Milczenie krużgankówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Zakończenie

Przypisy

Tytuł oryginału: EL SILENCIO DE LOS CLAUSTROS

Opracowanie redakcyjne: KLEMENS GÓRSKI

Korekta: ANNA KOŁAT, JANINA ZGRZEMBSKA, AGATA NOCUŃ

Projekt okładki: TOMASZ LEC

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Copyright © Alicia Giménez Bartlett, 2009

For the Polish edition

Copyright © 2019, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-7392-644-8

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla dwojga przyjaciół:

Dla Álvaro Pombo,

nauczyciela i przyjaciela, który potrafi się śmiać.

Dla Begoñi Martínez Santos,

która podobnie jak Petra Delicado

jest kobietą zarazem silną i delikatną.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Zobaczyłam ją na kanapie. Włosy, rozpuszczone i w nieładzie, całkowicie zakrywały jej twarz. Głowa zwisała z poduszek pod nienaturalnym kątem, nogi, gołe i blade, sterczały do góry. Spódnica zrolowała jej się w pasie. Stałam chwilę z otwartymi ustami, a potem krzyknęłam:

– Marina! Co ty wyprawiasz?!

Wtedy Marina, sześcioletnia córka mojego trzeciego męża, a więc moja pasierbica, zebrała się, usiadła i powiedziała, z twarzą wciąż lekko zaczerwienioną z powodu przyjętej pozycji:

– Wszystko widziałam do góry nogami.

– Przestraszyłam się na twój widok.

– Bo pomyślałaś, że jestem trup.

Ta sześciolatka umiała odgadywać z przerażającą łatwością, co się dzieje w mojej głowie. Cicha, dyskretna, inteligentna, wbijała we mnie błękitne spojrzenie i od razu wiedziała, o czym myślę. Ten dar nie całkiem mi odpowiadał, bo musiałam zachowywać nieustanną czujność, a od czasu do czasu byłam zmuszona kłamać w żywe oczy, tak jak teraz:

– Trup? Co za ponure skojarzenie. Wcale nie myślałam o trupach.

– To dlaczego się przestraszyłaś?

Musiałam szybko improwizować.

– Wyglądałaś jak... kurczak wiszący w sklepie mięsnym!

Zamyśliła się, próbując znaleźć w moim stwierdzeniu jakiś bodziec do działania, i najwyraźniej go znalazła, bo z powrotem ułożyła się do góry nogami, nie odezwawszy się więcej.

Westchnęłam. Nigdy nie miałam styczności z dziećmi, dopóki po raz trzeci nie wyszłam za mąż. Na pewno fascynował mnie ich sposób działania. Były dziwne, niezrozumiałe, posiadały zmysł obserwacji jak prawdziwi psychologowie, a były tak szczere, jak potrafią być tylko wariaci. Tak czy owak skoro bałam się ich przenikliwości i udawałam przed nimi, że jest inaczej, niż mówią, to tylko dlatego, że mam wyjątkowy dar komplikowania sobie życia. Marcos, mój mąż, nigdy nie prosił mnie, żebym była ostrożna, opowiadając przy dzieciach o mojej pracy w policji. Naturalnie liczył na to, że przy obiedzie nie będę się rozwodzić nad szczegółami sekcji zwłok, ale w rezultacie tylko ja ograniczałam ich dostęp do wiedzy o tym, czym się zajmuję. Popełniłam błąd, bo rozbudziło to tylko ich ciekawość i sprawiło, że coraz bardziej puszczali wodze fantazji. Hugo i Teo, bliźniacy, byli najbardziej skłonni do wymyślania nieprawdopodobnych teorii dotyczących mojej pracy. Kiedy widzieli na moim biurku jakieś akta, od razu pytali, czy mam jakąś „fajną” sprawę. Z lekkim opóźnieniem zorientowałam się, że „fajna” dla nich była każda sprawa z dużą ilością krwi, przerażających okaleczeń, a najlepiej, gdyby kogoś wypatroszono. Chociaż najbardziej ze wszystkiego liczyli na to, że kiedyś wreszcie pojawi się w moim życiu jakiś seryjny morderca. Bezskutecznie tłumaczyłam im, że seryjni mordercy nie występują zbyt często pod żadną szerokością geograficzną, a już na pewno nie w Hiszpanii. Jednak oni, zupełnie odporni na moje argumenty, trzymali się swoich złudzeń.

Właściwie to wszystko nie stanowiło dla mnie dużego problemu. Synowie Marcosa spędzali z nami tylko niektóre weekendy i muszę powiedzieć, że nawet dobrze się bawiłam, gorącymi zaprzeczeniami burząc ich krwawe wyobrażenia. Przyzwyczaiłam się bez problemów do nowej sytuacji, jaką jest moje trzecie małżeństwo. Przez pierwsze kilka miesięcy wszystkie alarmy miałam podłączone. W głębi duszy bałam się, że moje instynkty samotnej wilczycy wyjdą na wierzch i zniszczą małżeńską sielankę. Moje koleżanki opowiadały mi często z przerażającą furią o jakichś banalnych wydarzeniach z pożycia małżeńskiego. Zwykle chodziło o nieznaczące szczegóły, które jednak ostrzegały mnie przed trudnościami wspólnego życia. Na przykład jedna z nich mówiła o tym, jakie mordercze instynkty wobec męża budzi w niej znajdowanie w łazience codziennie rano otwartej tubki pasty do zębów. Nic takiego mnie nie dotyczyło, ponieważ postanowiłam porzucić mój małostkowy egoizm i postarać się, żeby moje trzecie małżeństwo było tym ostatnim. Nie byliśmy żółtodziobami, mieliśmy w tej dziedzinie spore doświadczenie, które na pewno nie było bez znaczenia. Właśnie miał minąć rok od ślubu i wszystko układało się pomyślnie.

Tego popołudnia, kiedy Marina stała na głowie na kanapie, była u nas wyjątkowo. Taksówka zamówiona przez jej matkę przywiozła ją ze szkoły, a ja miałam wolne popołudnie i uznałam, że może poczekać ze mną na ojca, który potem miał z nią iść do dentysty. Zostawiłam ją i poszłam pod prysznic. Długo pracowałam, musiałam się odświeżyć.

Kiedy wróciłam do salonu, Marina znowu zwisała w niewygodnej pozycji.

– Przestań już, Marina, to chyba nie jest zdrowe.

Posłuchała i usiadła. Patrzyła na mnie w zamyśleniu, a potem powiedziała:

– Moja nauczycielka chce z tobą porozmawiać.

„Co?!” – wykrzyknęłam w myślach. To już przekraczało moją rolę macochy. Nie chciałam być jednak zbyt szorstka.

– Opowiadałaś jej o mnie?

– Tak, kilka razy. Powiedziałam, że jesteś policjantką i w ogóle.

– Ale ona wie, że za twoją naukę odpowiedzialni są rodzice, prawda?

– Chyba tak.

– Wiesz może, o co jej chodzi?

– Nie, ale powiedziała, że to bardzo pilne, żebyś do niej jak najszybciej zadzwoniła. Numer leży na stole.

– To znaczy... chcesz powiedzieć, że ona teraz dzwoniła?

– Tak, jak byłaś pod prysznicem.

– Dlaczego od razu nie mówisz?

– Najpierw odpowiadałam na twoje pytania...

Miała rację, musiałam to przyznać niechętnie. Byłam zaniepokojona, zastanawiałam się, czego może ode mnie chcieć jakaś zakonnica. Wybrałam numer i czekałam. Marina, jak zwykle bardzo mądrze, szepnęła mi imię, o które zapomniałam zapytać.

– Nazywa się Guillermina, matka Guillermina.

Nie wiem, czy to dziecko było po prostu doskonałe, ale zawsze okazywało się, że jest mniej roztargnione ode mnie. W słuchawce odezwał się głos o dziwnym zaśpiewie:

– Tu siostry sercanki. W czym mogę pomóc?

– Chciałabym rozmawiać z matką Guillerminą. Nazywam się Petra Delicado, dzwoniła do mnie przed chwilą.

– Tak, proszę chwileczkę poczekać.

Marina siedziała i wpatrywała się we mnie. Była wyraźnie zaciekawiona, ale na jej niewzruszonej twarzyczce ledwie było to widać.

– Pani inspektor Delicado? – zapytał ktoś poważnym głosem w słuchawce.

– Tak, to ja.

 

– Dzięki Bogu, że pani zadzwoniła!

– Czy coś się stało, matko Guillermino?

– Tak, prawdziwe nieszczęście. Proszę, niech pani przyjedzie jak najszybciej.

– Ale...

– Nie chcę nic mówić przez telefon, pani inspektor, proszę mnie zrozumieć. Będzie lepiej, jak pani tu przyjedzie.

– Dobrze, ale proszę mi powiedzieć, czy to sprawa dla policji?

– Niestety, obawiam się, że tak.

– Już jadę, poproszę o adres.

Rzecz jasna, kiedy skończyłam, Marina zapytała mnie, co się dzieje. Nie była tak zupełnie opanowana jak zazwyczaj. Uśmiechnęłam się do niej.

– Nie wiem. Powiedziałaś siostrom, że tata ożenił się z policjantką?

– Tak, były zachwycone.

– Wyobrażam sobie. Ale to nie jest szkoła, do której ty chodzisz, prawda?

– Nie. Chodzę tam raz w tygodniu, bo mama chce, żebym uczyła się religii, a tata nie chciał, żebym była w szkole u zakonnic... Uczą tam o dobroczynności i różnych podobnych rzeczach.

– Rozumiem.

Problem polegał na tym, że Jacinta, nasza nowa sprzątaczka, miała w piątki wolne. Gdybym więc teraz wyszła, Marina musiałaby zostać sama przez ponad godzinę, zanim przyjdzie jej ojciec. Wróciłam do salonu i patrzyłam na nią. Znowu ułożyła się głową w dół na kanapie, w górze sterczały jej różowe skarpetki. Jak mogłam w tej sytuacji spokojnie wyjść? Skoro była w stanie przeleżeć całe przedpołudnie do góry nogami tylko po to, żeby zobaczyć świat na odwrót, mogły jej przyjść do głowy dużo dziwaczniejsze pomysły. Czułam na sobie ciężar odpowiedzialności za to, co może jej się stać, więc zadzwoniłam do Marcosa.

– Marina może spokojnie zostać sama. Jest przecież całkiem odpowiedzialna. Co teraz robi? – zapytał beztrosko mój mąż.

– Wygibasy na kanapie.

Na chwilę zaniemówił, może nie spodziewał się, że jego córka zajęta jest czymś tak niezwykłym.

– Jedź spokojnie, Petro. Ja niedługo wracam. Będzie sama tylko przez chwilę.

W zapiętej kurtce i z torebką w ręce stanęłam przed dziewczynką.

– Marino, możesz na chwilę odwrócić się do góry głową?

Zeszła z kanapy i patrzyła na mnie, rozczochrana i czerwona na twarzy.

– Twój tata niedługo wróci, ale ja teraz muszę pędzić.

Wzięłam głęboki oddech.

– W prawdziwym życiu nie ma tylu morderstw co w kinie. Jeśli ktoś zostaje zabity, jest to absolutny wyjątek, zwykle tak się nie dzieje, rozumiesz?

– Tak.

– Zostaniesz sama przez godzinkę?

– Tak.

Byłam już przyzwyczajona do jej lakonicznych odpowiedzi, wiedziałam, że nie usłyszę niczego więcej.

– Nikomu nie otwieraj, nie zapalaj gazu, nie wychylaj się przez okno. Nie dotykaj kontaktów ani kabli.

– W godzinę nie zdążyłabym zrobić tego wszystkiego.

– I dobrze. Możesz sobie poczytać, posłuchać muzyki, a nawet, jeśli nie boisz się, że zgłupiejesz, pooglądać telewizję.

– A mogę zjeść jabłko?

– Tak, ale nie do góry nogami, bo mogłabyś się zakrztusić.

Siedziała nieruchomo, rozważając ryzyko jedzenia jabłka z nogami w górze, i w końcu przytaknęła. Wyszłam pośpiesznie, starając się nie myśleć już o wszystkich niebezpieczeństwach, które czyhają w domu.

Klasztor sercanek mieścił się w pobliżu placu Sant Just i Pastor. Portal, utrzymany w stylu najbardziej zbliżonym do baroku, znajdował się między innymi starymi budynkami, co stwarzało niepokojące, a zarazem kojące wrażenie, jeśli to możliwe. Dzwonek, dyskretnie ukryty, był łącznikiem tych murów z nowoczesnością. Zadzwoniłam i po sekundzie w szumiącym domofonie odezwał się miły głos, pasujący raczej do zabieganej pani domu niż do anielskiej nowicjuszki. Przedstawiłam się: Petra Delicado, inspektor policji, i ogarnęło mnie poczucie nierzeczywistości. Co ja, u licha, tu robię? Co mnie czeka za tymi starymi murami? Do czego jestem potrzebna tej religijnej wspólnocie? Pomyślałam, że pewnie chodzi o jakieś głupstwo: jedna z dziewczynek, które się tu uczą, coś zmalowała, albo jakiś niby kulturalny turysta podwędził im wartościowy kielich. Prawdopodobnie moja rola ograniczy się do przekazania sprawy kolegom, ale miałam też nadzieję zrobić dobre wrażenie, żeby przyniosło to jakieś korzyści Marinie i jej bliskim.

Zakonnica, która mi otworzyła, miała tyle samo lat, ile dioptrii w okularach. Zmierzyła mnie wzrokiem zza grubych szkieł. W czarnym habicie wyglądała jak groźny, czarny ptak. Chcąc mi się lepiej przyjrzeć, uniosła głowę i zmarszczyła nos.

– Pani jest z policji? – upewniła się. – Proszę tędy. Matka Guillermina zaraz panią przyjmie.

Zaprowadziła mnie do słabo oświetlonego pokoiku. Unosił się tam zapach wybielacza, kadzidła i, o dziwo, dymu papierosowego. Usiadłam na przedpotopowej kanapie i patrzyłam na obrazy wiszące na ścianach zakrystii. Były na nich umięśnione, niczym ochroniarze z dyskoteki, anioły z płonącymi mieczami, wizerunki świętych w kwiecistych girlandach na szyjach, z oczami uniesionymi do góry w ekstazie... ale najbardziej kiczowaty był obrazek, na którym Dzieciątko Jezus, z wyraźną nadwagą, przyjmuje trzech królów, żywcem wyjętych z ludowego karnawału. Gdyby było włamanie do tego klasztoru i gdyby takie obrazy znalazły się wśród łupów złodziei, nie trzeba by było wzywać posiłków, przyjęłabym tylko zgłoszenie i natychmiast o tym zapomniała. W tej chwili weszła siostra furtianka, czy jak się tam zwała, i kazała mi iść za sobą.

– Idziemy do gabinetu matki przełożonej – wyjaśniła.

Szłam za nią długimi, ponurymi korytarzami, pozbawionymi wszelkich oznak, że ktoś tu żyje. Jednak w gabinecie wszystko wyglądało inaczej. Było to duże pomieszczenie, wygodnie umeblowane, a na stojącym na środku stole zobaczyłam komputer najnowszej generacji. Dzięki ogrzewaniu nie było tu tak niegościnnie i naprawdę, teraz byłam pewna, potężnie śmierdziało papierosami. Usiadłam na krześle obok stołu. Matka Guillermina kazała na siebie czekać dłużej niż jakiś minister, a to mogło oznaczać, że problem, który miałam rozwiązać, nie był bardzo poważny. Wreszcie otworzyły się drzwi w rogu pokoju i weszła zakonnica, około pięćdziesiątki, wysoka, mocno zbudowana, z jasnymi oczami patrzącymi zza okularów. Wyciągnęła do mnie rękę, jej uścisk był męski, silny aż do bólu.

– Pani inspektor, dziękuję, że pani przyszła. Jestem Guillermina de Arrinoaga, matka Guillermina Najświętszego Serca Jezusowego. Proszę nie wstawać.

Usiadła ciężko i westchnęła. Prześwidrowała mnie wzrokiem i znowu westchnęła. Byłam pod wrażeniem siły i energii, jaką emanowała.

– Petro... Czy mogę tak się do pani zwracać? Marina ciągle nam o pani opowiada. Bardzo panią kocha i mówi, że jest pani najlepszą policjantką w mieście.

– Po prostu nie zna innych – odpowiedziałam. – Wątpię, żeby wśród znajomych jej matki byli jacyś policjanci.

Roześmiała się dość oschle.

– Tak, policjanci i zakonnice nie mają dobrej sławy u mieszczaństwa. Brakuje nam tego, co teraz zwą glamour. Pali pani?

– Nie muszę, mogę poczekać, aż wyjdę.

– No cóż, w porównaniu z tym, co zobaczy pani tutaj, nie sądzę, żeby panią oburzył fakt, że palę. Spędziłam piętnaście lat w Miami, wraz z innymi organizowałam tamtejszą wspólnotę, a większość zakonnic pochodziła, rzecz jasna, z Kuby. W związku z tym odkąd wróciłam, mam dwie poważne wady: nie cierpię chłodu i palę. Cóż począć! Przy ludziach zwykle się powstrzymuję, ale przez tę dzisiejszą historię jestem tak zdenerwowana...

Otworzyła szufladę i poczęstowała mnie papierosem. Przyjęłam. Nie chciałam niczego przyśpieszać, postanowiłam pozwolić jej mówić. Razem wypuściłyśmy pierwszą chmurę dymu. Rzeczywiście paliła jak komin przemysłowy.

– Pochodzi matka z Kraju Basków?

– Z Pamplony.

– Porządne miejsce.

– Zakonnice nie mają swojego miejsca, rodziny, nawet imienia, najczęściej je zmieniają. To trudniejsze, niż się wydaje. Ale dostajemy coś w zamian. Wie pani co?

– Wiarę?

– Otóż to. Wiarę i spokój. Wewnątrz klasztoru panuje spokój, pani inspektor. Owszem, jest praca, papierkowa robota, walka o przetrwanie, ale jesteśmy chronione przed wichurami, które szaleją na zewnątrz. Rozumie mnie pani, prawda?

– Bardzo dobrze rozumiem.

– Dlatego do pani zadzwoniłam. Wydarzyło się coś okropnego, coś, co może rzucić nas lwom na pożarcie, przekreślić całe nasze życie. Tak więc potrzebna jest tutaj dyskrecja, absolutna dyskrecja.

– O co właściwie chodzi?

– Lepiej, żeby to pani zobaczyła, później pani opowiem.

Rozpłaszczyłyśmy pety w popielniczce z matowego szkła i wstałyśmy. Poszłam za nią, dopasowując swój chód do jej ciężkich kroków atlety. W takich chwilach staram się nie zgadywać, mieć czysty umysł, ale serce bije mi jak przed zawałem – niecierpliwie, zastanawiam się, co zobaczę. Matka przełożona zatrzymała się gwałtowanie przed dwudzielnymi drzwiami ze szlachetnego drewna, starszymi od pozostałych, które mijałyśmy. Włożyła rękę do kieszeni habitu i szukała czegoś nerwowo.

– Gdzie ten klucz?!

Myślałam, że zacznie przeklinać, ale znalazła wreszcie klucz. Był wielki, zabytkowy, z kutego żelaza. Otworzyła nim drzwi i weszłyśmy do środka. Zaświeciła światło, które łagodnie rozjaśniło gotycką kapliczkę, piękną w swej prostocie.

– Proszę tędy.

Energiczny krok zakonnicy stał się bardziej opanowany, kiedy znalazłyśmy się w części położonej za ołtarzem. Tam matka Guillermina zatrzymała się i wskazała na niewyraźny kształt leżący na podłodze. Nie byłam w stanie niczego zobaczyć, spojrzałam na nią pytająco.

– Niech się pani zbliży, ja już widziałam aż nadto.

Zrobiłam kilka kroków w mroku i wreszcie udało mi się zorientować, co widzę. Na podłodze, twarzą do podłogi, leżał mężczyzna. Podeszłam jeszcze bliżej. Bez wątpienia był martwy, wokół niego widać było kałużę ciemnej krwi, która musiała pochodzić z rany na potylicy. Nie mogłam dłużej na to patrzeć. Ze zdumienia straciłam cały swój profesjonalizm i wypaliłam do matki przełożonej dość absurdalnie:

– Czy matka zdaje sobie sprawę, co tam leży? Martwy człowiek!

– A myśli pani, że po co dzwoniłam? Oczywiście, że jest martwy, ktoś go zabił!

– Od kiedy matka o tym wie?

– O świcie znalazła go siostra, która sprzątała.

– Wie matka, ile godzin minęło od tamtej pory?

– Naturalnie, że wiem, przecież umiem liczyć!

Obydwie byłyśmy wściekłe, niemal krzyczałyśmy. Przetarłam twarz dłonią, jakbym chciała się obudzić ze złego snu. To nie mogła być prawda.

– Przecież trzeba było zadzwonić po policję od razu!...

Nie skończyłam, byłam bezsilna. Sięgnęłam po telefon.

– Co pani robi? – zapytała zakonnica bardzo ostrym tonem. – Czekałyśmy tyle czasu i dlatego właśnie zadzwoniłam do pani, żeby zapewnić tej sprawie maksimum dyskrecji. Nie możemy oznajmiać całemu światu, co się dzieje za tymi murami.

– Więc mamy go zakopać w krypcie i pozacierać ślady?

– Niech pani nie opowiada głupstw, to bezczelność! To mój klasztor i ja tu rządzę. Ma pani pojęcie, kim jest ten człowiek? To brat Cristóbal od Ducha Świętego, mnich z klasztoru cystersów w Poblet. Chce pani wywołać skandal z udziałem dwóch zakonów naraz?!

Zacisnęłam zęby, spojrzałam na nią wściekłym wzrokiem i wycedziłam:

– Może pani być przełożoną tego klasztoru i dziewiętnastu innych, a ten człowiek papieżem rzymskim pociętym na kawałki. Wszystko mi jedno. Żyjemy w kraju, gdzie przestrzega się prawa i nikt nie stoi ponad nim.

Widziałam, jak buzuje w niej bezsilność, jak stara się znaleźć dla mnie jakąś ripostę, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, oświadczyłam:

– Matko Guillermino, jeśli o sekundę dłużej będzie matka utrudniać mi wykonywanie obowiązków policjantki albo opóźniać śledztwo, które niewątpliwie trzeba przeprowadzić, zapewniam, że trafi matka do aresztu za utrudnianie pracy organom ścigania.

Zamilkła, choć nadal patrzyła na mnie jak samiec alfa. Jakoś wytrzymałam, po chwili spuściła wzrok i mruknęła:

– Niech pani robi co trzeba, ale błagam o dyskrecję.

Nie chciałam zbyt długo pławić się w zwycięstwie, wystukałam numer Garzona, a do niej szepnęłam:

– Proszę się nie martwić, postaram się.

Podinspektor był chyba na jakiejś zabawie, bo głos miał bardzo ożywiony.

– Cześć, Petro! Nie wierzę, że pani do mnie dzwoni, przecież mamy wolne popołudnie, prawda?

– Sprawa jest poważna, podinspektorze. Chcę, żeby pan zorganizował ekipę do przejęcia i zabrania zwłok. Niech pan ją wyśle do klasztoru sercanek, który znajduje się przy placu Sant Just i Pastor. Pan niech też przyjedzie i to jak najprędzej.

 

– Ha! Coraz bardziej cenię pani poczucie humoru. A więc czeka pani na mnie w klasztorze, jak Don Juan na ukochaną, tak?

Odeszłam parę kroków od zakonnicy i zniżyłam głos:

– Podinspektorze, niech pan odstawi kieliszek, który ma pan w ręce, i napije się kawy. Ma pan tu być natychmiast, zrozumiano?

– Ale... są urodziny mojej żony!

– Natychmiast!

Przerwałam połączenie. Zauważyłam na ekspresyjnej twarzy matki Guillerminy pewien rys podziwu. Osobom autorytarnym podobają się ludzie ulepieni z tej samej gliny. Stanęłam przed nią:

– A teraz, zanim przyjedzie mój towarzysz, sanitariusze i sędzia, proszę mi wszystko opowiedzieć.

– Ależ pani jeszcze nie widziała wszystkiego!

Nogi się pode mną ugięły.

– Chyba nie chce mi matka powiedzieć, że jest jeszcze jakiś nieboszczyk.

Podeszła do bocznej ściany i wskazała na okazały pusty sarkofag.

– Wręcz przeciwnie, jednego nieboszczyka brakuje. Zniknął nasz błogosławiony.

– Zacznijmy od początku, bo zaraz zwariuję.

– To proste, niech się pani nie denerwuje. Brat Cristóbal od wielu dni zajmował się restaurowaniem sarkofagu naszego błogosławionego, brata Asercia de Montcada, jego średniowiecznej mumii, żeby bardziej to pani przybliżyć.

– Dobrze, zaczynam coś rozumieć. A więc dziś rano znaleziono brata Cristobala zamordowanego, a jednocześnie zniknęła mumia brata Asercia.

– Właśnie. Musi pani zrozumieć, że zanim zdecydowałam się zawiadomić o tym policję, musiałam sama to wszystko rozważyć.

– Mam nadzieję, że przynajmniej nikt niczego nie dotykał.

– Absolutnie. Sama poszłam po klucz i zamknęłam drzwi, żeby nikt tu nie wszedł.

– A więc jeśli wtedy ktoś był w środku, także nie mógł stąd wyjść.

– W środku nie było nikogo, mogę panią zapewnić.

– Jeśli wszystko stało się tak, jak matka to przedstawia...

– Siostra Marcela weszła, żeby posprzątać, znalazła brata Cristobala i od razu przybiegła mnie zawiadomić.

– I wtedy ktoś mógł stamtąd wyjść.

– Kto miałby być w środku?

– Jeśli znajdziemy odpowiedź na to pytanie, poznamy od razu całą prawdę. Czy kaplica była zamknięta na klucz?

– Nie jest zamykana. Wszystkie raczej przychodzimy tu o określonych godzinach, ale zawsze może się znaleźć ktoś, kto zechce się pomodlić o innej porze.

– Rozumiem. A bramę klasztoru zamyka się na noc?

– Oczywiście, że tak. Zawsze. Poza tym zamykał ją brat Cristóbal, jak wychodził. Kiedy on tu był, nikt z zewnątrz nie mógł wejść, ale wyjść owszem. Niestety, tej nocy drzwi kaplicy wychodzące na ulicę były otwarte. Albo otworzył je swojemu mordercy, albo zostawił otwarte z innego powodu.

– Zwykle jednak te drzwi są zamknięte?

– Otwieramy je tylko w niedziele, dla turystów.

– Kto ma klucze?

– To żadna tajemnica. Klucze zawsze wiszą tutaj – powiedziała, wskazując jeden z kątów.

Po kilku minutach, które spędziłam na oglądaniu każdego szczegółu, weszła siostra furtianka, a wydała mi się jeszcze brzydsza niż przedtem.

– Matko, przybyło więcej policjantów, a z nimi cała masa jakichś ludzi.

Przełożona westchnęła ciężko, przeżegnała się i powiedziała zrezygnowana:

– Niech wejdą.

Garzón był zakłopotany i przez to zakłopotanie dużo wolniej kojarzył. Kiedy już zrozumiał mniej więcej, co się stało, z miejsca zaprezentował swoje praktyczne podejście do rzeczy.

– Pani inspektor, trzeba natychmiast zawiadomić komisarza Coronasa. Istnieje możliwość, że nam to śledztwo wcale nie przysługuje, więc nie ma co się na razie zbytnio angażować.

– Nie jest pan wcale ciekaw, co się stało? To niezwykłe, że ktoś w takim miejscu morduje mnicha, a jeszcze bardziej niezwykłe, że kradnie zwłoki, które leżały tu sobie spokojnie od wieków.

– Pewnie ktoś był zabobonny.

Podeszła do nas matka przełożona. Była blada, wyraźnie wzburzona z powodu zamieszania, jakiegośmy narobili. Wokół nas kręcili się fotografowie, eksperci, sędzia, lekarz sądowy... Zdawałam sobie sprawę, że to wszystko bardzo ją denerwuje.

– Ile to potrwa, pani inspektor?

– To zależy, ale na pewno jeszcze jakiś czas.

– A państwo w tym czasie nie zaczynają śledztwa?

– Nawet jeszcze nie wiemy, czy przydzielą nam tę sprawę. Możliwe, i bardzo prawdopodobne, że wezmą to chłopcy z Mossos d’Esquadra[1].

– O, nie! Zadzwoniłam do pani, bo zależało mi, żeby to pani poprowadziła tę okropną sprawę. Nie zamierzam dopuścić, żeby kręcili się tu jacyś obcy.

– Matko Guillermino, jestem wdzięczna za zaufanie, jakim mnie matka obdarza, nawet mnie przecież nie znając, ale nie jestem prywatnym detektywem. Muszę być posłuszna moim przełożonym, a zapewniam, że policja ma swoje własne zasady i hierarchie.

– Rozumiem, ale czy słyszała pani, jakie zakonnice potrafią być uparte? Zamierzam to udowodnić, postaram się ze wszystkich sił, więc...

– Zobaczymy, w tej chwili ta dyskusja nie ma sensu.

Godzinę później przyjechał Coronas. Pytał, kręcił się wszędzie i zbierał informacje.

– Wygląda na to, że on nie żyje już od ponad dziesięciu godzin, Petro. Co się tu, do cholery, stało?

– Matka przełożona zwlekała z telefonem do mnie, bo bardzo zależy jej na dyskrecji.

– Nożeż kurwa!

– Niech pan pomyśli, co oznacza taka sprawa tutaj, gdzie nikt nie ma zbyt często do czynienia z ludźmi.

– Z czego żyją?

– Uczą religii, wykonują prace biurowe na zlecenie, otrzymują subwencje z diecezji i prywatne datki. W niedziele pozwalają turystom oglądać mumię błogosławionego, za co też pobierają opłaty.

– A więc ktoś zabrał im część dochodów!

– Chce pan, żebyśmy popytali w sąsiedztwie? Jeśli wyniesiono stąd mumię, ktoś mógł to widzieć.

– Nie, nie ma mowy. Niedługo przyjadą ci z rejonu. My nie mamy tu nic do roboty. Możecie iść. Ja poczekam, przekażę im uprawnienia i z głowy.

Wyszliśmy stamtąd w mało elegancki sposób, ale wiedziałam, że jeśli zechcę się pożegnać z matką przełożoną, znowu uwikłam się w niekończące się dyskusje.

– Przykro mi, że panu przeszkodziłam, Garzón.

– Niech się pani nie martwi. Wracam na przyjęcie.

– Złoży pan ode mnie życzenia Beatriz?

– Oczywiście.

W samochodzie moje myśli krążyły wokół tego, o czym miałam nie myśleć. Kto zabija renowatora mumii, należącego do zakonu w Poblet, a więc do cystersów? A przede wszystkim: kto kradnie mumię i wynosi ją o świcie z klasztoru? Jeśli ją zabrano, to można przypuszczać, że była złodziejom do czegoś potrzebna. Czy taka mumia jest krucha? Wydaje się, że tak. Musieli się z nią obchodzić wyjątkowo delikatnie. Czy taka mumia ma swoją cenę na rynku antyków? Trudno mi było w to uwierzyć, chyba że miała na sobie jakąś niezwykle cenną szatę czy całun, obszyty klejnotami lub zawierający unikatowe relikwie. Ale w takim przypadku czy nie prościej by było rozebrać błogosławionego, wziąć okrycie i zostawić go na miejscu w bieliźnie? Poza tym jeśli motywem zbrodni była kradzież, po co było zabijać biednego mnicha? Czyżby przyszedł do pracy o niefortunnej porze i nakrył złodziei na gorącym uczynku? Nigdy w całej mojej policyjnej karierze nie natknęłam się na tyle znaków zapytania już na samym początku śledztwa. Zwykle, mimo że później zdarza się błądzić po bezdrożach, zbrodnia przedstawia się na początku dość logicznie. Bywa, że przeważają raczej hipotezy, nie pytania, a wszystko układa się w dość pospolity wzór. Teraz i tak było mi już wszystko jedno, będę mogła najwyżej od czasu do czasu zainteresować się postępami w tym śledztwie, przejętym przez policję miejscową, jeśli będą mieli akurat ochotę mi coś opowiedzieć.

Kiedy wróciłam do domu, Marina wyszła już ze swoją matką, a Marcos czekał na mnie i coś czytał.

– Dlaczego się nie położyłeś?

– Chciałem cię zobaczyć.

Przytulił mnie. Jego skóra była ciepła, pachniał delikatną wodą kolońską, suchą bielizną. Zapragnęłam, żebyśmy poszli od razu spać, nie mówiąc słowa. Nagle poczułam się bardzo zmęczona. Ciekawość, która tak długo mnie pobudzała, wyparowała.

– Przygotowałem sałatkę, żebyś coś zjadła na kolację.

Wcale nie miałam ochoty na kolację, ale byłoby to nie do pomyślenia tak rozczarować mojego męża. Zdjęłam płaszcz, umyłam ręce i poszłam do kuchni. On już tam był. Nakrył do stołu i właśnie wyjmował z lodówki smakowitą sałatkę z tuńczykiem i piwo.

– Niepotrzebnie tak się namęczyłeś.

– No cóż, wróciłaś z pracy później ode mnie. Gdyby było odwrotnie, jestem pewien, że zrobiłabyś to samo.

– No proszę! – wykrzyknęłam. – Zawsze dobrze wiedzieć, czego się inni po tobie spodziewają.

Zaczęłam się śmiać i dałam mu buziaka.

– A tak poważnie nie powinieneś był nic dla mnie przygotowywać.

– Można wiedzieć dlaczego?

– Czasem nie sposób przewidzieć, kiedy się skończy pracę, sprawy się komplikują, godziny ciągną, a to wszystko robi się trudniejsze, jeśli się pomyśli, że w lodówce czeka i więdnie sałatka.

– W takim razie składam dymisję z funkcji kucharza po godzinach.

– Cholera, chyba zbyt łatwo dałeś się przekonać!

Podszedł, udając, że chce mnie udusić, a zamiast tego przytulił.

Jadłam, a apetyt rósł w miarę jedzenia. Marcos, rzecz jasna, zapytał mnie, dlaczego chciały się ze mną widzieć siostry sercanki. Opowiedziałam mu i oczywiście był tak samo zaciekawiony jak ja. Pytania, jakie sama sobie zadawałam, jemu też od razu przyszły do głowy.

– To wszystko jest takie dziwne, Petro! A jeśli to jakaś tajemnicza sekta? Albo klątwa mumii, jak w starych filmach. Nie wiem, to nie jest zwyczajna sprawa.

– Kurczę, jesteś gorszy od własnych dzieci!

– Obawiam się, że w tym przypadku ja też zarzucę cię pytaniami.

– Jednak będziesz się musiał opanować. Mossos d’Esquadra przejęli śledztwo i my już go nie prowadzimy. Trochę jestem tym sfrustrowana, miałabym wielką ochotę wsadzić nos w ten bałagan. Z pewnością zagadka jest bardziej logiczna i przyziemna, niż się wydaje.

– Cały czas zaprzeczasz, ale widać, że lubisz swoją robotę.