do was.

— Gdzie są domownicy?

— Teresa na pewno śpi. Jest z nią Zosia. Reszta w swoich pokojach na piętrze, tak kazał jeden z waszych.

Łukasz wstał i powiedział:

— Chciałbym porozmawiać z pokojówką, która znalazła ciało.

Janusz też się podniósł.

— Gdzie będziesz z nią rozmawiał? — spytał.

— A gdzie mogę?

Maleta chwilę się zastanawiał.

— Chyba jadalnia będzie odpowiednia. Zaprowadzę cię i przyślę Zosię.

Po przekroczeniu progu jadalni Łukasz omiótł szybkim spojrzeniem obszerne pomieszczenie, urządzone w klasycznym francuskim stylu.

Eleganckie orzechowe meble ładnie kontrastowały z ciepłymi odcieniami jasnej tapety. Między dwoma wykuszowymi oknami stała dwuskrzydłowa przeszklona witryna. Komoda na przeciwległej ścianie miała cztery zdobione rzeźbieniami skrzydła i nadstawę o delikatnie falowanych liniach. Ogromy owalny stół ustawiono pośrodku pomieszczenia. Krzesła z finezyjnie wygiętymi nogami obite były tapicerką w kolorze ciemnej wiśni. Tej samej barwy dywan zakrywał parkiet niemal w całości. Na stole stał wielki kryształowy wazon z różami. W każdym narożniku pokoju zaś można było dostrzec donicę z okazałą palmą.

Łukasz usiadł przy stole, tyłem do okna. Zasłony były rozsunięte, słoneczne światło drażniło jego zmęczone oczy. Wygodne krzesło spowodowało, że znużenie jeszcze wyraźniej dało o sobie znać. Wtedy rozległo się delikatne pukanie. W drzwiach stanęła zalękniona, jasnowłosa dziewczyna o pyzatej twarzy.

— Proszę zamknąć drzwi i usiąść.

Zosia usiadła na skraju krzesła i popatrzyła na niego z uwagą.

— Wiem, że jest pani przestraszona — rzekł komisarz. — Ale proszę opowiedzieć mi po kolei o tym, co się tu dzisiaj rano wydarzyło.

Pokiwała głową. Palcami mięła brzeg nakrochmalonego fartuszka.

— Państwo usiedli do śniadania na tarasie — zaczęła cicho, ze spuszczonymi oczyma. — Pan mecenas spytał o pana i pani kazała mi iść do sypialni. Myślała, że pan jeszcze śpi. Łóżko pana było zaścielone, więc poszłam do gabinetu.

— Czy drzwi gabinetu były zamknięte na klucz?

Jego pytanie nieco ją spłoszyło.

— Nie. Na klucz nie. Zapukałam cichutko. Otworzyłam… — przerwała i opuściwszy głowę jeszcze niżej, chlipnęła.

— Wchodziła pani do środka?

Gwałtownie podniosła głowę.

— Nie! Przecież… pan… — Zakryła usta dłonią i rozpłakała się na dobre.

Komisarz wyszarpnął z kieszeni chusteczkę i podał ją dziewczynie. Czekał cierpliwie, aż wytrze oczy i nos. Po chwili uspokoiła się nieco i mówiła dalej.

— Zaczęłam tak strasznie krzyczeć. Przybiegł pan mecenas i wszedł do środka. Później wyszedł i zamknął drzwi. Powiedział, że pan nie żyje i że musimy zadzwonić po policję. Pani zemdlała. Pan mecenas zaniósł ją do salonu i zadzwonił po pana doktora Rogowskiego.

— Czy doktor Rogowski szybko przyszedł?

— Tak — potwierdziła Zosia. — Mieszka niedaleko. Najpierw wszedł do gabinetu i powiedział, że panu nie można już pomóc. — Głos jej zadrżał, ale szybko się opanowała i mówiła dalej. — Później zaprowadził panią do sypialni. Powiedział, że będzie spała, i kazał mi przy niej siedzieć.

Umilkła i patrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma.

Komisarz chrząknął.

— Czy pani jeszcze śpi?

— Jak wychodziłam, to spała.

Zastanawiał się przez chwilę.

— Na razie dziękuję. Może pani wrócić do pani Górskiej.

Z wyraźną ulgą podniosła się i skierowała do drzwi.

ROZDZIAŁ 2

Łukasz na moment oparł głowę na dłoniach. Później potarł zdrętwiały kark. W tym czasie drzwi ponownie się rozsunęły.

— Może już pan zobaczyć gabinet — poinformował jeden z techników. — Sprawdzimy jeszcze drzwi i okna pod kątem włamania. Trochę ich tu jest.

Darski stanął na progu gabinetu i uważnie zlustrował pomieszczenie. Na podłodze po prawej stronie od wejścia z holu walały się papiery. Andrzej Górski siedział w fotelu z tułowiem pochylonym do przodu. Spoczywająca na biurku głowa była lekko skierowana w lewo. Otwarte szkliste oczy sprawiały upiorne wrażenie. Na lewej skroni, blisko czoła, widniał duży, podbiegły krwią obrzęk. Prawa ręka spoczywała na biurku, lewa na kolanach. Łukasz podszedł bliżej. Przed biurkiem leżał oznakowany przedmiot, rzeźbiona w metalu głowa, służąca zapewne jako przycisk do papieru. Z drugiej strony Łukasz zauważył na wzorzystym dywanie złamany ołówek.

Podszedł do zmarłego. Przez chwilę przypatrywał się spoczywającej na udzie lewej dłoni. Później spojrzał na otwarte drzwi na taras, znajdujące się w odległości mniej więcej dwóch metrów od fotela. Ze zmarszczonymi brwiami ruszył w ich kierunku. Wyjrzał przez nie na zewnątrz i spojrzał w dół na szaroniebieskie płytki, po czym cofnął się do pokoju i dokładniej obejrzał biurko. Na prawo od ręki Górskiego stał aparat telefoniczny i drewniane puzderko inkrustowane ornamentem ze złota i kości słoniowej. Na lewo leżał jakiś maszynopis. Kilka górnych kartek było nieco przesuniętych. Leżące niżej pozostały ułożone w równy stos. Łukasz wyjrzał przez drzwi i zapytał fotografa:

— Zrobiliście zdjęcie lewej ręki?

Uzyskawszy potwierdzenie, komisarz postanowił porozmawiać jeszcze raz z pokojówką.

— Mówiła pani, że zapukała przed wejściem do gabinetu — powiedział do podchodzącej wolno, zalęknionej Zosi. — Czy drzwi otworzyła pani szeroko?

Spojrzała na niego ze zdziwieniem i potrząsnęła głową.

— Pan nie lubił, żeby mu przeszkadzać. Tylko trochę je uchyliłam i ostrożnie zajrzałam.

— Proszę sobie dokładnie przypomnieć. Czy zobaczyła pani spadające z biurka papiery? To bardzo ważne — rzekł z naciskiem.

— Nic z biurka nie spadło. Papiery leżały już na podłodze.

— Czy drzwi na taras są zamykane na noc?

— Tak, wszystkie drzwi zamykamy o dziesiątej — potwierdziła.

— Kto sprząta gabinet pana Górskiego?

— Grzegorz. Nasz szofer.

— A gdzie on teraz jest?

— Można go przywołać z holu dzwonkiem.

— Proszę go zawołać i poprosić do jadalni — rzekł komisarz. — Pani na razie dziękuję.

W jadalni stanął przy oknie wychodzącym na wschodnią część ogrodu. Miał stąd widok na kort tenisowy, częściowo tylko zasłonięty przez okazałe krzewy i kwiaty. Za kortem, ponad gęstym szpalerem wysmukłych iglastych drzewek mógł dojrzeć fragmenty dachu. Zapewne był to domek dla służby.

Odwrócił się szybko, kiedy usłyszał otwierające się drzwi. W progu stanął przystojny, barczysty mężczyzna. Ubrany w uniform, w ręku trzymał czapkę.

— Grzegorz Kolecki — przedstawił się.

Łukasz usiadł, wskazując jednocześnie krzesło naprzeciwko. Jego rozmówca wydawał się całkiem spokojny. W utkwionych w komisarzu ciemnych oczach nie było nawet śladu jakichkolwiek emocji.

— Dlaczego to pan sprzątał gabinet Andrzeja Górskiego? — spytał Łukasz bez żadnych wstępów. — Nie powinna tego robić pokojówka?

 

Grzegorz wzruszył nieznacznie ramionami.

— Byłem szoferem i osobistym służącym pana Górskiego. Tak sobie życzył. Pokojówkom nie wolno było wchodzić do gabinetu.

— Kiedy sprzątał pan tam ostatnio?

Odpowiedź padła natychmiast.

— Wczoraj, koło siódmej, przed kolacją. Zwykle sprzątam tam wcześniej, ale wczoraj po południu musiałem jechać na uniwersytet po maszynopis. Pan Górski miał go sprawdzić i nanieść poprawki.

Komisarza uderzył nie tylko spokój, ale i rzeczowy, powściągliwy sposób, w jaki wysławiał się Grzegorz Kolecki.

— Mówi pan o maszynopisie z gabinetu? — upewnił się.

— Tak. To najnowsza książka pana Górskiego. Odłożyłem ją na biurko.

— Kartki nie były zszyte — rzekł komisarz. — Czy położył pan na nich przycisk?

— Nie. Przycisk jest bardzo ciężki i zostawia ślady na kartkach. Pan Górski nie lubił tego.

Kolecki mówił wolno i z takim spokojem, jakby zabójstwo chlebodawcy niewiele go obeszło. Łukasz jednak nie był tym specjalnie zdziwiony. Spotykał się z różnymi reakcjami w obliczu czyjejś śmierci.

— Pamięta pan, czy drzwi na taras były zamknięte, gdy kładł pan maszynopis na biurko?

— Na pewno były zamknięte — rzekł Grzegorz stanowczo. — Sprawdzałem je jeszcze przed dziesiątą wieczorem. Zawsze to robię. Były zamknięte.

Komisarz wstał.

— Proszę za mną.

Gdy stanęli przed gabinetem, Łukasz uchylił drzwi i powiedział:

— Niech pan tam zajrzy i sprawdzi, czy coś nie zginęło. Ale proszę nie wchodzić.

Grzegorz przez chwilę uważnie wodził wzrokiem po pomieszczeniu.

— Nie widzę notesu z telefonami.

— Gdzie leżał?

— Obok telefonu. Pan Górski zawsze kładł wszystko w jednym miejscu.

— Czy sprzątając wczoraj, wytarł pan klamkę od drzwi na taras? Proszę się dobrze zastanowić.

W ciemnych oczach pojawił się przebłysk zainteresowania.

— Codziennie to robię — wyjaśnił kierowca. — To mosiężna klamka.

— Dziękuję. Może pan odejść — rzekł komisarz.

Grzegorz, skłoniwszy lekko głowę, wyszedł, korzystając z drzwi obok kuchni. Łukasz od razu przeszedł na werandę i stanął nad siedzącym w fotelu Januszem. Gestem ręki powstrzymał go od wstania.

— Czy dotykałeś drzwi na taras? — spytał, przesuwając dłonią po szorstkich, niezbyt dokładnie ogolonych policzkach.

— Nie — odparł stanowczo Maleta. — Chciałem tylko sprawdzić, czy Andrzej żyje. Nie dochodziłem do drzwi ogrodowych.

— Co wiesz o tej pokojówce, która znalazła ciało?

Janusz spojrzał na niego, nie ukrywając zdziwienia. Wzruszył ramionami.

— Jest tu od kilku lat. Teresa ma do niej chyba największe zaufanie, bo powierza jej Antosia.

Komisarz wiedział, że technicy zaraz wezmą się za pobieranie odcisków palców od wszystkich, także od służby. To nieprzyjemne, ale konieczne. Sprawa nie wyglądała na łatwą, ale jeśli nie było śladów włamania, a nie było, mordercą musiał być jeden z domowników. Darski, jakiś czas zamyślony, przyglądał się widocznemu przez oszklone drzwi basenowi.

Po powrocie na werandę zobaczył mecenasa Maletę i jakąś damę, siedzących obok siebie w wiklinowych fotelach. Ona, lekko pochylona, z ukrytą w dłoniach twarzą płakała. Na widok Darskiego Janusz wstał.

— To pani Helena Kolecka, opiekunka Antosia — wyjaśnił cicho, podchodząc bliżej. — Właśnie przyjechała.

Kobieta uniosła twarz i spojrzała na komisarza. Mimo śladu łez, wydała mu się niezwykle interesująca. Miała trzydzieści kilka lat. Jakiś nieuchwytny urok emanował z wysmukłej, wytwornej sylwetki i pociągłej twarzy o inteligentnych szarych oczach i delikatnych rysach. Kosmyk ciemnoblond włosów wysunął się nad uchem spod ronda założonego ukośnie kapelusza. Koronkową chusteczką osuszyła oczy. Wstała i podeszła, wyciągając obleczoną w szaroperłową rękawiczkę szczupłą dłoń.

— Muszę z panem porozmawiać — lekko drżący głos o miłym brzmieniu dopełniał przyjemnego wrażenia.

Janusz dyskretnie skierował się do drzwi, mówiąc:

— Sprawdzę, co u Teresy.

— Przyjechałam prosto ze stacji, dorożka przed chwilą odjechała — Helena była już całkiem opanowana. — Wróciłam wcześniej, niż zamierzałam, ponieważ pan Górski wczoraj mnie o to prosił.

— O której pani z nim rozmawiała?

— Zadzwonił dosyć późno, gdzieś o dziesiątej wieczorem. Wystraszyłam się, że coś się stało.

— Czy powiedział pani, o co chodzi?

Potrząsnęła głową.

— Powiedział jedynie, że wszystko mi wyjaśni, gdy wrócę. Na pewno musiało to być coś poważnego.

— Dlaczego pani tak uważa?

Jej usta nieznacznie drgnęły. Spojrzała na niego uważnie.

— Wiedział, że muszę pomóc siostrze w opiece nad matką. Zaniemogła na serce. Na pewno nie wzywałby mnie z błahej przyczyny. I nie dzwonił o tak późnej porze.

Przez chwilę przyglądał się jej z namysłem.

— Nie domyśla się pani, jaki miał powód?

— Myślę o tym nieustannie, odkąd dowiedziałam się o tej tragedii, ale nic mi nie przychodzi do głowy... Jest jeszcze coś — dodała. — Pan Górski prosił, bym nikogo z domowników nie zawiadamiała o swoim przyjeździe.

— Ach tak, ciekawe. Miałbym prośbę, by udała się pani teraz do swojego pokoju. Zostaniecie państwo powiadomieni, kiedy nasi ludzie skończą pracę.

Helena ruszyła do drzwi wejściowych.

— Jeszcze jedno — powiedział komisarz, gdy kładła dłoń na klamce. — Szofer Andrzeja Górskiego nosi to samo nazwisko co pani. Czy jesteście państwo spokrewnieni?

— Tak — odparła, schylając nieco głowę. — To mój brat.

Kiedy Łukasz Darski opuszczał dom Górskich, pomyślał, że jeszcze nigdy w życiu nie był aż tak zmęczony.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora