GeorgeTekst

Autor:Alex Gino
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
George
George
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 111,44  89,15 
George
George
Audiobook
85,54 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Alex Gino

George


ISBN 978-83-8203-043-3


Tytuł oryginału:

George


Copyright © 2015 by Alex Gino

All rights reserved Published by arrangement with Scholastic Inc., 557 Broadway, New York, NY 10012, USA Book design by Ellen Duda Tłumaczenie © Wydawnictwo Nowa Baśń 2021 Wszystkie prawa zastrzeżone Redaktor prowadzący Izabela Troinska Redakcja i skład Witold Kowalczyk Opracowanie graficzne okładki Grzegorz Kalisiak | Pracownia Liternictwa i Grafiki Elementy graficzne Freepik.com Wydanie 1 Wydawnictwo Nowa Baśń ul. Święty Marcin 77 lok. 8, 61-717 Poznań telefon 881 000 125 www.nowabasn.com Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonał Jarosław Szumski.

Dla wszystkich, którzy czują się inni


Geo wyjęła srebrny klucz od domu z najmniejszej kieszeni dużego czerwonego plecaka. Mama przyszyła klucz, żeby się nie zgubił, ale nić była zbyt krótka, by dziewczynka mogła dosięgnąć nim do dziurki od klucza, gdy miała plecak na ramieniu. Geo musiała więc utrzymać równowagę na jednej nodze, podczas gdy plecak opierała na kolanie drugiej. Po krótkiej chwili udało jej się włożyć klucz do dziurki.

Potykając się, weszła do środka i krzyknęła:

– Cześć!

Wszędzie było ciemno, ale Geo musiała mieć pewność, że dom jest pusty. Drzwi do sypialni mamy były otwarte, na łóżku leżała równo ułożona pościel. W pokoju Scotta też nikogo nie było. Kiedy Geo nabrała pewności, że jest sama, poszła do trzeciego pokoju, otworzyła drzwi szafy i przyjrzała się stosowi maskotek i różnych innych zabawek. Był nienaruszony.

Mama narzekała, że Geo od lat nie bawiła się żadną z zabawek, i powtarzała, że już dawno powinny one zostać oddane potrzebującym. Geo wiedziała jednak, że są jej potrzebne, ponieważ strzegą jej bardzo cennej tajnej kolekcji. Włożyła rękę między pluszowe misie i puchate króliczki i po omacku znalazła płaską dżinsową torbę. Wyjęła ją, pobiegła do łazienki, zamknęła za sobą drzwi i przekręciła w nich zamek. Trzymając torbę mocno w ramionach, zsunęła się po ścianie i usiadła.

Gdy przechyliła torbę na bok, na podłogę wysypało się kilkanaście czasopism w śliskich okładkach. Nagłówki głosiły, że po przeczytaniu artykułów można poznać SPOSOBY NA IDEALNĄ CERĘ, DWANAŚCIE NAJMODNIEJSZYCH FRYZUR NA LATO, dowiedzieć się, JAK POWIEDZIEĆ SEKSOWNEMU FACETOWI, ŻE GO LUBISZ, i obejrzeć SZALONE ZIMOWE KREACJE. Geo była tylko kilka lat młodsza od dziewczyn uśmiechających się do niej z błyszczących stron. Myślała o nich jak o swoich przyjaciółkach.

Podniosła wydanie z kwietnia, które przeglądała już wiele razy. Szybko przekartkowała czasopismo, którego strony wydzielały słaby zapach druku.

Zatrzymała się na zdjęciu przedstawiającym cztery dziewczyny na plaży. Stały w rzędzie i prezentowały kostiumy kąpielowe, a każda z nich przyjmowała jakąś pozę. Z prawej strony artykułu znajdowały się wskazówki na temat tego, jak dobrać odpowiedni krój kostiumu do sylwetki. Zdaniem Geo wszystkie te ciała wyglądały tak samo. To były ciała dziewczyn.

Na następnej stronie dwie roześmiane dziewczyny siedziały na kocu i obejmowały się ramionami. Jedna miała na sobie bikini w paski, a druga – jednoczęściowy kostium kąpielowy w grochy z wycięciem na biodrach.

Gdyby Geo tam z nimi była, od razu by się do nich dosiadła i roześmiana również by je objęła. Miałaby na sobie jasnoróżowe bikini, a jej włosy byłyby długie, tak by jej nowe przyjaciółki lubiły zaplatać je w warkocz. Spytałyby ją o imię, a ona by odrzekła: Mam na imię Melissa. Nazywała siebie Melissą, przeglądając się w lustrze, gdy nikt nie widział, i zaczesywała swoje proste rudawoblond włosy na czoło, żeby wyglądały jak grzywka.

Geo szybko przewracała kolejne kartki z reklamami organizerów do torebek, lakierów do paznokci, najnowszych modeli telefonów, a nawet tamponów. Pominęła artykuł o tym, jak samodzielnie zrobić bransoletkę, i kolejny na temat tego, w jaki sposób rozmawiać z chłopakami.

Geo zaczęła zbierać czasopisma przez przypadek. Dwa lata temu w bibliotece w pojemniku na surowce wtórne zauważyła stary numer „Girls’ Life”. Słowo girls od razu wpadło jej w oko, wsunęła więc czasopismo pod kurtkę, by później je przejrzeć. Wkrótce pojawiło się kolejne pismo dla dziewcząt, tym razem uratowane z kosza na śmieci przecznicę od jej domu. W następny weekend na wyprzedaży garażowej zobaczyła dżinsową torbę za dwadzieścia pięć centów. Idealnie mieściły się w niej czasopisma i była zapinana na zamek błyskawiczny. Geo miała wrażenie, jakby wszechświat chciał, żeby mogła bezpiecznie przechowywać swoją kolekcję.

Zatrzymała się na dwóch stronach poświęconych konturowaniu twarzy makijażem. Nigdy nie robiła sobie makijażu, ale zaczęła uważnie oglądać kolory po lewej stronie. Poczuła, jak jej serce zaczyna bić szybciej. Zastanawiała się, jakie to uczucie, gdy ma się na ustach prawdziwą szminkę. Geo uwielbiała smarować usta pomadką ChapStick. Używała jej przez całą zimę, niezależnie od tego, czy usta miała akurat spierzchnięte, czy nie, tak długo, aż pomadka się skończyła, i ukrywała opakowanie przed mamą.

Nagle usłyszała na zewnątrz jakiś stukot i podskoczyła. Wyjrzała przez okno na drzwi wejściowe, które znajdowały się bezpośrednio pod nim. W zasięgu wzroku nikogo nie było, ale na podjeździe leżał rower Scotta, tylne koło wciąż się obracało.

Rower Scotta! To oznaczało, że Scott zaraz będzie w domu! Scott był starszym bratem Geo, chodził do pierwszej klasy szkoły średniej. Geo poczuła, jak zjeżyły jej się włoski na karku. Wkrótce rozległy się ciężkie kroki i ktoś wszedł na piętro. Po chwili ten ktoś zaczął walić do zamkniętych drzwi łazienki. Geo miała wrażenie, jakby Scott walił w jej klatkę piersiową.

Łup! Łup! Łup!

– Jesteś tam, George?

– T… tak.

Lśniące czasopisma były porozrzucane po całej podłodze. Szybko zaczęła je zbierać i wsadziła do dżinsowej torby. Geo wydawało się, że jej serce dudni niemal tak głośno jak drzwi łazienki kopane przez Scotta.

– Brat, muszę tam wejść! – krzyknął Scott.

Geo zapięła torbę tak cicho, jak tylko potrafiła, i zaczęła szukać miejsca, w którym mogłaby ją schować. Przecież nie wyjdzie z nią na korytarz. Scott od razu by spytał, co znajduje się w środku. Jedyna szafka w łazience była wypchana ręcznikami i się nie domykała. Też niedobrze. W końcu Geo powiesiła torbę na prysznicu i zaciągnęła zasłonę w nadziei, że Scottowi nie przyjdzie do głowy, by właśnie zacząć przestrzegać zasad higieny osobistej.

Brat wbiegł do środka, gdy tylko Geo otworzyła drzwi, i odpiął rozporek, jeszcze zanim doszedł do muszli klozetowej. Geo szybko wyszła, zamknęła drzwi i oparła się o ścianę obok, by złapać oddech. Czasopisma prawdopodobnie nadal bujały się pod prysznicem. Geo miała nadzieję, że torba nie uderzy o zasłonę albo, co gorsza, nie wpadnie do wanny i nie narobi hałasu.

Dziewczynka nie chciała być w pobliżu łazienki, gdy Scott z niej wyjdzie, więc zeszła na dół. Nalała sobie szklankę soku pomarańczowego i usiadła przy stole. Czuła mrowienie na skórze. Na zewnątrz pojawiły się chmury i w pomieszczeniu zrobiło się ciemniej. Gdy drzwi do łazienki gwałtownie się otworzyły, Geo aż podskoczyła, wylewając sobie sok na rękę. Uświadomiła sobie, że prawie nie oddychała.

Bum-bum-bum-bum. Scott zbiegł po schodach, trzymając w dłoni pudełko z płytą DVD. Otworzył drzwi lodówki, wyciągnął karton z sokiem pomarańczowym i się napił. Miał na sobie cienką czarną koszulkę i dżinsy z niewielką dziurą na kolanie. Od kilku miesięcy nie był u fryzjera, więc ciemne loki wyglądały na jego głowie jak mop.

– Przepraszam, że przerwałem ci robienie kupy. – Scott wytarł usta przedramieniem.

– Wcale nie robiłem kupy – odparła Geo.

– To dlaczego tak długo tam siedziałeś?

Geo się zawahała.

– Och… Już wiem – powiedział brat. – Założę się, że miałeś tam jakieś czasopismo.

Geo zamarła z na wpół otwartymi ustami, wyrwana z zamyślenia. Nagle powietrze stało się gorące, zakręciło jej się w głowie. Położyła dłonie na stole, żeby mieć pewność, że nadal siedzi w kuchni.

– No proszę. – Scott wyszczerzył zęby, widząc panikę w oczach Geo. – Oto mój mały braciszek! Zaczął dorastać i oglądać sprośne czasopisma.

– Och – westchnęła głośno Geo. Wiedziała, o jakie czasopisma chodzi. Miała ochotę wybuchnąć śmiechem. Dziewczyny w magazynach, które oglądała, nawet te na plaży, miały na sobie o wiele więcej niż dziewczyny w czasopismach, o których mówił Scott.

Trochę się uspokoiła.

– Nie martw się. Nie powiem mamie. W każdym razie już wychodzę. Wpadłem tylko po to. – Potrząsnął czarnym plastikowym pudełkiem, a znajdująca się w środku płyta zagrzechotała. – Jeszcze tego nawet nie widziałem, ale to ponoć klasyk. Niemiecki. Tytuł oznacza mniej więcej Krew zła. Kiedy zombie odgryzają rękę jednemu facetowi i go zabijają, drugi musi użyć tej odgryzionej ręki swego martwego najlepszego przyjaciela do walki z zombie. Wspaniałe.

 

– Brzmi obrzydliwie – odparła Geo.

– Tak! – Scott pokiwał entuzjastycznie głową. Wziął kolejny łyk soku pomarańczowego, schował karton z powrotem do lodówki i skierował się do drzwi.

– Możesz wrócić do rozmyślania o dziewczynach – zażartował po drodze.

Geo wpadła do łazienki, ściągnęła torbę z prysznica i schowała ją głęboko w szafie, pod zabawkami i maskotkami. Na wszelki wypadek przykryła wszystko stosem brudnych ubrań. Potem zamknęła drzwi i padła na łóżko twarzą do poduszki, skrzyżowała dłonie na głowie i przycisnęła łokcie do uszu. Zapragnęła być kimś innym – kimkolwiek innym.


Pani Udell opierała się o swoje ogromne biurko, czytając czwartej klasie tekst z podniszczonego egzemplarza Pajęczyny Charlotty E.B. White’a. Lśniące czarne włosy upięła w luźny kok, a z jej długich płatków uszu zwisały drewniane kolczyki.

Geo siedziała przy oknie i nie była w stanie słuchać nauczycielki. Nie była w stanie myśleć. Charlotta – cudowna, miła pajęczyca – odeszła, i wszystko było nie tak. Książka opowiadała o tym, jak Charlotta uratowała słabego prosiaczka Wilusia, a potem umarła. To nie w porządku. Geo przycisnęła pięści do oczu i zaczęła trzeć tak mocno, że w ciemności pojawiły się malutkie wirujące i migoczące trójkąty.

Na jej książkę spadła łza, która rozlała się na stronie niczym pajęcza sieć. Geo powoli nabrała powietrza, próbując nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Oddychała płytko tak długo, aż zakręciło jej się w głowie. Wreszcie musiała odetchnąć głęboko, a gdy to uczyniła, wyrwał jej się szloch. Głośny. Usłyszała szepty, bardzo wyraźne w cichej sali.

– Ej, jakaś dziewczyna płacze nad zdechłym pająkiem.

– To nie dziewczyna. To George.

– Czyli prawie jak dziewczyna – rozległ się śmiech.

Geo nie musiała się odwracać, by sprawdzić, kto to powiedział. Nie musiała. Dobrze wiedziała, co zobaczy. Rick siedział dwa rzędy dalej, a Jeff zajął miejsce za Rickiem. Jeff z pewnością pochylał się do przodu, jego postawione na żel włosy niemalże dotykały ramienia Ricka. Rick odchylał się do tyłu, miał na sobie błyszczącą kurtkę baseballową. Obaj z pewnością zasłaniali usta dłońmi, udając, że nie chcą, by ktoś ich usłyszał.

Kiedyś Geo i Rick się ze sobą przyjaźnili, a przynajmniej łączyły ich przyjazne relacje. W drugiej klasie zorganizowano klasowy turniej warcabów, a Geo i Rick byli najlepszymi graczami. W finale szli łeb w łeb i Rick ledwo wygrał. I chociaż Geo przegrała, to i tak przez kilka tygodni oboje nazywali siebie Mistrzami Warcabów.

W trzeciej klasie do grupy dołączył Jeff. Przeprowadził się z Kalifornii i nie był z tego powodu zadowolony. Wszczął kilka bójek i na samym początku groził wszystkim chłopakom, łącznie z Geo. Ale w październiku się uspokoił i skumplował się z Rickiem, który nagle przestał być miły dla Geo. W czasie ferii zimowych Jeff i Rick stali się nierozłączni i teraz było tak, jakby Mistrzowie Warcabów byli dzieciakami, które kiedyś się znały, ale nigdy nie poznały ani Geo, ani Ricka.

Pani Udell spojrzała groźnie na chichoczących chłopców, odchrząknęła i przeczytała ostatni akapit rozdziału. Jej uczniowie byli już na tyle duzi, że rzadko czytała im na głos, teraz jednak chciała, żeby skupili się na, jak to określała, wspaniałej melancholii ostatnich chwil Charlotty.

Kiedy skończyła, zamknęła książkę, położyła ją na stosie papierów na biurku i zdjęła okulary.

– Chciałabym, żebyście teraz wyjęli zeszyty i poświęcili kilka minut na zapisanie swoich wrażeń po przeczytaniu tego rozdziału. Najpierw możecie się przez chwilę zastanowić, potem jednak musicie się zabrać do pracy. Chcę, żebyście się wczuli i wyrazili swoje emocje.

Sala 205 wypełniła się odgłosami wyjmowania zeszytów z ławek, przewracania kartek, szukania ołówków. Pani Udell podeszła do Jeffa i Ricka i zaczęła z nimi rozmawiać. W sali panował gwar, więc Geo niewiele słyszała, choć siedziała zaledwie dwa rzędy dalej.

– Niektórzy z nas traktują śmierć bardzo poważnie – powiedziała pani Udell lodowatym tonem. Patrzyła to na Jeffa, to na Ricka. Obaj wpatrywali się w swoje trampki. – Jest to bardzo poważny temat i mam nadzieję, że będziecie szanowali siebie, swoich kolegów z klasy i życie, do którego należy podchodzić w dojrzały sposób.

Jeff i Rick wybełkotali przeprosiny. Geo nie wiedziała, czy były one skierowane do niej, do pani Udell, czy może do Charlotty. I chyba jej to nie obchodziło. W chwili, gdy pani Udell się odwróciła, Jeff przewrócił oczami. Kiedy coś mu się nie podobało, zawsze przewracał oczami, z reguły rzucając jeszcze złośliwy komentarz.

Pani Udell minęła ławkę Geo.

– Szczerze mówiąc, nie wiem, co sądzić o osobie, która nie płacze na końcu Pajęczyny Charlotty.

– Pani nie płakała – mruknęła Geo.

– Płakałam podczas trzech pierwszych czytań… i kilka razy potem. – Pani Udell przerwała i przez chwilę wyglądało na to, że sama zaraz otrze łzę. – Chodzi mi o to, że tylko wyjątkowe osoby potrafią płakać podczas czytania książki. Świadczy to o ich zdolności do współczucia, a także dużej wyobraźni. – Pani Udell poklepała Geo po ramieniu. – George, nigdy nie tłum tego w sobie, a z pewnością wyrośniesz na dobrego młodego mężczyznę.

Na dźwięk słowa „mężczyzna” Geo poczuła, jakby stos kamieni spadł jej na głowę. Było ono sto razy gorsze niż słowo „chłopiec”, nie mogła oddychać. Przygryzła mocno wargę i poczuła, jak znowu napływają jej do oczu łzy. Położyła głowę na ławce i zapragnęła być niewidzialna.

Pani Udell wróciła z przepustką do łazienki. Był to stary drewniany klocek z grupy zerowej, na którego jednej stronie zielonym markerem napisano „chłopcy”. Geo przewróciła klocek z głośnym stukotem, tak że było widać tylko napis „Sala 205”.

Pani Udell położyła rękę na ramieniu Geo, ale ona wzdrygnęła się i wstała. Przez łzy ledwo widziała drzwi do klasy, szła do nich instynktownie. Wbiegła ze szlochem do łazienki – do łazienki chłopców. Wargi jej drżały, a do ust spływały słone łzy.

Geo nienawidziła łazienki dla chłopców. To było najgorsze miejsce w całej szkole. Nienawidziła zapachu moczu i środka dezynfekującego, a także niebieskich płytek na ścianie, które przypominały jej o tym, gdzie się znajdowała – tak jakby nie wystarczyły do tego pisuary. W całej łazience chodziło o bycie chłopcem, a gdy byli tam jej koledzy, lubili rozmawiać o tym, co mają między nogami. Geo starała się nie korzystać z toalety, gdy byli w niej jacyś chłopcy. Nigdy nie piła z fontann w szkole, nawet gdy chciało jej się pić, i czasami udawało jej się przetrwać cały dzień bez wyjścia do toalety.

Przysunęła głowę do kranu i polewała sobie szyję zimną wodą tak długo, aż zaczęła drżeć. Potem wytarła głowę kilkoma zgniecionymi papierowymi ręcznikami. Przeczesała palcami pasma mokrych włosów i uśmiechnęła się słabo do swojego odbicia w lustrze.

Po chwili wyszła z łazienki i ruszyła korytarzem, delikatnie przejeżdżając przepustką po ścianie, tak że klocek przekazywał wibracje jej dłoni. Gdy przeskakiwał nad cienkimi paskami fugi między płytkami, na korytarzu rozbrzmiewał echem rytmiczny stukot.

Geo powoli otworzyła drzwi do klasy, obawiając się wybuchów śmiechu, ale uczniowie byli zbyt skupieni na swoich zeszytach, żeby zauważyć jej powrót. Na tablicy widniał temat, „Osobiste reakcje”, napisany starannym pismem pani Udell. Geo wyjęła swój zeszyt, zapisała datę oraz temat. Kiedy napisała, że Charlotta nie żyje, skończył się czas na pisanie.

Pani Udell nie poprosiła nikogo, by przeczytał na głos swoją pracę. Zamiast tego zwróciła się do całej grupy:

– Jutro zaczyna się prawdziwa zabawa! Póki co chcę wam powiedzieć, że nie musicie już tu siedzieć. – Wypowiedziała rymowankę, jakby recytowała krótki wiersz. – Odłóżcie zeszyty i sprawdzimy, który rząd jest gotowy, żeby zebrać swoje rzeczy.

Przez zabawę pani Udell rozumiała spektakl Pajęczyna Charlotty, które dwie klasy czwarte miały wystawić dla młodszych klas. Tradycją szkoły było to, że każdej wiosny wszyscy uczniowie z klas od pierwszej do czwartej poznawali tę samą książkę. Pierwszoklasistom książkę czytali nauczyciele, czasami w zabawie brały udział nawet dzieciaki z zerówki. I wtedy każda klasa przygotowywała jakiś projekt związany z książką. Czwartoklasiści, jako najstarsi uczniowie biorący udział w akcji, zawsze wystawiali sztukę dla młodszych kolegów, rodziców i nauczycieli. Z czytania książki byli zwolnieni tylko piątoklasiści, którzy musieli się skupić na wiosennych egzaminach, żeby się dostać do gimnazjum.

Pani Udell wezwała cztery rzędy uczniów, sala wypełniła się więc odgłosami zapinanych zamków błyskawicznych i plecaków rzucanych na drewniane biurka. Rząd Geo został wezwany na końcu, wszystkie dzieciaki wpatrywały się w panią Udell.

– Rząd pierwszy.

Nogi krzeseł zaskrzypiały na podłodze. Geo powoli zebrała swoje rzeczy, jak najbardziej opóźniając przyłączenie się do chłopców. Wolała trzymać się z daleka od Jeffa i Ricka.

Klasa pani Udell przeszła korytarzami na boisko. Dzieci wracające do domów szkolnym autobusem zostały wypuszczone jako grupa, a pozostałe czekały z panią Udell na rodziców, dziadków lub opiekunów. Geo ruszyła do autobusu.

– George, poczekaj! – krzyknął za nią jakiś głos. Kelly, najlepsza przyjaciółka Geo, miała włosy zaplecione w warkoczyki i pachniała pomarańczami i wiórami po temperowaniu kredek. Na jej koszulce widniał napis:

99% GENIUSZU

1% CZEKOLADY

– Mój tata powiedział, że możesz przyjechać w ten weekend, żeby poćwiczyć – powiedziała, gdy tylko podeszła do Geo. Przez cały tydzień gadała jak najęta o przesłuchaniach. – Nadal chcesz zagrać ze mną w tym przedstawieniu, prawda?

Jasne, że Geo tego chciała. Bardziej niż czegokolwiek. Nie zamierzała jednak grać jakiegoś śmierdzącego prosiaka. Chciała zagrać rolę Charlotty, miłej i mądrej pajęczycy, nawet jeśli była to rola dla dziewczyn. Otworzyła usta, ale nie potrafiła wydobyć z siebie głosu.

Kelly podniosła ręce, wnętrzem dłoni skierowane do Geo.

– Jestem Kelly Cudowna i Wszechwiedząca – zaintonowała. – Wyczuwam, że coś jest z tobą nie tak. No dobrze, moje dziecko, na czym polega twój problem? – Zamknęła oczy i powoli przyłożyła dłonie do skroni Geo, trochę podglądając, by mieć pewność, że nie wsadza swojemu najlepszemu przyjacielowi palca w oko.

– Skoro jesteś wszechwiedząca, to pewnie już wiesz – odparła Geo.

Kelly na chwilę otworzyła oczy i zrobiła zeza. Potem zatrzepotała powiekami.

– W porządku. Jestem Kelly Cudowna i Prawie Wszystko Wiedząca. Postaram się wyczuć twój problem. – Ponownie otworzyła oczy i opuściła ręce. – Wiem! Masz tremę. Wiem wszystko o tremie. Wujek Bill mówi, że mój tata ma straszną tremę i dlatego pozwala, by inni ludzie się bogacili, wykonując jego piosenki.

– To nie jest trema.

– No dobra, może nie. Mój tata też chyba nie ma tremy. Po prostu jest artystą innym niż pozostali. – Kelly potrząsnęła Geo za ramię. – W takim razie o co chodzi? Wiesz, że nie potrafię żyć w takiej niepewności. Powiedz mi, albo…

– Albo co?

Kelly doznała olśnienia.

– Albo poprowadzę moją armię bestii, by zaatakowała cię w nocy i wyssała ci mózg przez słomkę, a potem uczynię cię jednym z moich sług i będziesz musiał robić wszystko, co ci każę. Łącznie z mówieniem mi, o czym myślisz! O co chodzi? O co chodzi? O co chodzi?

Geo rozejrzała się wokół, żeby mieć pewność, że nikt inny jej nie słyszy.

– Już dobrze, dobrze, uspokój się! Chodzi o to, że nie chcę grać Wilusia – powiedziała wreszcie.

– Och. Ale to przecież żaden problem. W sztuce jest wiele innych ról. Nazywa się je rolami drugoplanowymi. Mój tata mówi, że najlepsi gwiazdorzy byliby niczym bez doskonałej obsady drugoplanowej. Powiedzmy o tym pani Udell i ona zadecyduje, kogo jeszcze możesz zagrać.

– Nie chcę jakiejś tam roli – odparła Geo.

– No dobrze, to kogo chcesz zagrać? Szczura Tymoteusza?

Geo pokręciła głową.

– Avery’ego? – zgadywała dalej Kelly. – Pana Zuckermana? Pana Arable’a?

Geo ciągle kręciła głową.

– Kto jeszcze występuje w sztuce? – spytała sceptycznie Kelly.

– Chcę zagrać Charlottę – szepnęła Geo.

Kelly wzruszyła ramionami.

– To super. Skoro chcesz być Charlottą, naucz się jej roli i idź na przesłuchanie. Ze wszystkiego robisz wielkie halo. Kogo będzie obchodzić to, że nie jesteś dziewczyną?

 

Geo poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Ją to obchodziło. I to bardzo.

Jeden ze stojących na ulicy autobusów włączył silnik.

– Muszę już lecieć! – Kelly zaczęła biec. – Raz-dwa-trzy! – krzyknęła za siebie.

– Zoot – odpowiedziała Geo. Już w pierwszej klasie Kelly i Geo doszły do wniosku, że mówienie „raz-dwa-trzy-zoot” jest o wiele fajniejsze niż zwykłe pożegnanie. Usłyszały to w jakiejś bajce i śmiały się z tego cały dzień. Żadna z nich nie pamiętała już, z jakiej bajki to było, z czasem też mówienie „raz-dwa-trzy-zoot” zaczęło im się wydawać głupie, ale żadna nie chciała skończyć z tym pierwsza.


Tej nocy Geo marzyła o tym, że występuje na scenie w roli Charlotty. Była ubrana na czarno, po bokach miała dodatkowe nogi i recytowała przed zgromadzoną publicznością najpiękniejsze słowa. Pierwszy wers wyszedł idealnie, drugi też. Potem jednak usłyszała nad sobą dziwny hałas. Podniosła głowę, ale zobaczyła tylko ciężką kurtynę, która okryła ją duszną ciemnością, a następnie zrzuciła z drabiny. Potem Geo miała wrażenie, że spada przez bardzo długi czas, nie mogła oddychać.

Obudziła się zlana potem. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że znajduje się w swoim łóżku i wcale się nie dusi. Prześcieradło było owinięte wokół jej nóg.

Mimo wszystko nie potrafiła pozbyć się tego, co czuła, kiedy grała rolę Charlotty. Gdy jadła płatki z mlekiem, wkładała dżinsy i koszulkę czy myła zęby, wciąż wyobrażała sobie siebie witającą publiczność wspaniałymi „Pozdrowionkami”. To ona powinna uznać Wilusia za wspaniałego. I to ona powinna sprawić, by ludzie płakali podczas jej ostatecznego pożegnania.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?