Zabójczy wirus

Tekst
Autor:
Z serii: Maggie O'Dell (PL) #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


PODZIĘKOWANIA

Już nieraz dostało mi się za moje długie podziękowania, całe strony pełne słów wdzięczności dla wspaniałych ekspertów, którzy odpowiadają na moje pytania, skrupulatnie poprawiają moje błędy i nie mają mi za złe, że się im naprzykrzam. Tym razem obawiałabym się, że kogoś pominę, tak długa byłaby to lista. Postanowiłam zatem ją uprościć. W roku, w którym pojawiło się więcej pytań niż odpowiedzi, na wyróżnienie zasługują szczególnie trzy osoby.

Deb Carlin, najlepszej przyjaciółce i świetnej menedżerce dziękuję za to, że dbała, bym skupiała się na pracy, stała twardo na ziemi, a także, by ta literacka podróż była samą przyjemnością.

Amy Moore-Benson, przyjaciółce i agentce – przeszłyśmy razem piekło – dziękuję, że była nie tylko moim adwokatem, ale także mistrzem.

Lindzie McFall – nowej członkini naszej drużyny – dziękuję za cierpliwość, profesjonalizm, oddanie i poczucie humoru. To wielka radość mieć takiego wydawcę.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Jezioro Wiktorii

Uganda, Afryka

Waheem nie czuł się dobrze, gdy wchodził na pokład zatłoczonej łodzi motorowej. Przyciskał do nosa zakrwawioną szmatkę z nadzieją, że współpasażerowie niczego nie zauważą. Właściciel łodzi, zwany przez mieszkańców wyspy pastorem Royem, pomógł mu załadować zardzewiałą klatkę z małpami i upchnąć ją na ostatnim wolnym skrawku pokładu. Nie odpłynęli nawet półtora kilometra od brzegu, kiedy Waheem spostrzegł, że pastor Roy przenosi wzrok z zaciśniętych warg swojej żony na krew, która skapywała na koszulę Waheema. Sprawiał wrażenie, jakby żałował, że zaoferował mu ostatnie wolne miejsce.

– Na tych wyspach krwawienie z nosa zdarza się dość często – powiedział pastor Roy takim tonem, jakby oczekiwał wyjaśnienia.

Waheem tylko skinął głową. Udawał, że nie zna angielskiego, choć rozumiał ten język dość dobrze. Przez kolejne dwa dni nie spodziewano się żadnego statku z węglem czy bananami, więc cieszył się, że szczęście mu dopisało. Był wdzięczny pastorowi Royowi i jego małżonce, że wzięli go na pokład, i to razem z klatką. Ale Waheem wiedział też, że przeprawa z wyspy Buvuma do portu Jinja potrwa czterdzieści minut i wolałby spędzić je w ciszy niż słuchać, jak pastor peroruje o Jezusie. Wsiadł na pokład ostatni, a zatem tkwił ściśnięty na samym przodzie, w zasięgu głosu nawracającego maluczkich duchownego. Nie chciał w żaden sposób podsuwać pastorowi myśli, że podczas podróży przez jezioro zdoła uratować jeszcze jedną duszę.

Zresztą pozostali pasażerowie – smętna grupa kobiet i bosych dzieci oraz ślepy starzec – już na pierwszy rzut oka o wiele bardziej potrzebowali zbawienia. Poza krwawiącym nosem i nagłym pulsującym bólem głowy Waheemowi nic nie dolegało – był młody i silny. Jeżeli wszystko pójdzie po jego myśli, on i jego rodzina będą bogaci i kupią sobie kawałek ziemi, zamiast zaharowywać się dla innych.

– Bóg jest z wami! – zawołał pastor, który najwyraźniej nie potrzebował żadnej zachęty, by zająć się nawracaniem niewiernych. Jedną ręką trzymał ster, drugą zaś wymachiwał w stronę otaczających go mieszkańców wyspy, rozpoczynając kazanie.

Pasażerowie niemal mimowolnie pochylili głowy, słysząc głos duchownego. Zapewne uważali, że należy mu się ten gest szacunku za to, że wpuścił ich na pokład. Waheem także skłonił głowę, ale zerkał zza nasiąkniętej krwią szmatki i udawał, że słucha. Starał się ignorować smród małpiej uryny i krople krwi, od czasu do czasu spływające mu po brodzie. Oczy jak u ślepca, mlecznobiałe i przymglone gałki, poruszały się, a ze starczych warg wydobywał się jakiś pomruk, przypuszczalnie modlitwa. Kobieta skulona obok Waheema mocno ściskała torbę z grubego płótna, w której coś się ruszało. Czuć z niej było zapach mokrych kurzych piór. Wszyscy poza trzema małymi dziewczynkami na tyle łodzi, które uśmiechały się i kołysały, siedzieli w milczeniu. Dziewczynki cicho śpiewały, z radością, a jednocześnie ze świadomością, że nie powinny przeszkadzać pastorowi.

– Bóg o was nie zapomniał – ciągnął pastor. – Ja też nigdy was nie zapomnę.

Waheem spojrzał na żonę pastora, która zdawała się nie słuchać męża. Siedziała obok niego na przodzie i nacierała nagie blade ramiona przezroczystym płynem z plastikowej butelki, co parę sekund przerywając tę czynność, by niecierpliwym gestem strącić muchę tse-tse z jedwabistych długich włosów.

– Wszystkie wyspy na Jeziorze Wiktorii są pełne wyrzutków, nędzarzy, przestępców i chorych – pastor urwał i kiwnął głową w stronę Waheema, jakby chciał wyróżnić jego przypadek – ale ja widzę w nich tylko dzieci Jezusa, które czekają na zbawienie.

Waheem nie poprawił pastora, mimo że nie uważał się za schorowanego wyrzutka, chociaż rzeczywiście było ich mnóstwo. Wyspy stanowiły dla wielu ostatnią deskę ratunku, ale nie dotyczyło to Waheema. Nigdy nie chorował, wczoraj wieczorem po raz pierwszy w życiu dostał silnych torsji.

Trwało to i trwało. Na samo wspomnienie rozbolał go żołądek. Nie chciał nawet myśleć o czarnych wymiocinach zabarwionych krwią. Bał się, że pozbawi się wnętrzności. Teraz głowa mu pękała, a krew z nosa nie przestawała lecieć. Poprawił szmatkę, sprawdził, czy jest jeszcze na niej jakieś suche miejsce. Krew kapała na jego brudne stopy. Spojrzał na błyszczące skórzane buty duchownego i zadał sobie pytanie, jak pastor spodziewa się kogokolwiek zbawić, nie brudząc sobie butów.

Zresztą to bez znaczenia. Waheema obchodziło tylko to, by dowieźć małpy do Jinji i nie spóźnić się na spotkanie z tym Amerykaninem, biznesmenem, który nosi takie same błyszczące skórzane buty jak pastor Roy. Ten człowiek obiecał mu fortunę. W każdym razie dla Waheema była to fortuna. Zobowiązał się zapłacić mu za każdą małpę więcej, niż Waheem i jego ojciec zarabiali przez cały rok.

Żałował, że nie złapał więcej małp, ale schwytanie tych trzech, które upchnął do metalowej klatki, zajęło mu dwa dni. Patrząc na nie w tej chwili, nikt by nie uwierzył, ile trudu go to kosztowało, jaką walkę musiał stoczyć. Wiedział z doświadczenia, że małpy mają ostre zęby, a jeśli owiną ogon wokół szyi człowieka, w ciągu paru minut potrafią zmasakrować mu twarz. Zdobył tę wiedzę podczas dwóch krótkich miesięcy, kiedy pracował dla Okbara, bogatego handlarza małpami z Kampali.

To była dobra praca. Okbar zaopatrywał ich w sieci i pociski ze środkiem uspokajającym, a Waheem zajmował się głównie chorymi małpami, usuniętymi z transportu przez brytyjskiego weterynarza. Wtedy to do laboratoriów w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych przewieziono samolotami setki małp.

Weterynarz sądził, że Waheem zabiera chore małpy, by je później zabić, ale Okbar uważał to za „oburzające marnotrawstwo”. A zatem zamiast likwidować te biedne stworzenia, kazał Waheemowi zawozić je na wyspę na Jeziorze Wiktorii i puszczać wolno. Czasami, kiedy Okbarowi brakowało małp do transportu, wysyłał Waheema na wyspę z poleceniem schwytania kilku chorych zwierząt. Często weterynarz niczego nie zauważał.

Ale potem Okbar zniknął. Od miesięcy nikt go nie widział. Waheem nie miał pojęcia, dokąd jego szef się udał. Pewnego dnia jego małe zapyziałe biuro w Jinji opustoszało, zniknęły półki, metalowe biurko, strzelby i naboje ze środkiem uspokajającym, sieci, dosłownie wszystko. Nikt nie potrafił powiedzieć, co się stało. Waheem został bez pracy. Nigdy nie zapomni rozczarowania w oczach ojca. Czekał ich powrót na cudze pola i harówka od świtu do nocy.

Któregoś dnia pojawił się jednak w Jinji ten Amerykanin i pytał o Waheema, a nie o Okbara. Skądś wiedział o małpach, które zostały odesłane na wyspę, i właśnie te małpy chciał mieć. Obiecał sowitą zapłatę. „Ale to muszą być te małpy, które wywiozłeś na wyspę”, powiedział Waheemowi.

Waheem nie pojmował, po co komu chore małpy. Spojrzał na zwierzęta skulone w pordzewiałej klatce. Cieknące nosy pokrywała zakrzepła skorupa zielonego śluzu, pyski były bez wyrazu. Nie przyjmowały wody ani pokarmu. Waheem nie patrzył im w oczy. Doskonale wiedział, że małpa, nawet chora, świetnie trafia do celu, jeśli zechce napluć komuś w oko.

Małpy musiały wyczuć na sobie jego wzrok, bo nagle jedna z nich chwyciła pręty klatki i zaczęła wrzeszczeć. Hałas mu nie przeszkadzał, był do niego przyzwyczajony. To było normalne, w przeciwieństwie do upiornej ciszy. Kiedy druga małpa dołączyła do tej pierwszej, żona pastora wstała. Z jej idealnej twarzy zniknął chłodny uśmiech. Nie wyglądała na przestraszoną czy zaniepokojoną, raczej na zniesmaczoną. Waheem zmartwił się, że pastor każe mu wyrzucić klatkę za burtę albo, co gorsza, wyrzuci też jego samego. Jak większość mieszkańców wysp, Waheem nie potrafił pływać.

W głowie mu pulsowało w rytm małpiego jazgotu. Miał wrażenie, że łódź się zakołysała, żołądek podszedł mu do gardła. Dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę, że cały przód koszuli zamienił się w jedną wielką czarnoczerwoną plamę. A krwawienie nie ustawało. Czuł krew w ustach, wypełniała mu gardło. Przełknął i ostrożnie zakasłał, ale kropelki krwi i tak wylądowały na skórzanych butach kaznodziei.

Waheem starał się omijać wzrokiem pastora. Oczy współpasażerów zwróciły się na niego. Na pewno zechcą się go pozbyć. Widział, jak pochylali głowy, wsłuchani w słowa pastora. Na pewno zrobią, co im każe.

Nagle pastor wyciągnął rękę w jego stronę, a Waheem wzdrygnął się i uchylił. Kiedy usiadł znów prosto i podniósł wzrok, przekonał się, że pastor nie zamierzał wypchnąć go za burtę. Duchowny trzymał białą płócienną chusteczkę z dekoracyjnym haftem w rogu.

 

– No, weź to – rzekł łagodnym głosem, bo nie było to kazanie. Waheem milczał, więc pastor dodał: – Twoja jest już mokra. – Wskazał na przemoczoną szmatkę. – No weź, tobie jest bardziej potrzebna niż mnie.

Waheem rozejrzał się po małej łodzi. Nadal wszystkie oczy były skierowane na niego, tylko twarz żony pastora wykrzywił grymas złości. Ona nie patrzyła na Waheema. Jej złość była skierowana na męża.

Do końca podróży panowała cisza, przerywana jedynie podśpiewywaniem dziewczynek. Ich głosy niemal go uśpiły. W pewnej chwili zdawało mu się, że z brzegu woła go matka. Obraz stracił ostrość, a uszy wypełniło bicie jego własnego serca.

Kiedy łódź dobiła do brzegu, Waheem czuł się słabo, kręciło mu się w głowie. Pastor musiał nieść jego klatkę, a Waheem szedł za nim chwiejnym krokiem, przeciskając się przez tłum kobiet z koszami i płóciennymi torbami, nagabujących mężczyzn i wszechobecnych rowerzystów.

Pastor postawił klatkę, a Waheem wydukał parę słów, które bardziej przypominały jęk i pomruk niż podziękowanie. Zanim pastor się odwrócił, Waheem padł na kolana, krztusząc się i wymiotując, spryskując błyszczące buty pastora czarnymi wymiocinami. Gdy chciał wytrzeć wargi, przekonał się, że krew kapie mu z uszu, a treść żołądka znów podchodzi do gardła. Na ramieniu poczuł dłoń pastora, usłyszał wołający o pomoc głos. Spokojny, pewny siebie głos, który wygłaszał kazania, zamienił się w spanikowany pisk.

Ciałem Waheema wstrząsnęły drgawki. Machał rękami, uderzał nogami o ziemię. Z trudem łapał powietrze i dusił się, nie był już w stanie przełknąć. Potem poczuł jakiś ruch w głębi ciała, niemal słyszał, jakby ktoś rozdzierał mu wnętrzności. Krew lała się z niego wszelkimi możliwymi otworami. Nie czuł bólu, tylko szok. Szok na widok takiej ilości krwi, i to jego własnej, usunął w cień ból.

Wokół niego zebrał się tłum, ale Waheem dostrzegał ludzi jak przez mgłę. Nawet głos pastora wydawał się odległym brzęczeniem. Waheem już go nie widział. Nie był nawet świadomy tego, że amerykański biznesmen dłonią w rękawiczce chwycił za rączkę klatkę z małpami, a potem po prostu zniknął.

ROZDZIAŁ DRUGI

Dwa miesiące później

8.25 rano

Piątek, 28 września 2007

Akademia FBI

Quantico, Wirginia

Maggie O’Dell patrzyła na swojego szefa, zastępcę dyrektora Cunninghama, który przesunął okulary na czoło i wpatrywał się w pudełko z pączkami w taki sposób, jakby od jego decyzji zależało czyjeś życie. Mówiąc szczerze, zawsze tak wyglądał, gdy podejmował decyzje, także gdy dotyczyły kierowanego przez niego Wydziału Badań Behawioralnych. Miał poważną twarz pokerzysty, na jego czole i wokół przenikliwych oczu zawsze pojawiały się te same zmarszczki, palcem wskazującym postukiwał w ledwie zarysowaną górną wargę.

Stał wyprostowany, ze stopami rozstawionymi tak jak wtedy, gdy strzelał z glocka. Kilka minut po ósmej rano już podciągnął rękawy świeżo wyprasowanej koszuli, lecz zrobił to z wielką starannością, podwijając mankiety pod spód. Szczupły i sprawny, byłby w stanie zjeść cały tuzin pączków i jego talia by na tym nie ucierpiała. Tylko przyprószone siwizną włosy świadczyły, że nie był już młodzieńcem. Maggie słyszała, że potrafił wycisnąć na leżąco dwadzieścia pięć kilogramów więcej niż rekruci, choć był od nich o trzydzieści lat starszy.

Spuściła wzrok i spojrzała na siebie. Pod wieloma względami wzorowała się na szefie. Pogniecione spodnie, miedziany żakiet, który pasował do jej kasztanowych włosów i brązowych oczu, ale nie przyciągał uwagi, pozycja osoby gotowej do strzału, świadcząca o pewności siebie.

Czasami miała świadomość, że trochę nadrabia miną. Trudno zerwać ze starymi przyzwyczajeniami. Dziesięć lat wcześniej, kiedy Maggie z eksperta medycyny sądowej zamieniła się w agenta specjalnego, jej powodzenie zależało od tego, czy zdoła odnaleźć się w męskim gronie. Żadnych fantazyjnych fryzur, makijaż ograniczony do minimum, spodniumy szyte na miarę, niepodkreślające figury. Oczywiście w FBI nie karano kobiet za urodę, ale Maggie wiedziała, że z pewnością nie spotyka ich za to nagroda.

Po jakimś czasie zauważyła, że spodniumy trochę na niej wiszą. Nie stało się tak z powodu owego nadrabiania miną, lecz raczej na skutek stresu. Od lipca coraz więcej czasu poświęcała zdobywaniu formy. Z początku biegała trzy kilometry, potem około pięciu, a teraz prawie osiem. Czasami chwytał ją skurcz w łydkach, ale się nie poddawała. Kilka obolałych mięśni to niezbyt wysoka cena za jasność umysłu.

Nie chodziło jednak tylko o stres. Nagromadziło się wiele różnych spraw, które wywołały zamęt w jej głowie. Biurko miała zawalone teczkami. Jedna z nich, z lipca, wciąż powracała na wierzch sterty. Dokumenty te dotyczyły morderstwa w toalecie na międzynarodowym lotnisku O’Hare w Chicago. Ktoś zabił tam księdza, zadając mu cios nożem w serce. Ksiądz ten, ojciec Michael Keller, przez wiele lat zajmował sporo miejsca w myślach Maggie.

Keller był jednym z sześciu duchownych podejrzewanych o molestowanie chłopców. W ciągu czterech miesięcy wszyscy ci księża zostali zamordowani w identyczny sposób. Zabójstwo Kellera było ostatnim. Maggie wiedziała na sto procent, że morderca zaprzestał swojej zbrodniczej działalności, gdyż obiecał, że nie wróci do tego procederu. Mówiła sobie, że ktoś, kto podpisuje pakt z zabójcą, nie może oczekiwać spokoju ducha.

To była ciemna strona zamętu, jaki miała w głowie. Była też jasna, a w każdym razie druga strona. Ktoś za bardzo ją absorbował. Ten ktoś nazywał się Nick Morrelli.

Chwyciła oblanego czekoladą pączka sprzed nosa Cunninghama i ugryzła kęs.

– Zwykle przegrywam z Tullym, jeśli chodzi o te z czekoladą – powiedziała, kiedy Cunningham spojrzał na nią, unosząc brwi. Ale zaraz potem skinął głową, jakby to wyjaśnienie go satysfakcjonowało. – A przy okazji, gdzie on się podziewa? Za godzinę ma być w sądzie.

Zazwyczaj nie pilnowała swojego partnera, ale jeśli Tully nie złoży zeznań, będzie zmuszona to zrobić ona, a akurat dziś chciała wyjść wcześniej. Miała plany na weekend. Razem z detektyw Julią Racine zaplanowały wycieczkę do Connecticut. Julia chciała odwiedzić ojca, Maggie zaś spotkać się z pewnym antropologiem kryminalnym, Adamem Bonzado. Liczyła na to, że dzięki Adamowi przestanie myśleć o e-mailach, wiadomościach głosowych, kwiatach i kartkach, którymi od pięciu tygodni zasypywał ją wyjątkowo uparty Nick Morrelli.

– Z przyczyn proceduralnych w ostatniej chwili zmienili datę rozprawy – oświadczył Cunningham, kiedy Maggie już prawie zapomniała, o czym rozmawiali. Pewnie było to widać po jej minie, ponieważ Cunningham dodał: – Tully’ego zatrzymały jakieś sprawy rodzinne. – Wybrał pączka z lukrem i ze wzrokiem wlepionym w pudełko mruknął: – Wie pani, jak to jest z nastolatkami.

Maggie kiwnęła głową, chociaż nie miała o tym zielonego pojęcia. Towarzyszem jej życia był biały labrador retriever o imieniu Harvey, któremu wystarczały dwa posiłki dziennie, drobne pieszczoty i miejsce w nogach jej wielkiego łóżka. Późnym popołudniem Harvey rozciągnie się na tylnym skórzanym siedzeniu saaba Julii Racine, szczęśliwy, że bierze udział w wyprawie.

Maggie zaczęła się zastanawiać, co tak naprawdę wie na ten temat Cunningham. Nie przypominała sobie, by szef kiedykolwiek spóźnił się z powodu problemów rodzinnych. Po dziesięciu latach wspólnej pracy nie wiedziała kompletnie nic o prywatnym życiu zastępcy dyrektora. Na jego zawalonym papierami biurku nie było rodzinnych zdjęć, w jego gabinecie nie znalazłoby się nic, co by cokolwiek sugerowało. Wiedziała, że Cunningham jest żonaty, chociaż nie poznała jego żony. Nie znała nawet jej imienia. Nie zapraszano ich na te same przyjęcia z okazji Bożego Narodzenia. Zresztą Maggie nie uczestniczyła w podobnych imprezach.

Życie osobiste Cunninghama pozostało więc jego prywatną sprawą. Maggie brała z niego przykład także pod tym względem. Na jej biurku nie stały żadne fotografie, podczas sprawy rozwodowej ani razu nie wspomniała o niej w pracy. Niewielu kolegów wiedziało, że w ogóle była mężatką. Oddzielała życie prywatne od zawodowego. Nie mogło być inaczej. Jej były mąż, Greg, upierał się, że to właśnie jeden z powodów ich rozstania.

– Jak można twierdzić, że się kogoś kocha, i ukrywać to przed światem?

Nie miała na to odpowiedzi. Nie potrafiłaby mu tego wyjaśnić. Czasami czuła, że nie jest nawet dobra w tym szeregowaniu i szufladkowaniu poszczególnych części składowych swojego życia. Wiedziała za to, że ktoś, kto przygotowuje analizy zachowań przestępców i ich portrety psychologiczne, ktoś, kto na co dzień walczy ze złem, kto godzinami przenika umysły morderców, musi odseparować te fragmenty swojego życia od pozostałych, żeby się nie rozpaść. Brzmiało to jak wygodny oksymoron. Separować i dzielić, by pozostać całością.

Była ciekawa, czy Cunningham musi tłumaczyć takie rzeczy swojej żonie. Najwyraźniej szło mu o wiele lepiej niż jej. Kolejny powód, by przyjąć za swój jego zwyczaj niemówienia o pewnych sprawach.

Nie, Maggie nie znała imienia żony Cunninghama, nie wiedziała, czy szef ma dzieci, jakiej drużynie piłkarskiej kibicuje ani czy wierzy w Boga. I szczerze mówiąc, właśnie to w nim podziwiała. Im mniej ludzie o tobie wiedzą, tym mniejsze ryzyko, że cię zranią. To jeden ze sposobów na uniknięcie strat i zniszczeń. Maggie sporo ta wiedza kosztowała. Może nawet za dużo. Od rozwodu nikogo do siebie nie dopuszczała. Nie musiała oddzielać spraw prywatnych od zawodowych, jeśli prywatne nie istniały.

– Proszę zaczekać. – Cunningham złapał ją za nadgarstek, kiedy chciała ugryźć drugi kęs.

Rzucił swojego pączka na blat biurka i wskazał na pudełko. Maggie spodziewała się zobaczyć karalucha czy coś równie obrzydliwego, tymczasem dojrzała róg białej koperty wsadzonej na dno pudełka. Przez otwór w pączku w kształcie obwarzanka widziała drukowane litery. Agenci mieli zwyczaj wysyłać sobie pączki z gratulacjami z rozmaitych okazji. A zatem w tej kopercie powinna znajdować się kartka, a koperta nie powinna wywołać tak nerwowej reakcji.

– Czy ktoś wie, od kogo są te pączki? – spytał głośno Cunningham, by wszyscy go słyszeli. W jego głosie nie było jednak niepokoju, który Maggie dostrzegła w jego oczach.

Kilka osób wzruszyło ramionami, kilka mruknęło, że nie wie. Wszyscy byli zajęci pracą. Ci ludzie nie grzeszyli nieśmiałością, każdy z nich chętnie by się przyznał, gdyby chodziło o niego. Ale człowieka, który przyniósł pączki, już tam nie było. Lewa powieka Cunnighama zadrżała, kiedy sobie to uświadomił.

Wyjął pióro z górnej kieszonki i ostrożnie wysunął kopertę spod pączka. Maggie też wydało się podejrzane, że ktoś schował kopertę na samym dnie pudełka, gdzie można ją było znaleźć dopiero po zjedzeniu większości pączków. Poczuła w ustach kwaśny smak. Zjadła tylko kęs, powiedziała sobie. Potem natychmiast się zastanowiła, iluż jej kolegów pochłonęło już pozostałe pączki.

– Czasami jakiś dział przysyła nam pudełko z kartką z gratulacjami – zauważyła z nadzieją, że jej wyjaśnienie okaże się prawdą.

– To nie wygląda jak zwykła kartka z gratulacjami.

Cunningham chwycił róg koperty kciukiem i palcem wskazującym. Znajdował się na niej napis: „Dla Pana Agenta F.B.I.”, na samym środku, drukowanymi literami, które wyglądały, jakby napisał je uczeń pierwszej klasy.

Cunnigham położył kopertę delikatnie na biurku, a potem się odsunął i rozejrzał znów po pokoju. Kilku agentów czekało na windę. Sekretarka Cunninghama, Anita, podniosła słuchawkę dzwoniącego telefonu. Nikt nie zwrócił uwagi na zaniepokojony wzrok szefa. Kropelki potu nad jego górną wargą świadczyły o rosnącej panice.

– Wąglik? – spytała cicho Maggie.

Cunningham potrząsnął głową.

– Nie jest zaklejona.

Odezwał się dzwonek windy, przyciągając uwagę ich obojga. Ale tylko na moment.

– Za płaska, żeby był tam środek wybuchowy – zauważyła Maggie.

– Na pudełku też nic nie ma.

Zdała sobie sprawę, że zachowują się, jakby rozwiązywali niewinną krzyżówkę.

– A co z pączkami? – spytała w końcu Maggie. – Mogą być zatrute?

– Niewykluczone.

Wargi jej wyschły. Chciała wierzyć, że ich podejrzenia są nieuzasadnione. Może jacyś agenci spłatali im figla. Co zresztą jest bardziej prawdopodobne niż fakt, że terrorysta dostał się do Quantico, i to na dodatek aż do ich wydziału.

Cunningham otworzył kopertę, ledwie dotykając jej nożem. Chwytając znów za róg, wyjął ze środka kartkę. Złożono ją na pół, a potem zagięto jeszcze wzdłuż brzegów jakieś pół centymetra.

 

– Tak robią farmaceuci – powiedziała Maggie, a żołądek znowu podskoczył jej do gardła.

Cunningham skinął głową. Zanim pojawiły się zmyślne plastikowe opakowania, farmaceuci mieli zwyczaj pakować leki w biały papier, który odpowiednio składali i zaginali na brzegach, by tabletki czy proszek nie wypadły. Maggie dowiedziała się tego, rozpracowując sprawę wąglika. Teraz zastanawiała się, czy nie pospieszyli się z otwarciem koperty.

Cunningham podniósł złożoną kartkę, starając się dojrzeć, co jest w środku. Nie dopatrzyli się jednak żadnego proszku. Maggie widziała tylko te same drukowane litery, które znajdowały się na kopercie. Przypominały jej pismo dziecka.

Przy pomocy pióra Cunningham rozłożył kartkę. Zdania były krótkie i proste, po jednym w linijce. Duże drukowane litery krzyczały:

NAZWIJCIE MNIE BOGIEM

DZISIAJ NASTĄPI ATAK

NA ELK GROVE 13949

O 10 RANO

NIE CHCIAŁBYM ŻEBY WAS TO OMINĘŁO

JESTEM BOGIEM

PS. WASZE DZIECI NIGDY I NIGDZIE

NIE BĘDĄ BEZPIECZNE.

Cunningham spojrzał na zegarek, a potem przeniósł wzrok na Maggie i spokojnym głosem oświadczył:

– Potrzebujemy oddziału pirotechników i brygady antyterrorystycznej. Spotkamy się na zewnątrz za piętnaście minut. – Po czym odwrócił się i ruszył do gabinetu, jakby codziennie wydawał tego rodzaju polecenia.