Depresja i ciało

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 3

Energetyczna dynamika depresji
Stan depresyjny

W poprzednich rozdziałach wykazałem, że reakcje depresyjne zdarzają się tylko tym jednostkom, które dążą do nierealnych celów i nie są ugruntowane w rzeczywistości. Zaznaczyłem, że depresja jest skutkiem załamania się iluzji – nieuświadamianej, lecz wpływającej na zachowania człowieka. Większość psychiatrów uważa, że depresja wiąże się z utratą szacunku dla samego siebie. Jeśli to prawda, to powinniśmy zbadać podstawy tego szacunku, żeby wyjaśnić, dlaczego jest taki kruchy. Sądzę, że potrzebujemy nowego spojrzenia na depresję, a zwłaszcza na procesy energetyczne stanowiące podłoże wiary w siebie i szacunku dla własnej osoby.

Słowo „depresja” jest dziś potocznie używane na określenie obniżonego nastroju. Ale nie każde przygnębienie jest stanem depresyjnym i trzeba tu dokonać wyraźnych rozróżnień. Jeśli tego nie uczynimy, będziemy musieli błędnie przyjąć, że w pewnych okolicznościach depresja jest stanem normalnym. Na przykład, że jest czymś normalnym u osoby, która poniosła dotkliwą stratę – finansową, osobistą czy inną. Long John Nebel wyraził taką opinię podczas radiowego wywiadu ze mną w rozgłośni NBC.

– Czy nie uważa pan za normalne – zapytał – że człowiek wpada w depresję, kiedy nie dostaje awansu, na który od dawna liczył?

Był zaskoczony moją odpowiedzią:

– Nie. Normalną reakcją na taką sytuację jest rozczarowanie.

– A na czym polega różnica?

Reakcja depresyjna paraliżuje człowieka. Nie ma on ani siły, ani chęci, by podjąć swoją normalną aktywność. Przepełnia go poczucie klęski i beznadziejności. Dopóki jest w depresji, nie widzi sensu w podejmowaniu żadnych dalszych wysiłków. Natomiast pod wpływem rozczarowania możemy być smutni, ale to nas nie unieruchamia. Możemy o tym rozmawiać lub w inny sposób wyrażać swoje uczucia, do czego osoba w depresji nie jest zdolna. W wyniku rozczarowania możemy przewartościować swoje aspiracje lub znaleźć inny sposób ich realizacji. Nie doznajemy uczucia beznadziejności, typowego dla stanów depresyjnych. Nasza energia i zainteresowanie życiem pozostają bez większych zmian.

W przeciwieństwie do rozczarowania depresja często nie ma widocznych powodów. W wielu przypadkach dochodzi do niej w chwili, gdy wszystko zdaje się układać pomyślnie, a czasem nawet wtedy, gdy ktoś jest u progu oczekiwanego sukcesu lub już go osiągnął. Na przykład pewien człowiek wpadł w depresję, kiedy sprzedał swoją firmę za ponad milion dolarów. Przez wiele lat to właśnie było jego celem i w pracę nad tym wkładał wiele energii. A jednak kiedy sfinalizował transakcję, ogarnęła go depresja. Podobną historię słyszałem od innego z moich pacjentów, który wpadł w depresję, kiedy zaoferowano mu wielką sumę pieniędzy za interes, który zbudował i właśnie zamierzał sprzedać. Na każdym kroku można usłyszeć o starych ludziach, którzy wpadają w depresję po przejściu na emeryturę, chociaż od lat o niej marzyli, albo o aktorach, którzy cierpią na depresję, kiedy powodzenie i sława, o które się ubiegali, są w zasięgu ręki.

Jawna sprzeczność między sukcesem i depresją daje się wytłumaczyć, jeśli przyjmiemy, że sukces wcale nie był prawdziwym celem. Jeśli tym celem była na przykład miłość, a sukces był podświadomie traktowany jako sposób jej zdobycia, to jasne, że kiedy sposób ów zawiedzie, może to być powodem poważnego rozczarowania. Ale człowiek, który nie jest dobrze ugruntowany w swoim ciele i nie ma kontaktu z własnymi uczuciami, nie potrafi rozpoznać tego rozczarowania. Niezdolny do wyrażenia uczuć, wpada w depresję.

Nie zawsze uda się związać wybuch depresji z konkretną, bezpośrednią przyczyną. Reakcja depresyjna może rozwijać się tak niepostrzeżenie, że zanim się w pełni ujawni, człowiek zdąży już zapomnieć o wydarzeniu, które było jej źródłem. Zresztą nawet jeśli znamy przyczynę, niewiele to może pomóc. Kobieta, która zgłasza się na terapię z powodu depresji wywołanej rozpadem jej małżeństwa, czuje się równie bezsilna, jak ktoś, kto ma depresję bez widocznego powodu.

W życiu wielokrotnie zdarza nam się obniżony nastrój, ale nie jest on depresją. Poza odczuciem rozczarowania ktoś może być zmartwiony odmową, która go spotkała, albo zniechęcony z powodu niepomyślnych wydarzeń. Każdy z tych przypadków ma emocjonalny ton smutku, który jest czymś innym niż depresja. W depresję wpada dopiero ten, kto nie ma kontaktu ze swoim smutkiem. Oto prosta ilustracja. Na moje pierwsze pytanie: „Jak się pan czuje?” pacjent często odpowiada: „Jestem w depresji”. Kiedy jednak mu się przyglądam, stwierdzam, że jego twarz ma smutny wyraz, czasem jest bliski łez. Gdy mu to powiem, często potwierdza: „No tak, rzeczywiście jest mi smutno”. Co zaskakujące, rozpoznanie i akceptacja tego uczucia zmienia jego nastrój. Pacjent nie czuje już depresji, jak wtedy, gdy bronił się przed świadomością smutku.

Psychoterapeuci od dawna wiedzą, że skłonienie pacjenta do płaczu lub do wyrażenia gniewu przełamuje uścisk reakcji depresyjnej. Płacz jest bardziej adekwatną reakcją, ponieważ depresja wiąże się z poczuciem utraty. Freud, który badał poważniejsze formy depresji, nazywane przez niego melancholią, uważał, że wywołuje ją zakaz wyrażania żalu. W niektórych przypadkach żal ten wiąże się z utratą ważnego przedmiotu miłości, do której doszło we wczesnym okresie życia. Późniejsi psychoanalitycy widzieli źródło depresji w tłumieniu gniewu spowodowanego utratą kogoś kochanego. Z moich obserwacji wynika, że nie ma większego znaczenia, o jaką emocję chodzi. W wielu przypadkach pacjenta wydobywa z depresyjnego nastroju wyrażenie jakiejkolwiek emocji.

Skoro depresja jest skutkiem tłumienia emocji, nie można jej uważać za jedną z nich. Oznacza brak emocji, więc sama nie jest emocją. Nie można „czuć” depresji i nie należy jej mylić z prawdziwymi uczuciami, takimi jak chandra, która jest stanem łączącym smutek z poczuciem osamotnienia. Uczucia i emocje to reakcja organizmu na wydarzenia zachodzące w jego otoczeniu, depresja zaś to brak reakcji. Uczucia zmieniają się, gdy zmienia się sytuacja zewnętrzna, wywołując inną niż dotąd reakcję organizmu. Odpowiednie towarzystwo może na przykład wyrwać kogoś z chandry; osoba w depresji pozostanie niewzruszona.

Depresja oznacza, że organizm utracił wewnętrzną siłę, co można w pewnym sensie porównać do balonu lub opony, z których uszło powietrze. Ta wewnętrzna siła przejawia się w ciągłym przepływie impulsów i doznań z głównych ośrodków ciała do jego części peryferyjnych. W istocie tym, co się przemieszcza w ciele, jest ładunek energetyczny. Aktywizuje on napotkane po drodze tkanki i mięśnie, wywołując wrażenia i odczucia. Jeśli w efekcie następuje działanie, nazywamy ten ładunek impulsem. W stanie depresji impulsy są w znacznym stopniu zredukowane co do liczby i siły. Skutkuje to wewnętrznie utratą doznań, a zewnętrznie brakiem działań. Można więc powiedzieć, że depresja jest wewnętrznym załamaniem, które wyraźnie obniża zdolność organizmu do reagowania odpowiednimi impulsami na bodźce zewnętrzne.

Myślenie w kategoriach impulsów i ich skutków precyzuje nasze rozumienie natury depresji. Wewnętrzne impulsy implikują zewnętrzne reakcje, a więc normalnie powinny powodować jakiś rodzaj ekspresji. Słowo „ekspresja” etymologicznie oznacza siłę skierowaną na zewnątrz. Za każdym pragnieniem, uczuciem czy myślą stoi pewien impuls, który można zdefiniować jako energetyczne przesunięcie z wnętrza człowieka do świata zewnętrznego. Każdy impuls reprezentuje pragnienie, wywołuje uczucie, wiąże się z jakąś myślą i skutkuje działaniem. Na przykład impuls, który każe nam uderzyć inną osobę, reprezentuje pragnienie, by ta osoba przestała sprawiać nam ból, niesie ze sobą uczucie gniewu, związany jest z myślami odnoszącymi się do zaistniałej sytuacji i kończy się zadaniem ciosu.

Wrażenie, czyli impresja, jest przeciwieństwem ekspresji. Kiedy impuls sięga innej osoby, ona ze swojej strony doznaje wrażenia. Tym impulsem nie musi być uderzenie; może to być spojrzenie, gest lub wypowiedź. Wrażenie to rezultat zewnętrznej siły oddziałującej na ciało. W żywym organizmie każde doznane wrażenie wywołuje reakcję, która konstytuuje jego percepcję. Przedmioty nieożywione na ogół nie reagują na bodźce zewnętrzne. Mogę na przykład nacisnąć palcem grudkę kitu i pozostawić na niej ślad, ale kit nie odbierze wrażenia i nie zareaguje. Aby przedmiot zareagował, musi istnieć w nim jakaś siła wewnętrzna. Napompowany balon zareaguje na naciśnięcie, ponieważ zawiera taką siłę. Ugnie się pod palcem, ale kiedy nacisk ustanie, wróci do poprzedniego kształtu. Nie zrobi tego natomiast balon, z którego uszło powietrze. Ta skrajnie uproszczona analogia pomaga zrozumieć, dlaczego osoba w depresji nie reaguje na bodźce ze środowiska tak jak inni ludzie. Doświadcza ich jak wszyscy, ale jej niedoładowane energetycznie ciało i duch, z którego „uszło powietrze”, czynią ją niezdolną do reakcji.

Tłumienie uczuć

Nie wszystkie impulsy kończą się działaniem. W trakcie dojrzewania uczymy się, które można ujawniać, a które należy zachować dla siebie. Uczymy się także, kiedy określone impulsy można dopuszczać do głosu i w jakiej formie. Świadome powstrzymywanie impulsów jest dziełem mięśni prążkowanych, które pozostają pod kontrolą umysłu czy też ego. Dokonuje się to w powierzchniowej warstwie ciała, zanim impuls zamieni się w działanie. W istocie mięśnie, które miałyby wziąć udział w ekspresji, są gotowe do akcji, lecz zostają zablokowane poleceniem z mózgu. Ta komenda nie wpływa jednak na pozostałe składniki impulsu. Nadal wiemy, czego pragniemy, doznajemy odpowiedniego uczucia i jesteśmy świadomi związanych z tym myśli. Wstrzymane zostało jedynie działanie.

 

Czymś innym jest tłumienie impulsów. W tym wypadku blokowane są wszystkie składniki impulsu. Słowo „tłumienie” znaczy, że impuls jest spychany poza obszar, w którym mógłby być postrzegany. Nie jesteśmy już świadomi naszego pragnienia i nie mamy kontaktu z uczuciem. Kiedy natomiast pamięć o impulsie lub myśl z nim związana są spychane do nieświadomości, mówimy o wyparciu. Myśli i wspomnienia są wypierane, impulsy i uczucia tłumione. Tłumienie impulsów nie jest procesem świadomym ani selektywnym, jak jednorazowy akt wstrzymania ich ekspresji. Jest skutkiem ciągłego powstrzymywania ekspresji, powtarzanego tak długo, że stało się zachowaniem nawykowym i nieświadomym nastawieniem ciała. W rezultacie obszar ciała, który mógłby uczestniczyć w ekspresji impulsu, w pewnym sensie tępieje za sprawą chronicznego napięcia mięśni, które utrwala się jako stały wzór zachowania. Obszar ten jest praktycznie odcięty od świadomości, nie doznajemy w nim normalnych wrażeń i odczuć.

Taka otępiała część ciała ma wpływ na jego ogólne funkcjonowanie. Każdy wytłumiony obszar zmniejsza witalność całego organizmu. W jakimś stopniu ogranicza jego naturalną ruchliwość i zaburza funkcje oddechowe, a zatem obniża poziom energii i pośrednio osłabia wszystkie impulsy.

Jeśli dziecko czuje, że ekspresja impulsu może stworzyć dla niego zagrożenie zewnętrzne, to próbuje świadomie stłumić ten impuls. Czyni to, ograniczając swoją ruchliwość i redukując oddychanie. Jeśli zastygnie bez ruchu i wstrzyma oddech, może odciąć się od pragnień i uczuć. W rezultacie w rozpaczliwym manewrze obronnym dziecko doprowadza do otępienia całe ciało. Jeśli ten stan potrwa dostatecznie długo, uformuje się osobowość schizoidalna, którą opisałem w innej książce13. Ten typ osobowości jest szczególnie podatny na depresję właśnie dlatego, że wytwarzanie impulsów jest u schizoida silnie zredukowane.

Dziecko będzie również aktywnie tłumić impulsy, jeśli staną się zbyt bolesne na skutek przedłużającej się frustracji. Na przykład dziecko, które zgubiło w tłumie matkę, płacze z powodu dotkliwej straty, ale nie może i nie będzie płakać bez końca. Po jakimś czasie przestanie, gdyż cierpienie jest zbyt intensywne i jego wyrażanie wymaga zbyt wielkiego wysiłku. Na potrzeby tych rozważań zakładamy, że nikt go nie pociesza. Wyczerpawszy siły płaczem, dziecko wpada w otępienie. Po jakimś czasie otępienie mija i płacz zaczyna się od nowa, o ile matka wciąż się nie znalazła. Za każdym kolejnym razem płacz będzie jednak coraz słabszy. Sytuacja jest dramatyczna, bo dziecko pozostawione samo sobie może nawet umrzeć. René Spitz odnotował takie przypadki. Zazwyczaj jednak dziecko wkrótce odnajduje matkę, więc trauma jest krótkotrwała.

Jeśli jednak matka nie oddaliła się po prostu, lecz umarła i dziecko bezpowrotnie straciło jej miłość, sytuacja ma charakter trwały i jest bardzo poważna. Żaden płacz nie przywróci dziecku matki i każdy jego wybuch zwiększa jedynie ból odczuwany z powodu straty. Wcześniej czy później dziecko się poddaje. Przestaje płakać i zawodzić, ale nie podejmuje również żadnych wysiłków skierowanych na zewnątrz. Leży w swoim łóżeczku, nie reagując na nic, w stanie depresji, która – jeśli się przedłuży – może zakończyć się śmiercią.

Sytuacja jest tylko nieco mniej tragiczna, jeśli matka jest fizycznie obecna, lecz emocjonalnie niedostępna – to znaczy nie reaguje na potrzeby emocjonalne dziecka. W pewnym sensie również jest dla niego stracona. Dziecko płacze, domagając się bliskości, której matka nie może mu zaofiarować, i będzie płakało tak długo, dopóki tęsknota za tym, co nieosiągalne, nie stanie się zbyt bolesna. Przeżyje wprawdzie, w przeciwieństwie do dziecka całkowicie pozbawionego matki, ale w tym procesie nauczy się tłumić zarówno pragnienia, jak i uczucia.

Dziecko nie potrafi zaakceptować utraty matczynej miłości, gdyż jego przeżycie jest zbyt uzależnione od matki lub jej substytutu. Nie może więc wyładować swojego żalu, jak to czynią dorośli po stracie bliskiej osoby. Nawet jednak niektórzy dorośli mają trudności z dawaniem upustu żalowi. Sądzę, że zawdzięczamy to nawykowi tłumienia impulsu do płaczu we wczesnym dzieciństwie, co sprawia, że w późniejszym życiu impuls ten również nie jest łatwo dostępny.

Dzieci tłumią impuls do płaczu także z przyczyn innych niż nieobecność matki. Wiele matek źle znosi płacz dziecka. Niezdolne do właściwej reakcji z powodu własnych zahamowań, na ciągłe zawodzenie reagują złością i wycofaniem przejawów miłości. Mogą z rozmysłem powstrzymywać się od przytulenia płaczącego dziecka, aby się nauczyło, że nie może w ten sposób niczego wymuszać. Angażują się zatem w walkę z dzieckiem o władzę i wygrywają, ponieważ są silniejsze. Skoro płacz odstręcza matkę, dziecko zmuszone jest go tłumić. Jeśli zaś matka reaguje gniewem i wrogością, skutki są jeszcze poważniejsze. Z początku dziecko może płakać jeszcze intensywniej, ale wkrótce uczy się, że nie jest to zachowanie roztropne, i będzie tłumiło płacz w lęku o życie.

Skłanianie pacjentów w depresji do płaczu jest metodą skuteczną, ale niestety bardzo trudno to osiągnąć. Kiedy proszę ich, żeby rozłożyli ramiona i zawołali: „Mamo!”, typowe odpowiedzi brzmią: „Jaki to ma sens?”, „Nigdy do mnie nie przychodziła” albo „Nie było jej dla mnie”. Właśnie te spostrzeżenia to powód do płaczu. Płaczemy, kiedy matka nie reaguje. Lecz pacjenta z depresją to nie porusza. Stłumił większość uczuć związanych z matką i utracił zdolność do wyrażania tęsknoty. Nie dotyczy to natomiast innych pacjentów i technika ta jest bardzo efektywna w przypadku osób, które nie cierpią na depresję. Zwykle wylewają wtedy morze łez i szlochają. W istocie choremu na depresję brakuje energii potrzebnej do wyrażania uczuć. Kiedy tę energię odzyska, płacz lub innego rodzaju ekspresja na powrót stają się możliwe.

Inną grupę uczuć często tłumionych przez dzieci stanowią gniew, sprzeciw i wrogość. Jak nietrudno zauważyć, w wielu rodzinach ich wyrażanie pociąga za sobą surową karę. Dzisiaj, w naszym permisywnym społeczeństwie, jest to może mniej rozpowszechnione, ale z pewnością tak było w przeszłości. Małe dziecko ma za słabo rozwinięte ego, by móc świadomie kontrolować ekspresję impulsów. Żyje jeszcze w świecie „wszystko albo nic”. Wobec groźby trwałego konfliktu z rodzicami często tłumi swoje negatywne, wrogie impulsy. Początkowo nie trzyma ich w pełni pod kontrolą i czasem wyrywają się na powierzchnię w postaci histerycznych wybuchów, ale ich bezpośrednia i natychmiastowa ekspresja jest blokowana. Z czasem stłumieniu ulegają też stojące za impulsami uczucia. Gdy do tego dojdzie, dziecko jawi się jako grzeczne, posłuszne, spełniające wszystkie życzenia i polecenia matki. Oczywiście jest to portret zaprogramowanej maszyny.

Z mojego doświadczenia wynika, że niewielu pacjentów potrafi bezpośrednio i przekonująco wyrażać negatywne uczucia. Aby to sprawdzić, polecam pacjentowi, by mówił jak najgłośniej „Nie!”, uderzając jednocześnie w kozetkę lub kopiąc nogami. Prawie każdy robi to słabo i bez przekonania. Nie sądzę, by moi pacjenci stanowili wyjątek na tle całej populacji. Wydaje się, że większość ludzi ma wpojoną niezdolność do mówienia „nie”. Wraz z moimi współpracownikami wykonywaliśmy to ćwiczenie na warsztatach zawodowych organizowanych w całym kraju i stwierdziliśmy, że wszędzie występują te same trudności. Można jedynie przypuszczać, że impulsy będące wynikiem negatywnych uczuć zostały stłumione u tych ludzi już w młodym wieku.

W epoce liberalnego stosunku do seksu mówienie o stłumionych w dzieciństwie doznaniach seksualnych wydaje się staroświeckie. W rzeczywistości jednak wciąż się to zdarza i prawdopodobnie częściej niż kiedyś. Doznania te są tłumione nie tylko dlatego, że stanowią tabu, lecz również dlatego, że są dla dziecka niebezpieczne. Stwarzają zagrożenie, jeśli rodzic zachowuje się w sposób otwarcie lub skrycie uwodzicielski. Sądzę, że takie zachowania są dziś bardziej pospolite niż w poprzednich pokoleniach, ponieważ jesteśmy bardziej wyrafinowani seksualnie. Wskazuje na to między innymi wzrost liczby przypadków homoseksualizmu, który według mnie zawsze można przypisać uwodzicielskiemu rodzicowi. Należy w tym kontekście pamiętać, że mówię o seksualnych doznaniach w ciele, a nie o wrażeniach genitalnych. Doznania te są tłumione przez wciąganie brzucha i napinanie mięśni wokół miednicy. Skutkiem przyjęcia tej obronnej postawy jest odcięcie doznań z dolnej części ciała, przez co jednostka nie może się czuć ugruntowana. W poważnym stopniu zakłóca to również oddychanie, gdyż ogranicza ten proces do klatki piersiowej i przepony.

Można by zapytać, jakie właściwie zagrożenie stwarza dla dziecka uwodzicielski rodzic, jeśli założymy, że nie posuwa się do kazirodztwa. Otóż dziecko nie może sobie pozwolić na takie założenie, gdyż kazirodztwo zdarza się, i to zaskakująco często. Ale wchodzą w grę także inne niebezpieczeństwa. Jeśli rodzic nie zdaje sobie sprawy ze swoich uwodzicielskich zachowań, a dziecko reaguje na nie, to ono jest uznawane za seksualnego agresora, karcone i często upokarzane. Jak widzieliśmy, to właśnie przytrafiło się Anne, jednej z czterech osób, których historie prezentowałem w pierwszym rozdziale. Rodzic może w ten sposób bardzo łatwo przerzucić na dziecko swoje seksualne poczucie winy. Z drugiej strony, jeśli zaakceptuje reakcje dziecka, nawet bez jawnego angażowania się w jakiekolwiek akty seksualne, wciąga dziecko w swoją orbitę i traci ono niezależność. Dziecko, które zaangażowało się w rodzica seksualnie na poziomie emocjonalnym, nie potrafi mu się przeciwstawić. Stając się jego satelitą, nie tylko przestaje być niezależną jednostką, ale może również utracić poczucie tożsamości. Nie ma zatem wyboru: musi dołożyć wszelkich starań, by stłumić seksualność swojego ciała.

Tłumienie uczuć sprawia, że jednostka jest podatna na depresję, bowiem nie może polegać na uczuciach jako przesłance do działania. Jej emocje nie płyną dostatecznie szerokim strumieniem, by wskazać wyraźnie kierunek. Inaczej mówiąc, brak jej tego, co jest potrzebne, by być osobą wewnątrzsterowną. Traci wiarę w siebie i szuka wskazówek w świecie zewnętrznym. Tak została ukształtowana przez rodziców, których miłości i akceptacji potrzebowała. Jako dorosła osoba jest gotowa na wszystko, by zyskać miłość i aprobatę otoczenia. W tym celu stara się wykazać, że zasługuje na traktowanie, jakiego pragnie. Wymaga to gigantycznego wysiłku, gdyż poprzeczka wisi wysoko, więc mobilizuje i angażuje w to przedsięwzięcie całą swoją energię.

Sposób dowodzenia, że jest się godnym miłości, zależy od wartości wyznawanych przez rodziców. Dla jednych są to osiągnięcia, dla innych usłużność i negowanie własnych potrzeb. Niektórzy rodzice żądają, by dziecko się wyróżniało, inni oczekują od niego konformizmu, podporządkowania i gorliwości w pracy. Dziecko, które usiłuje spełnić te oczekiwania (rzadko wyrażone otwarcie), zmierza ku depresji. Jeśli je odrzuca, staje się buntownikiem i outsiderem. W obu przypadkach jednak energia, która mogłaby służyć przyjemności i kreatywności, okazuje się uwięziona na takiej drodze życia, która nie obiecuje spełnienia. Osoba uległa wpada w depresję, kiedy jej starania nie są należycie wynagradzane, ale i buntownikowi grozi depresja, kiedy przekona się, że stawiając opór, jest na straconej pozycji.

Dla kogoś, kto nie otrzymał w dzieciństwie miłości i akceptacji, za którymi tęsknił, mam jedną radę: „Zapomnij o tym”. Po osiągnięciu dorosłości trzeba zamknąć ten temat. Nie da się wrócić do dzieciństwa. Kto tego próbuje, ten poświęca swoją teraźniejszość dla mrzonek. Potrzeby, które wydawały się nam tak palące, kiedy byliśmy mali i uzależnieni od innych, obecnie nie mają znaczenia. Dorosły nie potrzebuje już matczynej piersi. Przytulanie i otaczanie opieką, tak dla nas ważne w pierwszych latach życia, nie przysporzy nam teraz samodzielności i dojrzałości. Trzeba zaakceptować tę utratę, żyć i dalej się rozwijać.

Na pozór sytuacja terapeutyczna stanowi wyjątek od tej zasady. Terapeuta często występuje w roli zastępczego ojca albo matki. Oferuje pacjentowi miłość i akceptację, może nawet zachęcać go, by cofnął się do pozycji małego dziecka. Nie czyni tego jednak z intencją wynagrodzenia pacjentowi dawnej straty, lecz po to, by pomóc mu w ponownym doświadczeniu tej straty i wyrażeniu związanego z nią smutku. Terapeuta pomaga pacjentowi odnaleźć w sobie samym miłość i akceptację, której nie zapewnili mu rodzice, i zbudować nową wiarę w siebie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?