Nadzy mężczyźni

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tego ranka Sandra jest szczególnie irytująca. Budzi mnie przed wyjściem do pracy. Szczebiocze niczym kanarek i podskakuje niczym kanarek. Nalega na wspólne śniadanie, więc zwlekam się z łóżka i idę z nią do kuchni. Przygotowała kawę i tosty. Nadszedł wielki dzień. Co za emocje! O jedenastej spotkam się z panem Contrerasem w sprawie pracy. Po zachowaniu Sandry można by sądzić, że oczekuje mnie prezydent Obama, aby zaproponować stanowisko sekretarza stanu. Jest spięta, ale ukrywa to pod maską entuzjazmu. Co za obmierzła taktyka! Każde jej spojrzenie mówi: „Świat należy do ciebie, chłopcze, zdobądź go. Ta praca jest dla ciebie, bo jesteś najlepszy. Przekonaj o tym Contrerasa, chwyć go za klapy i powiedz mu: «Ta praca jest dla mnie. Zdębiejesz, kiedy się przekonasz, jakim jestem świetnym nauczycielem. Rozsławię twoje gówniane liceum. Zobaczysz»”. Wyczytałem tego typu zdania w jakimś podręczniku samorealizacji albo w jakimś artykule w dodatku niedzielnym: „jak dać sobie radę w życiu”, „jak osiągnąć sukces”. Śmieci bez możliwości recyklingu. Wolałbym, żeby Sandra wcieliła się w rolę tradycyjnej matki, której syn idzie na trudny egzamin: „Zjedz dobre śniadanie, syneczku, bo z pełnym brzuchem lepiej się myśli”. Ale nie, wybrała nowoczesną strategię. Bardzo jej zależy, żebym dostał tę pracę, bo byłby to efekt jej pośrednictwa i w ten sposób zyskałaby częściową władzę nade mną. Takie niecne myśli przychodzą mi do głowy. W gruncie rzeczy bardzo jej zależy, żebym dostał tę pracę, bo od pewnego czasu życie ze mną stało się nie do zniesienia. Starałem się, żeby moje przygnębienie nie wpływało na nią, ale bezskutecznie. Utrata pracy, patrząc obiektywnie, nie oznacza końca świata, ale ja nie potrafię sobie z tym poradzić. Wątpliwości, wciąż nowe wątpliwości. Ze spokojem wysłuchuję jej słów wsparcia, zanim wybiegnie do pracy, bo zrobiło się późno.

Kiedy zostałem sam w domu, poczułem się lepiej. Długi, staranny prysznic. Kolejna kawa. Wyszedłem ubrany jak zwykle, tyle że uczesałem się pedantycznie, nie chcę przyjść na rozmowę z rozwichrzoną fryzurą. Poszedłem piechotą i kiedy stanąłem przed bramą liceum, do jedenastej brakowało jeszcze pół godziny. Wszedłem do niewielkiego baru, gdzie zapewne chadzają uczniowie ze starszych roczników. Poprosiłem o piwo, żeby wzmocnić swoje poczucie pewności. Może nie trzeba tak zgryźliwie oceniać podręczników samorealizacji, w końcu opierają się na zdrowym rozsądku. Udzielają oczywistych rad, ale kierują je do prostych ludzi o niskim poziomie kultury. To nie mój przypadek, więc nie muszę ich czytać, żeby podjąć właściwą decyzję. Nie znaczy to, że wszystkie te rady są bezużyteczne. Z pewnością nie powinieneś dopuszczać do tego, by kryzysowa sytuacja podkopała twoje morale. Trzeba być świadomym własnych przymiotów, a ja jestem dobrym profesorem. Nie wygrałem żadnego konkursu, nie byłem wyróżniającym się studentem, ale jestem dobrym profesorem. Poważnie podchodzę do programu nauczania i do uczniów. Na moich zajęciach zawsze panował klimat szacunku i moi podopieczni to doceniali. Wystrzegam się rutyny. Stale pogłębiam wiedzę, dużo czytam, zmieniam sposób prowadzenia zajęć. Widziałem wielu swoich kolegów całkowicie znudzonych nauczaniem. Zupełnie ich nie obchodziło, jakie są efekty ich pracy. Ja taki nie jestem. Mam powołanie. Nieważne, czy to liceum należy do Opus; ta posada będzie moja. Nie mogę dopuścić do tego, by trapiące mnie od miesięcy zniechęcenie ujawniło moją słabość w czasie rozmowy kwalifikacyjnej. Zgoda, zostałem bez pracy, tyle że to nie ja jestem winny, ale kryzys gospodarczy.

Dopiłem piwo, nazbyt gorzkie o tej porze dnia, i wszedłem do liceum, aby zatriumfować.

Wyposażenie szkoły jest imponujące. Na widok młodszych i starszych uczniów przechadzających się korytarzami wpadam w jakąś osobliwą euforię: to jest mój świat. Wkrótce do niego powrócę, dostanę grupę uczniów i roztoczę nad nimi intelektualną opiekę. Moje nazwisko znajdzie się w siatce zajęć: poniedziałek, środa i piątek, literatura hiszpańska.

Pan Contreras każe czekać na siebie zaledwie kwadrans. Staje w drzwiach i zaprasza do swojego gabinetu. To kierownik toku studiów, nie dyrektor, ale przez jego ręce przechodzą wszystkie ważne sprawy, jak zatrudnianie nowych nauczycieli. Nieskalane wielkie biurko, na którym leży tylko moje CV. Przez chwilę się w nie wpatruje.

– A tak, już sobie przypominam. Proszę powiedzieć, panie Javier, co może pan zaoferować naszym uczniom?

Opowiadam o swoim przygotowaniu, doświadczeniu, upodobaniu do nauczania. Wyjaśniam rolę literatury w formowaniu się młodych umysłów. Skromnie wymieniam własne zalety pedagogiczne. Contreras słucha z uwagą i zainteresowaniem. Kiedy już kończę tę gadaninę, patrzy na CV, patrzy na mnie i pyta:

– Z pańskiego CV wynika, że prowadził pan tylko zajęcia fakultatywne, czy tak?

– Tak, nie jestem profesorem tytularnym.

Na jego twarzy pojawia się lekki grymas, jakby nagle zabolał go ząb.

– No tak, ale w wypadku braku tytułu niejasne pozostają kompetencje: ocena uczniów, sprawdzanie ich aktywności na zajęciach...

Czuję się niepewnie i nie wiem, co powiedzieć. Uświadamiam sobie, że nie chce mi się dyskutować z tym facetem. Wzruszam ramionami.

– Jak pan zauważył, wszystko jest w moim CV.

– Cóż, to nie jest warunek konieczny. Staramy się o jak najlepszych nauczycieli, wypytujemy kandydatów o wszystkie szczegóły. Proszę powiedzieć, panie Javier, jest pan wierzący?

– Słucham? Nie bardzo rozumiem.

– Czy wierzy pan w Boga?

– Jestem agnostykiem – mówię jak idiota.

Kiedy to słyszy, bolą go już nie zęby, ale serce.

– Proszę nie mówić takich rzeczy! To takie przygnębiające! Jeśli ktoś jest ateistą... to prawdziwa tragedia, to oczywiste, ale zawsze, chociaż z najwyższym trudem, można to przezwyciężyć, natomiast agnostycyzm oznacza wygodne pragnienie, żeby niczego nie wiedzieć o Bogu... Tak mi przykro! Należy zdobyć się na minimalny chociaż wysiłek, żeby zyskać wiarę. Ale trzeba tego pragnąć, to oczywiste.

– Jak przypuszczam, to wyklucza mnie definitywnie.

– Nie myślałem o stanowisku, panie Javier, ale o panu.

– Mam się dobrze, panie Contreras, proszę się nie niepokoić – mówię uprzejmie.

On równie uprzejmym gestem wskazuje na kilka zdań w moim CV.

– Świetnie, Javier. Zawiadomimy pana o naszej decyzji. Jest jeszcze kilku kandydatów. Odpowiedź prześlemy na adres prywatny.

Wstaje, uśmiecha się, odprowadza mnie do drzwi, ściska dłoń. Jestem takim idiotą, że nie reaguję, jak powinienem, nie wysyłam go do diabła ani nie mówię niczego, co choć na chwilę mogłoby go speszyć. Po prostu pragnę jak najszybciej stąd wyjść, a on z kolei pragnie, żebym jak najszybciej opuścił jego gabinet.

Wracam do tego samego baru. Piję kolejne piwo, które tym razem smakuje wybornie. Przypominam sobie, jak wyjaśniałem swoim uczennicom powieść Pereza Galdosa Miau. Bohaterem jest stary funkcjonariusz Ministerstwa Finansów, zwolniony z posady, który włóczy się po urzędach, żebrząc o pracę tak namolnie, że wszyscy mają go już dosyć. To jestem ja, mówię do siebie. Zaraz jednak nachodzi mnie inna, pocieszająca myśl: nigdy nie mógłbym uczyć w takim liceum. To ostoja integrystów, niebezpieczne miejsce. Lepiej tam się nie zapuszczać, bo i tak uciekłbym stamtąd po przykrych doświadczeniach. Zakonnice przynajmniej nie wypytywały mnie, czy wierzę w Boga.

Telefon od Sandry. Mówię jej, że rozmowa była katastrofą i na pewno mnie nie przyjmą. O nic nie pyta. Stwierdza lakonicznie: „Potem porozmawiamy”.

Wieczorem w domu boję się jej powrotu, zupełnie jakbym popełnił jakiś występek. Zastanawiam się, jak przedstawić przebieg rozmowy, żeby moja osoba jawiła się jako odpowiedzialna i wolna od podejrzeń. Dopiero wtedy łapię się za głowę i pytam sam siebie, dlaczego przerażony i malutki czekam na reprymendę swojego pana? Nie, na najmniejszy zarzut, jaki usłyszę z ust Sandry, naskoczę na nią i wygarnę, że z jej winy straciłem tylko czas, karmiąc się złudzeniami. Zgodzili się na rozmowę kwalifikacyjną wyłącznie przez wzgląd na jej koleżankę; wcale nie mieli zamiaru mnie zatrudnić. To było oczywiste.

Nachodzi mnie wspomnienie o ojcu, jedno z niewielu, które pamiętam. Wędkowaliśmy razem. Nagle w przezroczystej wodzie dostrzegłem ogromną rybę, szybko płynącą w naszym kierunku. Krzyknąłem do ojca, a on kilkakrotnie zarzucił wędkę, ale ryba płynęła dalej, niewzruszona. „Ależ z niego oferma! – pomyślałem wściekły. – Zawsze łapie tylko drobne rybki, a teraz, kiedy nadarzyła się okazja...”. Ale to nieprawda. Ryba po prostu przepływała tamtędy i nie było najmniejszej możliwości, że połknie haczyk. Byłem niesprawiedliwy wobec ojca, chociaż nie tak bardzo, bo w istocie był ofermą, któremu nigdy nie sprzyjały okoliczności. A świadczy o tym wydarzenie, do którego doszło wkrótce po naszym wędkowaniu: miał wypadek samochodowy i udał się na tamten świat, a matka wraz z nim. Epitafium: tu spoczywa oferma, niemal równie ofermowata jak ja.

Czekając w domu na Sandrę, uświadamiam sobie, jak bardzo czuję się upokorzony. Wcale nie mam ochoty jej widzieć, bo wiem, że nie będzie robiła żadnych wyrzutów, tylko zaleje się łzami. Nie chcę jej słuchać, bo i tak wiem, co powie: „Tak mi przykro, kochanie, ale nie martw się, jeszcze się nadarzy inna okazja”. Nie wie, że dla mnie nie ma żadnych okazji. Wkładam marynarkę i wychodzę z domu. Szukam baru. W kieszeni mam komórkę, bo może zadzwonić. „Wrócę późno”. Zamawiam przy barze gin z tonikiem. Piję drobnymi łykami. Trochę mi lepiej. Sięgam po komórkę i sprawdzam połączenia. Jest. Naciskam klawisz.

– Iván?

– W mordę jeża, uszom nie wierzę, profesor! Jak ci leci, Javier?

– Czy ta oferta pracy od ciebie nadal jest aktualna?

– Praca w show?

– No tak, a jaka inna?

 

– Ja pierdzielę, stary, tak, aktualna! Sram z radości, wujek! Jednak masz jaja, stary. I to dwa. Zaraz powiem Marianowi. Na pewno się uda, moja w tym głowa. Jutro oddzwonię.

Spokojnie dopijam drinka. Żadnych zmartwień. Jutro, kiedy wstanę, zacznę pierwszy dzień w nowym życiu.


Nie jest to próba ognia, ale prawie. W przebieralni są lustra, podchodzę do najbliższego. Iván zachowuje się jak wierny pies obskakujący swojego pana; chodzi za mną krok w krok, nie odstępuje ani na chwilę. Jestem oszołomiony jego paplaniną.

– Wyglądasz zajebiście, stary! Szkoda tylko, żeś obniżył sobie kategorię: dawniej profesor, a teraz, w show, jesteś uczniem.

Tak, całkiem dobrze. Kurewsko fajnie mu w tym szkolnym fartuszku. Ciekawe, co powie. To najgorszy moment. Może się wydawać, że najgorszy moment to ten, gdy wychodzisz na scenę, wydany na żer wygłodniałych lwic, ale nie, właśnie teraz, a wiem coś o tym, kiedy oglądasz się w przebraniu i widzisz w lustrze pajaca. Oby tylko wujek nie zaczął się cykać i nie dał dyla; ręczyłem za niego głową przed Marianem, a on potrafi się wnerwić, wziąć za kark i won. Trzeba dać mu moralne i psychologiczne wsparcie i dopieścić, jak to się robi ze sportowcem przed zawodami. A w tym jestem dobry. Mógłbym zostać psychologiem, gdybym trochę postudiował. Skumam go teraz z chłopakami, niech zobaczy, że nie jest sam, bo jak samopas będzie fikał nóżkami w fartuszku, to poczuje się jak wioskowy ciołek.

– Nogi muszą być całkiem odkryte, Iván? Mam takie blade. Od dawna się nie opalałem. Może lepiej założyć cielisty trykot albo damskie pończochy?

– Nie, stary, tak jest okej.

Ja chromolę tego profesora! Teraz mu się zebrało na kokietowanie. Chociaż czy ja wiem, całkiem zdrowa reakcja. Dla mnie osobiście obciach jest wtedy, kiedy mówię „jestem śmieszny”, ale skoro on chce się podobać, to nie jest źle.

– Weź na wstrzymanie, Javier. Tu nie idzie o to, żeby być bardziej sexy od Bratapitta. Wręcz przeciwnie. To ma być zgryw, ubaw, czaisz? Nie po to tu jesteś, żeby facetki się w tobie zadurzyły, tylko żeby miały git zwałę, one i ty też. Tak to potraktuj, jakbyś wyhaczył los na loterii, no bo masz ubaw i jeszcze ci za to płacą, zajebiście, nie?

Wokół mnie krążą striptizerzy. Są mniej więcej w moim wieku, może trochę młodsi. Iván przedstawia ich kolejno, w miarę jak pojawiają się w przestronnej wspólnej garderobie: Domingo, Pablo, Fefo... jeden z nich to Azjata; już go wcześniej widziałem na scenie. Nazywa się Wong. Uprzejmie, ale dość obcesowo ściskają mi dłoń. Nowy kompan, jak widać, jest tu czymś powszednim. No tak, to nie to samo, co brygada w fabryce. Striptizer to żaden zawód, nawet nie trzeba stawać do konkursu jak gdzie indziej. Przypuszczam, że często przychodzą i odchodzą. Większość ma pewnie też inne zajęcia: kelnerzy, portierzy w klubach, czy ja wiem? Albo przechodzą trudny okres, jak ja.

Atmosfera w garderobie przypomina zwykłą przebieralnię w siłowni: głośne rozmowy, poklepywanie się po ramieniu, żarty. Kiedy nakładam na siebie ten idiotyczny szkolny fartuszek, reszta „uczniów” podchodzi do mnie i dowcipkuje, ale bez złośliwości: „Psze pani, w klasie jest nowy chłopiec!”, „Co za nogi!”, „Jak będziesz niegrzeczny, poskarżę się mamie!”. Zapewne tak tu wyglądają otrzęsiny. Ale po chwili przestają się mną interesować i zajmują się swoimi sprawami: ktoś ćwiczy hantlami w kącie przebieralni, ktoś inny wysyła esemesy... Tylko Wong został przy mnie.

– Pierwszy raz występujesz w striptizie?

Wtrąca się Iván, nie dając mi dojść do słowa.

– Ja chromolę, Chinol! Jesteś ślepy czy co? Wygląda na takiego, co występował na Pigalle?

– Nie jestem Chińczykiem, tylko Koreańczykiem. Powtarzałem ci to setki razy.

– Niech ci będzie, Koreańczyk. W sumie na jedno wychodzi.

Trzeba go trzymać z daleka od innych, bo jeszcze mi się zestresuje. Za cholerę nie wiem, co też psor sobie o nas myśli. Ale bydło albo coś w tym stylu. Żaden z nas nie mówi jak on ani nie chodzi jak on. Na kilometr czuć od niego psorem. Ale przyzwyczai się, a jeśli nie, to się okaże większym dupkiem, niż sądziłem.

– Popatrz, tu, na tych półkach, są przybory do makijażu.

– Też muszę zrobić sobie makijaż?

– A coś myślał, stary? W świetle reflektorów wyglądałbyś z tą bladą facjatą jak żywy trup.

Niech to szlag, wiedziałem, że tak będzie! On się mnie pyta: „Też muszę zrobić sobie makijaż?”. Mówiłem mu jak komu dobremu, to nie jest widowisko dla pedziów, a ten robi za maczystowskiego samca. Pieprzenie w bambus, profesor! Lubię go, ale już za bardzo świruje. To dlatego nie uczyłem się na psychologa, bo za cholerę nie mam tyle cierpliwości.

– Nie wkurwiaj mnie, Javier! Nie wiesz, że jak występujesz w telewizji, to musisz sobie tynku nawalić? Tapeta dla ministra i tapeta dla robola, bez różnicy. Więc jak mówię, tu masz przybory do tynku.

– W porządku.

Chyba irytuję biednego Ivana. Zachowuję się jak dziecko we mgle. Muszę pamiętać o tym, że chce mi pomóc. Nikt mnie nie zmuszał, jestem tu z własnej woli. A jeśli nie dam rady, najwyżej zrezygnuję po pierwszym spektaklu. Iván to zrozumie. Wystarczy, że mu powiem: „Próbowałem, ale nic z tego”.

– Słuchaj, Iván, czy próby odbywają się co tydzień, czy to tylko dlatego, że dołączyłem do zespołu?

– Próby są w każdy czwartek wieczorem, wujek, jak w zegarku. Nigdy nie umawiaj się z nikim w czwartek wieczór. Mariano jest perfekcjonistą, sam się przekonasz. Zawsze ćwiczymy, nawet jeśli gramy to samo w stu przedstawieniach. W czwartek próba, w weekend show.

– Próba wliczona jest w pensję czy płatna ekstra?

– Wliczona.

Ale z niego panisko i delikutas! Myśli, że występujemy w Hollywood czy co? Dwieście euro za spektakl. W sumie czterysta na tydzień. Gibasz się na scenie przez dwadzieścia minut, tylko tyle, ale potem czekasz do końca show, bo wtedy cała trupa się żegna z publiką. Na miesiąc wychodzi tysiąc sześćset. Prawie na czysto, bo w kontrakcie jest niższa stawka. Dla niego to niezły bejs. Za cholerę tyle by nie wyciągnął jako nauczyciel. Musiałby w szkole na okrągło wycierać zasmarkane noski swoich małolatów.

– Uważasz, że to niesłuszne?

– Ależ skąd. Chciałem się tylko zorientować.

– I dobrze. Jak jedziesz z koksem, musisz wiedzieć, ile ci płacą. Może nie jest to fucha jak każda inna, ale da się z tego żyć.

– Na pewno.

Fucha. Nawet on jest świadomy, że to nie jest normalna praca. Niepodobna do pracy kasjera w banku czy mechanika samochodowego. Niepodobna skądinąd do rozprawy o poezji świętego Jana od Krzyża ani do dysertacji na temat powieści Fortunata y Jacinta Pereza Galdosa. Ale to niezła fucha, stary, i da się z tego żyć.

Mariano wchodzi do garderoby, która w istocie jest zabałaganionym magazynem. Z bliska szef wygląda trochę na ponuraka. Ubrany w kraciaste polo i czarne spodnie traci cały swój magnetyzm, którym epatował, występując nago na scenie. Na nogach ma mokasyny i białe skarpetki; w sumie sprawia wrażenie prostaka. To dziwne, bo wszyscy chłopcy, z Ivanem włącznie, ubrani są wręcz gustownie: markowe koszule, dżinsy, adidasy. Niewykluczone, że Mariano chce uchodzić za prostaka, żeby nie obnosić się z pieniędzmi, które ma z przedstawień. Kiedy spotkałem się z nim po raz pierwszy, nawet na mnie nie spojrzał. Zapytał tylko, czy jestem żonaty, czy mam samochód i czy lubię muzykę pop. Dziwny facet. Teraz podchodzi do mnie, łagodnym tonem uspokaja, że to tylko próba, więc nie ma co się denerwować, że wystąpię przed publicznością, dopiero jak będę gotowy. Przygląda się moim nogom.

– Chodzisz na siłownię?

– Nie – odpowiadam.

– A powinieneś. Masz dobre nogi, ale brakuje ci trochę muskulatury. Stać cię na fitness club?

– Tak – odpowiadam pospiesznie.

– To dobrze, bo nie lubię płacić zaliczki. Wszyscy o tym wiedzą.

– Moje nogi są trochę blade, ostatnio się nie opalałem.

– Nieważne, skoro są mocno owłosione.

– Owłosiony jak misiek! Słodki pluszowy misiaczek! – dowcipkuje Iván piskliwym tonem.

Nie odstępuje ode mnie ani na krok. Tymczasem Mariano krąży po garderobie i udziela rad: „Nie używaj brylantyny”, „Zdejmij kolczyk z ucha”. Mówi to szorstkim głosem, zupełnie innym niż w rozmowie ze mną. Przypomina generała robiącego obchód przed bitwą. Widać, że to profesjonalista. Nie ma na sobie marynarki z cekinami, więc domyślam się, że nie bierze udziału w próbie. Po inspekcji poklepuje chłopaków i mówi:

– Za dziesięć minut próba! Pełna gotowość!

Ubrany w strój Zorro, Iván patrzy na mnie niemal czułym wzrokiem.

– Przodem do przodu, profesor, to łatwizna! Staraj się przede wszystkim wejść w rytm, poczuć muzykę. Wyobraź sobie, że wokół są laski i chcą ci zrobić laskę, a ty się nie dajesz. Po prostu je rozgrzej.

Występuję już w pierwszym numerze, więc idę na scenę. Sala jest pusta, lodowata. Marzną mi gołe nogi, chłód pod szkolnym fartuchem ogarnia mój brzuch i pierś. Niewygodne, obcisłe slipki wrzynają mi się w skórę. Nie palą się reflektory, tańczymy przy zapalonych górnych światłach. Sala wygląda ponuro. Nagie stoły bez obrusów i lampek, krzesła zgruchotane w kącie, odrapane ściany.

Zerkam z ukosa na moich szkolnych kompanów. Czekamy na wejście profesora i na muzykę. Tancerze są spokojni, zachowują się naturalnie. Rozgrzewka, ćwiczenia oddechowe. Ich obecność mnie uspokaja. Nie czuję się już tak głupio, ubrany jak cudak, pośrodku pustej sali. Mariano siedzi na krześle opodal sceny, jego białe skarpetki fosforyzują w świetle lamp.

Gra muzyka. Muszę robić to samo, co inni. Mniej więcej wiem, jak się poruszać, bo już widziałem ten występ. Teoretycznie to proste, bo ruchy nie muszą być skoordynowane, tylko w finale musimy znieruchomieć jednocześnie. Na scenie zjawia się nauczyciel. Jest tuż przy mnie, widzę, jak jego muskuły nabrzmiewają w tańcu, czuję zapach jego wody kolońskiej. Podchodzi do ławek i wyciąga uczniów, jednego po drugim, na środek sceny. Wszyscy odgrywają komedię nieudolnego tańca. Teraz moja kolej: jak tylko potrafię, wykonuję nieudolne, nieśmiałe ruchy. Po rytualnej naganie, wracam na swoje miejsce. Kolejni uczniowie odgrywają swoją rolę, aż wreszcie następuje apogeum. Tańczę z całą klasą, naśladuję ich kołyszące się ruchy, balansuję podbrzuszem w przód i w tył, jak oni. Z trudem podążam za muzyką, której ze zdenerwowania niemal nie słyszę. Nagle zapada cisza. Tkwimy w bezruchu. Mariano wchodzi na scenę i zbliża się do mnie.

– Nie pamiętam, jak się nazywasz.

– Javier.

– Za wolno, za łagodnie zrzuciłeś fartuch. Musisz go z furią ściągnąć przez głowę i cisnąć na ziemię, jakbyś rzucał szmatę albo pozbywał się gówna. Rozumiesz? Ale ogólnie nieźle. Powtarzamy.

Ogarnia mnie panika, że ja sam mam powtórzyć numer, ale nie, wszyscy ponownie wkładają szkolne ubranka. Tym razem zrywam fartuszek, który ma z tyłu fałszywą zapinkę, pewnym, energicznym gestem. Z całych sił odrzucam go na bok. Po finale słyszę oschły głos szefa:

– Teraz lepiej, Javier. Możesz już dołączyć w przyszłym tygodniu.

Kilku chłopaków klepie mnie po ramieniu. „Nieźle” – mówi Wong. Iván nie może nic powiedzieć, bo zaraz zacznie się jego numer, ale przechodząc, puszcza do mnie oko.

Spotykamy się na zewnątrz, razem idziemy na piwo. On jest w euforii, ja, co dziwne, zmęczony. Bolą mnie plecy, jakbym cały wieczór rozładowywał ciężarówkę.

– Gratulacje, wujek, było przednio.

– Bez przesady. Robiłem, co mogłem, ale chyba nie przyznają mi tytułu striptizera roku.

– Coś ty! To było odlotowe!

Facet myśli, że trzeba iść na uniwersytet, żeby dobrze ruszać tyłkiem. Widziałem niejednego debiutanta, co próbował i próbował, ale się nie wprawił, i Mariano puścił go na scenę dopiero po miesiącu. A za próby się nie płaci, bo to nie hotel spa.

– Stary, byłeś perfekt! Pewnie nawet nie przypuszczałeś, że z ciebie prawdziwa seksatomówka.

– Prawda jest taka, że miałem twoją rekomendację i dlatego boss spojrzał na mnie łaskawym okiem.

– Nie pierdacz!

Mariano jako dobry wujek? Akurat! Jak mu coś nie pasuje, potrafi zaorać delikwenta.

– Faktoza, że nie przyszłeś z ulicy i zmotałem ci referencje, bo normalnie, żeby dostać się do show, robi się casting. Przychodzi kupa ludzi, a teraz, jak jest kryzys, coraz więcej. Trzeba ci wiedzieć, że Mariano się ze mną liczy; mówi, że mam dobry wpływ na chłopaków, bo jestem dowcipas i łebski facet. A poza tym wisi mi hajs.

 

– Tak przypuszczałem.

– I nie wciskaj kitu, bo naprawdę byłeś dzisiaj super. Pierwszy raz widzę, żeby po jednej próbie debiutować w show. Tak mi się widzi, że to z powodu twojego imażu, jak to teraz mówią. Wyglądasz jak chłopczyk z dobrego domu, który się dziwi, co robi w takim miejscu. A to będzie rajcować facetki. Bo z kobitkami jest tak: albo robisz za twardziela i maczo, co więcej godzin wylatał niż pilot odrzutowca, i to je kręci, albo robisz za słodką dziecinkę, którą wezmą za rączkę i pokażą prawdziwe życie. Baby są jakieś inne, psor, i chyba już to wiesz: balansują od skrajności do skrajności. Ty jesteś crack, stary, nawet chłopaki to mówiły. Zapoznam cię z nimi, niektórzy są w porząsiu. Po występie chodzimy w kilku do knajpy, ale nie w dzień próby, bo ludzie mają swoje sprawy. Ale dzisiaj zrobimy wyjątek, bo strzeliłeś gola w nowej drużynie. Skoczymy na piwko?

– Nie, dziękuję, Iván, ale muszę złapać autobus. Jest późno i Sandra będzie się niepokoić.

– Żaden problem, podrzucę cię bryką i będziesz migiem w domu. Mamy więc czas na jeden browar.

Piję z nim ostatnie piwo. Jestem zadowolony. W barze tłoczno, nastrojowa muzyka, jest dobrze. Czuję, jak powoli opada ze mnie napięcie. Najgorsze mam za sobą. Zła chwila minęła. Ale tak naprawdę jest odwrotnie: zła chwila to pierwszy krok ku czemuś, co właśnie się zaczęło.

Na parkingu zatrzymujemy się przed czarnym golfem. Nie znam się na samochodach, ale to chyba drogi wóz: elektroniczne gadżety, skórzane fotele... Iván z dumą go prezentuje:

– Niezła fura, co? Podoba ci się? Ma wszystko, popatrz: GPS, automatyczny system parkowania, DVD, CD, USB... Kupiłem go niecały rok temu, za gotówkę, żadne kredyty czy inne leasingi. Trzymam go zawsze na strzeżonym, bo za dużo menelstwa się tu kręci.

Prowadzi szybko, ale pewnie, bez szaleństw. Włączył bacalao[2] na cały regulator. Cicho sobie podśpiewuje. Nagle pyta:

– Nie lubię wtykać nosa w prywatne sprawy, ale zapytam przez ciekawość: jak zareagowała Sandra, kiedy powiedziałeś, że wystąpisz w show?

– Jeszcze niczego jej nie mówiłem.

– Ja pierdzielę, stary, to niedobrze! Może się wpienić, że wcześniej jej nie uprzedziłeś.

– Nie muszę jej o niczym uprzedzać. To moje życie.

Chichot Ivana jest metaliczny, znaczący, głupkowaty. Nie podoba mi się ten chichot.

– I tak trzeba, wujek. Kontrolować sytuację, pokazać, kto tu rządzi.

Ja chromolę tego profesorka! Trochę grzeczny chłopczyk, trochę chojrak, ale ma charakter. A może ściemnia, bo bał się przyznać swojej foczce. Jego problem, ja umywam ręce.


Nie potrafię powiedzieć, czy Genoveva ma charakter bardziej nieskomplikowany, niż myślałam, czy też wszystko już mnie nudzi. Kupować bazarowe ciuchy w sklepie, gdzie puszczają muzyczne przeboje – w porządku. Popijać gin z tonikiem w modnym barze – czemu nie? Ale zawsze mi się wydawało, że prowadzi ciekawsze życie. Okazuje się, że ja, według jej opinii żyjąca na marginesie, nie przegapiłam niczego nadzwyczajnego. Zastanawiam się, jak ludzie spędzają wolny czas. Co robi David i jego młoda tłumaczka? No pewnie, całymi dniami nie wychodzą z łóżka! Czy zaadoptował się już w nowej pracy? Bo chyba ma nową posadę? A może jest na utrzymaniu swojego kociaka, takie rzeczy też się zdarzają. Może odpowiada mu ascetyczne życie. Takie życie prowadziliśmy we dwoje, tyle że mieliśmy piękny dom i raz do roku wyjeżdżaliśmy do egzotycznych krajów. Widać jest tak szczęśliwy u jej boku, że nie potrzebuje bogactwa. Jeśli żyje na jej koszt, to nie byłby to pierwszy raz. Chociaż bądźmy szczerzy, zawsze zarabiał. Praca była dla nas obojga najważniejsza. Ani razu nie zatelefonował i nie zapytał, co z firmą. Dobrze wie, z jakimi problemami się borykamy, ale nie zadzwonił. Już go nie interesuje tamta praca czy raczej wstydzi się, że ją porzucił? W sumie nie dziwię się, że miał dość. Ja też mam dość. Kryzysu, długów, szukania klientów, pożyczek bankowych. Dyrektor ciągle na mnie naciska, jakby moje wysiadywanie w biurze miało cokolwiek zmienić. To oczywiste, że nie chce sam odpowiadać za porażki. Ale jest bezradny, nie wie, co robić, wpada w panikę. Trzeba mieć twardy charakter, żeby wyprowadzić firmę z zapaści. Tata taki był. Bez względu na kryzys znalazłby wyjście z sytuacji i podjął słuszne decyzje. Kiedyś myślałam, że odziedziczyłam po nim charakter. Myliłam się. Jestem znużona. Zabolało mnie to, co zrobił mi David. Nigdy by się nie ośmielił, gdyby tata żył. Ale wtedy nadal miałabym u boku mężczyznę, który jest nic niewart. Już lepiej, że mnie porzucił, przynajmniej wiem, na czym stoję. Czasem czuję się taka samotna i chce mi się płakać, ale nie z tęsknoty za mężem, tylko za tatą. Z powodu męża nie uroniłam ani jednej łzy. Jestem taka dzielna. Genoveva nie ma racji; nie jestem lękliwą dziewczynką całe życie trzymaną pod kloszem. To tylko zmęczenie. Ale dam sobie radę.

Umówiłam się z Genovevą na sobotę. Idziemy na prywatny pokaz kosmetyków. Mówi, że to dobra zabawa: robią makijaż modelkom przed publicznością, serwują koktajle. Na koniec przewidziana jest sprzedaż produktów z dużą zniżką. Pokaz jest w jakimś wielkim hotelu. Zobaczymy, czy rzeczywiście to taka dobra zabawa. Na pierwszy rzut oka nic nadzwyczajnego. Zapewne po pokazie pójdziemy na drinka. Zadam jej bezczelne pytanie: „Czy tylko takie rzeczy cię bawią, Geno?”.

– Jakie rzeczy, kochana? Nie rozumiem, co masz na myśli.

– No cóż, te miejsca, dokąd mnie zabierasz, są fenomenalne i dobrze się tam bawimy, tyle że... to wszystko takie w stylu light.

Genoveva odstawiła kieliszek z niezmienną plamą po szmince i spojrzała na mnie szelmowskim wzrokiem.

– Czyżbyś lubiła mocne wrażenia?

– Nie zwracaj uwagi na to, co mówię. Ostatnio jestem trochę w dołku. Wszystko mnie nudzi, mierzi, przyprawia o mdłości. Niedawno poszłam sama do kina i to była strata czasu. Ale nie przejmuj się mną. Pokaz kosmetyków był nadzwyczaj zabawny, te śliczne dziewczyny pięknie umalowane... tusz do rzęs, który kupiłam, i cienie do powiek... Sama nie wiem, czego chcę, zapomnij o tym, co mówiłam.

Ale mówiłam nadal, a Genoveva zapamiętała moje słowa i zrozumiała je po swojemu.


Patrzy na mnie wzrokiem zarzynanego jagnięcia. Czuje, że coś się dzieje, ale nawet nie podejrzewa, co to może być. Nic nadzwyczajnego; każda para, która przeżyła ze sobą dłuższy czas, czuje, że coś jest na rzeczy. Moja twarz zapewne zdradza ukryte myśli. Gdybym udawał, niczego by nie zauważyła. Próbowałem i nic z tego. Jak żyje się pod jednym dachem, to niemożliwe. Zaczyna mnie to drażnić. Kim jest Sandra, moją matką? Mam ukrywać, że byłem niegrzeczny? Nie ma nic złego w świecie rozrywki. Mam do niego prawo. Jestem człowiekiem, który źle znosi bezrobocie i wreszcie dostał pracę. A że to praca społecznie wstydliwa, to już wina moralności katolickiej i obaw, co powiedzą inni. Sprawa załatwiona. Wszystkie te wnioski są logicznie bez zarzutu, tyle że nadal nie wiem, co powiedzieć Sandrze. W końcu decyduję się na szczerość i bezpośredniość:

– Usiądź, Sandro. Musimy porozmawiać.

I opowiedziałem o wszystkim. Najpierw zrobiła taką minę, jakby otrzymała nokautujący cios. Może wyraziłem się zbyt skrótowo i dosadnie. Po chwili parsknęła niezbyt szczerym śmiechem.

– O ile dobrze zrozumiałam, tancerz z widowiska twojego przyjaciela jest na zwolnieniu, a ty go masz zastąpić przez kilka dni. Czy tak?

Myśl szybko nagina rzeczywistość do twoich pragnień. Nie podoba mi się jej reakcja, wręcz irytuje.

– Nie to powiedziałem, to nie tak. Jest wakat w zespole Ivana, bo ktoś odszedł, a ja mam zająć jego miejsce. To tak jak stanowisko profesora tytularnego w liceum.

– Ale na jak długo?

– Nie mam pojęcia. Jeżeli znajdę coś w swojej branży, odejdę następnego dnia. Ale na razie mam przynajmniej pracę. Rozumiesz mnie? Pracę. Pojmujesz?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?