Nadzy mężczyźni

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ja chromolę, twój przyjaciel to prawdziwy profesjonalista! – wykrzykuje zachwycona Sandra. – Zebrał na tym wybiegu kupę szmalu! Widziałeś, jak głęboko kobiety wsuwały mu banknoty? Ruja i porubstwo!

Z przerwami, żeby umożliwić widzom złożenie nowych zamówień, spektakl trwa dalej. Kolejne występy zbytnio się od siebie nie różnią, tyle że na scenie produkuje się tylko jeden tancerz i narasta erotyczny wydźwięk pokazów. Promenowanie po wybiegu jest stałym punktem programu. Nasila się natarcie ze strony kobiet rozochoconych alkoholem. Próbują całować w usta tancerzy, gładzić ich pośladki. Niektóre nazbyt powolnym gestem wkładają banknoty za stringi, co wywołuje salwy śmiechu koleżanek. Chłopcy konsekwentnie odrzucają wszelkie nagabywania, czasem szorstko, z wyraźną irytacją. Tylko grupy dziewcząt, niemal uczennic, nie biorą udziału w tych zuchwałościach i zadowalają się coraz głośniejszym piskiem i niewymyślnym pokrzykiwaniem. Jedna z nich zwymiotowała na podłogę. Zjawia się kelner z mopem i z wiadrem. Mam ochotę wyjść. Widowisko staje się nudne i monotonne, nic nowego już się nie wydarzy. Ale mimo wszystko wiem, że muszę zostać. Nie tylko żeby chwilę pogadać z Ivanem, ale też ze względu na Sandrę, która chce go poznać, no i bawi się wybornie.

Prezenter anonsuje ostatni numer, ale po zapowiedzi zostaje na scenie. Gasną światła, po chwili rozbłyskują ponownie i oto on, w swoim groteskowym smokingu obszytym cekinami w kolorze fuksji. Seksowna muzyka. Mistrz ceremonii zaczyna poruszać się w jej rytm, wywołując zdziwienie publiczności. Ma koło pięćdziesiątki i nie jest specjalnie atrakcyjny. Spodziewam się jakiejś komicznej wolty, ale nic takiego nie następuje. Jego taniec jest nieskomplikowany, dość ospały, hipnotyzujący. Mężczyzna przypomina starego orangutana, który sposobi się, by po raz ostatni pokryć samicę. Zdejmuje górną część ubrania, z koszulą włącznie. Opalenizna z solarium. Wiek nadaje jego ciału jakąś dramatyczną aurę, której pozbawieni byli młodzi tancerze. Powolność jest jego główną bronią erotyczną. Nie spieszy się, zastyga w bezruchu, kołysze się miarowo, wpada w trans. Jednym gestem zrzuca spodnie. Przypomina rzeźby rzymskich centurionów: wąska talia, herkulesowe nogi, umięśniony tors. Tak bardzo utożsamia się ze swoją rolą, że nie tyle gra, ile zachowuje się naturalnie. Na jego twarzy widać wyraziste uczucia: wyzwanie, dumę, odrazę, zadowolenie: „Oto stoję przed wami, lisice. Mogę dać wam rozkosz”. Widzowie, którzy jeszcze przed chwilą kpili i go wyszydzali, teraz wstrzymują oddech. Ma salę w garści i wie o tym. Porusza się, jakby odbywał powolny, majestatyczny, rytualny stosunek. Poci się, odczuwa przyjemność, przebywa w jakichś sobie tylko znanych, odległych rejonach. Nie porusza się na scenie ani nie zbliża do publiczności, nie popełnia błędu spoufalania się. Patrzę ukradkiem na Sandrę. Jest oszołomiona. Ja też, chociaż w obliczu tej impulsywności odczuwam absurdalną chęć odwrócenia wzroku. Po sali rozchodzi się jakiś nieokreślony odór seksu.

Pod koniec spektaklu, kiedy rytm staje się wolniejszy, cichszy, zwiastując finał, prezenter sięga w tył prawą ręką i usuwa ostatnią barierę: opaska spada na ziemię. Odsłania się ogromny penis i ciemne jądra pokryte jakąś błękitnopurpurową substancją, która nadaje im osobliwy, metaliczny połysk. Otwiera ramiona w geście całkowitego oddania się. Przychodzi mi na myśl ekstaza ukrzyżowanego, ofiara, która się właśnie dopełniła. Przymyka i otwiera oczy, odchodzi. Publiczność, która jeszcze przed chwilą drwiąco pokrzykiwała, teraz klaszcze frenetycznie, jakby właśnie zakończył się recital sławnego tenora. Gdy zapalają się światła, na sali wyczuwa się jakieś skrępowanie, jak w kinie po projekcji filmu erotycznego. Widzowie spuszczają wzrok, jakby wstydzili się przed sobą.

Na szczęście następuje teraz pożegnanie z całym zespołem i wyjście na scenę tancerzy niweczy efekt finalnego antyklimaksu. Chłopcy, ubrani w czarne spodnie i swetry, są eleganccy, światowi, całkiem normalni. Co złego to nie my, mamy nadzieję, że odwiedzicie nas ponownie. Jest ich dwunastu, wliczając prezentera, który zdążył się już przebrać, choć sam nie wiem kiedy.

Tłum opuszcza salę, półgłosem wymieniając wrażenia. Euforia przechodzi w znużenie. Tylko kilku gości zostało na swoich miejscach.

– Bez komentarza – mówi Sandra, patrząc na mnie ironicznym wzrokiem.

Nastrojowa muzyka i ostatnie zamówienia: butelki cavy. Zapewne tradycja stałych bywalców. Niczego nie zamawialiśmy, ale kelner przynosi nam butelkę.

– Od Ivana. Kazał przekazać, że za chwilę przyjdzie.

– Ależ niespodzianka! – wykrzykuje Sandra, nim stukniemy się kieliszkami.

Parę minut później na salę wchodzi kilku artystów i przysiada się do zaprzyjaźnionych gości. Wreszcie zjawia się Iván. Ma ten sam wyraz twarzy co zawsze. Wstaję, przedstawiam mu Sandrę.

– Moje gratulacje – mówi Sandra. – Byłeś genialny. Wszyscy byliście świetni. Jestem zachwycona.

– Wielkie dzięki.

Co ty powiesz, jasne, że to odlotowy show! Nie występujemy w Nowym Jorku, bo szef nie ma na to ochoty. Miał propozycje, kumasz? Tyle że nie lubi komplikować sobie życia. Ale Broadway, czemu nie... wszystkim gacie by opadły. Lepiej zostać w hawirze, w tej Ameryce za duża konkurencja, a tu jesteśmy tylko my. No wiesz, królowie nocy. Sala jest full w piątki i w soboty. W ciągu tygodnia zostaje tylko disco. To dziadowskie miasto; nie idzie zapełnić lokalu dzień w dzień. Głównie przychodzą baby, całymi tabunami. Same to by nie przyszły, narobiłyby sobie bardachy, ale w kupie – chojractwo. Te baby są jak wrzód na dupie, macają cię na oczach wszystkich, dla nich to normalka, a gdyby tak na odwrót, że to facet wsadza łapy tancerce, miałby przesrane i zawinęliby go na komendę, ale my musimy to znosić, bo to część show. A takie rzeczy ci mówią, że się rumienisz. Świństwa niemożebne wygadują te kurwiszony. „Chodź, obciągnę ci”. Pewnie u siebie w domu grzeczne panienki. Cholera bierze, bo to wszystko dla picu, żeby robić za równiachy przed kumpelkami. Ale i tak mam to w dupie i odstawiam swoje. Jestem dobry w tym zawodzie. Staram się. Ćwiczę przez miesiąc każdy nowy show. Co pół roku dajemy nowy, coby się ludzie nie nudzili. Jak znów przyjdą, trafią na coś nowego. Przychodzą w grupie mamuśki, dużo też jest wieczorów panieńskich. Zawsze uprzedzają, gdzie ich stolik, i jeden z nas podchodzi i składa narzeczonej życzenia. Tylko wtedy się trochę zgrywamy: „Złap mnie za kolano, maleńka, bo po ślubie mąż da ci po łapach”. Takie tam durnoty wciskamy, ale one są zachwycone. Są też grupy facetek świętujących rozwód. Z tymi trzeba uważać, bo są traumiaste i mogą ci zasunąć coś nieprzyjemnego albo na chama obmacać. No i są pieprzone siksy, najgorszy sort. Nieopierzone małolaty. Łatwo im odbija, bo nie umieją pić, a poza tym zawsze zamawiają największą taniochę z karty: browar albo sikacz. Dostają zajoba. Nie dalej jak dzisiaj jedna gówniara puściła pawia. A bywało, że wzywaliśmy karetkę, bo gimbuska dostała zapaści z przepicia. Gdyby zostawiały więcej hajsu, spoko, ale one nigdy nie wsuwają martwych ziomków za gacie. Mariano, szef, mówi, że wprowadzają ożywienie na sali, a poza tym dobrze mieć młodą publiczność.

– Duży masz z tego zysk? – pytam.

– Nie narzekam, stary.

Ale pytanie zadaje mi psor! Gdybyśmy dawali show codziennie, byłoby zajebiście, no tyle że robisz tylko w weekendy i dają ci przyzwoitą dniówkę, ale na porsche, sorry, za mało bejsu. A szmal włożony za gacie dzielimy z kumplem. Ten, co ze mną występuje w numerze z Zorro, wcześniej idzie za kulisy, więc daję mu połowę urobku. Najlepiej wychodzą kumple, co grają solo. Ci pracują tu najdłużej, debeściaki. Jeszcze trochę mi do nich brakuje. Przez ten pieprzony kryzys mamy coraz mniej kasy. Dopiero od kilku lat w tym robię, ale najstarsi weterani mówią, że cztery albo pięć lat nazad wkładali im za przepaski pięćdziesiątaki. Było, minęło. Zwykle dają po dwadzieścia euro, ale czasem zdarza mi się piątak.

– Ale nie mówicie, czy się podobało.

– Było super – odpowiada Sandra. – Najlepszy był ten prezenter.

– Mariano to czempion.

To czempion i tygrys w jednym, jest najlepszy. Właściciel tego interesu, to on zgarnia forsę, to on jest najbardziej łebski. Nie, nic do niego nie mam. Facet potrafi główkować. Wszystko sam organizuje: obmyśla nowe numery, zatrudnia chłopaków, prowadzi rachunki, skombinował lokal, dekoracje... Facet za wszystko odpowiada. Jest wporzo. Cash na czas, nie można narzekać. Z napiwków nie chce procentów, cała kasa dla chłopaków.

– Jego popis był znakomity – mówię.

– A jak!

Zawsze zostawia publikę z otwartą gębą, bo podczas spektaklu robi za drugi sort i nikt nie zwraca na niego uwagi, aż na koniec... na koniec całkiem się rozbiera, sukinkot, i to jak! Ma powołanie. Sra pieniędzmi, bo dostaje za show, za disco każdego dnia, mógłby sobie odpuścić, ale on nie, lubi występować. Takie ma ruchy, że ja pierdzielę. Facetki za nim szaleją. A on jakby do nich mówił: „Chcecie, żebym was posuwał, chcecie? No dobra...”. Widać, jak je rozpala. Jest najlepszy. Uczył się w Stanach. Zaliczył od cholery różnych show. Nikt nie mógł się z nim równać, jak robił za latin lovera, a konkurował z Meksykańcami i Kolumbijczykami. Nawet się hajtnął z Amerykanką. Potem się rozwiódł i wrócił do Hiszpanii. Pewnie, że się zestarzał, lata lecą, ale nadal ma niezłe cielsko, chociaż gdyby to nie był jego show, wyleciałby na pysk, bo za wiekowy. Łebski facet, zawsze ci pomoże, doradzi. Ciągle nam powtarza: „Chłopcy, myślcie o przyszłości, bo striptiz jest jak kwiat, który kiedyś zwiędnie, tak jak wam wyrosną kiedyś brzuchy, ciało sflaczeje, włos zrzednie – i koniec pieśni. Kopniak w tyłek i do widzenia. Ja nie będę dla was lepszy, bo biznes to biznes, a kobitki chcą świeżego, a nie żylastego i przechodzonego mięsa, bo takie, mężowskie, już mają w domu. Kto płaci, ten wymaga, więc niech wam się nie wydaje, że to fach do końca życia. Nawet codzienne robienie brzuszków wam nie pomoże. Oszczędzajcie albo szukajcie innego zawodu, zanim nie będzie za późno, albo załóżcie własny interes, albo ożeńcie się z bogatą panienką”. Taki jest Mariano, czempion. Ja pierdzielę!

 

– Coś ty, chcesz płacić, Javier? Tutaj ja zapraszam. Schowaj portfel do kieszeni, bo się wpienię. Cała przyjemność po mojej stronie, serio, moi mili.

W drodze do domu Sandra mi się przygląda, tym razem z poważną miną.

– Nie wierzę, że jesteś przyjacielem tego typa.

– Dlaczego?

– Bo to zagorzały maczysta.

– Pieprzysz, Sandro! Jest maczystą, owszem, jak każdy facet wychowany na ulicy. A kogo się spodziewałaś: Nuriejewa po spektaklu Jeziora łabędziego?

Ona niczego nie rozumie! Matka na odwyku, ojciec zmarł po przedawkowaniu, on sam błąkał się po domach opieki albo mieszkał u babci i starał się, jak mógł, żeby przeżyć. Maczysta!

– Nie kradnie, nie zabija... utrzymuje się z pracy w klubie. Same zalety. Ma szczęście, bo ja nadal nie wiem, jak zarabiać na życie.

– Nie twierdzę, że jest zły. Po prostu szokuje mnie sposób, w jaki mówi o kobietach. Co taki typ może mieć z tobą wspólnego?

– Nie zapominaj, że ja też jestem dupkiem. Jeszcze gorszym niż on.

Sandra jest trochę młodsza ode mnie, ale mam wrażenie, że głęboko tkwi w przeszłości. Nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo wszystko się zmieniło i że już nigdy nie będzie tak jak kiedyś. Myśli, że pozostanie nienaruszony ten sam schemat: praca, rodzina i miejsce w społeczeństwie. Jej katechizm jest niezmienny: zabroniony jest maczyzm, rasizm i uprzedzenia klasowe. Należy wyznawać zasady solidarności. Bestia kryzysu jeszcze jej nie dopadła. Pobiera miesięczną pensję, żyje spokojnie, w każdą niedzielę obiad u rodziców... jest przekonana, że mój status bezrobotnego jest przejściowy. Niczego nie rozumie, nie pojmuje, że fiesta się skończyła, a może przymyka oczy, ignorując rzeczywistość, która przecież istnieje i skrzeczy. Wszystko jedno, czy ukończyłeś studia, czy nie. Nic już nie jest lepsze czy gorsze. Model jest martwy i pogrzebany, ale nie narodził się żaden inny, który da ci poczucie pewności. Starać się przeżyć – oto rozwiązanie. Nie ma dróg. Nie ma drogowskazów. Bezkresny horyzont. Ktoś nas oszukał, jakiś pasterz przywiódł nas na skraj przepaści, a sam gdzieś przepadł. Jeśli spadniesz, to tylko twoja wina.

– Już dobrze, Javier, wystarczy! Nie możesz wściekać się z powodu drobnej uwagi, którą odbierasz jako napaść. Nie miałam racji, wybacz. Iván jest czarujący, po prostu dżentelmen, arystokrata i dyplomata. Teraz lepiej?

Sama nie wiem, jak długo jeszcze będę musiała znosić te humory, które stały się jego drugą naturą. Wszystko go drażni, złości byle co. A był taki opanowany! Racjonalnie myślący, rozważny, powściągliwy w swoich sądach. Nigdy nie pozwalał sobie na podniesienie głosu, na nieuprzejmy gest. Kiedy robiłam mu wyrzuty, cierpliwie się tłumaczył. Czasem doprowadzało mnie to do furii, bo miałam wrażenie, że jestem jego uczennicą. A teraz, nim coś powiem, muszę ugryźć się w język, żeby nie sprowokować kłótni. Nigdy bym nie przypuszczała, że pod maską spokojnego człowieka kryje się tak znerwicowany facet. To prawda, że zawsze miał skłonności do snucia powikłanych teorii na temat jakichś absurdalnych szczegółów, które metodycznie analizował i z których wyciągał osobliwe wnioski, ale nigdy się tym specjalnie nie przejmowałam. Ktoś, kto studiował literaturę, jest po trosze nawiedzony i nigdy nie będzie taki jak specjalista od nauk ścisłych czy technologii; zawsze podchodzi do życia mniej racjonalnie. Ale teraz reaguje w sposób zupełnie bezsensowny. Tracisz pracę i bach, kompletne dno! Otóż nie, stary, spokojnie, to nie koniec świata. Czy ludzie są bezrobotni na wieki wieków? Czy już nie są potrzebni profesorowie literatury? Ale nie, wygłasza tylko katastroficzne przepowiednie: to już koniec, nasze dotychczasowe życie się zawaliło. Nie słucha mnie, kiedy mówię, że przecież ja zarabiam, że damy sobie radę, że znajdzie w końcu jakąś pracę.

Nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam. Mnie też nie jest łatwo. Takie czasy, że w pracy ciągle na ciebie naciskają. Ani pewności, ani poczucia bezpieczeństwa. Nikt nie rozkłada przede mną czerwonego dywanu. Mnie też przytłacza mnóstwo rzeczy, ale jakoś sobie z tym radzę i nie układam traktatów filozoficznych o przeciwnościach losu ani nie oskarżam nowego, kapitalistycznego społeczeństwa czy jakichś demonicznych sił.

Dopóki będzie można, dam radę, ale ani myślę być workiem treningowym i z pogodną miną znosić kopniaki. No i ten jego nowy kumpel od serca, ten Iván! Co za typ! Skąd go wytrzasnął? Z kontenera na śmieci? Po co się spotykają? O czym rozmawiają? Bezmózgowiec, maczysta, parweniusz! Typowa uliczna menda! Nie wiem, skąd ta obopólna sympatia. Dziwię się Javierowi. Ten jego grymas, obrażona mina, jakby go spotkał nie wiem jaki afront.


Dyrektor zanudza mnie swoimi uwagami. Zauważyłam, że coraz częściej robi personalne przytyki. Bardzo subtelne, niemal dyskretne, ale ja wyczuwam jego intencje: byłoby wskazane, żebym uczestniczyła w cotygodniowych naradach w jego gabinecie, żebym od czasu do czasu przeszła się po halach naszej fabryki... Kiedy trwała koniunktura, jakoś nie wymagał ode mnie zaangażowania. Przeciwnie, miałam wrażenie, że przeszkadza mu moja obecność i że obawia się ingerencji i nacisków z mojej strony. Ale teraz, gdy sprawy idą coraz gorzej, nic, tylko wezwania do wytężonej pracy i zdwojonych wysiłków. Czy naprawdę sądzi, że z pogodną twarzą będę przechadzać się wśród robotników, z których niemal połowę wyrzuciliśmy na bruk? Uważa, że powitają mnie z okrzykami „hosanna!” na ustach? Już słyszę te pomruki za moimi plecami: „Idzie ta cipa, która po śmierci ojca nie potrafiła dobrze poprowadzić firmy”. Nie życzę sobie takich afrontów. Czy ten cały dyrektor nie potrafi zrozumieć mojej sytuacji? Jestem kobietą, którą porzucił mąż, więc jestem zadżumiona. Kiedy ktoś się o tym dowiaduje, chowa się na mój widok. Kobieta porzucona jest zaraźliwa. No, ale dyrektor nadal uważa, że najważniejsza jest dla mnie firma. Nigdy nie lubił Davida. Pewnie uważał, że to oportunista, któremu mój ojciec dał szansę jako mężowi córki. A teraz co robi? Teraz, gdy statek dryfuje, opuszcza pokład i zostawia mnie samą przy sterach. Trudno się dziwić dyrektorowi. Przynajmniej nie okazuje mi współczucia. Nienawidzę współczucia. Ale mógłby dać mi trochę czasu, żebym ochłonęła i przyzwyczaiła się do obcej mi dotąd etykietki „kobieta porzucona”. On obawia się o swoją przyszłość, moja go nie obchodzi. Wie, że kiedy firma pójdzie na dno, to on też. Gdzie teraz znajdzie podobne stanowisko? To skaza, kiedy jesteś długo czyjąś prawą ręką, bo nikt nie chce ręki odciętej od innego ciała.

Na jego ukryte inwektywy reaguję z kamienną twarzą. Zachowuję się wobec niego jak wobec innych pracowników: żadnego zatroskania, niepokoju, smutku. Nie szlocham, nie zamykam się w sobie, nie krytykuję swojego eks, nie skarżę się. Udaję przed światem, że w ogóle nie miałam męża, co w pewnym sensie jest prawdą. Dzięki temu unikam niewygodnych dla siebie gestów politowania. Jakkolwiek by jednak patrzeć, jestem kobietą, którą mąż porzucił dla młodszej. Chcę tylko, żeby dano mi święty spokój.

Nie radzę sobie z wolnym czasem. Gdybym przeżywała załamanie psychiczne, poszukałabym szybkiego rozwiązania: psychoterapia, siłownia, wyjazd zagraniczny... ale nie jest ze mną aż tak źle. Nie mam wrażenia, że poniosłam porażkę. Jedynie trapi mnie pustka wokół; tylko to mnie napawa przerażeniem. Nie chcę jednak wypełniać wolnego czasu w nieprzemyślany, chaotyczny sposób. Mam przyjaciółki, które po rozwodzie zapisują się na jogę, zatrudniają trenera osobistego, studiują nowy kierunek, chodzą na lekcje tańca klasycznego, zapisują się do kobiecych grup wycieczkowych... a kończy się to oczywiście załamaniem nerwowym. Inne z kolei niezwłocznie szukają nowego mężczyzny. Z początku, żeby wszystkim udowodnić, że są atrakcyjne i nadal pożądane. Ale potem to już nie wystarcza i poszukują trwałego związku. Fatalny błąd. Przychodzi rozczarowanie, porażki, frustracja i komentarze wypowiadane pozornie lekkim tonem: „Mężczyźni to niesforne dzieci” albo „Na rynku brakuje męskiego towaru”. Kiedy to słyszę, oczyma wyobraźni widzę przerażający obraz: facet znaleziony na portalu randkowym jest całkiem zakręcony, przystojniak przedstawiony ci przez znajomych okazuje się brutalem, z kolei twój pierwszy narzeczony, którego straciłaś z oczu sto lat temu, stał się łysym i brzuchatym ramolem. Jeszcze gorsza jest sytuacja tych kobiet poszukujących zmiennika, które mają dzieci: obowiązki macierzyńskie, odrzucenie, próby mediacji... Jakiej szukają rekompensaty za te wszystkie poniżenia? Seksu? Też coś! Wiele zaprzyjaźnionych ze mną kobiet od lat nie sypiało z mężem i wcale się z tego powodu nie martwiło. Więc dlaczego ni stąd, ni zowąd muszą pakować się do łóżka obcego faceta? Szukają miłości, dojrzałego uczucia, drugiej szansy? Rozwiedzione lub nie, miłość wydaje im się ważniejsza od jedzenia lub spania. Nie potrafię tego pojąć. To nie mój przypadek. Mężczyzna jest mi tak samo potrzebny jak pozwolenie na broń: nie wiedziałabym, co robić z jednym i z drugim. Tak czy inaczej chociaż wiem, czego nie chcę, kwestia wolnego czasu jest dla mnie problemem.

Zatelefonowała do mnie Genoveva z propozycją spotkania. Zawsze się zgadzam. Przynajmniej nie opowiada mi o podbojach miłosnych. Nawet lubię te spotkania. Jest tak pretensjonalna, że aż zabawna. Zaproponowała wernisaż zaprzyjaźnionego z nią malarza. Nigdy nie byłam na żadnym wernisażu ani nie znam żadnego malarza: nic z tych rzeczy nie figurowało w moim notatniku małżeńskim i biznesowym. Poszłam i teraz żałuję. Nie twierdzę, że się nudziłam, przynajmniej poznałam nieznane dotąd środowisko. Oczekiwałam jednak czegoś bardziej w stylu glamour. A tu tymczasem przekrzykiwanie się i ciepławe białe wino. Jeśli to miało być środowisko artystyczne, to nazbyt przypominało jakikolwiek wieczór klubowy: chichoty, bzdurne uwagi, dwóch na trzech gości całuje się w policzek na powitanie. Było kilku oryginałów ubranych ekstrawagancko albo w obszarpane ciuchy, ale w sumie nic porywającego. Najgorszy był sam artysta. Wyobrażałam sobie kogoś o wyrazistej osobowości, a tymczasem okazał się bucem: spocony tłusty sześćdziesięciolatek, który kadził wszystkim dookoła. Rozczarowujące.

Dzisiaj znów zadzwoniła Genoveva, żeby zapytać o wrażenia.

– Trochę byłam rozczarowana, zwłaszcza tym malarzem. Sądziłam, że będzie bardziej interesujący.

Zanosiła się od śmiechu.

– Moja droga, malarze nie są już bohemą przymierającą głodem! Trzeba iść z duchem czasu.

Biedactwo, ta Irene! Zawsze mówiłam, że przypomina mniszkę po ślubach wieczystych albo naiwną panienkę z pensji dla dziewcząt. Tatuńcio, mężulek, firma i klub: trudno się dziwić, że nie zna życia. Jakby ją wozili samochodem z zasłoniętymi szybami, zza których świata nie widać. Dojechała do celu, nie wiedząc jak i dokąd. Gdybym była na jej miejscu, chybabym się powiesiła z nudów. Ale ja poznałam życie, wiedziałam, czego chcę i jak to osiągnąć. Nie boję się ludzi, nie dbam, co o mnie myślą. Zawsze przodem do przodu.

– Wiesz co, kochana? Może i masz rację. Ten malarz jest koszmarny, tak jak jego obrazy. Niech sobie je wystawia w Nowym Jorku albo w Chinach, ale czy powiesiłabyś w salonie portret schorowanej, koślawej staruchy? Co za bezguście! A jednak te wszystkie obrazy warte są fortunę i ludzie się o nie zabijają.

Jej salon... Pierwsze, co bym zrobiła na jej miejscu, to sprzedałabym dom. Jest ogromny; prezent ślubny od tatusia. Tyle lat żyła tam z Davidem. Po co tam nadal siedzi? Córcia, trochę ruchu, wyginaj śmiało ciało! To bym jej powiedziała, gdyby spytała mnie o radę. Ale o nic nie pyta, zamknięta w sobie jak kasa pancerna, zimna jak bryła lodu. To dlatego nie chce się spotykać z dawnymi przyjaciółmi. Zaczęliby wtrącać się w jej sprawy, dawać mądre wskazówki. Ja nie. Mnie tam wszystko jedno, tak czy siak, niech każdy robi, co mu się podoba. W każdym razie sprzedałabym dom i kupiła ekstraapartament. Zrobiłabym supernowoczesny design, kupiłabym odlotowe gadżety. Lubię się w to bawić. W zeszłym miesiącu zmieniłam wystrój sypialni. Cieszyłam się jak dziecko! Nowe zasłony, jakiś stary mebel z antykwariatu, oryginalne połączenie kolorów... Uwielbiam to! Ale ja potrafię się cieszyć życiem, każdym głupstwem, a nie siedzieć w kącie i czekać nie wiem na co.

– Jak widzę, nie zamierzasz kupić żadnego obrazu od tego typa.

 

– To nie jest dobry moment, Genovevo, chociaż zapewniam cię, że nie wszystkie były brzydkie. Niektóre miały dużą siłę wyrazu.

– No tak; dużą siłę ma też dostawca butli gazowych, ale nie zabierasz go do domu.

Genoveva jest kompletnie szalona, ale czasem mnie rozśmiesza. Potrafi zorganizować sobie wolny czas, a ma go w nadmiarze. Trzpiotka z niej, pędzi z miejsca na miejsce, zawsze w towarzystwie, zawsze jakaś fiesta lub inauguracja, zawsze siłownia, salon kosmetyczny, spa. Nie wytrzymałabym takiego tempa. Nieustannie rozmawiać, słuchać, stroić się... Nie czuję się zdolna do niczego. Nic mnie nie interesuje, nawet praca.

– I pomyśleć, że chciałam cię przedstawić znajomemu malarzowi, sądząc, że ci się spodoba! Posłuchaj, nie mówię o niczym serio; raz czy drugi mogłabyś się z nim umówić... no wiesz, w ramach, jak to teraz określają, socjalizacji.

– Masz kogoś na stałe?

– Ja? A skąd! Jestem ponad to. Od lat żyję sama i jest mi cudownie. Mam swoje sprawy, różnych znajomych, owszem... ale ty jesteś młodsza, niedawno się rozwiodłaś, może powinnaś poznać jakiegoś miłego pana... Ach, nie słuchaj mnie. Wymyśliłam to spotkanie z malarzem i kropka, nie ma o czym mówić. Głupio wyszło.

– Proszę, Genovevo, nie umawiaj mnie z żadnymi mężczyznami. Dobrze jest, jak jest.


Sandra wróciła do domu poruszona, cała w euforii. Siedziałem, czytając pożyczone z biblioteki stare numery pism literackich. Jak pocisk wpadła do salonu.

– Javier, koleżanka z pracy powiedziała mi coś, co może cię zainteresować: posada nauczyciela. Posłuchaj uważnie.

Słucha mnie, ale wolałabym, żeby na jego twarzy widać było więcej entuzjazmu albo nadziei, a nie sceptycyzmu. Ale nie, zawsze ten sam grymas zgorzkniałej wyższości, co tak mnie boli. Nie ma zamiaru walczyć chociaż trochę? Musi zrozumieć, że wyrzucenie go z pracy to wprawdzie poważna sprawa, ale równie ważne jest nasze wspólne życie, a ono staje się z każdym dniem coraz bardziej niedorzeczne.

– Szukają profesora literatury w liceum Crisol, na pełny etat. Siostra mojej koleżanki tam pracuje. Dowiedziała się o tobie i jeszcze przed ogłoszeniem konkursu umówiła cię na rozmowę kwalifikacyjną. Ludzie są czasami cudowni, nie uważasz?

– No tak, ale to liceum należy do Opus Dei.

Zanim wzbijesz się do lotu niczym ćma, a rozżarzona lampa osmali twoje skrzydełka, moja kochana towarzyszko życia, jakże czuła i o mnie zatroskana, powinnaś mieć nieco lepsze rozeznanie.

– I co z tego, że Opus Dei? Przez wiele lat uczyłeś w liceum prowadzonym przez zakonnice. To chyba to samo? Robisz swoje i nic więcej cię nie obchodzi.

– To nie takie proste.

Jakżebym chciał, żeby moja droga ciemka wreszcie coś pojęła bez moich wyjaśnień! Wystarczy pomyśleć przez pięć minut, żeby dojść do wniosku, że zakon żeński prowadzący szkołę to nie to samo co Opus Dei. Bo Opus Dei to wylęgarnia faszystów, tajne stowarzyszenie, sekta. Nie mam żadnych uprzedzeń ideologicznych, te skończyły się na długo przed moimi narodzinami, ale czymś śmiesznym jest przekonanie, że ich liceum zaakceptuje człowieka takiego jak ja. Szukają kogoś oddanego sprawie, kim łatwo manipulować. Moją specjalnością jest literatura, nie nauki przyrodnicze lub łacina. A literatura może być niebezpieczna. W każdym wersie poematu, w każdym rozdziale powieści, w każdym akcie komedii lub tragedii tkwi potencjalne ryzyko deprawacji, które powinienem wyeliminować, skoro pracuję dla Opus Dei. Dlatego też upewnią się, że nauczyciel, którego zatrudnią, wyznaje ich poglądy, a te z gruntu są mi obce. Czy muszę wyjaśniać Sandrze coś tak oczywistego? Czy naprawdę nie potrafi sama myśleć? Skąd to poruszenie, te radosne uśmiechy? Ludzie są cudowni i zarazem głupi.

– Nie mów, że nie pójdziesz na rozmowę kwalifikacyjną, dlatego że to Opus Dei.

Czasem myślę, że ta niechęć i przygnębienie są po prostu wyrazem jego poczucia wyższości. Uważa się za kogoś lepszego, zbyt inteligentnego, by poniżać się do walki o byt. Za nic nie zejdzie z piedestału. Inni mają przyjść do niego i błagać go na kolanach.

– Oczywiście, że pójdę! Ale nie miej złudzeń, że dadzą mi ten etat.

– To raczej ty powinieneś mieć złudzenia. Jak możesz iść na rozmowę kwalifikacyjną z nastawieniem, że przegrasz? W ten sposób niczego nie osiągniesz, Javier!

Wychodzi do kuchni, zła, obrażona na mnie. Ostatnio Sandra po każdej kłótni rozdrażniona wychodzi z pokoju. Męczą mnie pielgrzymki po kolejnych pokojach, gdzie się ukryła, wszystko po to, by ją uspokoić i załagodzić spór. Czuję się jak alpinista, który dźwiga w górę, wciąż w górę, ciężki plecak i nigdy nie zdobędzie upragnionego szczytu. Ale, co oczywiste, nie przestanę jej szukać po wszystkich kątach i powtarzać to, co chce usłyszeć.

– Sandro, proszę, nie obrażaj się. Przecież ci powiedziałem, że pójdę na tę rozmowę i postaram się zrobić dobre wrażenie.

Rano zapisuje mi nazwisko i numer telefonu, żebym mógł umówić się na spotkanie. Już spokojniejsza wychodzi do pracy. Ta osoba, z którą mam się skontaktować, nazywa się Contreras. Contreras, kontra, rekontra. Niezły początek!

Po południu telefon od Ivana.

– Stary, chłopie! Od przedstawienia nie dałeś znaku życia. Tak bardzo przymuliły cię te bezeceństwa?

– Ależ skąd! Bardzo nam się podobało.

– Aha, podobało się wam!

Ten wujek jest beznadziejny! „Bardzo nam się podobało” – to powinien był powiedzieć, kiedy pracował u tych cholernych pingwinów, urszulanek czy jak im tam. „Bardzo nam się podobało” – tak mówią dziadki w parku po zakończeniu gry w kręgle. „Bardzo nam się podobało”, jedno wielkie gówno. Zapraszam ich na najbardziej zajebisty w mieście pokaz rozebranych facetów i „bardzo im się podobało”. Nie jest dobrze. Chyba nie miałem racji z tym Javierem. Już niby zaczął kumać, a tu „bardzo mu się podobało”. Mówi się: „Show był odlotowy, czadowy, kul i trendi”. Albo było się zapytać o coś, jak na ten przykład mnie ciągle pytają: „Ci faceci, co tak zadkiem kręcą, to przypadkiem nie cioty?”. Ale nie, a skąd, „bardzo im się podobało”. Możliwe, że laska Javiera była zgorszona, ani chybi świętojebliwość. Wydawała mi się jakaś taka dziwna, bo ubrana bez polotu, bez dekoltu, bez makijażu. Ja tam wolę baby odpicowane, obcasy kopyciaste, paznokcie szponiaste, spodnie przydupiaste, no i całe brzucho do wglądu i cycki widać, bo bluzka przezroczysta i włosy do pasa. Ta laska Javiera taka śnięta ryba. Coś mi się widzi, że po naszym występie powiedziała do Javiera: „To straszne, jakie wulgarne!”, bo takiej męski tyłek nijak nie kręci. I Javier dał się przekonać. Takiego profesorka pewnie zachwycają uduchowione, nieumalowane facetki. No więc niech wreszcie skumają, że to moje zaproszenie to megazaproszenie, bo nikomu go nie wysyłam. To tak, jakby trafił im się główny los na loterii. Ta odzywka „bardzo nam się podobało” to wysypa. Chcę jak najlepiej, ale dla niego to dyshonor i obraza boska. Ja robię przyjacielski gest, a ten wysyła mnie do diabła. Sam nie wiem, czemu jednak lubię tego wujka. Ale jak będzie robić fochy, to krzyżyk na drogę i bujaj wora.

– Tak, było super, naprawdę.

– Dzwonię, bo mam do ciebie sprawę. Pasuje ci jutro rano?

– Nie, Iván, jutro mam spotkanie.

– To pilne, a to nie jest rozmowa na telefon.

– Odezwę się, jak tylko będę wolny.

Wcale nie mam ochoty do niego dzwonić, ale to zrobię. To już ostatni raz, kiedy się z nim spotykam. Sandra ma rację: nie mamy sobie nic do powiedzenia. Ale nie chcę też, żeby sobie pomyślał, że wymawiam się od spotkania z powodu tego spektaklu, że go oceniam moralnie i potępiam taki sposób zarabiania na życie. Odezwę się do niego.