W mroku lasu

Tekst
Autor:
Z serii: Ryder Creed #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Blackwater River State Forest

Maggie z apetytem pochłonęła ostatnie kęsy kanapki Hanny, nie zważając na otaczający ich nieprzyjemny zapach. Nie jadła od wczesnego ranka, o szóstej miała samolot, więc kiedy Brodie spytała, czy ktoś jest głodny, Maggie bez skrępowania przyjęła poczęstunek. Zdecydowanie przebyła długą drogę od swojego pierwszego miejsca zbrodni, kiedy potrzebowała Vicks VapoRub, a i tak zwymiotowała ciasteczka.

Popiła kanapkę ciepłą wodą, rozglądając się wokół. Cały ten czas zastanawiała się, jak szybko oczy Rydera Creeda w kolorze indygo kompletnie ją rozbroją. Nie chodziło tylko o jego oczy. Chodziło o ten cień uśmiechu i dotyk zadbanego zarostu.

Była doświadczoną profesjonalistką, ekspertką w swojej dziedzinie. Na Boga, ścigała seryjnych morderców! A jednak właśnie ten mężczyzna sprawiał, że czuła się jak głupiutka i usychająca z miłości nastolatka.

Ledwie kilka minut temu odprowadzała go wzrokiem, gdy razem z szeryf Norwich zniknął w głębi lasu, żeby pokazać miejsca wskazane przez Grace. Brodie i Maggie kończyły jeść kanapki. Kazał im zostać w cieniu i dopilnował, żeby Grace zjadła swój lunch. Mała suczka poruszała uszami, z nosem w misce wciąż nasłuchiwała jego głosu.

– Grace nie lubi zostawać bez Rydera – powiedziała Brodie.

Maggie znała to uczucie, choć miała nadzieję, że nie jest tak przezroczysta jak Grace. Prawdę mówiąc, od miesięcy szukała pretekstu, by znów zobaczyć się z Ryderem. Regularnie rozmawiali przez telefon, ale to nie to samo, rzecz jasna. Nie miała odwagi poprosić, żeby przyjechał do Wirginii. Przecież opiekował się Brodie i miał mnóstwo obowiązków związanych z liczną gromadką psów.

Tak przynajmniej sobie mówiła. Może jakaś jej część martwiła się, że jeśli go zaprosi, a on odmówi, wszystko między nimi się zmieni. Wszystko? Nie wiedziała nawet, jak nazwać to, co ich łączy.

Kiedy była daleko od Rydera, łatwo było jej powiedzieć, że lubi swoje życie, jakie jest. Zajęła się tworzeniem nowego wydziału śledczego. Nowy dyrektor FBI przydzielił jej to zadanie i jak dotąd, zapewniał jej dużą swobodę. W miarę potrzeby korzystała z tego, między innymi mogła osobiście odpowiedzieć na prośbę Claytona, szeryfa hrabstwa Escambia.

Zawartość boksu magazynowego ze wstępnego opisu wydawała się na tyle frapująca, by mogła uznać, że warto się jej dokładnie przyjrzeć, dlatego zorganizowała służbowy wyjazd… połączony z kolacją z Ryderem. Wiedziała, że w razie konieczności będzie mogła tu zostać parę dni. Pomyślała, że nie będzie niczego planować. Przekona się, czy zawartość magazynu rzeczywiście wymaga bliższego zbadania. Albo zdecyduje, czy ma odwagę zostać i spędzić więcej czasu z Ryderem.

Jej brat Patrick, strażak, który z nią mieszkał, miał akurat wolny tydzień i zgodził się zająć psami Maggie, Jakiem i Harveyem, więc mogła tu zostać bez przeszkód. Nie istniały żadne przeszkody poza nią samą. Potem spojrzała w te oczy w kolorze indygo i nagle nie mogła sobie przypomnieć, czemu tak boi się własnych uczuć.

Vickie pomachała do Maggie, by do niej dołączyła. Wcześniej rozdała im osłony na buty i lateksowe rękawiczki. Maggie wciągnęła je.

– Zostaniecie tu same? – spytała, patrząc na Brodie i Grace.

Brodie kiwnęła głową. Grace wciąż w skupieniu nasłuchiwała głosu Rydera.

Kiedy Maggie stanęła obok Vickie, natychmiast pożałowała, że nie zwlekała z tym parę minut.

– Czerwie – westchnęła, patrząc na Vickie, która nabrała garść larw i wrzuciła je do pojemnika na dowody napełnionego alkoholem izopropylowym. – Nie znoszę ich.

– Naprawdę? Pomyślałabym, że widuje je pani dość często.

– To nie znaczy, że mam je lubić.

– Czasami opowiadają nam fragment historii, którego bez nich nigdy byśmy nie poznali.

Maggie nie mogła z tym dyskutować. Choć czerwie były obrzydliwe, to, co zjadły i kiedy to zjadły, mogło dostarczyć ważnego materiału dowodowego.

– Ale to właściwie jeszcze nie są czerwie – zauważyła Vickie. – W tym upale znaczy to tyle, że niedawno zmarł. Może nawet niecałą dobę temu. – Oznakowała pojemnik z czerwiami, wyprostowała się i stwierdziła: – Proszę mi powiedzieć, co tu się nie zgadza.

Maggie zwróciła uwagę, że Vickie stała się dość milkliwa. Paplanina w magazynie należała do przeszłości, zagościł w niej pełen powagi spokój. Maggie pomyślała, że stała się jakby refleksyjna, lecz przy tym niepozbawiona cienia zdenerwowania. Innymi słowy, coś ją irytowało.

Maggie przyjrzała się dokładniej. Mężczyzna leżał twarzą do ziemi. Rana na potylicy wciąż krwawiła, gdy znalazł się w tym miejscu. Być może cios zadano mu właśnie tutaj. Na liściach i ziemi wokół niego było wystarczająco dużo krwi, by ta teoria mogła być prawdziwa.

Piaszczysta ziemia zakrywała go do pasa. Grób był płytki, jakby morderca wykopał tylko dół długości i szerokości ciała, głęboki na trzydzieści centymetrów, a zapewne nawet mniej, wtoczył tam ciało i nie zawracał sobie głowy, by zakryć je całe.

Tak to wyglądało na pierwszy rzut oka.

Potem Maggie zobaczyła to, do czego mogła nawiązywać Vickie, i skrzywiła się. Czemu od razu tego nie spostrzegła?

Ręce mężczyzny znajdowały się nad jego głową i były ugięte w łokciach. Ale te ręce nie przemieściły się tak po prostu, kiedy ciało wtaczano do grobu. Przykucnęła i pochyliła się nad nim. Opędzała się od much, choć to niewiele pomagało. I tak nie dawały jej spokoju.

Ręką w rękawiczce uniosła jedną z rąk ofiary. Była już zesztywniała. Podniosła wzrok na Vickie, która też to dostrzegła.

Koroner odezwała się niepytana:

– Czyli znajduje się tu mniej niż trzydzieści sześć godzin.

Ale Maggie nie na tym się skupiła. Była zaszokowana, widząc rowki w ziemi. Mężczyzna ściskał w ręce liście, za paznokciami miał ziemię.

Maggie wyprostowała się i rzuciła wzrokiem dokoła. Szeryf Norwich znajdowała się na drugim końcu polany i rozmawiała przez telefon. Maggie słyszała wydawane przez nią polecenia. Ryder i Grace stali z Brodie w cieniu, poza zasięgiem jej głosu. Odwróciła się do nich wszystkich plecami, spojrzała na Vickie i powiedziała:

– On jeszcze żył, kiedy morderca go pogrzebał.

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

– Morderca o tym nie wiedział? – spytała Maggie – A może się tym nie przejmował.

– Motyw to pani działka – stwierdziła Vickie, wyjmując kolejny pojemnik i kilka woreczków na dowody. – Mogą być jeszcze inne obrażenia.

Maggie przeszła wzdłuż ciała, bacznie je oglądając.

– Nie widać innych śladów – oznajmiła.

Widziała rysę w ziemi w miejscu, gdzie prawdopodobnie potknęła się Brodie. Odciski jej stóp były mniejsze niż pozostałe ślady stóp wokół grobu. Obejrzała się na Rydera i zobaczyła, że ma na sobie niskie buty trekkingowe. Technikom kryminalistycznym łatwo będzie je odróżnić. Inne ślady też były charakterystyczne. Odciski stóp, z powodu wzorów podeszew i przylepionych do nich grudek ziemi, małych gałązek czy liści, mogą stanowić równie obciążający dowód, jak odciski palców.

– Jeżeli wyeliminujemy ślady stóp Rydera i Brodie, zostaje chyba tylko jedna para – oświadczyła Maggie.

– Co znaczy, że ten dżentelmen nie trafił do grobu na własnych nogach. – Szeryf Norwich skończyła rozmawiać przez telefon i podeszła dość blisko, by słyszeć ich wymianę zdać.

– Ma pani rację – powiedziała Vickie. – Ale wygląda na to, że on jeszcze żył, kiedy morderca go zakopywał.

Norwich mrugnęła kilka razy, obróciła głowę, gwałtownie przeniosła spojrzenie w dół. Potem podniosła wzrok na Maggie i spytała:

– Myśli pani, że znał swojego mordercę? Że to jakaś osobista sprawa?

Maggie rozumiała, o co pyta Norwich, wiedziała też, że w jej pytaniu kryje się nadzieja. Gdyby to była sprawa osobista, ten człowiek nie byłby przypadkową ofiarą. Na ogół łatwiej znaleźć mordercę, kiedy istnieje wyraźny związek między nim a ofiarą.

– Nawet gdyby tak było – odparła Maggie – to nie wyjaśnia niczego na temat pozostałych ofiar.

Norwich wsunęła ręce do kieszeni ciemnozielonych mundurowych spodni i pokręciła głową.

– Technik i mój zastępca już tu idą. Prowadzą ich Jason ze Scoutem. Chyba ta farba w spreju się sprawdziła.

Vickie uśmiechnęła się, wciskając termometr w brązową masę czerwi.

– Musimy znaleźć inną drogę, żeby można łatwiej się tu dostać – powiedziała Norwich. – Nie wyobrażam sobie, by ciągnąć ludzi i sprzęt przez tę dżunglę w tę i z powrotem. – Cofnęła się i wskazała na Rydera i Brodie.

Maggie wiedziała, że Ryder i Norwich przeżyli koszmarne chwile podczas tornad, których Alabama doświadczyła w marcu. Nie zdziwiła się, gdy patrzyła, jak Ryder udzielał Norwich pierwszej pomocy, bo to leżało w jego naturze, ale zaskoczyło ją, że dumna i harda szeryf tę pomoc przyjęła. Najwyraźniej ci dwoje darzyli się wzajemnym szacunkiem. A jednak Norwich nie dostrzegła tego, na co właśnie zwróciła uwagę Maggie. Ryder zawahał się mimowolnie, przelotnie zerkając na Brodie.

Odkąd zjawili się na polanie, Maggie widziała, że niepokoił się o siostrę i nie był zadowolony, że im tu towarzyszy. Doskonale wiedziała, co przeszła Brodie. Jeszcze osiem miesięcy temu była przetrzymywana przez szaloną kobietę i jej syna. Wysoka i szczupła Brodie wciąż dochodziła do siebie, walcząc ze skutkami niedożywienia i szkód, które jej wyrządziły podawane przez porywaczy leki. Maggie nie udawała, że zna jej stan psychiczny, a jednak Brodie nie sprawiała wrażenia, że jest przerażona tym, co teraz się dzieje na jej oczach.

Ryder kazał Grace usiąść. Zamierzał zostawić ją razem z siostrą w cieniu, ale Norwich pomachała do Brodie, żeby do niej podeszła. Z tym że odsunęła się od grobu i zasłoniła go własnym ciałem. Może jednak nie była całkiem nieświadoma trosk Rydera.

 

– Wy dwoje znacie ten teren. Są tu jakieś ścieżki, które prowadzą do drogi?

Maggie widziała, jak Brodie pokręciła głową, po czym odparła:

– Nigdy wcześniej tu nie byłam, jestem tu pierwszy raz.

– Może jakoś dojdę do tego, którędy przyszedł morderca – włączył się Ryder.

– Jest pan w stanie nam to powiedzieć?

Maggie zaczęła się uśmiechać, zanim Ryder wyjaśnił:

– Ja nie, ale Grace może się to udać.

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

Creed nie miał pewności, czy to się sprawdzi. Nigdy nie prosił żadnego ze swoich psów, żeby szedł za zapachem pochodzącym wyłącznie ze śladów stóp. Najlepiej sprawdzał się jakiś element ubrania, zwłaszcza taki, który znajdował się blisko ciała. Indywidualny zapach – skóry, potu, chemii ciała czy nawet produktów higieniczno-kosmetycznych – to kombinacja zapachów specyficzna dla danej osoby.

Ślady stóp także zawierają odrobinę tego zapachu. Creed miał nadzieję, że pokazują, gdzie mógł się utrzymać, na przykład w trawie czy na krzewach.

Na ziemi znajdowało się mnóstwo odciśniętych śladów, niektóre tak wyraźnie, że widział wzór podeszwy. Trawa była zdeptana, a liście wgniecione w ziemię, jednak wydawało się, że ślady prowadzą w różnych kierunkach.

Creed zwrócił się do Vickie i Maggie:

– Większość tych śladów wygląda jak ślady jednej i tej samej osoby. To możliwe?

– Tak. – Maggie skinęła głową. – Właśnie o tym rozmawiałyśmy.

Odsunęły się na bok, robiąc miejsce Creedowi i Grace. Norwich i Brodie podeszły bliżej. Zazwyczaj Creed prosił wszystkich, by opuścili miejsce, gdzie prowadził poszukiwania, ale prawdę mówiąc, ich obecność bardziej przeszkadzała jemu niż Grace. Zbyt często ludzie przypatrywali się ich pracy, jakby spodziewali się ujrzeć jakiś czary, ale ta widownia nie należała do tej kategorii.

– Chce pan powiedzieć, że na podstawie śladów stóp Grace może określić, skąd przyszedł morderca? – spytała Norwich.

Creed poczuł się zawiedziony, gdy usłyszał powątpiewanie w jej głosie. Minęły ledwie trzy miesiące od chwili, gdy szeryf była świadkiem, jak Grace znalazła dziecko przypięte do samochodowego fotelika. Tornado porwało je z auta i przerzuciło ze sto metrów dalej na środek pola pod powalone sosny. To rozczarowujące, że Norwich może należeć do tych, którzy w konkretnych i biologicznie uwarunkowanych zdolnościach psa jednak widzą magię.

– Odciski stóp mogą zostawić ślad zapachowy – zaczął wyjaśniać. – Mogą też wskazać miejsca, gdzie był morderca i gdzie ewentualnie pozostał jego zapach. – Spojrzał znów na Vickie i Maggie. – Zależy, jak długo te ślady tu są. Macie jakieś pojęcie?

– Ofiara nadal jest sztywna – odparła Vickie. – Czyli leży tu mniej niż trzydzieści sześć godzin. Jaja much dopiero zaczynają zamieniać się w czerwie, co w tym upale może oznaczać mniej niż dwadzieścia cztery godziny.

– Cząsteczki zapachu rozpraszają się w powietrzu – podjął Creed – ale wilgoć trzyma je bliżej ziemi, więc te ślady mogły zachować lekki zapach. Oczywiście najpóźniej zostawione ślady będą miały silniejszą woń. I pamiętajcie, on dziś znów tu był, więc niewykluczone, że przyszedł tą samą drogą.

– Zapomniałam o tym – powiedziała Norwich.

Creed nie chciał o tym myśleć. Morderca wrócił na miejsce swojej zbrodni, obserwował ich… i śledził Brodie.

Ścigał ją.

Jego ślady i zapach bez wątpienia tu pozostały, ale ograniczenie terenu poszukiwań i znalezienie przez Grace drogi, którą przyszedł morderca, mogło okazać się zbyt dużym wyzwaniem. Zwłaszcza że prawdopodobnie krążył wokół tego miejsca, nim ruszył za Brodie.

Creed dojrzał ślad jego stopy mocno odciśnięty w ziemi i przywołał Grace. Wskazał jej ślad i kazał wąchać. Natychmiast zaczęła poruszać nozdrzami. To ważny znak, bo przecież Grace pracowała nosem. Zamiast jednak węszyć tuż przy ziemi, unosiła nos i sprawdzała, czy znajdzie ten zapach w powietrzu. Creed wskazał jej kolejny ślad, potem następny.

Powietrze wypełniała oszałamiająca rozmaitość woni. Cały ranek Grace znajdowała zapachy, ale były to zapachy związane z procesem rozkładu ciała. Teraz Creed kazał jej szukać specyficznego zapachu konkretnego człowieka.

Grace obwąchiwała pobliskie drzewa i krzewy. W jednym miejscu, gdzie trawa była zgnieciona przez coś, co wcześniej musiało na niej leżeć, zatrzymała się. Może przez jakiś czas znajdowało się tam coś, co należało do mordercy.

Po dwunastu śladach Creed uznał, że Grace na pewno zidentyfikowała nowy zapach.

Rozejrzał się i zobaczył, że kobiety stoją w cieniu kilka metrów dalej. Poprosił bliżej szeryf Norwich i powiedział:

– Zwykle kiedy proszę jednego z moich psów, żeby szukał zapachu jakiejś osoby, znam imię zaginionego. I tym imieniem nazywam zapach.

– Pamiętam, że Jason, jeden z pana przewodników tak robił – odparła. – Przy okazji poszukiwania młodej dziewczyny ostatniej jesieni.

– Nazwę ten zapach Drapieżcą.

Grace patrzyła na niego, unosząc nos. Niecierpliwie, gotowa do pracy, kopała przednią łapą.

– Szukaj Drapieżcy, Grace.

Creed słyszał za sobą ciężki oddech Norwich. Zwolnił, żeby dzieliło ich tylko parę kroków, podczas gdy Grace pognała do przodu tak daleko, że stracił ją z oczu. Spuścił ją ze smyczy, a teraz zastanawiał się, czy to była słuszna decyzja. A jeśli morderca gdzieś tam czyha? Jeśli Grace go znajdzie…

W chwili, gdy przeszedł go dreszcz, dostrzegł ogon Grace. Zdała sobie sprawę, że go zgubiła, i zawróciła. Mknęła między drzewami. Na jego widok zatrzymała się, lecz odrzucała do tyłu głowę, jakby niecierpliwie wskazywała kierunek.

– To wcale nie jest łatwiejsza droga! – zawołała Norwich. Oparła ręce na biodrach, twarz znów miała czerwoną.

Creed przystanął i uniósł rękę, dając Grace znak, żeby się nie ruszała.

– Zrobimy sobie przerwę i napijemy się wody? – zaproponował.

Nie minęło jeszcze dziesięć minut, odkąd ruszyli z polany. Im dalej szli, tym bardziej przypominało to drogę, którą już ktoś przed nimi pokonał. Creed widział połamane gałązki drzew i krzewów, trawa była udeptana, liście i igły sosnowe zostały zmiecione na bok. Miejscami trafiali na ślady ciągnięcia czegoś po ziemi, czegoś ciężkiego i szerszego niż trzydzieści centymetrów. Gdyby Creed miał zgadywać, powiedziałby, że to worek… worek z ciałem.

– On szedł tą drogą – powiedział do Norwich.

– Cóż, mam nadzieję, że doprowadzi nas do drogi dojazdowej do lasu.

Creed nie odpowiedział. Podejrzewał, że szeryf by się nie ucieszyła, gdyby zobaczyła, co ich czeka po drugiej stronie drzew. Ta parcela lasu nie została zagospodarowana przez park narodowy, tylko tworzyła naturalną barierę, która powstrzymywała turystów przed wejściem na prywatny teren, taki jak jego i Hanny. Nie wiedział o żadnych istniejących tu drogach. A przynajmniej na mapach żadnej nie było.

Grace ponownie ruszyła przed siebie, tym razem wolniej. Zanim jeszcze dotarli na skraj lasu, Creed poczuł zapach wody i usłyszał jej szum. Wyszli spomiędzy drzew prosto na oślepiające słońce. Przed nimi na szerokości jakichś sześciu metrów rozciągała się piaszczysta plaża. Grace skoczyła na brzeg rzeki, odwróciła się i spojrzała Creedowi w oczy.

Stała obok śladów poślizgu na piasku. Świeżych śladów poślizgu łodzi płaskodennej, która przypływała tu wiele razy, również niedawno.

– Coldwater Creek – powiedział Creed.

Zerknął na Norwich i natychmiast wiedział, że nie jest zadowolona.

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

Brodie była rozdarta – nie wiedziała, czy iść z bratem i Grace, czy zostać. Ryder się o nią martwił. Nie powiedziałby jej tego, ale znała to jego spojrzenie. Nie potrafił udawać. Nawet kiedy byli dziećmi, nie umiał zbyt przekonująco kłamać. Brodie przeciwnie, potrafiła też dochować tajemnicy. A po szesnastu latach tłumienia swoich uczuć nauczyła się także ukrywać swoje emocje.

Poza tym z przyjemnością obserwowała pracę koronera. Vickie była zorganizowana, kompetentna i sprawna, a największe obrzydlistwa nie robiły na niej wrażenia. Zwłaszcza za to ostatnie natychmiast ją polubiła, bo właśnie te obrzydlistwa niezwykle ją fascynowały.

Brodie bez przerwy coś czytała. Od chwili, gdy zamieszkała z Hanną i Ryderem, przeczytała już połowę biblioteki każdego z nich. Jason też przynosił jej książki, zwykle były to mocno zużyte wydania w miękkich okładkach z pozaginanymi rogami. Wszystkie bardzo jej się podobały. Ostatnio czytała romanse ulubionych autorek Hanny, ale to thrillery i kryminały lubiła najbardziej.

Według niej Ryder i Jason zajmowali się właśnie tym, co opisywano w tych książkach, ale aż do tej pory nie zgadzali się, by towarzyszyła im w pracy. Teraz też widziała, że Ryder kombinuje, jak by tu odesłać ją do domu. Czyli jak ją chronić. Kiedy pierwszy raz dowiedział się, że sama chodzi do lasu, omal nie zrobił jej awantury. Widziała, z jakim trudem się powstrzymał.

Wszyscy robili wszystko, co w ich mocy, by traktować ją grzecznie i uprzejmie, jakby była kruchą figurką z porcelany, która w każdej chwili może się rozpaść na tysiące kawałków. Tylko Isaac i Thomas, mali synowie Hanny, traktowali ją jak normalnego członka rodziny. Poza tymi chwilami, kiedy potrzebowali zabójcy pająków. Wówczas widzieli w niej superbohatera, a jej to bynajmniej nie przeszkadzało.

Może dlatego Brodie polubiła panią koroner.

Vickie.

Koroner powiedziała Brodie, żeby mówiła do niej po imieniu.

Vickie traktowała Brodie jak normalną osobę. Jakby przyszła tu, żeby pomóc, i mówiąc szczerze, naprawdę nadawała się do takiej pracy.

– Pani brat zaczął wtykać chorągiewki w miejscach, które wskazała Grace – powiedziała Vickie, wyciągając garść chorągiewek do znakowania z plecaka. – Jeśli zobaczy pani coś, czego nie powinno być w lesie, na przykład puszkę po napoju, but, kość, to proszę tego nie podnosić, tylko wetknąć obok tę chorągiewkę. – Część z nich podała Maggie i Brodie. – Muszę poczekać na technika, zanim ruszę ciało. Postarajcie się nie zadeptać śladów. Te chyba najlepiej nadają się do zrobienia odlewu. Sprawdzę część miejsc, które Grace już nam wskazała. Przyda mi się wasza pomoc.

Vickie zaczęła na powrót pakować plecak, żeby mogły ruszyć w głąb lasu. Brodie z oddali widziała już te wszystkie chorągiewki, które wetknął w ziemię Ryder. Była ciekawa i podekscytowana, że bierze w tym udział. A jednak na moment ponownie zerknęła na ciało mężczyzny. Jej kolana były wciąż brudne od jego krwi.

– Myślisz że ten, kto go tu porzucił, wiedział, że on jeszcze żył? – spytała Brodie, a kiedy ani Vicky, ani Maggie nie odpowiedziały, podniosła wzrok i zobaczyła, że przypatrują jej się z uwagą.

– Czemu sądzisz, że jeszcze żył? – spytała w końcu Maggie.

– Wygląda, jakby się wygrzebywał z dołu. – Brodie przeniosła spojrzenie z Maggie na Vickie. – Źle mi się wydaje?

– Nie, my też uważamy, że mógł zostać pogrzebany żywcem – odparła Vickie. – Masz dobrą intuicję. – Brodie w środku pękała z dumy, ale pozwoliła sobie tylko na lekki uśmiech, natomiast Vicky mówiła dalej: – W tym rzecz, że są tu jeszcze inne ciała. Wstępnie zakładamy, że porzuciła je jedna osoba.

– No i że morderca jest niezorganizowany i niekonsekwentny, być może nawet niezrównoważony – dodała czujna i wyprostowana Maggie.

Brodie zauważyła, że Maggie bacznie lustruje otaczający je las. Zastanawiała się, czy agentka FBI szuka dowodów, czy podejrzewa, że morderca wciąż czai się między drzewami.

– Musimy też pamiętać, że w lesie żyje mnóstwo drapieżników, które mogą doprowadzić do tego, że miejsce zbrodni staje się jeszcze większą łamigłówką – dodała Vickie.

– Ryder i Jason mówili, że widzieli tu baribale – oznajmiła Brodie. – Jak idę do lasu, każą mi zabierać ze sobą sprej na niedźwiedzie.

– To mądre – odparła Vickie. – Niedźwiedzie bywają upierdliwe. Mogą połamać długie kości albo pozbawić zwłoki głowy.

– Potrafi pani odróżnić, czy zrobił to niedźwiedź, czy morderca? – zainteresowała się Maggie.

– Z mojego doświadczenia wynika, że niedźwiedzie uderzają w głowę wiele razy, bawią się nią, a czasem nawet zabierają. Mają zwyczaj zanosić części ludzkiego ciała do potoku czy strumienia.

Teraz Brodie czuła na sobie wzrok Maggie, chociaż ta udawała, że wcale na nią nie patrzy. Była w tym udawaniu trochę lepsza od Rydera, ale tylko trochę. Nie chciała, żeby Maggie się o nią martwiła.

– Natomiast kojoty zatargają fragmenty zwłok na wzgórza – podjęła Vickie. – Szopy pracze lubią posilać się na miejscu, ale zdarza się, że wdrapują się z przysmakiem na drzewo. – Podniosła głowę i zaczęła nią kręcić, przyglądając się wierzchołkom drzew.

 

One też odruchowo podniosły wzrok, a po paru sekundach Brodie dostrzegła ptasie gniazdo. Z gałązek zwisało coś jasnożółtego i wyglądało tam nie na miejscu.

– Co to może być? – Pokazała palcem na gniazdo.

Vickie podeszła bliżej i stanęła pod wskazywaną przez nią gałęzią.

– Moim zdaniem to nitka.

– Może powinnyśmy zrzucić to gniazdo? – spytała Maggie.

– Nie, nie. – Vickie gestem nakazała jej, żeby się nie zbliżała. – Po co niszczyć komuś dom? Nie ma takiej potrzeby.

Brodie zrozumiała, że koroner mówi poważnie, nawet jeśli niektóre słowa brzmią jak żart. Albo ironia. Brodie jeszcze nie całkiem rozumiała ironię.

Vickie znów sięgnęła po swój plecak i zaczęła przeszukiwać jego zawartość, aż znalazła trzydziestocentymetrowy drążek teleskopowy. Rozciągnęła go tak, by sięgnął gałęzi. Na końcu drążka znajdowało się coś w rodzaju pęsety, którą Vickie mogła kontrolować. Chwyciła nią żółtą nitkę i delikatnie pociągnęła.

– To z pewnością nitka z jakiegoś materiału – powiedziała, chowając ją do woreczka na dowody.

– Sprytne ustrojstwo – zauważyła Maggie.

Vickie zaczęła składać magiczny drążek i uśmiechnęła się.

– Wystarczy raz spaść z drzewa. – Odwróciła się do Brodie. – Ma pani dobre oko.

Brodie wzruszyła ramionami, starając się wyglądać nonszalancko, choć tak naprawdę miała ochotę się uśmiechnąć, a może nawet lekko podskoczyć. Chciała być dobra w czymś więcej niż tylko w sztuce przetrwania.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?