Duchowość ciała

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wstęp

Duchowość i gracja

Pojęcie energii

Oddychanie

Wdzięczne ciało: utrata gracji

Odczuwanie i uczucia

Seksualność i duchowość

Uziemienie : łącznik z rzeczywistością

Strukturalna dynamika ciała

Twarzą do świata

Spokój umysłu

Miłość a wiara

Serdeczny umysł

Objaśnienie wybranych terminów

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału: THE SPIRITUALITY OF THE BODY

Przekład motta: Dorota Dołęga

Redakcja merytoryczna: Jacek Santorski

Redakcja: Anna Brzezińska, Jadwiga Ryćko

Projekt okładki: Kav Studio Pola Rusiłowicz

Korekta: Agata Rękawek, Roma Sachanowska

Copyright © 1990, LowenCorp Publishing, LLC. All Rights Reserved.

Copyright for the Polish translation © by Stefan Sikora

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie IV

ISBN 978-83-8015-292-2


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Ludzie mądrzy wyczytają Twoje przeszłe losy z Twego wyglądu, kroku, zachowania. Cechą całej natury jest ekspresja siebie. Nawet najdrobniejszy szczegół ciała coś wyjawia. Człowiek jest jak wspaniały zegar. Jego twarz jak przezroczysta tarcza to, co dzieje się w środku, wyraża.

Ralph Waldo Emerson

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp

W książce tej spróbuję odsłonić duchowe oblicze zdrowia. Zobaczymy, że subiektywne poczucie zdrowia jest odczuwaniem żywotności i przyjemności z ciała, uczuciem, które urasta do radości. W takich stanach odczuwamy pokrewieństwo ze wszystkimi żywymi istotami i dostrzegamy naszą łączność ze światem. Natomiast ból odcina nas od innych. Gdy jesteśmy chorzy, zdrowie jest niweczone nie tylko przez odczuwane symptomy, ale także przez izolację, jaką nam one narzucają.

Zobaczymy także, że zdrowie przejawia się obiektywnie we wdzięku ruchów ciała, w cielesnym blasku czy promieniowaniu (mówimy o kimś, iż „promienieje zdrowiem”) oraz w miękkości i cieple ciała. Całkowita nieobecność tych cech oznacza śmierć lub śmiertelną chorobę. Im nasze ciało miększe i plastyczniejsze, tym bliżsi jesteśmy zdrowia. W miarę jak z wiekiem nasze ciało usztywnia się, tym bliżsi jesteśmy śmierci.

Aldoux Huxley opisuje trzy postaci wdzięku: grację zwierząt, wdzięk ludzki i wdzięk duchowy, czyli łaskę1 (użyty tu angielski termin „grace” oznacza wdzięk, grację oraz stan łaski). Więc wdzięk duchowy łączy się z uczuciem zadowolenia wyższego rzędu. Wdzięk ludzki znajduje odbicie w zachowaniu osoby wobec innych i można go dokładniej określić jako łaskawość czy urok osobisty. Grację zwierzęcą znamy z obserwacji dzikich stworzeń na wolności. Lubię obserwować wiewiórki bawiące się wśród drzew. Niewielu ludziom udaje się przybliżyć do wdzięku wiewiórek i ich pewności ruchów. Ponadto zwinny lot jaskółek może przyprawić o niemy zachwyt. W większym lub mniejszym stopniu wszystkie dzikie zwierzęta posiadają tę piękną cechę wdzięcznego poruszania się. U ludzi, według Huxleya, gracja zwierzęca pojawia się, gdy otwieramy się na „cnotę słońca i ducha powietrza”, zamiast maltretować swe ciała i zakłócać działanie naszej wrodzonej zwierzęcej inteligencji2.

Jednak ludzie nie żyją i prawdopodobnie nie są w stanie żyć na tej samej płaszczyźnie co wolne zwierzęta, dla których według Huxleya zarezerwowana jest pełnia zwierzęcej gracji. Taka jest natura człowieka, że musi on żyć życiem świadomym w czasie. Oznacza to, jak pisze Huxley, „że gracja zwierzęca nie jest już wystarczającym elementem życia i musi być uzupełniana świadomym wyborem pomiędzy dobrem a złem”3. Trzeba uznać zasadność argumentów Huxleya, lecz nawet jeśli gracja zwierzęca nie wystarcza człowiekowi, by przejść przez życie, może być ona jednak konieczna. Czy możliwe jest zachowanie prawdziwie pełne uroku i łaskawości, jeżeli brak mu podbudowy w postaci cielesnego wdzięku? Kiedy człowiek rozmyślnie przyjmuje styl pełen gracji, lecz nie zakotwicza go w cielesnym odczuwaniu przyjemności, urok jego jest jedynie fasadą wzniesioną, by wzbudzać podziw i mamić świat.

Przed zjedzeniem owocu z zakazanego drzewa wiadomości dobrego i złego, jak czytamy w Biblii, człowiek żył w raju bez samoświadomości, podobnie jak inne zwierzęta. Był niewinny i znał radość życia w stanie łaski. Wraz z poznaniem dobra i zła przyszła odpowiedzialność za dokonywane wybory i stracił on swoją niewinność, stał się świadomy siebie i niespokojny. Harmonia, jaka istniała między człowiekiem a Bogiem, między człowiekiem a naturą, została zniszczona. Zamiast błogosławionej niewiedzy, homo sapiens doświadczył niewygód i chorób. Część odpowiedzialności za tę utratę harmonii Joseph Campbell przypisuje tradycji chrześcijańskiej, oddzielającej ducha od ciała. „Chrześcijańskie oddzielanie materii i ducha, dynamizmu życia i wartości duchowych, naturalnego wdzięku i nadprzyrodzonej łaski, w istocie okaleczyło naturę”4.

Za tradycją chrześcijańską stoi judeogrecka wiara w wyższość rozumu nad ciałem. Gdy oddziela się umysł od ciała, duchowość staje się zjawiskiem intelektualnym – wiarą, a nie witalną siłą – gdy ciało staje się mięsem na szkielecie z kości lub, jak widzi je współczesna medycyna, laboratorium biochemicznym. Pozbawione ducha ciało cechuje niski stopień żywotności i brak wdzięku. Jego ruchy są mechaniczne, bo w dużym stopniu decyduje o nich umysł czy wola. Gdy duch wstępuje w ciało, drży ono z podniecenia, skacze z entuzjazmu, niczym potok spadający po zboczu góry, lub porusza się płynnie, jak rozlana po równinie głęboka rzeka. Życie nie zawsze upływa gładko, lecz gdy ktoś całymi dniami zmuszony jest popychać swe ciało siłą woli, oznacza to, że dynamika jego ciała została poważnie zakłócona, narażając go na choroby.

Prawdziwa gracja ciała nie jest czymś wyuczonym, lecz stanowi część naturalnego wyposażenia człowieka jako jednego z boskich stworzeń. Jednak gdy raz zostanie utracona, można ją odzyskać jedynie przez przywrócenie ciału jego duchowości. Aby to uczynić, należy zrozumieć, dlaczego i w jaki sposób jego wdzięk został utracony. Ale ponieważ nie da się odzyskać zagubionej rzeczy, jeżeli nie wiemy, co konkretnie zgubiliśmy, musimy zacząć od przestudiowania ciała naturalnego – ciała, w którym ruch, uczucie i myśl stapiają się w czynności pełne wdzięku. Będziemy badać ciało jako oddzielny, samopodtrzymujący się system energetyczny, który współreaguje ze środowiskiem i którego przetrwanie zależy od środowiska. Spojrzenie na ciało z perspektywy energetycznej pozwoli nam zrozumieć istotę wdzięku cielesnego i duchowości ciała bez popadania w mistycyzm. Doprowadzi nas to do poznania związku uczuciowości z wdziękiem. Człowiekowi załamanemu na duchu, którego dusza pełna jest nienawiści, możemy oczywiście prawić kazania o miłości, lecz trudno oczekiwać, że odniesie to jakiś skutek. Jeśli natomiast uda się nam przywrócić mu ducha, miłość bliźniego zabłyśnie w nim na nowo. Zbadamy niektóre z zaburzeń łamiące ducha człowieka, pomniejszające wdzięk jego ciała i podkopujące jego zdrowie. Ześrodkowanie uwagi na wdzięku jako kryterium zdrowia pozwoli nam zrozumieć wiele problemów emocjonalnych, jakie trapią istoty ludzkie, oraz rozwijać wdzięk, który sprzyja zdrowiu.

Duch i materia łączą się w pojęciu wdzięku czy łaski. W teologii łaskę definiuje się jako „wpływ boski, działający w sercu, aby je odrodzić, uświęcić i zachować”. Można też ją określić jako boski duch. Ten duch odczuwany jest jako naturalny wdzięk ciała oraz postrzegany we wdzięcznej postawie człowieka wobec wszelkich stworzeń boskich. Wdzięk, czyli łaska, jest stanem świętości, kompletności, łączności z życiem i jedności z tym, co boskie. A pojęcia te są synonimami zdrowia.

 

Rozdział 1

Duchowość i gracja

Nasze dążenie do zdrowia może przynieść rezultaty tylko wtedy, gdy dysponujemy pozytywnym modelem zdrowia. Definiowanie zdrowia jako braku choroby jest ujęciem negatywnym, ponieważ takie spojrzenie na ciało przypomina sposób, w jaki mechanik patrzy na samochód, w którym potrafi wymienić poszczególne części, nie naruszając sprawności całego pojazdu. Nie można tego samego powiedzieć o żadnym żywym organizmie, a już na pewno nie o ludziach. Mamy bowiem zdolność odczuwania, jakiej nie posiadają maszyny; poruszamy się spontanicznie, czego żadne urządzenie nie potrafi; jesteśmy głęboko powiązani z innymi żywymi organizmami i z przyrodą. Nasza duchowość wywodzi się z tego właśnie poczucia łączności z siłą, czy też porządkiem, potężniejszym niż my sami. Nie ma znaczenia, jak tę siłę nazwiemy ani też czy, jak Hebrajczycy, pozostawimy ją bezimienną.

Jeżeli przyjmiemy, że istoty ludzkie są stworzeniami duchowymi, musimy również przyjąć, iż zdrowie ma związek z duchowością. Jestem przekonany, że utrata poczucia łączności z innymi ludźmi, zwierzętami i naturą poważnie zakłóca zdrowie umysłowe. Na płaszczyźnie kulturowej nazywamy takie zakłócenie anomią. Na poziomie jednostki ludzkiej określamy je jako uczucie izolacji, osamotnienia czy pustki, które może doprowadzić do depresji, a w ostrzejszych przypadkach nawet do schizoidalnego wyłączenia się z życia. Na ogół nie dostrzega się faktu, że gdy połączenie ze światem zewnętrznym zostanie przerwane, następuje również utrata łączności ze swym cielesnym „ja”. To właśnie brak odczuwania ciała leży u podłoża depresji i stanów schizoidalnych. Wynika on z obniżonej żywotności ciała, spadku jego ducha witalnego czy kondycji energetycznej. Nie da się oddzielić zdrowia umysłowego od zdrowia fizycznego, bowiem prawdziwe zdrowie łączy w sobie obydwa aspekty osobowości. Mimo to medycyna nie dysponuje sprawdzonymi kryteriami fizycznymi dla obiektywnej oceny zdrowia umysłowego. Daje się ono mierzyć tylko brakiem niepokojących elementów osobowości pacjenta i rodzajem zgłaszanych przez niego dolegliwości.

Obiektywnie zdrowie umysłowe objawia się żywotnością ciała, którą można dostrzec w bystrości spojrzenia, kolorze i cieple skóry, spontaniczności wyrazu, ożywieniu ciała oraz elegancji ruchów. Szczególnie ważne są oczy, będące oknami duszy. W nich możemy dostrzec życie ducha, który tkwi w człowieku. W przypadkach, gdy duch jest nieobecny, jak w schizofrenii, oczy są puste. W stanach depresji oczy są smutne, a często maluje się w nich głęboka rozpacz. W osobowości z pogranicza tych stanów oczy bywają matowe i nieruchome, co świadczy, że funkcja postrzegania – w sensie rozumienia tego, co się widzi – została upośledzona. W większości przypadków zmatowienie oczu daje się odnieść do ciężkich przeżyć i przerażających sytuacji z dzieciństwa. Ponieważ oczy są ważne dla naszych stosunków z innymi ludźmi i otaczającym światem, przeanalizuję ich funkcję dokładniej w rozdziale 9. Ludzie o żywych, błyszczących oczach zwykle patrzą sobie prosto w twarz, utrzymując kontakt wzrokowy, który jest łączem uczuciowym z drugą osobą. Żywy kolor i ciepło skóry są wynikiem obfitego dopływu krwi do zewnętrznych warstw ciała – z serca działającego pod wpływem „boskiego” ducha. Duch ten przejawia się także w żywości ciała i gracji ruchów. Mieli rację Grecy, twierdząc, iż zdrowy duch może istnieć tylko w zdrowym ciele.

W świetle powyższego wywodu można zapytać, czy leczenie choroby umysłowej bez zwracania uwagi na kondycję ciała ma sens i rokuje powodzenie oraz czy można leczyć chorobę ciała, nie uwzględniając stanu duchowego pacjenta. Odpowiedź musi brzmieć: tak i nie. Gdy celem terapii jest wyeliminowanie uciążliwego objawu, wyłączne skoncentrowanie się na ograniczonym fragmencie osoby, u której ten objaw występuje, jest sensowne i może okazać się skuteczne. Prawie cała praktyka medyczna stosuje ten rodzaj leczenia. Nie przywraca ono jednak pełni zdrowia ani nie działa na przyczynę schorzenia, tzn. na czynniki osobowościowe stanowiące o skłonności danej osoby do zachorowania. Nie zawsze oczywiście zachodzi konieczność wnikania w te sprawy. Jeżeli ktoś złamie kość lub gdy zainfekuje mu się rana, można oddziaływać bezpośrednio na chore miejsce, aby przyspieszyć gojenie. Mimo ograniczonego podejścia do chorób medycyna Zachodu osiągnęła zadziwiające rezultaty w ich leczeniu. Chociaż jej stosunek do ciała jest mechanistyczny, to znajomość jego mechaniki, zarówno w zakresie strukturalnym, jak i biochemicznym, pozwoliła lekarzom na dokonywanie cudów. Ten typ medycyny ma jednak wyraźne ograniczenia, których jej praktycy nie chcą dostrzec. Wiele z najpowszechniej występujących chorób jest odpornych na takie podejście. Schorzenia dolnego odcinka kręgosłupa, któremu często towarzyszą zaburzenia nerwu kulszowego, często atakują mieszkańców krajów zachodnich, ale niewielu chirurgów ortopedów rozumie ten problem i potrafi go skutecznie leczyć. Innymi chorobami niepoddającymi się wiedzy lekarskiej są artretyzm i schorzenia reumatyczne. Znana jest też nieustępliwość raka. Przypomnę, że są to choroby całego organizmu i można je zrozumieć tylko poprzez całościowe spojrzenie na człowieka. Zrozumienie choroby nie zawsze prowadzi do jej wyleczenia, lecz bez tego zrozumienia na pewno nie uda się przywrócić człowiekowi pełni zdrowia.

Kilka lat temu leczyłem kobietę cierpiącą na ostre zaburzenia jelitowe. Była ona uczulona na wiele produktów, włącznie z chlebem, cukrem i mięsem. Spożycie któregokolwiek z tych pokarmów wywoływało u niej skurcze żołądka i biegunki, które ją wyczerpywały i osłabiały. Z konieczności musiała przestrzegać ścisłej diety. Mimo wielkiej ostrożności nękały ją ataki biegunki. Borykała się z niedowagą i niedoborem energii. Oczywiście zasięgała porady wielu lekarzy, których badania wykazywały, że jej jelita są zakażone pasożytami – zarówno amebą, jak i grzybem. Lekarstwa, jakie jej przepisywano, przynosiły jednak krótkotrwałą ulgę. Pasożyty wydawały się znikać, by wkrótce pojawić się ponownie.

Jako terapeuta poznałem ją dobrze. Nazwijmy ją Ruth. Ruth była kobietą filigranową, całkiem przystojną, o ładnej twarzy. Dwie cechy jednakże poważnie zakłócały jej urodę. Jej duże oczy pełne były strachu i była także krótkowidzem. Dolną szczękę miała niezwykle napiętą i wysuniętą do przodu. Nadawało to jej twarzy wyraz nieustępliwości, jak gdyby mówiła: „Nie uda się wam mnie zniszczyć”. Na tle przestrachu malującego się w jej oczach, szczęka wydawała się mówić: „Nie będę się was bała”. Ruth nie zdawała sobie sprawy z owego przestrachu.

Podczas analizy wypłynęły następujące informacje: Ruth była jedynym dzieckiem żydowskich rodziców, którzy wyemigrowali do USA wkrótce po wojnie, jeszcze przed urodzeniem córki. Każde z rodziców miało problemy emocjonalne. Matka była kobietą przestraszoną i pełną obaw. Ojciec był chorowity, ale bardzo pracowity. Ruth scharakteryzowała swe dzieciństwo jako nieszczęśliwe. Czuła, że matka była do niej wrogo usposobiona i że nazbyt obciążała ją domowymi obowiązkami, które nie pozostawiały jej czasu na zabawę. Była też wobec niej krytyczna. Ruth nie mogła sobie przypomnieć ciepła czy bliskiego kontaktu fizycznego z matką. Wobec ojca natomiast zachowała ciepłe uczucia i czuła, że ją kochał. Odsunął się od niej jednak, gdy była jeszcze mała.

Duch Ruth został złamany, jednak jej ciało nie było go całkiem pozbawione. W jej ciele istniała pustka świadcząca, że jej duch jest słaby. Nie była agresywna. Z wielką trudnością osiągała dobre samopoczucie. Jej oddech był płytki, a poziom energii niski. Zdawała sobie sprawę, jak trudno przychodzi jej wyciągnąć rękę do innych, co przypisywała swojej nieufności wobec ludzi. Jej problem z jelitami skojarzył mi się z tą właśnie nieufnością, a także z niezdolnością do przyjmowania i wchłaniania pożywienia. Było to tak, jak gdyby na mleko swojej matki reagowała jak na truciznę. Piersią karmiona była krótko i mimo że nie mogła sobie przypomnieć momentu odstawienia od piersi, ten właśnie moment uznałem za pierwszy poważniejszy uraz w jej życiu. Z pewnością wrogość matki była trująca. Drugi poważny uraz stanowiła utrata bliskiego kontaktu z ojcem, spowodowana w dużej mierze zazdrością matki o jego miłość do Ruth. Odsunięcie się ojca uczyniło ją bezbronną wobec wrogo nastawionej matki i dało jej poczucie, że nikomu już na niej nie zależy.

Mimo moich wysiłków, Ruth pozostawała wobec mnie nieufna. Choć po każdym seansie czuła się bardziej żywotna, poprawa ta była nietrwała. Aż wydarzyła się rzecz zaskakująca. Ruth miała przyjaciółkę, która opowiedziała jej o kobiecie zajmującej się uzdrawianiem w ramach religii Christian Science5. Ruth odbyła kilka wizyt u tej kobiety, która opowiedziała jej o uzdrowicielskiej mocy wiary w Jezusa Chrystusa. Wyjaśniła też Ruth, że dusza jest nieśmiertelna i że chociaż ciało może umrzeć, człowiek żyje nadal w swej duszy. Podkreśliła, że Ruth utożsamia się ze swoimi dolegliwościami. Mogłaby jednak przerwać tę identyfikację poprzez uświadomienie sobie, że objawy choroby są częścią jej ciała, a nie duszy. Ruth rzekła wówczas do mnie: „Proszę sobie wyobrazić mnie, Żydówkę, wierzącą w Jezusa Chrystusa”.

Niezwykłą sprawą było to, że dolegliwości u Ruth całkowicie ustąpiły. Wyglądała i czuła się dobrze. Nawet spożywanie pokarmów, na które była uczulona, nie powodowało już nieprzyjemnych reakcji. Wyglądało to na cud wiary, która może dać efekty wskazujące na cuda. Wierze poświęcę zatem jeden z następnych rozdziałów. To cudowne wyzdrowienie Ruth daje się jednak wytłumaczyć na innej płaszczyźnie.

Wyjaśnienie opiera się na tezie, że dolegliwości i patologiczny stan jelit u Ruth stanowiły jej identyfikację z matką, którą Ruth postrzegała jako kobietę upośledzoną i cierpiącą. Szczególną cechą ludzkiej natury jest to, że tego typu utożsamianie się jest zawsze skierowane na prześladowcę. Ruth, jak widzieliśmy, czuła się gnębiona przez matkę, bała się i nienawidziła jej. Równocześnie bardzo jej współczuła i miała wobec niej ogromne poczucie winy. W podświadomości, tzn. w swoim duchu, była z matką związana. Musiała więc cierpieć.

Dla Żydówki przyjęcie Chrystusa oznacza zerwanie z rodziną i własną przeszłością. Czyniąc to, Ruth uwolniła swego ducha od patologicznych więzów z cierpieniem swojej matki, przynajmniej na jakiś czas, pokonując tym samym chorobę. W języku psychoterapii nazywamy to przełomem. Przełom jest ważnym krokiem do przywrócenia zdrowia i uwolnienia ducha pacjenta, wymaga jednak utrwalenia. Po tym przeżyciu Ruth była bardziej zrelaksowana, choć jej twarz pozostała nadal napięta, oczy przestraszone, a ramiona skurczone. Zator, który uwięził jej ducha, zaczynał pękać, ale Ruth wiedziała, że musi jeszcze rozwiązać kilka problemów i pracować ze swym ciałem, by odzyskać grację.

Inną pacjentką, która osiągnęła przełom w terapii poprzez uwolnienie swego ducha, była Barbara. Ta blisko sześćdziesięcioletnia kobieta od przeszło dziesięciu lat cierpiała na ciągłe ataki biegunki. Spożycie cukru lub czegokolwiek słodkiego zwykle wywoływało atak. Czynnikiem dodatkowym był stres, ponieważ ataki zdarzały się częściej, gdy przebywała poza domem lub miejscem zamieszkania. Największym źródłem napięć było jednak dla niej drugie małżeństwo, pełne konfliktów. Mimo swych kłopotów Barbara niechętnie szukała pomocy, uważając, że sama powinna radzić sobie z problemami. Gdy w końcu rozpoczęła terapię, postęp był bardzo powolny. Barbara uważała, że musi sama kontrolować przebieg terapii w ten sam sposób, w jaki kontrolowała swoje życie. Kontrola oznaczała powściąganie uczuć i bezemocjonalne reagowanie na wszelkie sytuacje. Obawiała się, że tracąc pełną kontrolę i folgując uczuciom, może wpaść w obłęd.

Przełom u Barbary nastąpił dopiero wtedy, gdy zdała sobie sprawę, że przegrała. Jej małżeństwo znalazło się na krawędzi rozpadu i ogarnęła ją panika. Gdy po raz pierwszy od wielu lat Barbara zaczęła przyznawać się przed samą sobą do swych uczuć, załamała się i rozpłakała. Czuła, że przegrała i że jest zagubiona. W młodości zawsze była „małą córeczką” swojego tatusia i zawsze wierzyła, że potrafi zaspokoić oczekiwania swojego mężczyzny i zatrzymać go przy sobie. Utrata pierwszego męża, który ją odumarł, nie zakłóciła tej iluzji. Po sesji, podczas której się rozpłakała, poczuła silny gniew wobec ojca za to, iż złamał swą pośrednio wyrażoną obietnicę, że będzie ją kochał, jeśli będzie „grzeczna”. Bycie grzeczną dziewczynką oznaczało dla niej powstrzymywanie się od okazywania uczuć, jak również bycia sprytną i silną. Taka postawa sprawdzała się, jak się wydaje, w jej pierwszym małżeństwie, w którym była stroną sprawującą kontrolę. Nie dało to jednak efektów w drugim, które spowodowało wzrost potrzeby kontroli. W rezultacie nabawiła się zespołu nadwrażliwości jelita grubego, który pod wpływem stresu powodował napady biegunki. Po przełomie w terapii napady u Barbary ustąpiły; początkowo przypisywała to starannemu unikaniu cukru. Dopiero gdy pewnego razu uległa łaknieniu na słodycze i mimo to nie nastąpiły żadne przykre konsekwencje, zdała sobie sprawę, że uwolniła się od tego problemu. Stanowiło to także uleczenie duchowe, gdyż dając upust uczuciom, uwolniła również swego ducha.

 

Przypadek Ruth ukazuje potencjał siły duchowej w leczeniu ciała. Christian Science znana jest z wiary w tę siłę i ze stosowania jej w swoim programie uzdrawiania. Jednakże medycyna świata zachodniego, z racji swojej mechanistycznej orientacji, nie chce uznać tej siły, która jest zasadniczym elementem medycyny Wschodu. Na Wschodzie skupia się uwagę na zachowaniu zdrowia, a nie na leczeniu choroby. Wymaga to jednak holistycznego spojrzenia na zdrowie, obcego medycynie zachodniej. Na całym obszarze Wschodu zdrowie jest powszechnie postrzegane jako stan równowagi, czy też harmonii, między tym, co indywidualne, a tym, co uniwersalne. Zasada ta leży u podstaw praktyki taijiquan6, programu ćwiczeń nastawionych na wyrobienie w człowieku poczucia jedności z kosmosem poprzez płynne i wdzięczne ruchy. Ta sama zasada funkcjonuje w medytacji, która zmierza do wyciszenia umysłu jednostki po to, by mogła ona odczuć swego ducha wewnętrznego i poczuć swą łączność z duchem uniwersalnym. Pojęcie równowagi i harmonii odnosi się również do dwóch wielkich sił, które Chińczycy nazywają yin i yang. Te dwie siły, jedna wyrażająca ziemię, a druga niebo, powinny się w jednostce równoważyć, tak jak równoważą się we wszechświecie. Chorobę można postrzegać jako brak równowagi między nimi.

Choroby Ruth i Barbary dają się zrozumieć jako nierównowaga tych sił. Dwie działające tu siły można utożsamiać z ego i ciałem, myślą i uczuciem, dobrem i złem. W obydwu przypadkach nierównowaga uwidoczniła się w dominacji głowy nad ciałem. Dla Ruth być dobrą znaczyło być wrażliwą na cierpienie matki i negować własne potrzeby. Dla Barbary być dobrą znaczyło być sprytną i silną, a być złą, to być uczuciową. Stale będę podkreślał potrzebę harmonii ego i ciała jako podstawy gracji i prawdziwej duchowości.

Ważne jest, byśmy zdawali sobie sprawę, że wschodnie i zachodnie filozofie i religie patrzą na duchowość – czyli poczucie łączności z wyższym porządkiem – z różnych punktów widzenia. Podczas gdy myśl Wschodu postrzega duchowość jako zjawisko cielesne, myśl Zachodu traktuje ją przede wszystkim jako funkcję umysłu. Różnicę tę można inaczej wyrazić stwierdzeniem, że na Zachodzie duchowość jest głównie sprawą wiary, a na Wschodzie bardziej sprawą uczucia. To prawda, że wiara może wpływać na uczucia, tak jak uczucia mogą określać przekonania. W historii Ruth widzieliśmy, w jak wielkim stopniu wiara w Chrystusa i nieśmiertelność duszy może wpłynąć na procesy ciała. Z drugiej strony przeżycie transcendentalne, w którym odczujemy siłę ducha, może skłonić nas do wiary w bóstwo lub wiarę tę wzmocnić. Musimy jednak uznać, że istnieje zasadnicza różnica między tymi dwoma spojrzeniami na relację człowieka z jego światem. Wschód zawsze przejawiał większy szacunek dla przyrody niż Zachód, w przekonaniu, że dobro człowieka zależy od jego harmonii z naturą. Tao jest przecież drogą natury. Zachód, przynajmniej w ciągu kilku ostatnich stuleci, zmierza do przejęcia kontroli i władzy nad przyrodą, a różnica ta jest widoczna w zachodniej postawie wobec ciała. Człowiek Zachodu myśli o zdrowiu cielesnym w kategoriach sprawności, dobrej kondycji pozwalającej mu przepracować całe życie, tak jak o sprawnej maszynie. Postawę tę można dostrzec w ćwiczeniach fizycznych, jakim się oddaje, takich jak podnoszenie ciężarów czy trening na specjalnych maszynach. Wschodnie ćwiczenia, takie jak joga czy taijiquan, odzwierciedlają zainteresowanie żywotnością ciała – czyli jego duchowością.

Historia utraty gracji (w znaczeniu wdzięku, ale także łaski) powtarza się przy narodzinach każdej nowej osoby. Jak każdy inny ssak, niemowlę ludzkie rodzi się w stanie zwierzęcej gracji, mimo że przez kilka następnych miesięcy jego ruchy są nieporadne. Musi bowiem wyrobić sobie dopiero koordynację mięśni, która z czasem pozwoli mu poruszać się na tyle sprawnie, by zaspokoić swoje potrzeby. Nawet pełna wdzięku sarna zaraz po urodzeniu niezgrabnie gramoli się, by po raz pierwszy stanąć na nogach. Żaden jednak organizm zwierzęcy nie musi robić świadomych wysiłków, by rozwijać koordynację, jest ona bowiem zaprogramowana genetycznie i rozwija się sama w miarę wzrastania ciała.

Już w pierwszych miesiącach życia niemowlę wykonuje ruchy naprawdę pełne wdzięku. Najbardziej oczywistym przykładem jest wysuwanie ust, by dosięgnąć matczynej piersi i possać ją. W tym ruchu, przypominającym rozchylanie się płatków kwiatu pod wpływem promieni porannego słońca, jest jakaś miękkość, słodycz i płynność. Usta są tym obszarem ciała niemowlęcia, który dojrzewa najpierw; ich ssanie zaś jest mu niezbędne do życia. Natomiast wielu dorosłych, których w życiu spotkałem i z którymi pracowałem, nie potrafi wysuwać ust w sposób naturalny i pełny. U wielu wargi są ściągnięte i twarde, a szczęki napięte, co nadaje twarzy ponury wyraz. Niektórzy mają nawet trudności z szerokim otwarciem ust. W zaledwie kilka miesięcy po urodzeniu niemowlę potrafi wyciągnąć rękę, by dotknąć ciała matki miękkim, delikatnym ruchem, który jest bardzo wdzięczny.

Niemniej w trakcie dorastania dzieci wcześniej czy później tracą swój wdzięk, tracą łaskę, w miarę jak zmuszone są poddawać się zewnętrznym oczekiwaniom, kosztem słuchania swych wewnętrznych impulsów. Gdy ich własne impulsy kłócą się z nakazami rodziców, dzieci uczą się szybko, że zachowanie takie jest złe. Jeżeli dziecko trwa w złym zachowaniu, zostaje samo zakwalifikowane jako złe. W niemal wszystkich przypadkach impulsy i zachowania bardzo małych dzieci są niewinne, a dziecko jest po prostu wierne swojej naturze. Typowym przykładem jest tu zachowanie dziecka zmęczonego, które chce, by je wziąć na ręce. Tymczasem matka sama może być zmęczona, zajęta lub może nieść ciężki pakunek, co nie pozwala jej podnieść dziecka. W tej sytuacji płaczące dziecko doprowadza matkę do rozpaczy swą odmową chodzenia. Niektóre matki karcą dziecko i każą mu przestać płakać. Jeśli jego denerwujące zachowanie trwa nadal, matka może je uderzyć, co powoduje jeszcze więcej łez. Jak dotąd, w niniejszym przykładzie, dziecko nie utraciło swej gracji. Dopóki potrafi ono płakać w pełni, jego ciało pozostanie miękkie. Niemowlęta często doświadczają frustracji i bólu, co powoduje, że ich małe ciała napinają się i sztywnieją; ten stan nie trwa jednak długo. Wkrótce podbródek dziecka zaczyna drżeć i wybucha ono płaczem. Gdy przez ciało przechodzą fale płaczu, jego sztywność rozpływa się i napięcie topnieje. Nadchodzi jednak czas, że dziecko zostaje skarcone za płacz, musi zdusić w sobie spazmy i przełknąć łzy. W tym właśnie momencie jest ono „wypchnięte” ze stanu łaski i staje się kimś, kto nie jest już w stanie „podążać ku błogości”, jak zalecał Joseph Campbell.

Innym naturalnym uczuciem, trudnym do przyjęcia dla wielu rodziców, jest gniew, zwłaszcza gdy jest skierowany przeciwko nim samym. A jednak dzieci spontanicznie atakują rodziców, gdy czują, że się je ogranicza lub narzuca im swoją wolę. Niewielu rodziców potrafi zaakceptować gniew swojego dziecka, ponieważ zagraża on ich władzy i kontroli. Tak czy inaczej, będą oni uczyć swoje dziecko, że gniew jest złym zachowaniem i zostanie ukarany. Nawet tak niewinne czynności, jak bieganie, hałasowanie czy zachowywanie się w sposób aktywny potrafią zirytować niektórych rodziców, którzy żądają, by dziecko się uspokoiło, zachowywało grzecznie i siedziało cicho.

Dla wielu dzieci lista zachowań nakazanych i zakazanych jest bardzo obszerna. Pewien zakres kontroli ze strony rodziców jest oczywiście konieczny w wychowywaniu, niemniej sprawą kluczową staje się nazbyt często nie to, co dobre dla dziecka, lecz to, co odpowiada rodzicielowi. Ten konflikt przeradza się bardzo często w walkę o władzę. Nie ma tu znaczenia, kto wygra w takim konflikcie, ponieważ przegrane są obydwie strony. Bez względu na to, czy dziecko się podda, czy też będzie się buntować, przerwana zostaje nić miłości łącząca dziecko z ojcem lub matką. Wraz z utratą miłości duchowość dziecka ulega zniszczeniu i traci ono grację.

Utrata gracji jest zjawiskiem fizycznym. Dostrzegamy to w sposobie, w jaki ludzie poruszają się lub stoją. W ramach konsultacji często widuję pacjentów cierpiących na powszechną dolegliwość, jaką jest depresja. Jak pisałem w swej wcześniejszej pracy7, depresja wpływa nie tylko na myśli danej osoby, ale także na jej ruchy, apetyt, oddychanie i wytwarzanie energii. Aby w pełni zrozumieć tę chorobę, przyglądam się ciału. Bardzo często dostrzegam osobę stojącą w postawie grzecznego chłopca lub dziewczynki i czekającą, aż jej się powie, co ma zrobić. Ta nieświadoma postawa stała się częścią ich osobowości, wchodząc w strukturę ich ciała. Gdy uświadamiam pacjentom znaczenie takiego sposobu stania, niezmiennie potwierdzają, że byli uważani przez rodziców za grzeczne dzieci. Takie „dobre” dzieci wyrastają na wydajnych pracowników, lecz jeśli nie nastąpi radykalna zmiana w ich osobowości, to nigdy nie osiągną pełnej żywotności i wdzięku.