Czarny piątek

Tekst
Autor:
Z serii: Thriller
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Alex Kava
Czarny piątek

Tłumaczenie:

Katarzyna Ciążyńska

DEDYKACJA

Walter Platt Carlin

1922-2008

Niezastąpiony mąż, ojciec, oficer, dżentelmen, przyjaciel.

Nie przestajemy za tobą tęsknić

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Piątek rano, 23 listopada

Mall of America

Bloomington, Minnesota

Rebecca Cory tylko lekko się zachwiała, gdy ktoś po raz kolejny pchnął ją łokciem między łopatki. Za pierwszym i drugim razem nawet nie zareagowała, w końcu jednak zerknęła przez ramię. Za nią stał wytatuowany mężczyzna w spodniach moro i obcisłym T-shircie, wobec tego postanowiła zignorować także i to uderzenie. Osiłek tak bardzo górował nad nią. Dziwne, bo nie trzymał w ręku kurtki, choć na zewnątrz temperatura ledwie przekraczała zero stopni i padał śnieg. Z drugiej jednak strony w zatłoczonym centrum handlowym taki strój był w sam raz.

Co prawda tylko rzuciła okiem na drągala, lecz zdołała zanotować w pamięci fioletowo-zielonego węża wytatuowanego na ręku. Koniec węża zawijał się na karku, zaś spod pachy wystawała ziejąca ogniem głowa. Wizerunek gada ciągnął się aż za łokieć. Ten sam łokieć, który trafiał ją między łopatki.

Powiedziała sobie, że musi uzbroić się w cierpliwość. Kolejka do baru kawowego w centrum handlowym posuwała się w miarę szybko, więc w końcu dotrze do lady. To już nie potrwa długo. Usiłowała skupić uwagę na świątecznych piosenkach, a dokładnie na tych paru dźwiękach, które przebijały się przez gwar tłumów oraz napady histerii i złości zniecierpliwionych dzieci.

…w zaczarowanej krainie śniegu.

Bardzo lubiła tę piosenkę, ale tutaj i teraz nie czuła, że jest zima. Pot lał się strużkami po jej plecach. Żałowała, że nie zostawiła płaszcza pod opieką Dixona i Patricka, którzy pilnowali z trudem zdobytego stolika w przepełnionym barze.

Rebecca nuciła do wtóru płynącej z głośników muzyki. Znała słowa wszystkich tych piosenek. Długą podróż z Connecticut do Minnesoty urozmaicali sobie, śpiewając bożonarodzeniowe przeboje. W dwadzieścia jeden godzin pokonali ponad dwa tysiące kilometrów. Przetrwali dzięki red bullowi, kawie wypijanej w przydrożnych całodobowych sklepach i sieci McDonald’s. Jeszcze tego nie odespała, chociaż wczoraj po uroczystej kolacji z okazji Święta Dziękczynienia, na którą zostali zaproszeni, nocowali w domu dziadków Dixona. Wszyscy troje dosłownie padli na łóżka jak kłody. To był jej pierwszy od lat świąteczny posiłek – nadziewany indyk, prawdziwe ziemniaki pureue i wszystkie stosowne dodatki. Dziadek Dixona odmówił modlitwę. Babcia nakładała im na talerze czy o to prosili, czy nie. Dixon nie miał zielonego pojęcia, jak wielkim jest szczęściarzem: rodzina, tradycja, stabilność, bezwarunkowa miłość. Rebecca miała okazję przekonać się, że to wszystko istnieje. Napełniło ją to nadzieją, choć w jej życiu tych wartości brakowało.

Mężczyzna znów szturchnął ją między łopatki.

Jasna cholera! – zaklęła w duchu, nie odwróciła się jednak. Co ja właściwie tutaj robię?

Nie znosiła centrów handlowych, lecz oto znalazła się w jednym z nich, i to nazajutrz po Święcie Dziękczynienia, w najgorszym dniu całego roku, gdy po sklepach buszują największe tłumy. Uległa namowom Dixona, zresztą to on przekonał ją do całej tej wy- prawy, obiecując niezapomnianą przygodę. Już w przedszkolu był w tym dobry, na przykład zdołał jej wmówić, że klej smakuje jak wata cukrowa. Można by pomyśleć, że tamto doświadczenie czegoś ją nauczyło. Powinna wiedzieć, że upodobanie Dixona do przygód ma wiele wspólnego z jego upodobaniem do waty cukrowej, bo najważniejsza we wszystkim, do czego tylko się zabierał, była towarzysząca temu adrenalina. Zresztą czego mogła spodziewać się po kimś, kto cytuje Batmana i Robina?

A biedny Patrick, który się z nimi wybrał, starał się zachowywać jak równy gość.

Patrick…

To zupełnie inna historia. Zdawałoby się, że powinien zaskarbić sobie jej sympatię. Tymczasem fakt, że ten absolutnie spokojny i poukładany człowiek zdecydował się przebyć ponad dwa tysiące kilometrów, żeby spędzić Święto Dziękczynienia w jej i Dixona towarzystwie, budził w niej podejrzenia. Miała wrażenie, że to za duże poświęcenie, nawet jeśli miał nadzieję, że się z nią prześpi.

Nie, jest niesprawiedliwa.

Wiedziała przecież, że Patrick nie ma w Connecticut żadnej rodziny, z którą mógłby spędzić długi świąteczny weekend. Jego matka mieszkała w Green Bay. Miał jeszcze przyrodnią siostrę w Waszyngtonie. Prosił ich, by w drodze powrotnej pojechali przez Wisconsin, to był jeden z pretekstów, dla których wybrał się w tę podróż. Sugerował, by wpadli przywitać się z jego mamą.

– Ale oczywiście nic się nie stanie, jeżeli jej nie odwiedzimy – zastrzegł natychmiast.

Taki właśnie był Patrick: cichy, dojrzały, solidny. Dixon mówił o nim, że jest nudny. Rebecca zaś twierdziła, że jest godny zaufania, i to jej się w nim podobało, choć nie była pewna jego intencji. Cieszyła się, że można na niego liczyć. I cieszyła się, że Patrick z nimi przyjechał, chociaż nawet sama przed sobą dosyć niechętnie się do tego przyznawała.

Zaprzyjaźnili się, pracując w barze „Champs” naprzeciwko Uniwersytetu Stanowego w New Haven. Patrick był barmanem, a Rebecca kelnerką. Ponieważ jednak była za młoda, by podawać do stolików alkohol, Patrick ją wyręczał, gdy brakowało akurat drugiej kelnerki w odpowiednim wieku. Zawsze chętny i cierpliwy, nawet wtedy, gdy był zawalony swoją robotą za barem.

Cierpliwy, uprzejmy, dobry… bardzo podejrzane.

To przedziwne, a może tylko smutne i żałosne, że właśnie te jego cechy wzbudzały jej nieufność. Zwłaszcza na początku, teraz już w mniejszym stopniu. Patrick był obok Dixona najlepszym kumplem Rebecki. Jej mama uważała, że to nie całkiem normalne, kiedy najlepszymi przyjaciółmi dziewczyny są chłopcy.

– Uprawiasz z nimi seks? – chciała wiedzieć.

Kiedy Rebecca odparła:

– Ależ skąd! – sprawa wcale się nie skończyła.

Matka bowiem, a jakże, wpadła w jeszcze większą konsternację.

– Chyba nie jesteś lesbijką? – spytała nerwowo, reflektując się jednak natychmiast. – Oczywiście nie ma w tym nic złego.

W ciągu trzech minionych lat Rebecca obserwowała trudną, pełną awantur drogę swoich rodziców do rozwodu. Ojciec błyskawicznie ożenił się powtórnie z koleżanką z pracy, którą, jak utrzymywał, dopiero co poznał. Matka odwzajemniała mu się, umawiając się z różnymi mężczyznami. Mając to wszystko przed oczami, Rebecca już dawno postanowiła, że skupi się na własnej przyszłości, a katastrofę związku rodziców potraktuje jak przestrogę. Przyszłość była dla niej ucieczką i nie zamierzała pozwolić, by ktokolwiek, dysfunkcyjni rodzice czy chłopak, stanęli jej na drodze.

Poza tym Rebecca kochała zwierzęta, a zwłaszcza psy, to był jeden z pewników w jej życiu. Wiedziała, że opieka nad zwierzętami i leczenie ich będzie dla niej ratunkiem. W tym właśnie dostrzegała ocalenie przed szarym, żałosnym życiem. Miała świadomość, że studia weterynaryjne wymagają poświęcenia i ciężkiej pracy, ale nie bała się tego. Była na to gotowa. Może któregoś dnia założy własną klinikę. Będzie miała kilka psów, dwa konie i parę kotów. W małym mieszkaniu, dokąd przeprowadziły się po rozwodzie, matka nie pozwoliła jej trzymać nawet małego kundelka. Ale to nic. Dzięki temu, że nie miała żadnych zobowiązań, ze spokojną głową wyjechała do college’u i zamieszkała w kampusie. Nikt jej zresztą nie zatrzymywał, nikt za nią nie tęsknił, i nikt też nie odrywał jej od marzeń.

Kiedy matka spytała córkę, czy przyjedzie do domu na Święto Dziękczynienia, Rebecca o mały włos nie wypaliła, że nie ma domu. Ale matka by jej nie zrozumiała, a już na pewno nie pozwoliłaby na wyprawę przez pół kraju z Dixonem i Patrickiem. A zatem Rebecca skłamała.

Nie, w zasadzie to nie było kłamstwo.

Powiedziała po prostu, że ojciec ją zaprosił, by spędziła święta z jego nową rodziną. Zresztą taka była prawda. Ojciec zaproponował, żeby z nimi pojechała na Jamajkę, bo w tak ekstrawagancki sposób planowali spędzić te dni. To nie jej wina, że matka tego nie sprawdziła. Cóż, wolałaby połknąć ogień, niż zamienić słowo z byłym mężem.

Kiedy Rebecca wróciła do stolika, Patrick zdobył już cynamonowe bułeczki. Z miny Dixona odgadła, że Patrick kazał mu na nią poczekać.

Do listy jego zalet powinna dodać: zawsze niezawodny i układny.

Rebecca się uśmiechnęła, a w tle rozległ się głos Andy’ego Williamsa, który śpiewająco obiecywał „Będę w domu na święta”. Najwyraźniej centrum handlowe posiadało ten sam zestaw płyt świątecznych co Dixon.

– Biały śnieg, jemioły czar – zaśpiewał Dixon, kiedy postawiła przed nim red bulla. Dla siebie i dla Patricka przyniosła kawę.

Ledwie usiadła, a Dixon ugryzł solidny kęs cynamonowej bułeczki, równocześnie otwierając puszkę. Jej przyjaciel był uroczy, utalentowany i inteligentny, i kompletnie zapominał o całym świecie, kiedy miał obsesję na jakimś punkcie. Zresztą właśnie dlatego znaleźli się w tym centrum handlowym dzień po Święcie Dziękczynienia. Ostatnia obsesja Dixona dotyczyła czerwonego plecaka, który leżał u jego stóp.

– Chad i Tyler już tutaj są.

Pomachał do nich, oni nawet nie popatrzyli w jego stronę. Typowe, pomyślała Rebecca, lecz nie zwróciła Dixonowi uwagi, że ci dwaj zapaleni sportowcy wciąż uważają go za gamonia z podstawówki, który wlecze się za nimi jak ogon. Cała czwórka chodziła razem do szkoły, aż mama Rebecki wywiozła ją do Connecticut. Dixon wybrał college w West Haven częściowo z tego powodu, żeby znów być blisko Rebecki, ale gdy tylko przyjechał do rodzinnego domu w Minnesocie, Chad i Tyler jednym telefonem wciągnęli go w te swoje eskapady.

 

Rebecca zauważyła, że obaj mieli czerwone plecaki, identyczne jak Dixon. W co on się tym razem wpakował? Zwykle nie uczestniczyła w przygodach Dixona, nic więc nie wiedziała.

Zdjęła płaszcz i powiesiła go na oparciu krzesła. Poprawiła równo obciętą grzywkę, która przykleiła się do czoła, i wyprostowała plecy. Spodziewała się, że poczuje w nich ból od poszturchiwań wytatuowanego mężczyzny.

– Uzgodniliśmy, że zaczniemy od trzeciego piętra, potem będziemy schodzić niżej.

– Co wy właściwie zamierzacie? – spytał Patrick.

Rebecca miała ochotę kopnąć go pod stolikiem. Dixon angażował się w różne ważne sprawy, ale traktował je jak T-shirty z nadrukowanymi hasłami, które co tydzień zmieniał. Najprawdopodobniej za obecnym pomysłem stali Chad i Tyler. Dixon zaczytywał się w powieściach Vince’a Flynna i komiksach o superbohaterach – ostatnio jego ulubieńcem był Batman. Nieźle naśladował Homera Simpsona i wymieniał z pamięci wszystkie postaci z „Władcy pierścienia”. Na nocnym niebie potrafił wskazać Wenus, a czasem i Marsa, znał także nazwy trzech gwiazd z Pasa Oriona. Kiedy oznajmił Rebecce, że postanowił specjalizować się w ściganiu przestępstw dokonywanych przy użyciu narzędzi elektronicznych, pomyślała, że Dixon nigdy nie opuści świata fantazji na dość długo, by zająć się prawdziwymi zbrodniarzami. Tak, był inteligentnym, choć ekscentrycznym facetem. Miała nadzieję, że szybko sobie uświadomi, iż Chad i Tyler nie są mu do niczego potrzebni.

– Wiesz, że osiemdziesiąt procent sprzedawanych w Stanach zabawek zostało wyprodukowanych w Chinach? – zwrócił się do Patricka Dixon, przełknąwszy kolejny kęs cynamonowej bułeczki. – To tylko zabawki. Nie będę już wspominał o innych produktach. Na przykład o tych patriotycznych znaczkach z flagą, które wszyscy wpinają sobie w klapy… co do jednego made in China. – Znacząco przeciągnął głoski, jakby tylko to miał na poparcie swej tezy. Nieważne, że cały ten tekst zabrzmiał tak, jakby wyuczył się go na pamięć z propagandowej ulotki.

Patrick zerknął na Rebeccę, popijając kawę. Ona zaś puściła do niego oko, dając znak, że nic już nie da się zrobić.

– W zeszłym roku nasze firmy korzystały z pracy ponad pół miliona robotników w innych krajach – ciągnął Dixon. – Po to, by wyprodukować przedmioty codziennego użytku, bez których nie potrafimy się obejść.

– Na przykład twój nowy iPhone. – Rebecca wskazała na gadżet tkwiący w kieszeni koszuli Dixona. Nie rozstawał się ze słuchawkami, które wisiały mu na szyi. – Oczywiście wyprodukowany w Chinach, ale nie możesz bez niego żyć.

– To co innego. – Przewrócił oczami, patrząc na Patricka, jakby chciał powiedzieć, że Rebecca nie wie, o czym mówi. – Poza tym to prezent, nagroda za to, że cały dzień dźwigam ten plecak.

– Ach tak. – Rebecca tonem głosu dała do zrozumienia, że jej zdaniem tkwi w tym jakiś haczyk.

– Nie mogę też obejść się bez ciebie, panno Mądralińska – oznajmił Dixon.

– Naprawdę? – Uniosła wyzywająco brwi.

– Oczywiście.

Wyciągnęła rękę.

– To pożycz mi go na jeden dzień. Jesteś mi to winien, bo zgubiłeś moją komórkę.

– Wcale nie zgubiłem, tylko zapomniałem, gdzie ją położyłem.

Z twarzy Dixona zniknął uśmiech, jakby już zaczął sobie wyobrażać swoje życie bez natychmiastowego dostępu i połączenia ze światem. Kiedy Rebecca w duchu uznała, że z pewnością by tego nie zniósł, zdjął z szyi słuchawki i podał jej przez stolik iPhone’a. I znów się uśmiechnął.

– Tylko nie zepsuj. Dopiero co go dostałem.

– A co z plecakiem? – spytał Patrick.

Rebecca i Dixon spojrzeli na niego, jakby nagle kompletnie zapomnieli, o czym właśnie rozmawiali.

Patrick wskazał palcem.

– O co chodzi z tym plecakiem? – spytał znowu.

– Tam, mój przyjacielu, znajduje się tajna broń. – Dixon wrócił do swojego informacyjnego tonu. – Jest tam bardzo sprytne urządzenie, które emituje bezprzewodowy sygnał. Zupełnie nieszkodliwy dla ludzi – machnął ręką – ale dość skuteczny, żeby zakłócić pracę paru systemów komputerowych. Otrzeźwić kilku tych handlarzy. Kiedy ostatnim razem byłem w domu, Chad i Tyler zabrali mnie na spotkanie z jednym profesorem na uniwersytecie stanowym. Czaderski facet, jeździ harleyem.

Rebecca nie mogła powstrzymać uśmiechu. Dixon nie odróżniłby harleya od yamahy, ale nic nie powiedziała.

– Gość był w okopach, wie, o czym mówi. Był na Bliskim Wschodzie, w Afganistanie, w Rosji, w Chinach. Profesor Ryan, bo tak się nazywa, twierdzi, że dopóki nie uderzymy ludzi w ten ich wszechmocny portfel, nikogo nie będzie obchodziło, że co roku korzystamy z pracy setek tysięcy robotników w innych krajach i że inwazja z Południa odbiera nam dwa razy tyle stanowisk pracy w naszym kraju.

– Inwazja z Południa? – Rebecca wzniosła oczy do nieba, a potem spojrzała na Dixona. Przeżyła już tyle jego rozmaitych obsesji i cierpliwie wysłuchiwała wszystkich podniosłych mów, ale od czasu do czasu musiała mu dać do zrozumienia, że nie traktuje go poważnie. Za tydzień Dixon zapewne zajmie się ratowaniem wyrzuconych na brzeg wielorybów.

– Więc dlaczego twój plecak jest zamknięty na kłódkę? – spytał wciąż zaintrygowany Patrick.

Dixon w odpowiedzi lekceważąco wzruszył ramionami. Poza tym skończył już swoje przemówienie. Rebecca widziała to po jego minie. Był gotowy do działania i zniecierpliwiony, oglądał się przez ramię, szukając wzrokiem Chada i Tylera. Wtedy właśnie domyśliła się, że to był ich pomysł, a nie Dixona, który jednak dał się w to wciągnąć. Chciał być dobrym kumplem dla tych dwóch równych gości, zapalonych sportowców, za którymi w liceum łaził krok w krok. Co i rusz pakowali go w jakieś tarapaty. Rebecca nie rozumiała, dlaczego wiecznie się na to nabiera. Może kolejny semestr w college’u z dala od tych kolesiów przyniesie jakąś zmianę.

Tak, Dixon przyjechał tutaj dla swoich przyjaciół. Rebecca była o tym więcej niż przekonana. W początkowym etapie rozwodu jej rodziców Dixon zawsze stał u jej boku. Pomagał i wspierał, choćby dzwoniąc i zapewniając, że ona nie ma z tym absolutnie nic wspólnego. Rozśmieszał ją, gdy już była pewna, że nigdy się nie zaśmieje.

Tymczasem z iPhone’a popłynął temat przewodni z filmu „Batman”. Rebecca oddała telefon właścicielowi.

– Nie minęło jeszcze pięć minut – zaczęła.

– Nic na to nie poradzę. Jestem rozchwytywany. – Ale po kilku sekundach rozmowy na twarzy Dixona, tak dotąd pewnego siebie, pojawiła się panika. – Przyjadę najszybciej, jak się da.

– Co się stało? – Rebecca pochyliła się nad stolikiem. Hałas w centrum handlowym jeszcze się wzmógł. Przez głośniki za ich plecami anonsowano wizytę Świętego Mikołaja.

– Dzwonił dziadek. – Dixon pobladł. – Właśnie zabrali babcię do szpitala. Miała zawał.

– O mój Boże, Dixon.

– Chcesz, żebyśmy z tobą pojechali? – Patrick zaczął wkładać kurtkę.

– Tak, chyba tak. – Podczas wstawania Dixon potknął się o leżący u jego stóp plecak. – O kurde. – Rozejrzał się dokoła, wypatrując czegoś za tłumami ludzi. – Obiecałem to Chadowi i Tylerowi. – Ze zbolałym wzrokiem dźwignął plecak i rzucił go na stolik, jakby nagle wydał mu się za ciężki.

– Nie przejmuj się tym – powiedziała Rebecca, chwytając plecak. Zaskoczona jego wagą, mimo wszystko zarzuciła go na ramię, jakby nie sprawiało jej to żadnego problemu. – Mam się tylko z tym przejść, tak?

– Nie mogę cię o to prosić.

– Nie prosisz mnie. Sama się zaoferowałam. Idź już.

– Jak się dostaniecie do domu?

– Coś z Patrickiem wymyślimy. – Uścisnęła go jedną ręką, bo tylko tak mogła to zrobić z tym dziwnie ciężkim plecakiem.

Dixon podał jej iPhone’a. Nie chciała go wziąć, ale się upierał.

– Umowa to umowa.

Odprowadzali go wzrokiem, jak znikał w tłumie. Czteroosobowa rodzina zajęła ich stolik w barze. Rebecca i Patrick umówili się, że spotkają się za godzinę przy sklepie firmy GAP. Rebecca weszła do toalety, wciąż myśląc o babce Dixona. Znała ją od dziecka. Pani Lee zawsze traktowała Rebeccę jak członka rodziny, a podczas tej wizyty oddała jej nawet dawną sypialnię swojej córki.

– Wiem, że jest trochę staroświecka, ale jakoś nie mogłam się zdobyć na zmianę tapety – oznajmiła pani Lee, pokazując Rebecce pokój i wyjaśniając, że jej córka ze wszystkich kwiatów najbardziej lubiła stokrotki.

Minęła już bar, kiedy sobie uprzytomniła, że zostawiła w toalecie plecak Dixona. Powiesiła go na haku na drzwiach kabiny. Przeklęła pod nosem i zawróciła szybkim krokiem, by go odzyskać.

Raptem zobaczyła Chada. Miała nadzieję, że jej nie zauważył, bo szedł w przeciwnym kierunku. Wciąż na niego patrzyła, gdy nastąpił wybuch. Odnosiła wrażenie, że wszystko dzieje się jak na filmie puszczonym w zwolnionym tempie. Stała jak sparaliżowana, widząc błysk czerwonego i białego światła, które ogarniało i pochłaniało Chada. Huk eksplozji dotarł do niej w momencie, gdy poleciały szyby i w górę wystrzeliły płomienie.

Jakaś niewidoczna siła zbiła ją z nóg. Potem poczuła, jakby uniosła ją fala gorącego powietrza, której ciśnienie napierało na klatkę piersiową. I znów cisnęło ją na podłogę wraz z deszczem odłamków metalu i szkła i czymś mokrym, co paliło skórę i płuca. Nie mogła się ruszyć. Przygniatał ją jakiś ciężar, przygwoździł do podłogi. Każdy oddech sprawiał ból. Poczuła swąd przypalonych włosów.

Kiedy otworzyła oczy, pierwsze, co zobaczyła, to oderwaną od ciała ludzką rękę, która leżała jakieś trzydzieści centymetrów od niej. Przez pełną przerażenia sekundę myślała, że to jej ręka, aż dojrzała na niej zbryzganego krwią zielonego wytatuowanego smoka.

Wokół wyglądało, jakby padał śnieg, coś połyskującego powoli spływało na dół. Rebecca znowu opuściła powieki. Ponad zbolałymi jękami usłyszała głos Doris Day, która śpiewała:

– Niech pada śnieg, niech pada śnieg, niech pada śnieg.

A potem rozległy się rozdzierające krzyki.

ROZDZIAŁ DRUGI

Newburgh Heights, Wirginia

Maggie O’Dell włożyła do piekarnika blachę z nadziewanymi grzybami, a potem wyjrzała przez okno w kuchni. Harvey zabawiał gości na podwórzu za domem, podskakiwał wysoko i łapał w powietrzu frisbee. Biały labrador wyraźnie się popisywał, a roześmiani goście na jego życzenie gonili go po opadłych liściach. Trójka dorosłych poważnych ludzi zachowywała się jak dzieci. Maggie się uśmiechnęła. Pies najskuteczniej budzi w ludziach dziecko, które w nich siedzi.

– Nadzwyczajnie to wyszło – stwierdziła Gwen Patterson, wskazując brodą, ponieważ ręce miała zajęte krojeniem cebuli.

Z początku Maggie sądziła, że przyjaciółka ma na myśli wspaniałe przekąski, które przygotowały. To była prawdziwa uczta, godna uroczystego koktajlu, a nie wspólnego oglądania telewizyjnej transmisji studenckiej ligi piłki nożnej. Ale Gwen nie mówiła o jedzeniu.

– Chodzi mi o to, że zebraliśmy się tutaj wszyscy razem – wyjaśniła. – Wszyscy razem w jednym miejscu, które nie jest miejscem zbrodni… i nie ma tu ciała ofiary.

– Tak, za to jest darmowe żarcie i piwo – rzekła Maggie. – To powinno wystarczyć.

– Prawda. – Gwen się uśmiechnęła. – Nie powiedziałaś, dlaczego twój brat nie dojechał.

– Pewnie dostał ciekawszą ofertę – odparła Maggie, ciesząc się, że stoi plecami do Gwen. Nie chciała, by przyjaciółka dojrzała rozczarowanie na jej twarzy. Lepiej było obrócić to w żart. W końcu nic takiego się nie stało. Gdyby Maggie nie miała się na baczności, Gwen zaraz zaczęłaby ją wypytywać, badać. Cóż, była psychologiem. – Nie mam prawa oczekiwać, że skoro nagle wtargnęłam do jego życia, to natychmiast się do siebie zbliżymy. – Zaryzykowała i zerknęła przez ramię. Oczywiście dobrze się domyślała. Gwen przestała siekać cebulę i podniosła wzrok. – Jest jeszcze Boże Narodzenie – dodała Maggie, starając się mówić pogodnym tonem, choć wiedziała, że to strzał w ciemno. Nawet z Patrickiem o tym nie rozmawiała. Jedna odmowa przez telefon zupełnie jej wystarczyła. – Sądzisz, że mamy dość jedzenia? – zmieniła temat. To miał być dzień odpoczynku. Żadnych stresów, tylko oglądanie rozgrywek ligi studenckiej z najbliższymi przyjaciółmi, wspólne picie piwa i jakaś zabójcza salsa.

– Jest tego mnóstwo – zapewniła ją Gwen i wróciła do siekania cebuli.

Maggie stała z rękami na biodrach, oceniając wzrokiem kuchenny blat zastawiony tacami i talerzami przekąsek. Nigdy dotąd nie urządzała przyjęcia. Swoją drogą, w niewielu też uczestniczyła. Prawdę mówiąc, rzadko zapraszała gości do siebie. Zabawne, że mając długoterminową gwarancję na życie, człowiek robi rzeczy, których by się po sobie nie spodziewał. Niecałe dwa miesiące wcześniej Maggie i jej szef, zastępca dyrektora FBI Kyle Cunningham, zostali zarażeni wirusem eboli. Maggie przeżyła. Cunningham nie miał tyle szczęścia.

 

– Nie wiem, czy to wystarczy. Mam za sobą dwie wycieczki z Racine – powiedziała Maggie, starając się odsunąć od siebie wspomnienie izolatki, w której ją zamknięto, i bezradności, z jaką obserwowała, gdy jej szef z pełnego energii przywódcy i mentora zamieniał się w wychudzonego inwalidę podłączonego do rozmaitych kroplówek i urządzeń. Zamknęła oczy, nadal stojąc tyłem do Gwen, i chwyciła się blatu, udając, że przygląda się temu, co na nim stoi. Zachowaj spokój, napominała siebie. Zrelaksuj się. Oddychaj. Baw się. – Patrząc na nią, nigdy byś nie zgadła, ile potrafi zjeść.

Jak na zawołanie Julia Racine stanęła w drzwiach. Jej jasne krótkie włosy były potargane, do bluzki przykleiło się kilka wyschniętych liści, a na kolanie, na dżinsach widniała smuga brudu. Wniosła z sobą do kuchni zapach jesieni. Wyglądała raczej jak gwiazda punk rocka niż detektyw do spraw zabójstw z Waszyngtonu.

– Twój pies oszukuje – oznajmiła, przeczesując włosy palcami i obejmując wzrokiem kuchnię. – Zna wszystkie sztuczki. – Jednak kiedy przeniosła wzrok z Maggie, która płukała seler w zlewozmywaku, na siekającą cebulę Gwen, jej beztroska ustąpiła zakłopotaniu.

Maggie od razu zrozumiała, że Racine poczuła się skrępowana, i to nie tylko dlatego, że znalazła się akurat w jej kuchni. Czułaby się tak w każdej kuchni. Wysoka, szczupła pani detektyw skrzyżowała ramiona na piersi i stała wciśnięta w kąt. Pewnie wolałaby biegać na zewnątrz z Harveyem, Benem i Tullym. Racine nie przywykła do towarzystwa kobiet. Maggie doskonale to rozumiała. Sama też zbyt wiele godzin spędzała z kolegami z pracy. Julia pod wieloma względami była podobna do Maggie sprzed lat.

– Za tobą – Maggie wskazała na szafkę, o którą opierała się Racine – są kwadratowe talerze na przekąski. Mogłabyś je wyjąć i postawić na blacie? I jeszcze szklanki.

Racine przestraszyła się tej prośby, ale Maggie już zabrała się do kolejnego zadania, nie dając dodatkowych instrukcji. Kątem oka zobaczyła jeszcze, że Racine znalazła naczynia i wyjęła je, jakby nigdy nic.

Rzuciła świeżo umytą wiązkę selera na papierowy ręcznik obok deski do krojenia, która służyła Gwen. Wyciągnęła dwie łodygi, jedną podała Racine, a drugą zaczęła sama gryźć. Tym razem, kiedy Julia pochyliła się nad blatem, nie wyglądała już tak bardzo nie na miejscu.

– Więc… – Racine odgryzła kawałek selera, a jej słowo zawisło w powietrzu. Najwyraźniej poczuła się pewniej. – Co jest między tobą a Benjaminem Plattem?

Maggie zerknęła na Gwen.

– Dobre pytanie – przyznała Gwen, a potem wzruszyła ramionami w obronnym geście.

Maggie zdała sobie sprawę, że jeszcze pożałuje, iż przyciągnęła Julię do kuchni.

– Przystojniak z niego – ciągnęła Racine nieproszona. – To znaczy jeśli podobają ci się takie żołnierskie typy.

– On jest lekarzem – odparowała Maggie.

– Wojskowym lekarzem – sprostowała Gwen.

Maggie przerwała swoje zajęcie. Zignorowała Gwen, za to spojrzała na Racine, patrząc jej prosto w oczy, aż pani detektyw poczuła nagłą potrzebę przesunięcia talerzy i szklanek, które dopiero co postawiła na blacie. Maggie zastanowiła się, czy ta młoda twardzielka nie jest przypadkiem zazdrosna… o Platta. Bo nie o nią, rzecz jasna. Co prawda przed laty, kiedy się poznały, Racine wyznała wprost, że Maggie jej się podoba. Zaczęła ją podrywać. Jakoś zdołały jednak wyjść z tej sytuacji, a nawet się zaprzyjaźniły. Tylko zaprzyjaźniły. Chociaż zdarzało się, że Maggie zadawała sobie pytanie, czy Julia wciąż po cichu nie liczy na coś więcej.

Może wpłynęły na to przejściowe komplikacje w życiu uczuciowym Racine. Tego dnia nawet nie wspomniała o swojej ostatniej partnerce, chociaż Maggie zaprosiła je obie. Zamiast wypytywać o tajemniczą kochankę, która, o ile Maggie dobrze pamiętała, służyła w wojsku w stopniu sierżanta, Maggie powiedziała tylko:

– Lubię towarzystwo Bena.

W tym momencie zadzwoniła jej komórka, przerywając rozmowę. Maggie odetchnęła z ulgą.

– Maggie O’Dell, słucham.

Gdy tylko usłyszała głos swojego nowego szefa, kark jej zesztywniał. Świąteczny weekend dobiegł końca.