Depresja i ciało

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 2

Ugruntowanie w rzeczywistości
Euforia a depresja

Ponieważ główną bolączką pacjentów i przyczyną, dla której zgłaszają się na terapię, jest stan depresyjny, łatwo przeoczamy fakt, że stanowi on część cyklu składającego się z naprzemiennych wzlotów i załamań. W większości przypadków reakcję depresyjną poprzedza okres euforii i dopiero kiedy mija, pacjent pogrąża się w depresji. Jeśli mamy w pełni zrozumieć mechanizm depresji, musimy również zrozumieć zjawisko euforii.

Oznaki euforii wyłapać nietrudno. Osoba w stanie euforycznym przejawia gorączkową aktywność, mówi szybko, żongluje pomysłami, demonstruje wysokie mniemanie o sobie. W pogłębionej formie to zachowanie przekształca się w manię. Psychoanaliza długo zmagała się z problemem naprzemiennych stanów maniakalnych i depresyjnych. Otto Fenichel uważał, że zjawiskiem pierwotnym jest depresja. „Nastrój maniakalny – pisał – pojawia się na skutek uwolnienia energii, którą przedtem pochłaniała walka z depresją i która teraz szuka ujścia”6. Z punktu widzenia ego ta interpretacja jest częściowo trafna. W stanie depresji ego jest uwięzione w zapadniętym ciele, przytłoczone uczuciami rozpaczy i beznadziejności. Walczy o uwolnienie się z tych więzów i kiedy mu się to uda, wzlatuje triumfalnie niczym balonik, który wyrwał się z rąk dziecka, i im wyżej się wzniesie, tym bardziej się rozdyma. W stanie maniakalnym dochodzi do wzrostu pobudzenia, lecz pobudzenie to czy też naładowanie energetyczne dotyczy tylko głowy i tych części ciała, w których uaktywnia poddające się woli mięśnie szkieletowe, wywołując w efekcie charakterystyczną nadaktywność i przesadną elokwencję. Ten kierunek przepływu energii, z dołu do góry, nie prowadzi do rozładowania, które jest funkcją dolnej części ciała. Przyciąga jedynie do jednostki uwagę otoczenia i stanowi próbę odzyskania przedwcześnie utraconego dziecięcego poczucia omnipotencji. Fenichel zwraca uwagę na iluzoryczny charakter manii, stwierdzając: „Mania nie jest prawdziwym uwolnieniem od depresji, lecz sztucznym zanegowaniem uzależnienia”7.

Stan euforii jest jedynie łagodniejszą formą tej reakcji. Ego osoby przeżywającej euforię jest również nadmiernie pobudzone, jak gdyby w oczekiwaniu jakiegoś nadzwyczajnego, cudownego zdarzenia, które będzie spełnieniem jej najgłębszych pragnień. Możemy to porównać z reakcją dziecka, które zostało oddzielone od matki i teraz wielce podekscytowane oczekuje jej powrotu. Dla bardzo małych dzieci powrót utraconej matki lub odzyskanie jej miłości jest właśnie takim najgłębszym pragnieniem. Matczyna miłość oznacza zaspokojenie wszelkich potrzeb.

Podłożem każdej reakcji depresyjnej jest utrata miłości matki. Ten aspekt zagadnienia omówię w następnym rozdziale. W tym miejscu chcę jedynie zaznaczyć, że jednostka nigdy nie godzi się z nieodwracalnością tej utraty. Nadzieja na odzyskanie miłości, na ogół żywiona nieświadomie, wywołuje przypływ energii, którego efektem jest euforia. Niestety, osoba przeżywająca euforię nie jest świadoma dynamiki swoich reakcji i faktu, że traktuje otaczających ją ludzi jako substytut matki, kochającej, opiekuńczej, a nawet karmiącej. Okazywane przez nich z początku zainteresowanie sprzyja temu przeniesieniu. Kiedy jednak euforia narasta, inni czują się skrępowani i wycofują się. Nie ma najmniejszych szans, by zaspokoili podświadome oczekiwania osoby w euforii, więc wcześniej czy później poczuje się ona odrzucona. Wtedy pęka balon pewności siebie i wysokiej samooceny, które towarzyszyły uczuciu euforii, i depresja stoi u wrót. To załamanie jest zjawiskiem bioenergetycznym. Nadmiar energii, który przepełniał peryferyjne, powierzchniowe struktury ciała, usuwa się do jego wnętrza, do rejonu przepony, żołądka i splotu słonecznego. Miejsce omnipotencji ego zajmuje impotencja. Osoba w depresji nie jest w stanie zmobilizować się do działania nawet największym wysiłkiem woli.

Ludzie cierpiący na depresję mają niezaspokojone potrzeby oralne. Pragną być otoczeni opieką, dotykani i przytulani, oczekują ciepła, zainteresowania i aprobaty. Tego rodzaju potrzeby nazywamy oralnymi, gdyż nawiązują do wczesnego okresu życia, zdominowanego przez aktywność oralną. Równie dobrze można powiedzieć, że osoby o takich potrzebach czują się pozbawione matczynej miłości czy też spełnienia, które zapewnia ta bezpieczna, bezwarunkowa miłość. Jeśli to odczucie zdominuje fundamentalną strukturę charakteru jednostki, to można mówić o osobowości oralnej8. U człowieka dorosłego niezaspokojone potrzeby manifestują się jako lęk przed samotnością i wyobcowaniem, przesadna gadatliwość lub aktywność innego rodzaju, przechwalanie się czy inne manewry mające na celu przyciągnięcie uwagi, a także jako wrażliwość na zimno i uległa postawa. Gdy deprywacja nie jest bezwzględna, mówimy o oralnych skłonnościach albo oralnych cechach osobowości.

Potrzeby oralne, których nie zaspokojono w dzieciństwie, nie mogą być zaspokojone w dorosłości. Żadna ilość substytutów macierzyństwa nie zapewni jednostce poczucia bezpieczeństwa, którego nie doznał w pierwszym okresie życia. Człowiek dorosły musi poczucie bezpieczeństwa znaleźć w samym sobie. Jeśli ma osobowość oralną, to największa nawet miłość, aprobata, podziw i zainteresowanie przychodzące z zewnątrz nie wypełnią jego wewnętrznej pustki. Może osiągnąć spełnienie tylko na płaszczyźnie właściwej dla jego wieku: poprzez miłość, pracę i seksualność. Marzenie o odwróceniu tego, co zdarzyło się w przeszłości, jest iluzją. Kiedy w trakcie terapii nakłaniamy pacjenta, by wrócił do stanu dzieciństwa, chodzi o to, żeby doświadczył ponownie dawnej utraty, a następnie stawił czoło uczuciom i konfliktom, których była źródłem. Celem jest przełamanie nieświadomej, dziecinnej fiksacji, co pomoże mu pełniej funkcjonować w bieżącym życiu. Jak długo na jego zachowanie mają wpływ potrzeby oralne, tak długo będzie podatny na huśtawkę nastrojów euforii i depresji.

Często obserwowałem to zjawisko u ludzi z osobowością oralną, więc kiedy podejmuję z nimi pracę, przestrzegam przed wpadaniem w euforię, a gdy w nią wpadną, uprzedzam, że po niej nastąpi depresja. Takie ostrzeżenie jest zawsze korzystne, ponieważ wprowadza do myślenia pacjenta powiew rzeczywistości, który przy przeskokach nastrojów działa jak hamulec, dzięki czemu nadchodząca depresja nie jest tak głęboka. W fazie euforii pacjent sądzi, że wszystko idzie znakomicie. Ale to nieprawda, jeśli jego wewnętrzne problemy nie zostały przepracowane. Przytrzymując go „w dole”, pomagamy mu zachować kontakt z tymi problemami, co jest warunkiem ich rozwiązania.

Określenie „w dół” ma także inny sens. Jako przeciwieństwo kierunku „w górę”, czyli do głowy, oznacza kierunek do dolnej części ciała, nóg i podłoża. „Dolny” stan jednostki jest zawsze bliższy rzeczywistości. W praktyce jednak, kiedy ktoś ze stanu euforii przechodzi w stan depresji, posuwa się tak daleko w dół, że zdaje się pogrążony w studni, z której nie widać światła dziennego. Niezbędna jest pomoc, by zdołał się z niej wydobyć, lecz można mu pomóc dopiero wtedy, gdy uświadomi sobie, że w istocie nigdy nie stał na twardym gruncie. Studnia zawsze tu była, być może zamaskowana gałęziami i listowiem, ale nie był to solidny fundament osobowości. Pacjent nigdy w gruncie rzeczy nie ufał temu podłożu i nigdy nie pozwalał sobie na to, by oprzeć się na nim całym ciężarem ciała. Próbował utrzymywać się „w górze” siłą woli czy ego i spadał w depresję, kiedy tylko tracił to iluzoryczne wsparcie. Za każdym jednak razem reagował tak samo: jeszcze bardziej odrywał się od podłoża, zamiast zbudować solidną podstawę, na której mógłby się oprzeć. Kiedy wpada w euforię, znajduje się w górze, „w powietrzu” lub „w chmurach”. Jego stopy nie mają prawdziwego oparcia.

Człowiekowi zdrowemu nie zdarzają się takie skoki nastroju od euforii do depresji. Zawsze mocno stoi nogami na ziemi – to baza jego poczynań. Może być pobudzony w związku z jakimiś wydarzeniami lub oczekiwaniami, które powodują przypływ energii do górnej części ciała, ale nigdy nie traci do końca kontaktu z twardym gruntem. Doznaje przyjemności czy nawet szczęścia, ale te uczucia rzadko przeradzają się w euforię. Jeśli wydarzenie lub oczekiwanie jest zdecydowanie niepomyślne, może być smutny czy przygnębiony, ale nie wpada w depresję. Nie traci zdolności do reagowania na zmieniającą się sytuację, jak to się dzieje z ofiarą depresji.

Huśtawka nastrojów świadczy o tym, że człowiek stracił solidny grunt pod nogami. To samo można powiedzieć o kulturze, która miota się pomiędzy skrajnościami: pomiędzy nierealnie optymistycznym przekonaniem, że wszystkie problemy uda się bez trudu rozwiązać, a pełną rozpaczy konstatacją, że są one nierozwiązalne. Ludzie, którzy stoją na twardym gruncie, postrzegają swoje problemy realistycznie. Wiedzą, że bywają one niebotyczne, ale wiedzą też, że wiara potrafi poruszać góry.

Wzlot zwiastuje rychłe załamanie, ale można go również postrzegać jako próbę ucieczki od negatywnych uczuć nękających człowieka. To jedyne wytłumaczenie dla determinacji, z jaką tak wielu młodych ludzi szuka poprawy nastroju w narkotykach. Wzlot spowodowany przez narkotyk sprawia, że umysł odrywa się od ciała, pozostawiając daleko w dole emocje, z którymi inaczej człowiek musiałby żyć. Trudno winić młodych za taką ucieczkę, skoro lekarze przepisują ich rodzicom leki spełniające ten sam cel. Nie potępiam również lekarzy, gdyż depresja, rozpacz, desperacja to rodzaj śmierci za życia i często trudno te emocje znieść. Niestety, żaden środek chemiczny nie przynosi trwałej poprawy. Po wywołanym sztucznie wzlocie zawsze przychodzi obniżenie nastroju i w ten sposób rodzi się psychologiczne uzależnienie od leków, które może być dla jednostki równie niszczące, jak uzależnienie fizyczne. Ratunek leży wyłącznie w zrozumieniu źródła depresji i zaakceptowaniu go, bowiem w ten sposób powstanie przynajmniej solidny fundament, na którym można budować.

 

Euforia pod wpływem alkoholu nie różni się oczywiście niczym od podobnego stanu wywołanego przez narkotyki ani od spontanicznych epizodów manii. To jasne, że człowiek, który pije, by poprawić sobie humor, pragnie oderwać się od negatywnych emocji. Nie chcę przez to powiedzieć, że każdy, kto strzela sobie drinka, ucieka od depresji. Ale bardzo to zły znak, jeśli drinka potrzebuje. Osoba, która potrafi pić, ale również zrezygnować z picia alkoholu, może cieszyć się jego łagodnie rozluźniającym i stymulującym działaniem. Tutaj mówimy o kimś, kto szuka prawdziwego wzlotu. Kiedy jest w tym stanie, niemal dosłownie odrywa się od ziemi, traci równowagę, stopy nie znajdują oparcia i może mieć autentyczne wrażenie, że przestały stykać się z podłożem.

Wszyscy wiemy, że po alkoholowej euforii przychodzi spadek nastroju. W przypadku symptomów fizycznych mówimy o kacu. Ale nawet bez żadnych fizycznych następstw następnego dnia ma się gorszy humor. Wzmaga to zapotrzebowanie na kolejny kontakt z alkoholem, o ile jednostka nie potrafi inaczej stawić czoła swoim emocjom. Reakcja na wzlot narkotykowy bywa nieco inna. Działanie narkotyków jest na ogół dłuższe niż alkoholu. Po zażyciu narkotyku nie musimy mieć nazajutrz obniżonego nastroju, bo skuteczniej niż alkohol odcina on człowieka od emocji. Marihuana pozostawia nas raczej w stanie apatii, której nie doświadczamy jako załamania, bo w ogóle niczego nie doświadczamy. Niektórzy twierdzą, że zdarzało im się po narkotykowym wzlocie przejść do stanu euforii. Nie będę z tym polemizował, ponieważ istnieją wyjątki od każdej ogólnej zasady. Nie jest to jednak powszechne doświadczenie.

Czasami ludzie są naprawdę zdesperowani, sądząc po tym, jak usiłują utrzymać się w stanie permanentnego wzlotu. Do tej kategorii należą osoby uzależnione od twardych narkotyków. Depresja jest dla nich stanem tak bolesnym, że cena płacona za uwolnienie się od niej nie gra roli. Sporadycznie jednak spotykam kogoś, kto całkiem serio pyta: „Dlaczego właściwie nie mogę być stale w euforii?”. Pytanie to ujawnia głęboką utratę kontaktu z rzeczywistością. Można zapewne podtrzymywać narkotykową euforię aż do śmierci lub całkowitego wyczerpania organizmu, ale jest to stan finalny, z którego nie ma powrotu. Nic nie trwa wiecznie na wyżynach, nawet drzewo czy szczyt górski. Jest to możliwe tylko tak długo, jak długo korzenie tkwią mocno w ziemi w przypadku drzewa i jak długo podłoże zachowuje stabilność w przypadku góry. Drzewo jest zdrowe, kiedy stoi prosto, a nie kiedy jest wysokie.

Porównywałem depresję do zapadania się w studni. Ta studnia w rzeczywistości kryje się w doznaniach chorego, a ściślej – w jego ciele. Studnią jest poczucie wewnętrznej pustki, na które skarży się tylu ludzi, zwłaszcza tych z oralną strukturą charakteru. Studnia w ciele to brak odczuć w strefie brzusznej. Opisywałem wcześniej, omawiając charakter oralny, jak pobudzenie migruje z górnej części ciała do jego części środkowej, lecz nie może się przemieścić w dolne partie ciała. Wstrzymujemy je z lęku – nieuświadomionego lęku – że nie ma tam gruntu, na którym można by się oprzeć. Jeśli sobie odpuścimy, nikt i nic nas nie podtrzyma, nie udzieli wsparcia. W rezultacie tej blokady dolna część ciała jest niedoładowana energetycznie, co przyczynia się walnie do braku poczucia bezpieczeństwa. W jamie brzusznej mieszczącej narządy wewnętrzne również brak jest energii i doznań. Jeśli nic w tym miejscu nie czujemy, to jest tak, jakbyśmy byli pozbawieni „bebechów”9. w chwili, gdy powinniśmy stanąć mocno na nogach i przyjąć zdecydowaną postawę. Poczucie pustki w jamie brzusznej, głęboki lęk, że nie mamy „bebechów”, że w krytycznej sytuacji nie staniemy na wysokości zadania, to dziura ziejąca w naszej osobowości.

W tradycji japońskiej brzuch jest uważany za ośrodek sił życiowych, czyli hara. Jak wskazuje Karlfried Durckheim, Japończycy „wiedzą, że w ziemskim życiu zaspokojenie potrzeb i osiągnięcie spełnienia jest możliwe, pod warunkiem że człowiek zna swoje miejsce w porządku Wszechświata i nie traci kontaktu z wielkim, wszechogarniającym bytem. Kontakt ten jest trwały, jeśli potrafimy utrzymać nasz niewzruszony środek ciężkości w ośrodku hara10. W wizerunkach Buddy i innych wielkich nauczycieli brzuch eksponowany jest jako miejsce, „z którego zaczyna się wszelki ruch, z którego wynika jego siła, kierunek i prędkość”11. Niezależnie od tego, czy akceptujemy japoński punkt widzenia, musimy zdać sobie sprawę, że brzuch jest tą częścią ciała, w której bierze początek nowe życie ludzkie i z której wyłania się ono na światło dzienne.

Według Japończyków człowiek, który posiada hara, jest należycie ześrodkowany. Znaczy to również, że jest zrównoważony fizycznie i psychicznie. Osoba zrównoważona jest spokojna, rozluźniona i dopóki pozostaje w takim stanie, porusza się w sposób bezbłędny i niewymuszony. Hara to sekret celności łuczników zen, bowiem człowiek, który ją posiada, jest poprzez swój ośrodek siły życiowej dostrojony do świata zewnętrznego. Jego ruchy nie są aktem woli, lecz naturalną reakcją całej jego istoty na bieżącą sytuację.

Ktoś mógłby zapytać: dlaczego akurat brzuch jest taki ważny? Odpowiedź brzmi: ponieważ jest on siedliskiem życia. Każdy z nas dosłownie siedzi we własnym brzuchu, za jego pośrednictwem kontaktuje się z opoką miednicy, organami płciowymi i nogami. Jeśli przemieścimy się w górę, do piersi lub głowy, tracimy ten fundamentalny kontakt. W górę – to znaczy w stronę świadomości i ego. W kulturze, która przywiązuje nadmierną wagę do tych wartości, poprawna pozycja ciała oznacza wciągnięty brzuch i wypchniętą do przodu pierś. W mitologii antycznej przepona jest przyrównywana do powierzchni ziemi. Wszystko powyżej niej jest symbolem jasności, światła, a zatem świadomości. Pod powierzchnią panuje ciemność, która symbolizuje nieświadomość. Skupiając się tylko na tym, co powyżej przepony, oddzielamy świadomość od jej korzeni, tkwiących głęboko w nieświadomości. Znaczenie brzucha i hara polega na tym, że tylko „żyjąc brzuchem”, mądrością doznań, unikamy podziału na świadome i nieświadome, na ego i ciało, na własne ja i otaczający świat. Hara symbolizuje integralność osobowości na wszystkich poziomach istnienia.

Osoba posiadająca hara jest oczywiście wewnątrzsterowna ze wszystkimi tego konsekwencjami. W istocie hara oznacza stan jeszcze wyższy, stan transcendencji, w którym jednostka, w pełni uświadamiając sobie swoje istnienie, czuje się częścią większej Jedności lub Absolutu. Wiara nie jest dla niej kwestią przekonań, które są funkcją świadomego umysłu, lecz głębokim wewnętrznym przeświadczeniem odczuwanym dosłownie „w bebechach”. Dopiero taka wiara zapewnia prawdziwą moc przetrwania. Przyjmując taki punkt widzenia, musimy uświadomić sobie, że prawdziwej wiary nie można sobie wymodlić. Zyskuje się ją dzięki doświadczeniom, których źródłem są doznania w głębi ciała.

Być spełnionym to tyle, co być całkowicie napełnionym, a to znaczy – mieć pełny brzuch, nieważne, czy pełen dobrego jedzenia, czy dobrych uczuć. Nie chodzi przy tym o brzuch jako złogi tłuszczu pokrywające od zewnątrz napiętą powłokę brzuszną. Przed wielu laty zetknąłem się z jaskrawym dowodem na to, że pełny brzuch jest oznaką witalności organizmu. Moja suka po raz pierwszy urodziła młode – dziesięcioro żywych szczeniąt. Ponieważ dla mnie i dla mojej żony również było to pierwsze doświadczenie tego rodzaju, przeżywaliśmy rozterkę, nie wiedząc, co robić. Jeśli pozostawimy sprawy własnemu biegowi, silniejsze szczenięta wyssą całe mleko matki, skazując słabsze na śmierć. Pod koniec pierwszego dnia wezwaliśmy weterynarza. Jego rada okazała się prosta. Podzielił pieski na słabsze i silniejsze. Najpierw dopuścił do sutków matki te słabsze. Kiedy się nasyciły, pozwolił ssać silniejszym. Żeby zaś dokonać podziału, podnosił każdego szczeniaka i macał jego brzuszek. Jeśli miał pełny, był zaliczany do silniejszych. Dzięki takiej taktyce cała dziesiątka przeżyła.

Ugruntowanie jednostki

Docieranie do wrażeń z brzucha, dzięki którym czujemy nasze wnętrzności, oraz do wrażeń z nóg, które pozwalają na odczuwanie ruchu, określamy mianem ugruntowania. Osoba ugruntowana ma poczucie mocnego oparcia w podłożu, więc może śmiało stąpać po nim w wybranym przez siebie kierunku. Być ugruntowanym to znaczy – mieć kontakt z rzeczywistością, te dwa określenia znaczą w naszym języku to samo. O osobie, która nie traci kontaktu z rzeczywistością, mówimy często, że „twardo stąpa po ziemi”. Człowiek ugruntowany nie opiera się w swym postępowaniu na iluzjach. Obchodzi się bez nich. Z drugiej strony, kto ulega iluzjom, niezależnie od tego, czy ich potrzebuje, czy nie, ten buja w obłokach i nie może być ugruntowany. Każdy dobry psychiatra wkłada wiele wysiłku w rozwiewanie iluzji pacjentów, dlatego często skarżą się oni, że ich „dołuje”. Zadanie jest o wiele łatwiejsze w przypadku osoby w depresji lub z obniżonym nastrojem, bowiem jej iluzje przynajmniej na jakiś czas tracą wówczas moc i nie mogą sztucznie ciągnąć jej w górę.

W żadnym jednak przypadku ugruntowanie nie przychodzi łatwo. Stoją temu na przeszkodzie głęboko ukryte lęki. Wspominałem już o obawie, że jeśli sami sobie odpuścimy, to nikt nas nie wesprze. Słowne zapewnienia, że się tak nie stanie, to gest dobrej woli, ale tylko pusty gest. Człowiek, który otworzy przed innymi serce, szybko odkryje, że nie jest osamotniony. Na takie otwarcie prawie każdy reaguje ciepłymi uczuciami. Ale żeby do niego doprowadzić, trzeba przełamać lęk pacjenta przed samotnością. Musi on zrozumieć, że ten lęk nie ma już racji bytu.

Przeciętny człowiek obawia się również, że jeśli raz sobie pofolguje, to już nigdy się nie pozbiera. W jego brzuchu skrywają się uczucia smutku i rozpaczy, których boi się dotknąć. Angażuje całą swoją energię w ich tłumienie. Poddanie się tym uczuciom byłoby dla niego osobistą porażką, klęską ego i utratą integralności. A przecież tęskni za taką kapitulacją, zdając sobie sprawę, że walka straciła sens, gdyż jest walką z własnym ja. Jest przerażony, ale jeśli pracuje z terapeutą, który przeprowadzał już innych przez ich prywatne piekło, może czerpać odwagę z wiary w lekarza. Psychiatra musi być mężem zaufania – czyli sam musi być dobrze ugruntowany – jeśli ma natchnąć wiarą swoich pacjentów.

Kiedy pacjent zaczyna doznawać wrażeń z brzucha, nieodmiennie uderza w płacz. Płacze, bo smutkiem napełnia go życie pozbawione wiary, ale również z radości, bo dostrzega, że wiara jest do odzyskania. Ten płacz to nie tylko płynące łzy. To łkanie, które wstrząsa całym ciałem, czasem w bolesny, czasem w przyjemny sposób. Odcinając się w dzieciństwie od wrażeń z brzucha, pacjent stłumił płacz, ponieważ odkrył, że nie zapewnia on miłości, bezpieczeństwa i otuchy, których tak potrzebuje. Gdy wrażenia pojawiają się na nowo, powracają też uczucia, nie jednorazowo, lecz wielokrotnie – tak długo, dopóki ból z przeszłości zupełnie się nie rozpuści.

Gdy uczucia sięgają głębiej, docierając do miednicy, zamieniają się w doznania seksualne, które u większości istot ludzkich są głównym źródłem lęków. Aby zrozumieć te lęki, musimy dokonać rozróżnienia pomiędzy doznaniami seksualnymi i genitalnymi. Genitalne są częścią seksualnych, ale nie odwrotnie. Seksualność to funkcja całego ciała, w tym także aparatu genitalnego, zdolnego do działania dopiero u dojrzałego człowieka. Natomiast genitalność to tylko pewien aspekt ogólnej reakcji seksualnej. U wielu jednostek funkcjonowanie genitalne jest odcięte od doznań cielesnych, podobnie jak może być od nich odcięte ego. Lęk seksualny wiąże się z doznaniami cielesnymi, a nie genitalnymi. Mogą one być wstrząsające, podczas gdy wrażenia czysto genitalne, na przykład związane z męską erekcją, nie stwarzają zagrożenia dla osobowości.

Można by zapytać: czym właściwie są owe doznania seksualne? Są to rozmaite zmienne wrażenia płynące z głębi ciała, które zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn poprzedzają pobudzenie genitalne. Kiedy występują, jest to oznaka, że pożądanie seksualne przepływa przez ciało, nie ograniczając się do głowy i organów płciowych. Ale w takim razie dlaczego są takie przerażające? Ponieważ są początkiem procesu, którego kulminację stanowi ekstaza pełnego orgazmu, a który przez jednostkę o osobowości neurotycznej lub schizoidalnej jest przede wszystkim doświadczany jako rozpad własnego ja, kapitulacja wbrew woli, poddanie się, od którego nie ma już odwrotu. Każdy łaknie takiego rozładowania, ale tylko nieliczni mają dość wiary, by do niego dopuścić. Nie mając poczucia bezpieczeństwa, kurczowo trzymamy się naszego bezcennego ego i naszej genitalnej potencji. Nie jesteśmy przygotowani na bezwarunkową kapitulację w imię miłości.

 

U większości ludzi rozpuszczenia wymagają również lęki związane z czynnościami aparatu moczowego i odbytu. Wpojono nam, że funkcje te musimy trzymać pod ścisłą kontrolą, gdyż inaczej mogą przysporzyć nam wiele bólu, wstydu i poniżenia. Byliśmy zachęcani do sprawowania takiej kontroli i karani, gdy ją traciliśmy. Uczono nas, że nie wolno ulegać naturalnym impulsom, że przez cały czas powinniśmy panować nad sobą. I teraz też nie potrafimy pofolgować zaciśniętym zwieraczom. Boimy się, że jeśli to zrobimy, dolna część ciała wypowie nam posłuszeństwo. Po prostu nie wiemy, jak rozluźnić skurczone mięśnie otaczające dolne otwory ciała.

Kolejnym lękiem powszechnym wśród ludzi jest lęk towarzyszący usamodzielnianiu się. Nie znaczy to, że boimy się niezależności, ale wiemy, że prawdziwa niezależność wiąże się z samotnością. Powiedziałbym, że obawa przed samotnością jest dominującym lękiem naszych czasów. Nikt tak naprawdę nie chce być sam. Jesteśmy z natury istotami towarzyskimi, ale u wielu ludzi lęk przed osamotnieniem urasta do irracjonalnych rozmiarów. W imię tego lęku skłonni są do najdalej posuniętego konformizmu. Gotowi są zrezygnować z własnej indywidualności, błędnie zakładając, że człowiek o silnej indywidualności, który ma odwagę stanąć w opozycji do otoczenia, jest skazany na odrzucenie i ostracyzm. Tym lękiem żywi się masowe społeczeństwo ze swoimi masowymi mediami, masowymi rozrywkami i tak dalej.

A przecież, jakkolwiek dziwnie to brzmi, to właśnie masowa indywidualność owocuje samotnością, brakiem głębokich i intymnych relacji międzyludzkich. Z drugiej strony tylko ktoś, kto stoi twardo na własnych nogach, może poczuć i zrozumieć jedność, jaka jest możliwa między ludźmi oraz w związkach mężczyzny i kobiety. Jest szczery sam ze sobą, więc przyciąga innych, a jego reakcje na ich obecność są serdeczne i autentyczne. Uczuciowo nigdy nie jest samotny, gdy osoba o indywidualności masowej czuje się samotnie nawet w tłumie. Prawdziwa indywidualność nie uprawia gier, nie poklepuje się z innymi po plecach. Hojnie oferuje samego siebie i bez skrępowania przyjmuje ofertę innych ludzi.

Źródłem lęku przed odrzuceniem, towarzyszącego zdobywaniu samodzielności, są wczesne doświadczenia rodzinne. W wielu domach dziecko, które nie podporządkowuje się żądaniom rodziców, czuje się odrzucone. Niejedna matka nie zawaha się przed odmową czułości, jeśli dziecko się jej sprzeciwia lub źle się zachowuje. Mały człowiek musi być posłuszny albo będzie traktowany jako outsider. Skutki takiego wychowania prześledzimy na konkretnych przypadkach, które przedstawię dalej.

Pod powierzchowną uległością dziecka czai się jednak bunt, którego siła z upływem czasu rośnie. U pacjenta ze szczególnie silną depresją można odkryć, na ogół głęboko skrywaną, postawę: „Wtedy czułem się niechciany, więc teraz sam niczego nie chcę”. Taka przekora może zjednoczyć buntowników we wspólnym działaniu, ale rzadko we wspólnych uczuciach. Ludzie pozbawieni wiary nie są bratnimi duszami, choć mogą stać w jednym szeregu podczas protestu czy demonstracji.

Aby leczyć pacjenta z depresją, trzeba zrozumieć jego perwersyjne myślenie i zaakceptować jego bunt. Tylko poprzez bunt może on zmobilizować uczucia, które go wyzwolą i uczynią z niego osobę autentyczną. Protestuje przeciwko systemowi, który odmawia mu prawa do bycia sobą i pozbawia poczucia bezpieczeństwa związanego z tym prawem, z prawem do kochania i bycia kochanym. Ale to nie w buncie znajdzie wiarę, której mu brak, i grunt, na którym będzie mógł się oprzeć. Buntownik jest nadal outsiderem, który tęskni za przynależnością, choć nie chce lub nie potrafi tego przyznać.

Nie żądamy od pacjenta, by porzucił bunt, lecz by poszedł dalej, w kierunku wiary w życie, która jest ponad wszelkimi systemami i ich ideologiami. Ugruntowując go w jego doznaniach cielesnych, w jego zwierzęcej seksualności, w ziemi, z której wyrósł, przywracamy go rodzinie ludzkiej i królestwu natury. Przywracamy mu elementarną wiarę, którą żyli jego najdawniejsi przodkowie, wiarę w to, że został stworzony dla świata i że świat został stworzony dla niego. Odpowiedź na pytanie, dlaczego i w jaki sposób ugruntowanie pozwala osiągnąć te cele, wymaga bardziej szczegółowych rozważań.

Ugruntowanie to pojęcie bioenergetyczne, a nie jedynie psychologiczna metafora. Uziemiając obwód elektryczny, umożliwiamy jego energetyczne rozładowanie. Ugruntowanie istoty ludzkiej również służy uwolnieniu czy też rozładowaniu pobudzenia istniejącego w ciele. Nadmiar energii żywego organizmu uwalnia się w sposób ciągły poprzez ruch ciała lub aktywność narządów seksualnych. W obu przypadkach chodzi o funkcje dolnej części ciała. Część górna jest zaangażowana głównie w pozyskiwanie energii – w formie pokarmu, tlenu lub stymulacji zmysłowej. Zwykle pomiędzy tymi dwoma elementarnymi procesami ładowania i rozładowywania istnieje równowaga. Wewnątrz ciała trwa pulsacja energetyczna. Odczuwanie wędruje w górę, do głowy, kiedy potrzebujemy energii lub pobudzenia, a w dolne partie ciała, kiedy niezbędne jest rozładowanie. Osoba niezdolna do ładowania się energią będzie słaba i pozbawiona witalności. Jeśli zaś nie potrafi należycie się rozładować, będzie stale spięta. Będzie kurczowo trzymać się jakiejś iluzji, niezdolna zejść z powrotem na ziemię, dopóki ta iluzja się nie rozwieje. Ale również wtedy na ziemi nie pozostanie, o ile dzięki ugruntowaniu nie zyska możliwości rozładowania.

Proces rozładowania jest odczuwany jako przyjemność. Wiemy o tym ze wspólnego wszystkim doświadczenia, które mówi, że rozładowanie jakiegokolwiek napięcia czy pobudzenia jest przyjemne. Wiemy o tym również z doznań seksualnych, kiedy rozładowanie emocji jest szczególnie intensywne. Podkreślał to Zygmunt Freud, a udokumentował Wilhelm Reich. Niezdolność do rozładowania napięcia odczuwamy boleśnie. Można założyć, że osobnik w stanie napięcia cierpi. Nie doświadcza jednak bólu świadomie, ponieważ znieczulił się przez usztywnienie struktury ciała. Boi się osłabić tę sztywność, gdyż to mogłoby wyzwolić ból. Kiedy stan napięcia staje się jego drugą naturą, traci również świadomość własnej sztywności. Jeśli coś odczuwa, to tym czymś jest brak przyjemności w życiu. Podejmuje więc jeszcze intensywniejszą pogoń za pieniędzmi, sukcesem, sławą czy jakimkolwiek innym celem, jaki wyznaczają mu jego iluzje. Wpada w błędne koło, a raczej spiralę, która wznosi się coraz wyżej i wyżej, dopóki iluzja się nie załamie, co skutkuje depresją.

Ugruntowanie pozwala na doświadczanie przyjemności, która z kolei motywuje jednostkę do sięgania po kolejne źródła energii w każdym obszarze obiecującym przyjemność. Ten życiowy proces można przedstawić bioenergetycznie jako sekwencję: ładowanie i wzrost pobudzenia → przyjemne rozładowanie → więcej ładowania (silniejsze pobudzenie) → więcej rozładowania (większa przyjemność). Blokując lub ograniczając zdolność organizmu do doznawania przyjemności, automatycznie ograniczamy płynące z niego impulsy. Jeśli życie nie przynosi komuś przyjemności, jego oddech staje się płytki, apetyt zanika, zainteresowanie światem słabnie. Fala strumienia doznań i energii w ciele przypomina wielkie wahadło, dzięki któremu życie toczy się swobodnie i bez wysiłku. U osoby trwającej w napięciu ten przepływ jest zredukowany, a u osoby w depresji wydaje się zupełnie zanikać. W rezultacie każdy niedostatek ugruntowania działa tak, jak odcięcie drzewa od jednego z życiodajnych korzeni. Zniszcz wszystkie korzenie, a zobaczysz, czy długo jeszcze będzie żyło i stało prosto.