Wietrzne Katedry. Tom 3Tekst

Z serii: Wietrzne katedry #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wietrzne Katedry. Tom 3
Wietrzne Katedry. Tom 3
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,85  52,68 
Wietrzne Katedry. Tom 3
Audio
Wietrzne Katedry. Tom 3
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


WIETRZNE KATEDRY Tom 3

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Zajrzyj na strony:

***

EPILOG

Strona redakcyjna

Zajrzyj na strony:

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

***

Pogranicze Kryształowych Wodospadów − wczesny ranek dnia następnego

– By to elfia zaraza! – Ian gwałtownie wcisnął hamulec.

Rozpędzone auto zarzuciło na boki raz i drugi, jednak mężczyzna szybko odzyskał nad nim kontrolę. Potoczyło się jeszcze kilkadziesiąt metrów, ale w końcu, niczym dobrze ułożony pies, posłusznie się zatrzymało. Mimo to piaskowa chihuahua zleciała z fotela i ogłuszona zamarła między siedzeniami. Mastif rąbnął w oparcie fotela Iana i zaczął bluzgać głosem Desire. Pozostałych pasażerów przed lotem przez przednią szybę uchroniły pasy.

– Moje żebra! – stęknął Treller, próbując złapać oddech. Udało mu się to, dopiero gdy odpiął swój pas.

– Szlag! Ian, mózg ci zeżarło?! Co ty wyrabiasz, idioto?! – wydarł się Desire.

– Dla przyjemności tego nie zrobiłem! – odwarknął mężczyzna. Wzrokiem wskazał coś przed maską wozu. – Czekajcie!

Nie zważając na protesty ciemnowłosego zakonnika ani jęki Trellera, wyskoczył z samochodu, zostawiając otwarte drzwi, i ruszył przed siebie. McLaurie podążył wzrokiem za synem. Natychmiast zapomniał o poturbowanych żebrach.

– Ja chędożę! – szepnął i zaczął gramolić się z auta.

– Tato, zostań w samochodzie!

– Ale…

– Żadnego ale! Wracaj do wozu, ja się tym zajmę!

Treller zatrzymał się, wsparł dłoń o drzwi terenówki, zacisnął usta i patrzył. Zaintrygowany Desire szybko wrócił do własnej postaci i sprawdził, co z Dante. Wyskoczył z auta, zrobił krok do przodu i zamarł osłupiały. Kilka metrów przed maską wozu, w kałuży krwi leżał… krasnolud. A właściwie mieszaniec z dużą domieszką krasnoludziej krwi.

Żył. Jeszcze żył. Jednak już po chwili − równej pojedynczemu uderzeniu serca − poszarpanymi, zakrwawionymi ubraniami krasnoluda wstrząsnął ostatni spazmatyczny wdech. Palce jednej z rąk zadrżały, podobnie jak usta na wykrzywionej bólem twarzy, i zaraz potem ciało zamarło.

Mężczyźni przyjrzeli się temu, co jeszcze przed paroma minutami było żywą istotą. Jedna jej noga została oderwana tuż pod kolanem. Strzępy nasączonej krwią nogawki okalały kikut niczym makabryczna koronka unurzana w rubinowym kleksie. Szczątki łydki i stopy dostrzegli parę metrów dalej, na skraju jezdni. Druga noga wyglądała na nienaruszoną, ale przy bliższych oględzinach można było dostrzec precyzyjnie przecięte arterie. Nie było też jednej dłoni. W miejscu, gdzie powinna kończyć się ręka, zalegała jedynie ciemnoczerwona masa, jakby naszpikowana upiornymi fragmentami kości. Krasnolud leżał na brzuchu, głowę miał wykręconą w bok, a na plecach i karku − rany. Sądząc po ilości krwi, jaką stracił, podejrzewali, że został też ranny w brzuch. Wzdrygnęli się, instynktownie zacisnęli szczęki. Ktokolwiek te rany zadał, nadal musiał być w pobliżu. Karminowa smuga wiodła jezdnią od nóg krasnoluda ku zaroślom pobocza, za którymi zaczynał się las.

„Wykrwawił się – pomyślał Ian. – Uciekał. Przed czym? Co go tak poraniło? Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że to coś polowało na niego i miało przy tym niezły ubaw. Ale przecież takie rany mógł zadać tylko…”.

Pochylił się nad trupem.

– Nie dotykaj! – warknął Treller, a Ian zastygł z wyciągniętą ręką.

Nim zdążył się wyprostować, czas zwariował i wszystko potoczyło się w ułamkach sekund. Najpierw gdzieś na prawo od wozu usłyszał trzask gałązek. Ktoś lub coś przedzierało się przez krzaki − szybko i brutalnie. Cokolwiek to było, zarówno Ian, jak jego towarzysze zrozumieli, że na ucieczkę za późno. Ian zerknął na ojca, który omiótł spojrzeniem ścianę lasu. Przez zaciśnięte zęby zdążył wycedzić:

– Ani drgnij! Ty też, Desire!

Sekundę potem spomiędzy gałęzi wyskoczył minivivern i pędem ruszył ku zwłokom. Ian zdławił krzyk i odruch ucieczki. Siłą woli zmusił ciało do posłuszeństwa i znieruchomiał na podobieństwo rzeźby. Poczuł gęsią skórkę na karku, koszula zrobiła się mokra od potu. Oblizał nerwowo usta.

„Tropiący. Czyli konstable muszą być blisko!”.

Przyjrzał się bestii. Jeszcze nie wiedział co, ale coś mu w niej nie pasowało.

„Zaraz, to nie może być jego sprawka! Przecież tropiące nie atakują!”.

Gdy dostrzegł pokrwawiony pysk viverna, niespiłowane zębiska i kolec jadowy w ogonie, zrozumiał, jak bardzo się pomylił. Posłał zszokowane spojrzenie ojcu. Ten ledwo dostrzegalnym ruchem głowy dał mu znać, by nie ważył się poruszyć. Tymczasem vivern zdawał się w ogóle nie dostrzegać mężczyzn. Wyminął Iana, muskając go skrzydłem, i podszedł do trupa. Zaczął intensywnie niuchać, syczeć, rozwidlonym jęzorem smakować jego krew, trącać zwłoki, a w końcu je szarpać! Źrenice bestii rozszerzyła ekscytacja, koniec ogona rąbnął o jezdnię, szczątkowe skrzydła zatrzepotały, jak gdyby gad chciał się wzbić w powietrze. Zwierzę przestąpiło z nogi na nogę. Rozejrzało się, lecz otumanione odorem krwi i śmierci nie dostrzegło kolejnych potencjalnych ofiar. Jeszcze. Trzech zastygłych niczym woskowe figury mężczyzn porozumiało się wzrokiem.

– Desire – odezwał się Ian najcichszym z szeptów.

Przyjaciel wpatrzył się w jego usta, jakby z ruchu warg chciał wyczytać kolejne słowa.

– Wyjmij flet. Po-ma-łu.

Ciemnowłosy zakonnik spojrzał na niego pytająco.

Mortua. Załatwiłeś nim bestie w Instytucie – przypomniał.

Desire zgrzytnął zębami.

– Został w wozie – odszepnął i uprzedzając kolejne pytanie, dodał: – Bez fletu ze stellum zaklęcie nie ma sensu. Za słabe.

Ian bezgłośnie zaklął. Bestia oszołomiona zapachem krwi ciągle jeszcze nie zwracała na nich uwagi. Wiedzieli jednak, że najmniejszy ruch mogą przypłacić życiem. Ian zerknął na ojca.

– Dasz radę go okiełznać? – wyszeptał niemal bezgłośnie.

Starszy pan znów zaprzeczył dyskretnym ruchem głowy.

– W tym amoku? Żartujesz? Czekajcie… – Wpatrzony w bestię również zamarł w oczekiwaniu.

Podekscytowane zwierzę kilka potwornie długich minut niemal tańczyło wokół zwłok, co rusz depcząc je i rozrywając. Ian nie wiedział, co bardziej go przeraża: mlaskanie, chrzęst łamanych kości, odgłosy dartego ciała czy… łomot własnego serca, głośniejszy chyba od krzyku interceptora. Na dodatek mdliło go coraz mocniej, ale choć bardzo się starał, nie zdołał zamknąć oczu, by odgonić makabryczne obrazy. Nie potrafił nawet mrugnąć. Miał wrażenie, że całe to przerażające widowisko żywym ogniem wypala się w jego pamięci, i był absolutnie pewien, że wielokrotnie będzie do niego powracało w sennych koszmarach. Zacisnął szczęki. Za nic nie wolno mu zwymiotować!

Bestia ucztowała w najlepsze. W momencie, w którym vivern odwrócił się tyłem do Trellera, zanurzył pysk we wnętrzu brzucha trupa i zaczął wyszarpywać jelita, McLaurie pomału sięgnął przez okno samochodu. Schowek otworzył się z cichym pyknięciem, lecz vivern i tego nie dosłyszał. Nie zorientował się nawet, gdy seria strzałek wystrzelona z kuszy przebiła jego mięśnie. Krew i tkanki trupa wprawiły go w ekstazę i otaczający go świat przestał istnieć. Tymczasem środek usypiający zawarty w strzałkach sprawił, że były to jego ostatnie i jakże rozkoszne odczucia. Parę minut potem szaro-zielone cielsko zwaliło się na asfalt obok swej ofiary. Miodowe tęczówki z pionową źrenicą zastygły wpatrzone błogo w twarz krasnoluda.

Ian westchnął z ulgą. Pochylił się jeszcze bardziej, wsparł dłonie o kolana, zamknął oczy. Wziął kilka głębokich, powolnych wdechów. Desire też sapnął. Jego twarz miała podejrzanie zielonkawy kolor, raz po raz przełykał ślinę, jakby i on miał kłopot z kontrolą żołądka. Zaraz jednak wziął się w garść i spojrzał z podziwem na Trellera. Ten stał niewzruszenie obok auta, patrząc na viverna. Miał zaciśnięte usta i mrok w spojrzeniu. Jakby żal z powodu tego, co musiał zrobić. Ian wyprostował się, ręką przeczesał włosy, a potem podszedł do ojca i poklepał go po ramieniu.

 

– By to elfia! – wykrztusił. – Gdybyś go nie wykończył…

– Wiem! – mruknął niechętnie Treller.

– W porządku? – Ian przyjrzał się ojcu.

Twarz starszego pana przypominała pozbawioną emocji woskową maskę.

– Nie, ale nie ma to teraz znaczenia – wycedził. – Wracajcie do wozu. Zaraz do was dołączę.

Desire pokręcił głową.

– No przecież nie będziesz ich sam dźwigał. Rzućmy ich tam. – Wskazał fragment pobocza, gdzie ziemia wyglądała na miękką. – Może nawet nie trzeba będzie kopać. Nakryjemy ich gałęziami, deszcz zmyje krew. Byle szybko, bo jeszcze sporo drogi przed nami.

– No nie wiem – odezwał się cicho Ian. – Ten vivern ewidentnie należał do konstabli, ale ich tu nie ma, co oznacza, że jakimś cudem musiał im zwiać. Tak czy siak należy mu się godny pochówek. Temu biedakowi też. – Wskazał głową szczątki krasnoluda.

– Nie mamy na to czasu – odparł Desire.

– Na wasze puste dyskusje też nie! – przerwał im brutalnie Treller. – Do wozu! No już!

– Nie powinniśmy ich tak zostawiać. To nie w porządku. – Ian kucnął koło zwłok, przyjrzał się temu, co zostało z krasnoluda, wyciągnął rękę.

– Nie dotykaj! – ostry rozkaz Trellera ponownie zatrzymał go w pół gestu. – Ech, elfy, gdyby nie wasze miękkie i przyjazne charaktery, bylibyście panami świata! – westchnął.

Syn zerknął na niego spode łba.

– Odsuń się i sprawdź, czy nie jesteś pochlapany krwią!

Ian bez słowa wykonał polecenie. Dokładnie obejrzał każdą część garderoby z podeszwami butów włącznie. Świadomość, że za chwilę odjadą, pozostawiając zwłoki mieszańca i bestii – leżące na środku jezdni ot tak, bez pochówku, bez szacunku – nie podobała mu się, jednak zaczynał rozumieć postępowanie Trellera. Milcząc, wrócił do wozu.

Desire już siedział w środku, sprawdzając, w jakim stanie jest Dante, ale zaraz potem wydobył płową chihuahua spomiędzy siedzeń i ułożył sobie na kolanach. Tymczasem starszy pan znów sięgnął do schowka. W jego czeluściach zniknęła kusza, za to w dłoniach Trellera pojawił się flakonik i foliowa torba. Przyjaciele wymienili spojrzenia. Domyślali się, co McLaurie chce zrobić.

Wstrząsnął, a potem otworzył buteleczkę. Porcja żelu spłynęła do wnętrza jego dłoni. Natarł nią ręce. Skrył flakonik w kieszeni i dopiero wtedy podszedł do viverna, uważnie stawiając stopy, tak by nie wdepnąć w jeziorka krwi. Pochylił się nad bestią. Stanowczymi ruchami wyszarpnął strzałki z jej cielska.

– Kamuflaż – mruknął Ian. – Konstable zobaczą dwa trupy i pomyślą, że się wzajemne pozabijali.

– No przecież nie uwierzą. – Desire pokręcił głową.

– Jasne, że nie, ale zanim zaczną wnikać, kto naprawdę załatwił tego viverna, my będziemy daleko. Nie dotykaliśmy niczego, więc żeby nas namierzyć, tamci musieliby mieć interceptora. Treller właśnie zapewnia nam bezpieczną ucieczkę. – Ruchem głowy wskazał krzątającego się ojca.

Tymczasem starszy pan włożył strzałki do worka, szczelnie go zamknął i odłożył na bok. Odwrócił się ku krasnoludowi i dokładnie obszukał zwłoki. Przy pasku dostrzegł nóż. Wyjęcie go z kabury zajęło mu dłuższą chwilę, bo wymagało odwrócenia trupa. Resztki trzewi wypłynęły z brzucha denata niczym krwawa fala. McLaurie uskoczył przed nią w ostatnim momencie. Zaraz potem włożył nóż w dłoń krasnoluda, tę istniejącą. Zacisnął jego palce na rękojeści, przełknął ślinę, a potem… zaczął metodycznie dźgać zwłoki viverna.

Iana znów zemdliło. Głośno wypuścił powietrze. Odwrócił głowę, udał, że sprawdza, czy nie nadchodzą konstable. Desire patrzył beznamiętnie, jednak w głębi duszy zastanawia się, czym jeszcze Treller go zaskoczy.

„Jakim trzeba być bezwzględnym sukinkotem, żeby tak pastwić się nad trupami? I jak wiele trzeba w życiu doświadczyć zła, jak często z nim obcować, by umieć tak spokojnie robić to, co on w tej chwili? – pomyślał, nie mogąc oderwać wzroku od Trellera. – Zaiste, ciekawe życie musiał wieść ten cały McLaurie. I z pewnością nie spędził go na haftowaniu serwetek, nawet jeśli robił za elfią niańkę”.

Nieświadom tych rozważań starszy pan upewnił się, że każdą ranę po strzałkach zniszczył ciosem noża, a pokrwawiona dłoń trupa zostawiła wystarczająco dużo śladów na rękojeści. Jeszcze przywalił krasnoluda cielskiem viverna, jeszcze sprawdził stan własnego odzienia, zdjął, a potem schował do worka ze strzałkami dwie rękawice, które utworzył żel na jego dłoniach… Po chwili siedział koło Iana w samochodzie.

Dobrych kilka minut jechali w całkowitym milczeniu, zszokowani wydarzeniami, jakich byli świadkami.

* * *

Ciemnoskóry strażnik stanął pod drzwiami sali sekcyjnej. Skrzywił się na myśl o czekającej go rozmowie. Znów nie wiedział, czego się spodziewać. Ta kobieta…

„Czasem jest tak ciepła i pełna empatii – pomyślał – a innym razem bezwzględna, apodyktyczna, wyprana z wszelkich emocji”.

Odnosił wrażenie, że w niewielkim ciele Helen Gregorian mieszka kilka ekstremalnie różnych osób ujawniających się w najmniej oczekiwanych okolicznościach. Były dni, kiedy ją podziwiał i był dumny, że dla niej pracuje. Ale były też takie, gdy przerażeniem napawała go myśl o zwykłym spotkaniu z nią. No i intrygowała go. Wiele by dał, by dowiedzieć się, jakim cudem ma takie uprawnienia, takie możliwości. Jednak pracował w Instytucie zbyt krótko, a choć reszta personelu plotkowała o wszystkim, to na temat pani doktor nie puszczały pary z ust.

„Z pozoru zwykła lekarka, a przecież sam widziałem, jak zrugała dyrektor Calliere. Pojechała na niej jak na szmacie, a tamta prawie się rozbeczała! Dave Calliere będzie miał dużo szczęścia, jeśli na wywaleniu ze studiów się skończy”.

Zaraz potem Gregorian zaskoczyła go ponownie, anektując skrzydło edukacyjne Instytutu oraz Terminal dla swych potrzeb. Dyskretnie, ale bezpardonowo. Na potrzeby ścigania tamtej czwórki nieco nagięto fakty. Teraz oficjalnie za napaścią na Instytut stał już nie jeden, a czterech terrorystów najpewniej przybyłych z Kryształowych Wodospadów. Studentom grzecznie wytłumaczono, że atak i nawałnica wyrządziły w budynku spore szkody i do czasu ukończenia napraw zajęcia zostają odwołane. Część personelu medycznego pracowała jak dawniej w szpitalu oraz ambulatorium, pozostali zajęli się naprawianiem szkód, a wszystkim przypomniano o „klauzuli milczenia”, do której zobowiązali się, rozpoczynając pracę w Instytucie. W trybie natychmiastowym nakazano stawić się wszystkim strażnikom. Jedną z sal sekcyjnych przekształcono w centrum dowodzenia, w innej non stop trwały autopsje strażników i bestii zabitych w akcji na fermie. Dla bezpieczeństwa cały kompleks medyczny ponownie przeszukano. No i zaczęła się obława w mieście!

„A wszystko na polecenie niesamowitej doktor Gregorian. I jeszcze rewelacje tych czterech facetów… Że to ona odpowiada za zagładę elfów. Byli nawet przekonujący, ale przecież to brednie! Nawet gdyby jakimś cudem umiała wywołać zarazę, zwyczajnie była za młoda, żeby to zrobić. Ile mogła mieć wtedy lat? Trzy? Pięć? Na Onyksową Harfę, ależ te biedne sukinsyny muszą jej nienawidzić! Ciekawe za co? I ciekawe kim byli? Skąd ta obsesja Gregorian na ich punkcie? Bo przecież nie może chodzić tylko o nielegalne leki. Jakim cudem potrafią rzucać zaklęcia? A może to była jedynie hipnoza?”.

Heron zawahał się, wziął głęboki oddech, zapukał. Nie usłyszał zaproszenia, ale i tak wszedł do środka. Ta sala sekcyjna była najmniejsza. Mieściły się tu tylko jeden stół, lampa sufitowa, umywalka oraz szafa. Fragment jednej ze ścian wymalowano specjalną farbą, dzięki czemu robiła za sporych rozmiarów tablicę. Tej sali doktor Gregorian używała do egzaminowania małych grup studentów lub własnych badań naukowych, jakiekolwiek one były. Teraz lekarka była tu sama, nie licząc… zwłok Bradena leżących na stole. Rozczochraną głowę trupa położono tuż przy osmalonej szyi, tak by oglądający mieli złudzenie, że zwłoki są całe. Kredowobiała skóra, takie usta i matowe, nieruchome spojrzenie nie pozostawiały wątpliwości, że zegar życiowy tego mężczyzny zatrzymał się wiele godzin temu.

Na widok zwłok Heron głośno wciągnął powietrze. Przywykł do oglądania trupów. Różnych. Ale to był Braden, prawa ręka doktor Gregorian, facet znany z bezwzględności i podłego charakteru. Wulkan energii, którego Heron spotykał wiele razy dziennie, teraz zastygły jakby z niedowierzaniem, że to jemu trafił się tak podły zgon.

„Doigrał się – pomyślał ciemnoskóry strażnik. – Ciekawe, kto go tak urządził?”.

Zerknął na kobietę. Spory kawał ściany pokryła notatkami. Przyglądała się uważnie zapiskom, analizowała. W jednej dłoni dzierżyła kubek, drugą nonszalancko ukryła w kieszeni spodni. Pomieszczenie wypełniał aromat świeżo zaparzonej kawy. Heron dostrzegł pękaty dzbanek wraz z półmiskiem ulubionych ciasteczek, ustawiony na niewielkim stoliku obok stołu sekcyjnego, tuż przy… głowie Bradena. Gregorian upiła łyczek, kątem oka zerknęła na Herona.

– O, dobrze, że jesteś. Jak widzisz, mamy sporo roboty.

Spojrzał na listę zadań zapisanych na ścianie fantazyjnym pismem. Złapał się na niemądrej myśli, że jeśli charakter pisma odzwierciedla duszę człowieka, to Helen Gregorian ma piękną duszę. W jej sposobie pisania nie było absolutnie nic z niechlujnego stylu charakterystycznego dla większości lekarzy. Każda litera nakreślona była wyraźnie, starannie, a niektóre zakończone dodatkowymi zawijasami.

Kobieta się uśmiechnęła, podeszła do stolika, nalała kawy do czystego kubka i dolała mleka.

– Wiem, że nie słodzisz. Smacznego.

Podała mu kubek. Wyciągnął po niego dłoń, ukradkiem zerkając na zwłoki. Dostrzegła to i zachichotała.

– Na Onyksową Harfę! Spokojnie, jest niegroźny. – Pogładziła Bradena po włosach! – Zabił go feniks, nie pustynna dżuma. No i tobie kawa przyda się bardziej niż jemu.

Chrząknął, niemal parząc usta, bo napar był gorący, a obecność trupa nie zachęcała do konsumpcji. Jednak czy Helen Gregorian się odmawia? Patrząc na Bradena, wiedział, że ten zimny skurczybyk najwyraźniej tego nie zrobił. Przyrzekł sobie, że on tego błędu nie popełni. Upił łyczek i odstawił kubek.

Tymczasem kobieta odwróciła się twarzą do ściany.

– Huxley? – zapytała o pierwszy punkt z listy.

– Żaden skaner nie odnotował jego wyjścia. Z powodu tych kłopotów z kamerami znikł spory fragment zapisu, ale wszystko wskazuje na to, że Hux nie opuścił Instytutu.

– To gdzie jest teraz?

– Ustalamy. Chris, jego zmiennik, sprawdza konsolę zawiadującą Terminalem i wszelkie czynności, których Huxley dokonał na swojej zmianie. Ten drugi, Ryan, robi przegląd pozostałych urządzeń.

– Rozumiem. A reszta? – Ruchem głowy wskazała listę.

Heron wyjął notes, prędko go przekartkował i zaczął objaśniać:

– Minivan należał do Celii Kroes. Singielka, była tancerka, obecnie nauczycielka w szkole tańca przy Archikatedrze. Konstable już ją sprawdzili. Jest czysta. Zgłosiła kradzież wozu w godzinach popołudniowych, gdy zorientowała się, że znikł.

– Co robiła do tego czasu?

Heron chrząknął. Sięgnął po kubek, jakby chciał przepłukać zaschnięte gardło.

– Uczyła – wykrztusił, nie patrząc na szefową. – Tak twierdzi.

– Tak twierdzi? Rozumiem… – powiedziała niespiesznie Gregorian i zmarszczyła brwi. – Skoro nasi goście odwiedzili Instytut wcześnie rano, na dodatek w trakcie tej koszmarnej ulewy, to o której i gdzie pani Kroes zaczęła swoje lekcje? Uczy we własnym domu? Nazwiska uczniów!

Strażnik opuścił głowę, zagryzł usta, żeby Helen nie zobaczyła ironicznego uśmieszku. Na próżno. Kobieta podparła się pod boki.

– Heron?

Z kamienną miną mężczyzna oświadczył:

– Celia Kroes dawała prywatne lekcje niejakiemu Angelo Moriemu, studentowi trzeciego roku szkoły tańca, w wynajętym mieszkaniu przy Bławatkowej siedemnaście w Śnieżnych Magnoliach.

– O której zaczęli?

– Ehm…

– Heron?

– Poprzedniego wieczoru, koło dwudziestej drugiej. – Mężczyznę z jakiegoś powodu zainteresowały kolejne kartki w notesie i tylko usta drżały mu w tłumionym uśmiechu.

– Słucham?!

– N-no poprzedniego wieczoru, około dwudziestej dru… – Zamilkł, gdy zobaczył minę kobiety.

Lekarka długą chwilę patrzyła na strażnika szeroko otwartymi oczami. Heron pomyślał, że zaskoczona i zszokowana Gregorian to całkiem nowe zjawisko. Kobieta pociągnęła tęgi łyk kawy, z impetem przegryzła ciastko.

 

– Chcesz mi powiedzieć, że pani profesor całą noc i pół dnia uczyła jakiegoś młodego byczka baletowych pozycji?! – prychnęła w końcu.

„Śmierć Bradena i reszty spłynęła po niej jak po kaczce, a szokują ją igraszki ucznia z nauczycielką?!” – pomyślał zdumiony, lecz odpowiedział tylko:

– Dokładnie. Tamten rejon Śnieżnych Magnolii nieźle podtopiła ulewa, więc aż do południa nie ruszali się z mieszkania. Chłopak to potwierdził. Błagali o dyskrecję. Gdyby dyrekcja szkoły się dowiedziała, pani rozumie…

Gregorian zakryła ręką oczy i pokręciła z dezaprobatą głową.

– A sam wóz?

– Oprócz typowo babskiego bałaganu…

– Co takiego?

– To znaczy… – Heron ugryzł się w język. – Oprócz rzeczy tej kobiety była torba podręczna. W niej mapa Palatynatu, trochę prowiantu, męskie okulary przeciwsłoneczne, czapka. Nic więcej.

– Żadnych dokumentów? Niczego innego?

Heron pokręcił głową.

– Konstable szukają odcisków palców i…

– Mogą sobie darować! – przerwała mu Helen. – Prócz śladów rozkosznej działalności pani nauczycielki nic nie znajdą.

Przyjrzał jej się z uwagą, próbując zrozumieć.

– Co ja mówiłam o szarych komórkach, Heron?

– Żeby ich nie przemęczać?

– Zapomnij o tym! Myśl! Nie zostawiają śladów, bo to mieszańcy elfów. Oni nie mają linii papilarnych, nie wiedziałeś?

Teraz to ona ujrzała zaskoczenie w jego oczach.

– Na Onyksową Harfę! Tylko mi nie mów, że tamci nie mogą być potomkami elfów, bo nasi Wielcy Nieobecni odeszli pięćdziesiąt lat temu. Sama ukułam ten slogan! – mruknęła poirytowana. – Pracujesz w Instytucie i nie jesteś ani ślepcem, ani idiotą. Wiem, że doskonale zdajesz sobie sprawę, do czego służy Terminal. Że po brzegi jest wypełniony kapsułami, a w środku są uśpieni mieszańcy. I nie udawaj też, że nie masz pojęcia, do czego są nam potrzebni!

Heron opuścił głowę, zagryzł usta. Całe rozbawienie z powodu igraszek tamtej nauczycielki w sekundzie uleciało. Spociły mu się dłonie. Dyskretnie wytarł je o spodnie. Tymczasem Helen znów upiła nieco kawy. Zerknęła na trupa Bradena, ale zaraz potem na ścianę z zapiskami, na kolejny punkt z listy − opisany jednym imieniem.

– Brenda. To oczywiste, że im pomogła… – szepnęła jakby do siebie z żalem i rozczarowaniem. Nie poddała się jednak tym emocjom. – Znaleźć mi tę babę! – syknęła. − I sprawdzić. Do piątego pokolenia wstecz! − Spojrzała na Herona. Teraz jej błękitne oczy przypominały zamarznięte niebo. – Jeśli trzeba, przeleć jej kota razem z jego pasożytami, wyłup gałki oczne jej babci. Nie-waż-ne! Masz mi namierzyć i znaleźć tę zdzirę!

Ciemnoskóry strażnik skinął głową i ruszył do wyjścia.

– Ty dokąd?! – W miejscu osadził go ostry głos Gregorian.

Mężczyzna odwrócił się do Helen. Ta kiwnęła głową i dużo spokojniej dodała:

– Nie dokończyłeś kawy. Pij. W następnych godzinach możesz nie mieć ku temu okazji. Zresztą jeszcze nie skończyłam.

Posłusznie wrócił do stolika, uniósł kubek do ust.

– Cador, ten staruch… Braden go zabił. W obronie własnej oczywiście – dodała prędko, widząc pełną powątpiewania minę Herona. – Na podłodze w korytarzu zostało sporo krwi tego dziadygi, strażników i vivernów, ale jest tam też krew tego ciemnowłosego drania. Kazałam ją zbadać. Laboratorium ma nam zostawić próbkę. Przyda się do wytropienia tych gnojków. Nie mamy co prawda interceptora, a viverny tropiące zgubiły ślad w parku przy wyjściu ewakuacyjnym z katakumb, ale warto pójść tym tropem jeszcze raz. Nic, absolutnie żadna informacja nie ma prawa nam umknąć.

– Coś jeszcze?

Machnęła ręką, wskazując listę zadań.

– Ta knajpa, Wylęgarnia Feniksów. Braden spędził tam godzinę w towarzystwie tych facetów. Niech jakiś tajniak rozejrzy się po lokalu.

– Braden? W knajpie? Z nimi?!

– Szpiegował. Na moje polecenie. – Helen znów ucięła spekulacje, zanim na dobre się zaczęły. Westchnęła. – Ech, zapomniałam, że o tym nie wiesz. Swoimi sposobami dowiedział się, że niejaki Hamish Finley pracujący w Czarnej Łusce ma komuś wyświadczyć przysługę – wytłumaczyła. – Ponieważ Finley na lewo handlował jajami vivernów, myśleliśmy, że doprowadzi nas do medycznego podziemia. Braden podszył się pod Hamisha. Na miejscu okazało się, że facetów jest czterech i nie zamierzają kupować jaj, tylko wedrzeć się do Instytutu, na dodatek porwać któregoś z naszych rezydentów z Terminala. – Słowa wylatywały z ust Helen z prędkością ptako-smoków ścigających się na krótkim dystansie w Memorialu. Najwyraźniej chciała to już mieć za sobą.

Wszystko, co mówiła, wprawiało Herona w coraz większą konsternację. Stał z szeroko otwartymi oczami i ze skrajnym zdumieniem wpatrywał się w kobietę. Ta tłumaczyła dalej:

– Nie zdradzili Bradenowi nic więcej, a on nie nalegał, żeby się nie zdekonspirować. Postanowił zastawić na nich pułapkę już tu, w Instytucie. Obiecał, że ich wprowadzi, nawet ustalili, jak to zrobią, ale tamci się nie pokazali. Za to pojawił się ten śmierdzący krasnolud i napadł na Laboratorium. Do tej pory nie wiemy, czy te dwa fakty są z sobą powiązane. Byliśmy przekonani, że tamci zrezygnowali, a te gnojki podszyły się pod studentów. Musiało im cholernie zależeć. Resztę znasz. Więc niech ktoś odwiedzi ten pub i powęszy trochę. Ale bardzo dyskretnie.

– Jasne.

– Spisz tę listę, dobierz kilku zaufanych strażników. Niech ci pomogą przy kolejnych punktach.

Heron zerknął krytycznie na ścianę z zapiskami.

„Brenda Hershey – przeczytał w myślach. – Przejrzeć dossier, odnaleźć Brendę. Sprawdzić, jakim cudem przeszła weryfikację i dostała pracę w Instytucie! Co ją łączy z tamtą czwórką? Terminal – co tamci w nim robili, skoro nikogo nie porwali? Mieszaniec, który napadł Laboratorium – przesłuchać ponownie, jeśli przeżyje i wyjdzie ze śpiączki. Wylęgarnia Feniksów – dyskretna inwigilacja. Treller McLaurie – przeszukać fermę, przesłuchać pracowników i znajomych. Inspektor Sonnenfield – dowiedzieć się, czy namierzył auto Trellera, przekonać, żeby jeszcze raz pozwolił przekopać zasoby policji. Może Ian używał ostatnio którejś z pozostałych swoich tożsamości? Co zrobili ze zwłokami Cadora? Czarna Łuska – z kim kontaktował się Hamish Finley? Przesłuchać personel i dyrekcję. Monitoring miejski – przejrzeć okolicę Wylęgarni i Czarnej Łuski. Dave Calliere, Christoph – przesłuchać…”.

Lista zdawała się nie mieć końca. Heron pomyślał, że do jej realizacji będzie musiał zatrudnić całą armię strażników, a nie tylko kilku zaufanych. Oczami wyobraźni zobaczył siebie wykonującego mrówczą, niewdzięczną robotę i własne mieszkanie zarastające pajęczynami oraz brudem. Nie poprawiło mu to humoru.

– Zadzwoń do sąsiada, niech się zajmie twoim kotem. – Gregorian domyśliła się jego wątpliwości. – O prowiant i zakwaterowanie się nie martw. Instytut zapewni wszystko. Znajdzie się też ekstrapremia. Duża premia. I dodatkowe leki dla matki. Tylko spraw się dobrze.

Niechętnie skinął głową. Znów zerknął na listę zadań, na jej ostatnie dwa punkty. Nic z nich nie zrozumiał.

– Radesh Cayen, Mary – przeczytała Gregorian. – Sama się nimi zajmę. Dave'em Callierem też. – Ruszyła ku drzwiom. Na odchodnym rzuciła: – Aha, nie ma mnie dla nikogo, chyba że zapyta o mnie palatyn.

– A gdyby pytał? – Heron nie zdążył ugryźć się w język. Aż skulił się w obawie, że za ten żart znów coś ciężkiego przeleci mu koło głowy. Ale Helen jedynie parsknęła śmiechem.

– No proszę, kubek kawy wypity w towarzystwie Bradena wyostrzył ci dowcip. Cudownie. A tak serio, będę w skrzydle szpitalnym, sektor izolatek. Potem w swoim gabinecie. Informuj mnie na bieżąco.

Drzwi zamknęły się bezszelestnie. Mężczyzna natychmiast odstawił kubek, zerknął na trupa i splunął z odrazą. Przeszedł pod drugą ścianę tak, by wszystkie zapiski Gregorian dało się ogarnąć jednym spojrzeniem. No i wolał nie mieć za plecami Bradena. Aż tak nie wierzył, że nie podniesie się ze swego zimnego posłania i nie potraktuje go równie brutalnie jak tego krasnoluda, który napadł Laboratorium Doświadczalne.

– Trup czy nie, wolę cię mieć na oku, bratku – mruknął, upewniając się, że tamten na pewno nie oddycha.

Uśmiechnął się blado na myśl, że popada w paranoję, i wrócił do spisywania listy. Nie zdążył jednak na dobre się rozkręcić, bo nagle drzwi otworzyły się ponownie. Weszło dwóch sanitariuszy odzianych w zielone kitle. Przed sobą pchali wózek do przewożenia pacjentów. Milczeli. Za nimi kroczył Ryan, chwilowo pełniący obowiązki zarządzającego Terminalem. Heron przylgnął do ściany, by zrobić im miejsce. Panowie wyminęli go i bez słowa złapali Bradena za nogi i pod ramiona. Na trzy przenieśli go na wózek. Dłońmi w lateksowych rękawiczkach Ryan złapał głowę trupa za uszy i uniósł na wysokość własnej twarzy. Przyjrzał się krytycznie podbitym oczom, rozwichrzonej czuprynie.

– No proszę, już nie jest taki ładniutki – ocenił, nie kryjąc złośliwości.

Heron milczał. Przełknął jedynie ślinę, bo dopiero co wypita kawa podeszła mu do gardła.