Depresja i ciało

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ugruntowanie zakorzenia człowieka w jego fundamentalnych, zwierzęcych i cielesnych funkcjach, a czyniąc to, ożywia i wspiera jego duchowe wysiłki, co wiąże się z przepływem wrażeń i energii do głowy. Jego stopy mocno wspierają się o ziemię, ramiona rozkładają się szeroko i sięgają wzwyż, ku niebu, oczy otwierają się na chwałę Wszechświata, a duch wznosi się w górę w zachwycie nad cudem życia, cudem świadomości i tym, że jest się cząstką tego wszystkiego. Ten przypływ uczuć od korzeni ku górze jest cielesnym odpowiednikiem doznań duchowych i podstawą każdego doświadczenia religijnego. Jest to cud życia zdolnego do ruchu wbrew grawitacji i czującego swoją wzbierającą moc.

Kiedy owoc spada z drzewa, zawarte w nim nasiona kiełkują i starają się zakorzenić w ziemi. Proces ten jest możliwy, jeśli owoc i nasiona są dojrzałe. Kiełkowanie będzie jednak utrudnione, jeśli owoc zerwano przedwcześnie. W takiej samej sytuacji jest dziecko, które za wcześnie oddzielono od matki. Ma naturalną inklinację do powrotu do rodzicielki w celu dokończenia przerwanego procesu dojrzewania. W ten wysiłek angażuje nieświadomie całą posiadaną energię. Ale jeśli oddzielenie jest ostateczne, powrót do pierwotnej więzi jest równie niemożliwy, jak powrót owocu do drzewa. Niezależnie od tego, jak rozpaczliwe będą te wysiłki, skazane są na porażkę. Oto dylemat człowieka o osobowości oralnej, który tłumaczy jego podatność na depresję.

Aby zatem kogoś ugruntować, trzeba mu pomóc w osiągnięciu dojrzałości. Człowiek nieugruntowany, choć przez wiele lat wzrastał fizycznie, pozostał niedojrzały emocjonalnie. Nie nauczył się stać na własnych nogach i wciąż zbyt wiele oczekuje od innych. Jego brzuch jest pusty, bo wciąż czeka i liczy na to, że ktoś inny go napełni. To nierealne. Nikt go w tym nie wyręczy, musi to zrobić sam, ewentualnie z pomocą terapeuty.

Jak to się robi? W terapii bioenergetycznej zaczynamy od oddychania, takiego jakie praktykują jogini. W oddychaniu kryje się tajemnica naszego istnienia, gdyż za pośrednictwem procesu trawienia pokarmu zapewnia ono energię podtrzymującą płomień życia. Ale to nie wszystko. Jak powiada Durckheim, „oddychając, nieświadomie uczestniczymy w Większym Życiu”12. Stwierdzenie to ma sens, bowiem oddychanie jest ogarniającym całe ciało procesem naprzemiennej ekspansji i kurczenia się, który przebiega zarazem świadomie i nieświadomie. Zdrowe oddychanie jest w ogromnej części nieświadome, ale dzięki doznaniom cielesnym wytwarzanym przez pełny i głęboki oddech stajemy się świadomi pulsowania sił życiowych w naszym organizmie i czujemy, że jesteśmy jednością ze wszystkimi pulsującymi istotami w pulsującym Wszechświecie.

Aby człowiek osiągnął ten stan samoświadomości i jedności ze światem, jego oddech musi być głęboko brzuszny. Fala wdechu zaczyna się w jamie brzusznej, w miejscu, które Japończycy uważają za ośrodek sił życiowych. Przesuwając się w górę, do gardła i ust, zapoczątkowuje wciąganie powietrza. Fala wydechu porusza się w przeciwnym kierunku, wyprowadzając powietrze z płuc. Obie fale mogą przepływać przez organizm swobodnie i w pełni albo jako ruchy skrępowane i spazmatyczne. Każdy obszar napięć blokuje falę i deformuje naszą percepcję pulsowania. U niektórych ludzi blokady rozprzestrzeniają się od głowy aż do stóp.

Opiszę kilka z nich, aby pokazać, w jaki sposób zakłócają normalny rytm oddechowy. Jeśli brzuch jest wciągnięty, a pośladki napięte, to jama brzuszna w znikomym stopniu bierze udział w ruchach oddechowych. Oddychamy głównie piersią lub przeponą i niewiele wrażeń rodzi się w dolnej partii ciała. Takie napięcia mięśniowe powstające wokół brzucha mają na celu okiełznanie doznań seksualnych, panowanie nad funkcjami wydalania i uśmierzenie bólu spowodowanego brakiem pozytywnej reakcji rodziców na ciągły płacz dziecka. Napięcia przepony, które rozwijają się pod wpływem lęku, powodują także podniesienie w górę dolnych żeber. W efekcie jedność doznań cielesnych ulega rozbiciu za sprawą obręczy napięć ściskającej talię.

Górna połowa ciała często ma swoje własne, specyficzne napięcia, które również zakłócają naturalne oddychanie. Usztywniona pierś ogranicza doznania w tej części ciała, zwłaszcza doznania i odczucia płynące z serca. Kiedy serce jest uwięzione w sztywnej klatce piersiowej, nie ma w nim miejsca na swobodny przepływ miłości, zawsze jest ona ograniczona i limitowana. Skurcze mięśniowe wokół ramion uniemożliwiają naturalne ruchy sięgania i uderzania, a ponadto również wpływają na oddychanie. Nie pozwalają na głęboki wydech, który mógłby wywołać doznania w miednicy, ponieważ człowiek wisi na nich niczym płaszcz na wieszaku. Nie dochodzi więc do normalnej, rozluźniającej fazy wydechu. Ponadto napięcia w ramionach przenoszą do góry środek ciężkości ciała.

Najdonioślejsze są jednak napięcia mięśni gardła i szyi. Prowadzą one do zablokowania impulsów płaczu i krzyku. Zwężając drogę przepływu powietrza, redukują dopływ tlenu, przez co obniżają ogólny poziom energetyczny organizmu. Napięcia w gardle często rozprzestrzeniają się, sięgając głowy i ust, ponieważ są także częścią ogólnej blokady ssania. Każdy ssak jest z natury istotą karmiącą i ssącą. Oddychając, zasysamy powietrze. Podczas pracy z pacjentami odkryłem, że każdemu zaburzeniu czynności ssania towarzyszy analogiczne zaburzenie oddychania.

Na koniec trzeba również wspomnieć o pierścieniu napięć wokół podstawy czaszki. Z tyłu szyi można wyczuć je palpacyjnie w postaci skurczu drobnych mięśni potylicznych. Z przodu są wyczuwalne jako skurcz mięśni poruszających szczęką. Napięcia owe wpływają na ruchliwość dolnej szczęki, która jest stale utrzymywana w pozycji wysuniętej lub cofniętej. Każda z tych pozycji ma określone znaczenie. Cofnięta szczęka wskazuje na brak asertywności, wysunięta – na wrogość i opór. Ponieważ napięcia w obu szczękach obejmują także tzw. mięśnie skrzydłowe połączone z podstawą czaszki, ten pierścień napięć tworzy w rezultacie powierzchnię blokującą przepływ doznań z ciała do głowy.

Istnieją także inne rodzaje chronicznych napięć mięśniowych, które zaburzają falę respiracyjną, blokując swobodny przepływ ożywienia w ciele. Skurcze podłużnych mięśni pleców i nóg wywołują ogólną sztywność ciała, która utrudnia rozprzestrzenianie się fali pobudzenia. Bywa i tak, że pod wpływem stresu w pewnych usztywnionych partiach ciała następuje zapaść. Przykurczone mięśnie stają się wtedy potężną barierą zatrzymującą ożywczą falę i doznania.

Każde podejście terapeutyczne mające na celu ugruntowanie pacjenta musi spowodować znaczne rozluźnienie tych napięć mięśniowych. W analizie bioenergetycznej osiągamy to, konfrontując pacjenta z jego napięciami, to znaczy pomagając mu ich doświadczyć. Można go poprosić, by wykonywał energicznie określone ruchy, które pomogą zaktywizować unieruchomiony obszar, możemy też wywierać na napięte mięśnie precyzyjnie skierowany nacisk, by zmusić je do rozkurczenia. W dalszym ciągu pracy pacjent musi uświadomić sobie znaczenie tych napięć: (1) jakim impulsom lub działaniom zapobiega nieświadomie dane napięcie, (2) jaką rolę odgrywa ono w gospodarce energetycznej ciała oraz (3) jaki to ma wpływ na zachowania pacjenta i jego postawy. Jeśli napięcia mają być trwale usunięte, wgląd w ich pochodzenie jest nieodzowny. Pacjent musi zrozumieć związek między postawami ciała, czyli schematami napięć mięśniowych, a swoimi doświadczeniami życiowymi, zwłaszcza z dzieciństwa. Na koniec musi dojść do jakiegoś odreagowania. Trzeba w bezpiecznej, terapeutycznej sytuacji pozwolić na ujawnienie się impulsów, które były dotąd blokowane przez napięcia mięśniowe. Zachęca się pacjenta, by wyraził werbalnie swoją złość, by na przykład wykrzyczał wrogość do rodziców, jeśli takiej właśnie emocji doznaje, ale nigdy nie ujawnił jej w normalnym życiu.

Nie chciałbym stwarzać wrażenia, że terapeutyczna praca nad ugruntowaniem pacjenta ogranicza się do fizycznego wymiaru jego problemów. Równie dużo uwagi trzeba poświęcić sferze psychiki. Z grubsza biorąc, można powiedzieć, że terapeuta przeznacza tyle samo czasu na pracę nad każdym z tych aspektów. W arsenale dobrego terapeuty każda skuteczna forma terapii ma swoje miejsce. Analizę bioenergetyczną wyróżnia spośród nich to, że jest zorientowana na ciało, a więc dysponuje dostępną obserwacji, obiektywną bazą zarówno dla postawienia diagnozy, jak i dla prób zmiany.

Kiedy osłabną rozmaite napięcia mięśniowe, natychmiast daje się zauważyć zmiana w ciele pacjenta. Rozjaśniona twarz i błyszczące oczy świadczą o znacznym wzroście pobudzenia w tych partiach ciała. Zmiana zabarwienia i wzrost ciepłoty stóp wskazują nie tylko na poprawę krążenia krwi, ale także na większe naładowanie energią. Redukcja wysokiego wygięcia stóp i większa prężność ich mięśni to pozytywna oznaka. Najważniejsze jednak jest to, że nogi przestają być biernymi częściami ciała służącymi jedynie do podtrzymywania tułowia i stają się aktywnym narzędziem relacji ze światem. Ta zmiana jest czytelna dla przeszkolonego obserwatora. Staje się zaś w pełni widoczna, kiedy odblokowanie styku nóg z miednicą przywraca tej ostatniej jej naturalną ruchliwość. Można zaobserwować, jak fala oddechu przenika całe ciało, sięgając stóp.

Pacjent odczuwa teraz swoje nogi i stopy w nowy, bardziej intensywny sposób. Ma wrażenie, że jest teraz „w nich”, a nie tylko „na nich”. Uświadamia sobie kontakt z podłożem i czuje się lepiej zakorzeniony. Mówi, że doznaje więzi z własnym ciałem, jego seksualnością i ziemią, po której stąpa. Takie poczucie więzi nie jest ideałem zdrowia. Moim zdaniem jest tylko warunkiem niezbędnym zdrowia. Brak więzi, brak ugruntowania wskazuje na patologię na poziomie biologicznym.

Kilka bioenergetycznych ćwiczeń gruntujących

Chociaż większość ludzi potrzebuje pomocy terapeuty w pracy nad lękami, które uniemożliwiają im osiągnięcie pełnego ugruntowania, wiele można zdziałać w tym kierunku także samodzielnie, praktykując kilka prostych ćwiczeń i pozycji bioenergetycznych. Zachęcam swoich pacjentów, by wykonywali te ćwiczenia regularnie, ponieważ sądzę, że to, co człowiek robi sam dla siebie, jest na dłuższą metę bardziej wartościowe niż to, co robią dla niego inni. Jeśli w toku ćwiczeń ujawnią się jakieś lęki, można próbować je zinterpretować w kontekście swoich dziecięcych doświadczeń i przejść nad nimi do porządku.

 

Pierwszy krok w kierunku ugruntowania to ćwiczenie postawy stojącej z lekko ugiętymi kolanami. Pozycja z kolanami usztywnionymi, typowa dla wielu ludzi, unieruchamia całą dolną połowę ciała. Ustaw stopy równolegle, w odległości około piętnastu centymetrów od siebie, i ugnij kolana tak, aby ciężar ciała balansował pomiędzy piętami a palcami stóp. Reszta ciała powinna być wyprostowana, ręce opuszczone luźno po bokach. Najlepsze wyniki uzyskasz, stojąc boso. Jeśli ci się uda, pozostań w tej pozycji przez jakieś dwie minuty.


Powinieneś lekko rozchylić usta, aby oddech był pełny i płynął bez przeszkód. Wysuń brzuch lekko do przodu, ale nie wypinaj go. Wciąganie brzucha utrudnia oddychanie i naraża cię na niepotrzebny wysiłek. Nie musisz świadomie starać się zachować pozycji wyprostowanej, wystarczy, że pozwolisz, by funkcję tę spełniały nogi i plecy – po to je masz. Ruchy oddechowe powinny docierać do brzucha. Plecy mają być proste, ale nie sztywne, pośladki i miednica rozluźnione.

W tym ćwiczeniu chodzi o to, aby nawiązać kontakt ze swoimi nogami i stopami, a to nastąpi wtedy, kiedy doznasz w nich jakichś wrażeń. Skieruj uwagę na stopy i próbuj utrzymać równowagę pomiędzy palcami i piętami. Możesz przy tym poczuć mimowolne dreszcze w nogach lub innej części ciała, nogi mogą zacząć wibrować lub dygotać. Te niezależne od twojej woli ruchy są manifestacją przepływu doznań. Pozwalaj na nie tak długo, jak długo nie wywołują dyskomfortu. Doświadczaj swego ciała i sprawdź, czy czujesz jego żywotność. Kiedy dalsze trwanie w tej pozycji stanie się niewygodne lub kiedy uznasz, że nogi dłużej tego nie wytrzymają, przejdź do ćwiczenia drugiego.

W drugiej pozycji stopy są odsunięte od siebie na dwadzieścia centymetrów, a ich palce skierowane lekko do wewnątrz. Na ugiętych kolanach pochyl się do przodu, dotykając palcami ziemi, i zwieś swobodnie głowę. Następnie, trzymając wciąż palce rąk na ziemi, zacznij powoli prostować kolana, dopóki w nogach nie pojawi się lekkie drżenie. Jeśli mięśnie ud masz zanadto przykurczone, może to być trochę bolesne. Nie staraj się rozprostować kolan całkowicie i usztywnić nóg, ponieważ zniszczyłoby to walor ćwiczenia.

Ćwiczenie to, tak samo jak poprzednie, należy wykonywać z otwartymi ustami, aby oddech był pełny i głęboki. Cały ciężar ciała powinien spoczywać na stopach, palce rąk mają tylko dotykać podłoża. Ciało powinno być wyważone pomiędzy piętami i palcami nóg.


Ta pozycja w jeszcze większym stopniu niż pierwsza sprzyja pojawieniu się w nogach wibracji. Nie każdy je jednak odczuje już przy pierwszej próbie, a u osób, które nieświadomie utrzymują ciało pod sztywną kontrolą, może to wymagać wielokrotnych powtórzeń. Naturę tych wibracji dokładnie wyjaśnię później. Ich obecność poprawia czucie w nogach i stopach, a to właśnie jest naszym celem. Pozycję tę należy utrzymywać przez jedną do dwóch minut, ale ćwiczenie trzeba przerwać, jeśli staje się zbyt bolesne lub męczące. Łatwo zauważyć, że oba ćwiczenia pogłębiają także oddech oraz poprawiają krążenie krwi w dłoniach i stopach. Czasami odczuwane mrowienie, czyli tak zwana parestezja, może stać się bardzo silne. Jest to znak, że oddychamy głębiej niż zwykle. Zaniknie ono, gdy oddech powróci do normy.

Te dwa ćwiczenia, powtarzane regularnie, mogą znacznie przyczynić się do lepszego ugruntowania. Pacjenci, którzy je wykonują, twierdzą, że dają im one wiele korzyści. Pewien analityk uczestniczący w warsztatach bioenergetycznych, podczas których uświadomił sobie, że zawsze w pozycji stojącej nawykowo usztywnia kolana, napisał mi później: „Stanie z ugiętymi kolanami odczuwam jako coś nienaturalnego. Mam wrażenie, jakbym się przed kimś płaszczył. Ale zauważyłem też, że mam większe poczucie równowagi i bezpieczeństwa. Znajomi mówią, że wyglądam na bardziej żywotnego i pełnego energii. I naturalnie cały czas mam większą świadomość nóg”. W miarę praktykowania pozycja z ugiętymi kolanami staje się coraz bardziej naturalna. Uświadamiamy sobie wtedy, że usztywnianie kolan zmusza nas do postawy biernej, gdyż przerzuca ciężar ciała na pięty i uniemożliwia elastyczną pracę stawów kolanowych. Wiedza o tym jest najwyraźniej powszechna wśród trenerów i sportowców. Byłem zaskoczony, kiedy sprawozdawca sportowy powiedział o pewnym piłkarzu, że zwalczył on swoją tendencję do tracenia piłki, ucząc się przyjmować ją na ugiętych kolanach.

Wartość drugiego ćwiczenia ukazuje inna historia opowiedziana mi przez pacjenta. Był on śpiewakiem i aktorem. Przed przesłuchaniami, kiedy inni ćwiczyli gdzieś w kącie gamy, on ugruntowywał się, zginając się wpół i doprowadzając swe nogi do wibracji. Bez sztucznego dodawania sobie otuchy, która i tak pryskała pod wpływem stresu, czuł się zrelaksowany i podczas przesłuchania śpiewał swobodnie i bez wysiłku. Tej praktyce przypisywał znaczną część powodzenia, gdy udawało mu się zdobyć angaż.

Ciało z natury sztywnieje w oczekiwaniu szoku. Ta reakcja zapobiega załamaniu się pod jego wpływem, ale zarazem unieruchamia ciało i ogranicza jego zdolność do radzenia sobie z sytuacją. Normalnie, po początkowym zesztywnieniu, do krwi wydzielana jest adrenalina, która stymuluje mobilizację sił organizmu do walki lub ucieczki. Gdy tylko ciało wkroczy do akcji, muskulatura rozpręża się. Jeśli jednak sztywność nie zniknie, skutki szoku nie mogą ulec rozładowaniu. Organizm trwa nadal w stanie podwyższonego napięcia.

Zablokowanie kolan jest częścią tej usztywniającej reakcji, która obejmuje ponadto wstrzymanie oddechu i wyostrzenie zewnętrznych receptorów zmysłowych, zwłaszcza działających na dystans, a więc wzroku i słuchu. Z samego faktu, że ktoś nawykowo w pozycji stojącej usztywnia kolana, można wywnioskować, że utrzymuje się cały czas w stanie gotowości do akcji. Może nie uświadamiać sobie znaczenia tej postawy, bowiem stała się jego drugą naturą. Z pierwszą, pierwotną naturą, utracił kontakt. Powinniśmy wystrzegać się sytuacji, w której odrywamy się od swojej prawdziwej, zwierzęcej natury, i to nie tylko dlatego, że poczucie zagrożenia jest dziś tak nagminne, ani dlatego, że stale zbieramy siły, by stawić czoło temu czy innemu kryzysowi. Alarmowy stan organizmu akceptujemy tylko dlatego, że nie zdajemy sobie sprawy, jak szkodliwie wpływa na nasze ciało. Bywamy nawet dumni ze swojej odporności na presję i stres, nie rozumiejąc, że aby osiągnąć tę ulotną satysfakcję ego, stwarzamy niepotrzebnie sytuację zagrożenia.

Człowiek, który „nie może tego znieść”, uważany jest za słabeusza. Gdyby dał upust łzom, byłoby to jeszcze większe upokorzenie. W procesie wychowania został niepostrzeżenie uwarunkowany w taki sposób, że załamanie uważa za moralnie stygmatyzujące. Ale kto nie jest w stanie się załamać, kto nie potrafi się poddać i odpuścić sobie, ten jest zmuszony do ciągłego zużywania swej energii życiowej, co go nieuchronnie niszczy. Będzie cierpiał na schorzenia powodowane przez permanentny stres: bóle w dolnej części pleców, artretyzm, choroby układu krążenia, zaburzenia organów trawienia, takie jak wrzody żołądka, zapalenie okrężnicy i inne. Wydaje mi się, że mądrzej jest nauczyć się w pewnych wypadkach przegrywać i darować sobie niepotrzebną walkę. Rezygnacja przywraca jednostkę do stanu solidnego, przyziemnego bezpieczeństwa, pozwala jej odbudować energię i czerpać siłę u źródła życia. Przypomina się historia walki Herkulesa z Anteuszem, synem Gai – Matki Ziemi. Anteusz odzyskiwał siły, gdy tylko dotknął stopą ziemi. Ilekroć został powalony, podrywał się do walki z nową energią. Herkules był coraz bardziej zmęczony i zaczynał już przegrywać pojedynek, gdy nagle zrozumiał naturę swego przeciwnika. Udusił go, trzymając wysoko w powietrzu. Trudno nie przywołać również przykładu Niemiec i Japonii, krajów, które zostały w II wojnie światowej pokonane i zniszczone, a dzisiaj należą do najbardziej rozwiniętych na świecie.

Nie zdołamy się ugruntować, jeśli jesteśmy przerażeni perspektywą przegranej lub upadku, ponieważ cała nasza energia idzie wtedy w powietrze. Ale dlaczego jesteśmy tak przerażeni? Brak sukcesu nie zagraża naszemu życiu, choćbyśmy sobie wmówili, że tak jest. Aby dotrzeć do źródła tego lęku, stosuję proste ćwiczenie. Polecam pacjentowi, by stanął na jednej nodze i ugiął ją w kolanie tak mocno, jak zdoła, bez odrywania jakiejkolwiek części stopy od podłoża. Drugą nogę ma trzymać wyciągniętą w powietrzu. Ramiona wyprostowane, dłonie lekko wsparte na poręczach dwóch krzeseł. Krzesła mają jedynie pomagać w utrzymaniu równowagi. Na podłodze, kilkanaście centymetrów od stopy pacjenta, kładę złożony koc.


Polecam pacjentowi, aby utrzymał tę pozycję tak długo, jak potrafi, oddychając przy tym swobodnie i głęboko i doświadczając ciężaru ciała wspartego na stopie. Kiedy już dłużej nie będzie mógł wytrzymać, ma po prostu upaść kolanem na koc. Ćwiczenie to nie grozi obrażeniami cielesnymi, a jednak większość ludzi boi się upadku. Niektórzy walczą wytrwale, próbując utrzymać się w równowadze bez końca, inni padają przedwcześnie, co jest raczej aktem woli niż prawdziwą rezygnacją. Wielu stopniowo opuszcza się na podłogę. Ćwiczenie powtarzamy dwa razy dla każdej nogi. Za czwartym razem proszę pacjenta, by padając, powiedział: „Poddaję się”. Jeśli odbywa się to w moim gabinecie, potrafię wyłowić z tonu głosu i sposobu wymówienia tych słów, czy kapitulacja pacjenta jest szczera, czy pozorna, to znaczy – czy rzeczywiście czuje, że się poddał, czy po prostu wykonuje moje polecenie. Jednak w obu przypadkach omawiamy później wspólnie sens tego działania.

Ćwiczenie trzecie następuje zwykle po dwóch poprzednich, więc pacjent w pewnym stopniu jest już świadomy doznań i odczuć w ciele. Dlatego trudno się dziwić, że wiele osób zaczyna płakać, gdy po raz pierwszy padają na kolano lub wypowiadają słowa: „Poddaję się”. Poczucie, że można upaść i nie zrobić sobie krzywdy, zdaje się uwalniać głęboko skrywane lęki. Po upadku pacjent przytulony do podłoża czuje się bezpiecznie. W pozycji leżącej na jakiś czas rezygnuje z walki z grawitacją i z przymusu robienia czegokolwiek. Wydaje się jednak, że niewiele osób potrafi odpuścić sobie w ten prosty sposób. Większość czuje, że musi ustać na nogach i działać.

Dlaczego upadek i poddanie się, nawet w symbolicznej formie, przychodzą ludziom z taką trudnością? W moich dyskusjach z pacjentami wyszły na jaw następujące przyczyny. Upadek kojarzy się z bezsilnością, a bezsilność oznacza podatność na zranienie. Często można przeanalizować te uczucia w kontekście doświadczeń pacjenta z rodzicami. Być może czuł się zmuszony walczyć z nimi o władzę. Być może czuł, że jeśli nie oprze się ich żądaniom, to zostanie zmiażdżony i unicestwiony. Zatem jeśli nie może zwyciężyć, to przynajmniej się nie podda. Trwanie w oporze i niepoddawanie się stanowi tym samym ostateczną ekspresję indywidualności i integralności jednostki. Pacjenci mówią także, iż kapitulacja oznacza dla nich osamotnienie. Gdy upadnę, inni zostawią mnie z tyłu i nikt nie zawróci, by mnie podnieść. Jeśli ktoś miał w dzieciństwie takie doświadczenia, to nietrudno zrozumieć, dlaczego boi się upadku. Upadek budzi w nim bowiem na nowo uczucie samotności, którego wolałby już nie doznawać. Trzeba za wszelką cenę utrzymać się w tłumie, którego pęd jest tak wielki, że mało kto odważy się odwrócić i pomóc temu, kto upadł. Wielu jest także ludzi demonstrujących upartą dumę. Mówią oni jak gdyby: „Nie pomogłeś mi, kiedy potrzebowałem ciebie jako dziecko, więc teraz nie dam się postawić w sytuacji, w której znowu bym kogoś potrzebował”. Takie złożone i ukryte motywacje odbierają nam zdolność do poddania się miłości lub do słodkiego i głębokiego snu właściwego dzieciom.

 

Omawiane ćwiczenie przynosi jeszcze jedną korzyść. Przenosząc cały ciężar ciała na jedną nogę, pacjent doświadcza tej nogi bardziej intensywnie. Uczy się także, że nogi mogą zarówno unosić go w górę, jak i powodować upadek. Rozwija lepsze czucie w stopach i doświadcza, co to dosłownie znaczy: stać twardo na ziemi.

Pamiętając o tym, jaki jest cel ćwiczenia, możesz je regularnie wykonywać w domu. Zawsze należy po nim odpocząć. Gdy upadniesz po raz czwarty, pozostań na podłodze, wspierając się na obu kolanach, z rękoma ułożonymi płasko obok siebie. Opierając czoło na dłoniach, przyjmujesz pozycję modlącego się muzułmanina. Wartość tej pozycji polega na niskim ułożeniu głowy, co symbolicznie umieszcza ego poniżej ciała. Pozwala ona również na to, by miękka przednia część tułowia zwisała luźno. Dolna partia ciała powinna być maksymalnie cofnięta. Dzięki temu oddychanie ogarnie całą jamę brzuszną. Może także pomóc w rozładowaniu pewnych napięć w odbycie i mięśniach pośladków. Pozostań w tej pozycji przez dwie minuty, do czasu aż poczujesz rozluźniające działanie swobodnego zwisu brzucha.


Następna pozycja, jaką stosuję, pomagając pacjentowi dotrzeć do ośrodka jego sił życiowych, to odmiana pozycji z ćwiczenia drugiego. Gdy pacjent wykonuje ćwiczenie drugie przez jakąś minutę, proszę go, żeby ugiął kolana mocniej i wyciągnął ręce, trzymając je tuż nad podłogą. Ciężar ciała przesunie się wtedy do przodu, ale pięty nie powinny odrywać się od podłoża. Ilustruje to rysunek na następnej stronie.

Pacjent proszony jest o wytrwanie w tej pozycji tak długo, jak zdoła, ale bez przesadnego natężania się. Obciąża ona mięsień czworogłowy uda, więc trudno utrzymać ją nawet przez chwilę, jeśli mięśnie te są skurczone i napięte. Wymusza również głębokie oddychanie miednicą. Nie chcę przez to powiedzieć, że wciągane powietrze dociera do miednicy. W takim przysiadzie pełny wydech wymaga jednak zaangażowania całej jamy brzusznej. W rezultacie pacjent czuje, jak odżywają jego narządy wewnętrzne w obrębie miednicy. Dla wielu ludzi jest to najprostszy sposób na ich rozluźnienie.


W tej pozycji, tak jak w poprzednich, ważne jest, żeby oddychać ustami, swobodnie i głęboko. Należy oddychać przez usta, ponieważ ćwiczenia są stresujące, więc organizm potrzebuje tyle tlenu, ile tylko zdoła uzyskać. Pozwala to również na luźny zwis dolnej szczęki, co osłabia napięcie, które występuje zwykle w mięśniach szczęk przy zamkniętych ustach. Pełniejsze i głębsze oddychanie ładuje organizm energią i sprzyja pojawieniu się wibracji w nogach. Podczas tego ćwiczenia często występuje silne dygotanie nóg. Wynika to po części z dużego obciążenia mięśni. Gdy mięśnie są zmęczone, słabiej opierają się tendencji do odpuszczenia. Wielu pacjentom zaczynają drżeć kolana i jest to zjawisko różne od naturalnych wibracji. Kolana dygocą na boki, co jest dobrze znanym objawem strachu. Natomiast wibracje to drobne oscylacje w górę i w dół oraz miejscowe mrowienia. Jeśli ćwiczenie to wykonujemy regularnie, napięte mięśnie stopniowo rozluźniają się. Doznania łatwiej przepływają do dolnych partii ciała, w tym także do nóg i stóp. Wielu moich pacjentów stwierdziło, że dzięki tym ćwiczeniom znacząco poprawiła się fizyczna sprawność ich nóg. Chociaż takiego rezultatu można się spodziewać, nie on jest zasadniczym celem ćwiczeń. Główny cel to ugruntowanie pacjenta w rzeczywistości jego ciała i ziemi, rozumiane nie jako koncepcja intelektualna, lecz jako realne doznanie.

Jeśli podczas wykonywania tego ćwiczenia czujemy, że mięśnie nóg są już zmęczone, należy upaść na kolana i przyjąć pozycję z ćwiczenia czwartego, która oznacza poddanie się i wyluzowanie. Nie należy bać się kapitulacji, kapitulujemy bowiem przed własnym ciałem, przed światem i przed życiem. Kapitulujemy przed jedyną siłą, która w końcowym rozrachunku może być naszym wsparciem. Jest to siła żywotna, która z gleby przedostaje się do organizmów wszystkich roślin i zwierząt. Jeśli ta siła nas opuści, to intelekt i wola nie utrzymają nas przy życiu.

W tym rozdziale opisałem niektóre proste ćwiczenia, które są systematycznie stosowane w terapii bioenergetycznej i pomagają pacjentom w solidniejszym ugruntowaniu. Istnieją również inne ćwiczenia służące temu samemu celowi. Zaleca się na przykład siedzenie w kucki – na wzór pozycji popularnej wśród ludów pierwotnych. Niektóre ćwiczenia dotyczą bezpośrednio stóp. Można opierać podeszwy na uchwycie rakiety tenisowej i wywierać na nie nacisk dla pobudzenia mięśni podbicia. Niekiedy improwizuje się specjalne pozycje, aby pomóc pacjentowi w uporaniu się ze specyficznymi obszarami napięć lub blokady. Wszystkie one są jednak skuteczne tylko wtedy, gdy pacjent rozumie, że jego celem jest uwolnienie się od nawykowych skurczów mięśniowych, które ograniczają jego mobilność i osłabiają zdolność do nawiązywania relacji.

W naszej kulturze ludzie bardzo potrzebują „odpuszczenia sobie”. Wspominałem już, że jako społeczeństwo jesteśmy zachęcani do ciągłego pokonywania kryzysów. Jeśli człowiek nie może odpuścić sobie w naturalny sposób, poprzez ciało, to będzie go kusiło, by sięgnąć po alkohol lub narkotyki. Jeśli nie odpuści sobie naturalnie, to prędzej czy później znajdzie się w depresji.