Depresja i ciałoTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wstęp

Dlaczego dotyka nas depresja

Depresja i nierzeczywistość

W pogoni za iluzją

Osoba wewnątrzsterowna

Ugruntowanie w rzeczywistości

Euforia a depresja

Ugruntowanie jednostki

Kilka bioenergetycznych ćwiczeń gruntujących

Energetyczna dynamika depresji

Stan depresyjny

Tłumienie uczuć

Samobójstwo i negatywność

Brak energii

Przypadek depresji

Problem

Leczenie

Depresja w perspektywie psychoanalitycznej

Utrata przedmiotu miłości

Ponury obraz

Reakcje na utratę

Stosowna żałoba

Oszustwo i samooszukiwanie się

Rozgrywka

Kobieta na piedestale

Miłość a dyscyplina

Wiara

Znaczenie wiary

Wiara a władza

Psychologia wiary

Wzrost wiary

Utrata wiary

Podgryzanie korzeni

Epidemia depresji

Śmierć Boga

Rzeczywistość

Wchodzenie w kontakt z rzeczywistością

Być w kontakcie

Wiara w życie

Animizm

Libido i energia

Duchowość ciała

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału: DEPRESSION AND THE BODY. The Biological Basis of Faith and Reality

Redakcja: Dorota Rżysko

Projekt okładki: KAV Studio Pola Rusiłowicz

Korekta: Małgorzata Denys

Copyright ©1972 by LowenCorp Publishing, LLC. All rights reserved.

Copyright for the Polish translation © by Paweł Luboński

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2019

Wydanie II

ISBN 9788381433372


dr. Johnowi C. Pierrakosowi,

drogiemu przyjacielowi

i najbliższemu współpracownikowi

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wstęp

Podstawowym celem starań psychiatrów, zarówno w przeszłości, jak i obecnie, jest przywrócenie osobie chorej psychicznie kontaktu z rzeczywistością. Jeśli utrata tego kontaktu jest poważna – pacjent błędnie ocenia czas i miejsce, w którym się znajduje, albo własną tożsamość – to stan taki opisuje się jako psychozę. Mówi się, że pacjent żywi urojenia, które zniekształcają jego odbiór rzeczywistości. W przypadku łagodniejszych zaburzeń emocjonalnych mówimy o nerwicy. Osoba neurotyczna nie jest zdezorientowana, jej postrzeganie świata nie jest zniekształcone, ale jej wyobrażenia o rzeczywistości są błędne. Żyje iluzjami, zatem jej funkcjonowanie w realnym świecie jest zaburzone. Ze względu na te iluzje neurotyka również uważa się za chorego psychicznie.

Nie zawsze jednak łatwo jest określić, czym jest rzeczywistość. Często mamy trudności z rozróżnieniem, które przekonania są iluzjami, a które są zgodne z realiami naszego świata. Wiara w duchy, niegdyś żywiona przez większość ludzi, dziś uchodzi za iluzję. W związku z tym czyjeś spotkanie z duchem należałoby zakwalifikować jako urojenie. Ale wobec rosnącej akceptacji istnienia zjawisk pozazmysłowych nasze przekonanie, że rzeczywistość nie obejmuje tego rodzaju fenomenów, zaczyna się chwiać. Zbyt wąski obraz rzeczywistości może również okazać się iluzoryczny. Niejednokrotnie osoba szczycąca się realizmem w istocie żywi ukryte złudzenia.

W życiu każdego człowieka jest jednak pewna rzeczywistość niepodlegająca dyskusji: jego fizyczna czy też cielesna egzystencja. Jego tożsamość, indywidualność, osobowość są zdeterminowane przez ciało. Kiedy ciało umiera, istnienie człowieka jako osoby dobiega końca. Nie można istnieć poza ciałem. Nie ma żadnej formy egzystencji umysłowej niezależnej od egzystencji fizycznej. Kto myśli inaczej, ulega iluzji. Stwierdzenie to nie neguje jednak faktu, że na naszą fizyczną egzystencję składa się obok aspektu materialnego także aspekt duchowy.

Z tego punktu widzenia pojęcie choroby psychicznej jest także iluzją. Nie ma takich zaburzeń umysłowych, które nie byłyby zarazem zaburzeniami fizycznymi. Depresja jest zarówno depresją psychiczną, jak i fizyczną. To w istocie przejawy jednego zjawiska na dwóch różnych poziomach osobowości. To samo można powiedzieć o każdym innym rodzaju tak zwanej choroby psychicznej. Przekonanie, że „to wszystko dzieje się w głowie”, stanowi wielką iluzję naszych czasów, ignorującą fundamentalny fakt, iż życie we wszystkich swoich najróżniejszych przejawach jest zjawiskiem fizycznym.

 

Właściwym terminem na określenie zaburzeń osobowości jest sformułowanie: „choroba emocjonalna”. Słowo „emocja” kojarzy się z ruchem1 i niesie zarówno fizyczne, jak i umysłowe implikacje. Ruch odbywa się na poziomie fizycznym, natomiast postrzeganie to sfera umysłowa. Zaburzenie emocjonalne dotyka obydwu aspektów osobowości. A ponieważ siłą napędową człowieka jest jego duch, więc i on jest zaangażowany w każdy konflikt emocjonalny. Osoba chora na depresję cierpi z powodu depresji duchowej.

Aby uniknąć iluzji, iż „to wszystko dzieje się w głowie”, musimy uświadomić sobie, że prawdziwa duchowość ma podstawy fizyczne, czy też biologiczne. Podobnie musimy dokonać rozróżnienia pomiędzy wiarą a przekonaniem. Przekonanie to efekt aktywności umysłowej, natomiast wiara jest głęboko zakorzeniona w biologicznych procesach cielesnych. Nie zrozumiemy rzeczywistej natury wiary, dopóki nie zbadamy tych procesów u ludzi wierzących i pozbawionych wiary. Człowiek chory na depresję, jak zobaczymy, to ktoś, kto utracił wiarę. Dociekanie, w jaki sposób i dlaczego do tego dochodzi, to główny temat tej książki. W toku analizy dotrzemy do biologicznych podstaw poczucia rzeczywistości i wiary. Nie sposób przecenić znaczenia tych badań, gdyż utrata wiary jest podstawowym problemem współczesnego człowieka.

ROZDZIAŁ 1

Dlaczego dotyka nas depresja
Depresja i nierzeczywistość

Depresja stała się tak powszechną przypadłością, że pewien psychiatra opisał ją wręcz jako reakcję „najzupełniej normalną”, oczywiście pod warunkiem że „nie utrudnia nam wykonywania codziennych obowiązków”2. Jednak nawet jeśli depresja jest czymś „normalnym” w statystycznym rozumieniu, czyli ze względu na odsetek osób, które jej doświadczają, to nie można jej uznać za stan dobrego zdrowia. Zgodnie bowiem z taką definicją normalności, również skłonności schizoidalne z towarzyszącym im poczuciem alienacji i zobojętnienia byłyby „normalne”, gdyby dotyczyły większości ludzi, pod warunkiem że przejawiałyby się łagodnie i nie wymagałyby hospitalizacji. To samo można powiedzieć o krótkowzroczności i bólach w krzyżu – przypadłościach dziś tak powszechnych, że statystycznie „normalnych” u współczesnego człowieka.

Są przecież ludzie, którzy nie cierpią na depresję, nie są schizoidami, nie mają wad wzroku i nie doznają bólów w krzyżu. Czy mamy uważać ich za nienormalnych? A może to oni są w pełni normalni, podczas gdy wielka liczba innych cierpi z powodu rozmaitych patologii, zarówno fizycznych, jak i psychicznych? Nierealistyczne byłoby oczekiwanie, że istota ludzka będzie żyła w stanie ciągłej radości. Nawet nasze dzieci, z natury bardziej skłonne do tej emocji, nie są bez przerwy wesołe. Lecz fakt, że tylko od czasu do czasu doznajemy radości, nie tłumaczy zjawiska depresji. Podstawą zdrowego funkcjonowania jednostki jest dobre samopoczucie. Zdrowa osoba przez większą część czasu czuje się dobrze, wykonując swoje obowiązki, pielęgnując związki, wypoczywając, podejmując taką czy inną aktywność. Sporadycznie stan zadowolenia osiąga poziom radości, a nawet szczyt w postaci uczucia ekstazy. Taki człowiek niekiedy przeżywa również rozczarowania, cierpi, jest smutny lub zawstydzony. Ale nie wpada w depresję.

Aby unaocznić czytelnikowi tę różnicę, pozwolę sobie porównać człowieka do skrzypiec. Kiedy ich struny mają właściwe napięcie, wibrują i emitują dźwięki. Można na nich zagrać wesołą lub smutną melodię, marsz pogrzebowy lub odę do radości. Jeśli skrzypce są rozstrojone, otrzymamy tylko kakofonię. Jeśli struny są zupełnie luźne, nie otrzymamy dźwięku w ogóle. Instrument jest wtedy martwy, nie reaguje na nasze zabiegi. To właśnie stan osoby pogrążonej w depresji: jest niezdolna do reagowania.

Niezdolność człowieka do reagowania odróżnia depresję od innych stanów emocjonalnych. Człowiek załamany odzyskuje wiarę w siebie i nadzieję, gdy sytuacja ulega zmianie. Człowiekowi przygnębionemu poprawia się nastrój, gdy znika przyczyna smutku. Melancholię może rozwiać oczekiwanie przyjemności. Nic jednak nie wywoła reakcji u osoby tkwiącej w depresji. Często perspektywa przyjemności lub poprawy sytuacji depresję nawet pogłębia.

W poważnych przypadkach depresji brak reakcji na świat zewnętrzny bywa ewidentny. Chory może godzinami siedzieć w fotelu, patrząc nieruchomo w przestrzeń. Może spędzać w łóżku większą część dnia, niezdolny wykrzesać z siebie energię do jakiejkolwiek aktywności. Ale większość przypadków nie sięga tak daleko. Pacjenci, u których leczyłem depresję, nie byli w tak ciężkim stanie. W zasadzie mogli podejmować codzienne czynności. Mieli pracę i jakoś w niej sobie radzili. Wykonywali obowiązki domowe i rodzicielskie. Postronnemu obserwatorowi jawili się jako osoby normalne. Wszyscy jednak skarżyli się na depresję, a ich bliscy zdawali sobie sprawę z ich stanu.

Typowy przypadek to Margaret. Młoda kobieta w wieku około dwudziestu pięciu lat. Miała męża – jak sama twierdziła – wspaniałego człowieka, miała interesującą pracę, o której nie powiedziała nigdy niczego złego. W gruncie rzeczy nie było w jej życiu żadnego powodu do niezadowolenia, a jednak skarżyła się na chroniczną depresję. Nie od razu postawiłem taką diagnozę, gdyż podczas wizyt w moim gabinecie Margaret zawsze była uśmiechnięta, mówiła o sobie z ożywieniem, nieco piskliwym głosem. Ktoś widzący ją po raz pierwszy nie rozpoznałby natury jej problemów, o ile nie byłby na tyle wnikliwy, by skonstatować, że jej zachowanie jest maską. Jeśli obserwowało się ją uważnie lub przyłapało w chwili, gdy przestała się kontrolować, można było zauważyć, że czasami nienaturalnie cichnie, a jej twarz, pozbawiona uśmiechu, traci wszelki wyraz.

Margaret wiedziała, że cierpi na depresję. Codziennie rano musiała zdobywać się na wysiłek, żeby wstać z łóżka i pójść do pracy. Mogłaby leżeć i nic nie robić. W istocie we wcześniejszym okresie jej życia bywały chwile, gdy czuła się kompletnie obezwładniona. Teraz to już się nie zdarzało i w ciągu ostatnich lat w stanie Margaret nastąpiła ogólna poprawa. Wciąż jednak w jej osobowości występowały pewne niedostatki – poczucie pustki i niezdolność do odczuwania szczerej przyjemności. Ukrywała coś przed samą sobą. Uśmiech, elokwencja i cały sposób bycia to była fasada, mająca mówić światu, że wszystko jest w porządku. Kiedy była sama, fasada waliła się w gruzy i depresja wychodziła na powierzchnię.

W toku terapii Margaret nawiązała kontakt z głębokim uczuciem smutku. Uświadomiła sobie, że nie przyznawała sobie prawa do wyrażania tego smutku. Kiedy mu się jednak poddawała, zaczynała płakać i płacz ten zawsze przynosił jej dużą ulgę. Potrafiła także wzbudzić w sobie gniew skierowany przeciwko barierom uniemożliwiającym jej wyrażanie uczuć. Kopanie w kozetkę i walenie w nią pięściami poprawiało jej nastrój i wzmacniało siły duchowe. Właściwym celem terapii było odkrycie przyczyny smutku i wyeliminowanie potrzeby skrywania się za fasadą wesołości. Gdy Margaret weszła w kontakt ze swoimi emocjami i nauczyła się bezpośrednio je wyrażać, jej depresja osłabła.

W następnych rozdziałach omówię bardziej szczegółowo sposób leczenia depresji. Przedstawiłem przypadek Margaret nie po to, by wykazać, że jest to prosta terapia, która przynosi szybkie i niezawodne rezultaty. Niektórym pacjentom pomaga, inni na nią nie reagują. Każdy przypadek jest inny, każdy człowiek jest jedyny w swoim rodzaju, każda osobowość kształtuje się pod wpływem niezliczonych czynników. Niezależnie jednak od tego, czy pacjent odpowiednio reaguje na leczenie, czy nie, można wskazać pewne wspólne cechy wszystkich reakcji depresyjnych. Oto kilka innych historii.

David to homoseksualista pod pięćdziesiątkę, odnoszący znaczne sukcesy zawodowe. Wpadł w depresję, według jego własnej opinii, z powodu poważnej utraty potencji seksualnej. Dzięki pracy, której gorliwie się oddawał, miał wielu znajomych, ale nie miał żadnej bliskiej osoby, z którą mógłby dzielić życie. Był samotny, więc wydawało się, że ma dobry powód, by wpaść w depresję. Jednak pewne czytelne cechy osobowości Davida sugerowały, że prawdziwa przyczyna jego depresji jest inna.

Twarz Davida stanowiła maskę, lecz w przeciwieństwie do Margaret nie silił się, by nadać jej jakiś wyraz. Była tak nieruchoma, że przypominała wręcz twarz nieboszczyka. Szczęki zaciśnięte, spojrzenie bezbarwne, ciało sztywne jak deska. David skarżył się na bóle w plecach i był podatny na anginę. Oddech miał płytki, głos cienki i bezbarwny. Patrząc na niego, miałem wrażenie, że jest tylko na pół żywy.

Równie bez życia był, gdy chodziło o wyrażanie uczuć. Po prostu ich nie doznawał. Po dłuższym okresie terapii, podczas której uczyłem go głębszego oddychania i rozluźniania ciała, udało mi się wreszcie skłonić go, by się przełamał i zareagował płaczem na moje zabiegi. Ale zdarzyło się to tylko raz. David był nie do ruszenia. Chociaż chciał się leczyć, nie potrafił zrezygnować ze swojego podświadomego oporu i zobojętnienia na bodźce. Nawiązując do tej postawy, przywołał incydent ze swojego dzieciństwa, który dał mi pewien wgląd w źródło jego zachowania. Matka, do której był bardzo przywiązany, wpadła kiedyś w histerię. Krzyczała i zanosiła się płaczem. David zamknął się w swoim pokoju, żeby tego nie słuchać, ale matka zaczęła dobijać się do drzwi, na przemian żądając i błagając, żeby do niej wyszedł. David nie zareagował. Zamknął się w sobie i w pewnym sensie pozostał zamknięty do dziś. Przypomniało mi się powiedzenie o robieniu dobrej miny do złej gry, tylko że w przypadku Davida było to robienie ponurej miny do złej gry.

David pozostał zamknięty w sobie, samotny i do pewnego stopnia pogrążony w ciągłej depresji. Z wiekiem zamykał się coraz bardziej. Systematycznie pogłębiająca się depresja była bezpośrednim skutkiem zablokowania emocji i towarzyszącej temu redukcji sił życiowych. To z kolei stopniowo nadwerężało jego potencję seksualną. Nie było więc prawdą, że w depresję wpędziła go utrata potencji. Jego potencja więdła, bo więdło jego życie i kurczyła się witalność. Wciąż jakoś się trzymał, ale funkcjonował bardziej jak maszyna niż istota ludzka. Chodził nawet regularnie na siłownię, by utrzymać swoje ciało w dobrej kondycji.

Jakiś czas temu zajmowałem się psychologiem, który zgłosił się na terapię jakoby w tym celu, by zapoznać się z bioenergetycznym podejściem do problemów emocjonalnych3. George miał wiele problemów, o których mogliśmy otwarcie rozmawiać, gdyż manifestowały się w fizycznej ekspresji jego ciała. Często przybierał głupawe, błazeńskie pozy, które zaprzeczały jego błyskotliwej inteligencji. Był silnie umięśniony, chociaż nigdy nie uprawiał sportu ani nie wykonywał żadnych ćwiczeń gimnastycznych. Napięta i nadmiernie rozbudowana muskulatura wiązała się z wysiłkiem, który podejmował, by powstrzymać bądź stłumić swoje emocje.

Kiedy poczyniliśmy w terapii znaczne postępy, pewnego dnia stwierdził: „Czuję teraz, że przełamałem swoją depresję. Zawsze byłem w lekkiej depresji”. Zaskoczyła mnie jego uwaga. Nigdy wcześniej nie wspominał, że cierpi na depresję, a co dziwniejsze, ja też nie rozważałem takiej ewentualności. Nie skarżył się na trudności z wychodzeniem do pracy i wiedziałem, że praca przynosi mu satysfakcję. Sprawiał wrażenie człowieka aktywnego życiowo. Przez otoczenie musiał więc być uważany za osobę w pełni normalną.

Jednak jego reakcje emocjonalne były upośledzone. Stale miał obniżony nastrój, nie przeżywał wzlotów duchowych, czuł się skrępowany i przytłoczony. Jego depresja nie była na tyle poważna, by go paraliżować, ale tak czy inaczej była to depresja. Jest to powszechna forma tej przypadłości. Obserwując ludzi w moim gabinecie i poza nim, doszedłem do wniosku , że spotykamy się z nią na każdym kroku. Większości ludzi brakuje wewnętrznego pobudzenia, które powinno dodawać wigoru ich życiu. Ciągną swój wózek, ale często z ponurą determinacją i sztywnością właściwą maszynie. Ponurość, gnuśność i monotonia wewnętrznego życia wyraźnie odbijają się w ich ciałach i mają bezpośredni wpływ na ich sytuację życiową.

 

Przedstawię jeszcze jeden przypadek – kobiety cierpiącej na ciężką depresję ze skłonnościami samobójczymi. Pacjentka, którą będę nazywał Anne, przez kilka lat poddawała się terapii psychoanalitycznej. W ostatnim czasie zaczęła miewać myśli samobójcze i wydawało się, że ich źródłem jest poczucie, iż nie sprawdziła się jako kobieta. Wiązało się to z faktem, że dobiegała czterdziestki i nie zawarła dotąd małżeństwa. Anne była osobą inteligentną i osiągała sukcesy zarówno w pracy zawodowej, jak i w swoich próbach twórczych. Wraz z utratą ducha praca zaczęła jej sprawiać trudności, a potrzeba aktywności twórczej osłabła. Do jej załamania przyczyniło się kilka czynników, ale wszystkie wiązały się z utratą poczucia kobiecości i atrakcyjności.

Kiedy po raz pierwszy ujrzałem Anne, wyglądała na załamaną. Jej ciało było zwiotczałe, mięśnie sflaczałe, skóra twarzy obwisła i bezbarwna. Nie miała dość energii, by głębiej odetchnąć, i jej stały komentarz brzmiał: „To nie ma sensu”. Kiedy pacjent mówi coś takiego, na ogół ma to znaczyć: „Nie ma sensu się starać. I tak mi się nie uda”. Miałem jednak wrażenie, że Anne chce przez to powiedzieć: „Życie nie ma sensu. To po prostu nie dla mnie”. Jej poczucie beznadziejności było tak wszechogarniające, że w gruncie rzeczy była gotowa umrzeć. Ciało odzwierciedlało tę rezygnację. W jaki jednak sposób doprowadziła się do takiego stanu i o co toczyła walkę?

W toku rozmowy wyszło na jaw, że kiedy Anne miała cztery lata, wydarzyło się coś, co wywarło decydujący wpływ na jej dalsze życie. Wcześniej przez jakieś półtora roku miała zwyczaj przyglądać się, jak jej ojciec oddaje mocz. Często dotykała przy tym jego penisa. Ale pewnego dnia przy takiej okazji ojciec zwrócił się do niej i powiedział: „Zostaw mnie, świntucho!”. Nietrudno sobie wyobrazić, jakim upokorzeniem było dla małej dziewczynki takie nagłe odrzucenie. Była zdruzgotana i zaczęła unikać wszelkiego fizycznego kontaktu z rodzicami. Ale równie wielkie znaczenie miał fakt, że zwróciła się przeciwko własnemu ciału i własnej seksualności.

W dorosłym życiu Anne parokrotnie angażowała się w związki lesbijskie. Przeżyła również poważny romans z żonatym mężczyzną. Ani jedno, ani drugie nie dało jej satysfakcji, gdyż nie pozwalała sobie na to, by prawdziwie pragnąć lub potrzebować innej osoby. Rana była zbyt głęboka i jej serce zamknęło się. Potrafiła jedynie ofiarowywać swoje ciało, swoją inteligencję, swoją kreatywność i swoje piersi. W piersiach skupiła się cała jej zmysłowość. Były dla niej jedynym źródłem erotycznej przyjemności, ale nawet tego sobie odmawiała. Jakiś rok przedtem, zanim ją poznałem, poddała się operacji plastycznej, jakoby w tym celu, by ujędrnić swój biust i poprawić jego wygląd, lecz w świetle ciężkiej depresji, w której się następnie pogrążyła, tę deklarowaną motywację można podać w wątpliwość. W rezultacie straciła w piersiach wszelkie czucie.

Mogłem się domyślić, że bodźcem do poddania się operacji było nieświadome pragnienie, by odciąć się od doznań erotycznych. Ciało z jego popędami stanowiło podstawową przyczynę problemów Anne i pozostawało źródłem frustracji. Z drugiej strony wciąż miała otwarty umysł, żywą inteligencję i duży potencjał twórczy. Cóż za pokusa – zapomnieć o ciele i żyć w czystej, eterycznej atmosferze psyche! Lecz Anne nie była osobowością schizoidalną ani schizofreniczną i tak silna dysocjacja była dla niej niedostępna. Mogła znieczulić swoje ciało, lecz nie mogła od niego uciec.

Jej dziecinne zainteresowanie penisem ojca było czymś zupełnie niewinnym. Myślę, że trzeba to wyraźnie powiedzieć, abyśmy zrozumieli niszczące skutki opisanej sytuacji. Owo zainteresowanie miało dwa źródła. Pierwszym było naturalne u wszystkich dzieci zaciekawienie męskim organem płciowym, symbolem rozrodczości; drugim było zjawisko przeniesienia emocji. Do takiego przeniesienia dochodzi, gdy właściwy obiekt pożądania jest niedostępny. Brak satysfakcjonujących relacji z matką nie tylko spowodował u Anne zdecydowane przeniesienie emocji na ojca, lecz także stał się zasadniczą praprzyczyną jej skłonności do depresji (rola matki w zjawisku depresji będzie szerzej omówiona w dalszej części książki). Zachowanie ojca odebrała jako pozbawienie jej prawa do odczuwania erotycznej satysfakcji z cielesnego z nim kontaktu. To z kolei sprawiło, że zanegowała możliwość doznawania przyjemności we własnym ciele. Takie nastawienie to podstawa àààrozwoju depresji.

Dla wszystkich czterech opisanych przypadków i w ogóle wszystkich reakcji depresyjnych typowy jest brak poczucia rzeczywistości, widoczny w postawie i zachowaniu pacjenta. Człowiek cierpiący na depresję żyje przeszłością i neguje teraźniejszość. Na przykład Anne, odrzucając własne ciało, podtrzymywała poczucie odrzucenia, którego doznała ze strony ojca. Przeszłość była dla niej czymś realnym i dawna trauma była wciąż na nowo odtwarzana w teraźniejszości. Margaret uparcie negowała swój smutek, choć żadne bieżące okoliczności nie usprawiedliwiały takiej postawy. David zaś znajdował w samotności i izolacji tę samą niezdrową satysfakcję, jakiej doznawał w dzieciństwie, zamykając się przed swoją zaborczą matką. Oczywiście osoba w depresji nie uświadamia sobie, że tkwi mentalnie w przeszłości, ponieważ żyje również przyszłością – w obliczu teraźniejszości równie nierealną, jak przeszłość.

Ktoś, kto doświadczył w dzieciństwie utraty lub traumy, które podkopały jego samoakceptację i poczucie bezpieczeństwa, tworzy sobie obraz przyszłości, która będzie odwrotnością minionego przeżycia. Tak więc osoba, która jako dziecko doznała odrzucenia, wyobraża sobie przyszłość pełną akceptacji i aprobaty. Jeśli w dzieciństwie zmagała się z poczuciem bezsilności, jej umysł w naturalny sposób kompensuje ten uraz obrazami przyszłej potęgi i władzy. W swych fantazjach i marzeniach umysł próbuje odwrócić nieprzyjemną, trudną do zaakceptowania rzeczywistość, produkując wizje, które wynoszą jednostkę i rozdymają jej ego. Jeśli znaczna część czyjejś energii skupia się na tych wizjach, człowiek traci z pola widzenia ich źródło, czyli doświadczenia z dzieciństwa, i będzie gotów poświęcić teraźniejszość dla ich spełnienia. Jest to jednak cel nierealny i niemożliwy do osiągnięcia.

Każdy z przedstawionych wyżej pacjentów z depresją przywiązał się właśnie do takiej nierealnej wizji przyszłości. Według Margaret ma to być czas doskonałej harmonii, wolny od smutku i cierpienia. Próbuje ona zbudować taką przyszłość, negując swoje żale i resentymenty. David w obrazie przyszłości widzi siebie jako człowieka kochanego i podziwianego za swoje nieuleganie emocjom i stoicyzm, całkowicie ignorując fakt, że taka postawa uniemożliwia nawiązywanie kontaktów i skazuje go na samotność. George pielęgnuje wizję potęgi à la Walter Mitty4, co uzewnętrznia się w jego nadmiernie rozrośniętej muskulaturze, i nie zdaje sobie sprawy, że te same mięśnie krępują go i ograniczają. A kiedy zwróciłem Anne uwagę, że jej oddech jest płytki, odrzekła: „Jakie znaczenie ma oddech?”. Ale przecież gdyby nie oddychała, to jej inteligencja i kreatywność nie miałyby żadnej przyszłości. Marzenie o umyśle, który nie potrzebuje ciała, to mrzonka.

Nierealistyczność postawy osoby cierpiącej na depresję najlepiej uwidocznia się w utracie kontaktu z własnym ciałem. Człowiek pogrążony w depresji jest pozbawiony autopercepcji. Nie widzi siebie takim, jakim jest naprawdę, gdyż jego umysł koncentruje się na nierealnej wizji. Nie zdaje sobie sprawy z ograniczających go napięć mięśniowych, chociaż to one są odpowiedzialne za jego niemożność spełnienia się w teraźniejszości. Nie wyczuwa zaburzeń w funkcjonowaniu własnego ciała, takich jak obniżona mobilność i słabe oddychanie, ponieważ identyfikuje się tylko ze swoim ego, wolą i wyobraźnią. Ignoruje życie ciała, życie w teraźniejszości, uważa je za nieistotne, gdyż jego wzrok spoczywa na przyszłych celach. Tylko one się liczą.