Życie za życie

Tekst
Autor:Alex Dahl
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Życie za życie
Życie za życie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,85  50,28 
Życie za życie
Audio
Życie za życie
Audiobook
Czyta Agnieszka Krzysztoń
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Oscara i Anastasii

Łzy pochodzą z serca, a nie z mózgu.

Leonardo da Vinci

CZĘŚĆ I

Rozdział 1

Alison

Budzę się cały czas, o ile w ogóle zasypiam. Budzik wyświetla godzinę na ścianie po stronie Sindrego, a ja leżę i wpatruję się w dwie pulsujące kropki między cyframi. Jest tuż po drugiej w nocy, a Sindrego nie ma. Był tutaj, kiedy zasnęłam. Tak mi się przynajmniej wydaje. Wysuwam rękę spod ciepłej kołdry i głaszczę chłodne, puste miejsce, w którym powinien znajdować się mój mąż.

Kilka nocy temu stało się to samo. Nagle obudziłam się ze snu, którego nie pamiętałam, i znalazłam się w tym czarnym, cichym pokoju. Zamrugałam kilka razy, próbując dostrzec w ciemności zarys dużego ciała Sindrego – nie chciałam go dotykać, żeby nie pomyślał, że czegoś chcę – nie byłabym w stanie znieść jego ciepłych, uważnych dłoni na mojej skórze. Dopiero po kilku chwilach zorientowałam się, że go nie ma. Wstałam z łóżka i usiadłam na parapecie, spojrzałam na las i teren poza nim, na światła miasta wznoszące się na wzgórzach, wyruszające na spotkanie gwiazdom. Jak na początek października była to bardzo chłodna noc, pomarańczowy księżyc wisiał nisko nad Tryvannem. Cieszyłam się, że mojego męża nie ma – dobrze było chociaż przez kilka chwil nie musieć udawać snu.

Już miałam wrócić do łóżka, gdy dostrzegłam jakiś ruch między drzewami naprzeciwko domu, z boku żwirowej drogi. Delikatnie odsunęłam się od okna, gdy Sindre wyszedł z lasu w jasnoniebieskiej koszuli schowanej niedbale w spodnie i swych drogich skórzanych mokasynach. Na piersi miał plamę błota. Przez kilka sekund stał na ukośnej przestrzeni między domem a samochodem, tak jakby nie potrafił zdecydować, czy wrócić do środka, czy odjechać. Odwrócił się w kierunku domu, w stronę miejsca, w którym stałam, i dopiero wtedy zobaczyłam jego twarz, wykrzywioną w okropnym, niemalże nierozpoznawalnym grymasie. Gdyby mężczyzna stojący przed naszym domem nie miał na sobie ubrań mojego męża, chyba bym go nie rozpoznała.

Wrócił tam dzisiaj wieczorem? Podnoszę się z parapetu i przez chwilę stoję przy oknie. Dzisiejsza noc jest burzowa, z szarymi chmurami i silnym wiatrem, ganiającym liście po ogrodzie. Las rozpoczyna się na końcu naszego trawnika, widzę mgłę, która przyłącza się do wiatru w półprzezroczystych kręgach. Spacer po tym lesie sprawia przyjemność, można słuchać wiatru, który porusza trzeszczącymi gałęziami, wpuścić chłodną noc do wnętrza siebie, wdychać wilgotne powietrze aż do żołądka. Mogłoby to choć na chwilę załagodzić palenie. Wytężam wzrok i skupiam się na miejscu, z którego wyłonił się Sindre innego wieczoru, ale ponieważ księżyc nie świeci, nie jestem w stanie odróżnić kształtu mężczyzny od drzewa, nawet jeśli rzeczywiście ktoś tam stoi. Mógłby stać przede mną i na mnie patrzeć, a ja bym go nie widziała.

Podchodzę do drzwi i nasłuchuję, a potem je uchylam. W tym domu rzadko panuje cisza – jakby z wnętrza jego ścian rozbrzmiewał słaby szum, bas wszystkich dźwięków wydawanych przez naszą rodzinę – dzisiaj jednak jest cicho. Przystaję na półpiętrze, oczy szczypią mnie w jasnym świetle rzucanym przez lampy, próbuję dosłyszeć ten pocieszający pomruk, ale bezskutecznie. Patrzę na drzwi pokoju Amalie i poraża mnie dzikie przerażenie wywołane tym, co znajduje się za nimi. W żołądku szaleją płomienie, tak jakby chciały zająć wszystkie mroczne korytarze w moim wnętrzu. Ściskam się za brzuch i zmuszam się do odwrócenia wzroku od drzwi Amalie. Próbuję pomyśleć o czymś, co mogłabym policzyć, i do głowy przychodzą mi tylko schody. Siedemnaście. Siedemnaście stopni, dam radę. Mogę zejść na dół, nalać sobie trochę wody, a potem wrócić na górę, minąć pokój Olivera, minąć pokój Amalie, tak po prostu; dam radę, robiłam to już wcześniej, teraz mam tylko kiepską noc, to wszystko, a gdy wrócę na górę, wezmę tabletkę z nocnego stolika i chociaż odpoczynek nie będzie prawdziwy, czeka mnie tępy, pozbawiony snów letarg.

W kuchni stoję przy zlewie w ciemności. Teraz słyszę ten pomruk domu. Cały czas trzymam się za brzuch, tak jakby tylko dzięki temu moje wnętrzności miały nie wypaść. Palenie zanika, teraz zamienia się w coś w rodzaju rdzy – tak jakbym przegryzła baterię.

Ostre zaburzenia lękowe, mówi lekarz.

Hej, misiaczku, szepczę. Założę się, że widzisz mnie teraz, nawet jeśli ja nie mogę zobaczyć ciebie. Jeśli mnie słyszysz, możesz dać mi jakiś znak, jakikolwiek, najmniejszy? Talerz, który spada na podłogę, światło, które nagle się zapala, jakieś zwierzę, które zaczyna wyć na zewnątrz? Zobaczyłabym cię w tych odłamkach szkła, w tym jasnym świetle, usłyszałabym cię w dźwięku… Znak, kochanie, mój ukochany aniołku, proszę, przemów do mnie…

Gdzieś nagle zapala się światło – kwadratowy rozbryzg z niego wpada przez okno i rozlewa na podłodze za mną. Natychmiast łapię się oburącz zlewu, moje serce wali tak mocno, że ledwo jestem w stanie oddychać. Chcę otworzyć usta, by ponownie wypowiedzieć jej imię, ale nie mogę wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Pochylam się w stronę okna i uświadamiam sobie, że światło wpada ze strony garażu po drugiej stronie wąskiej drogi.

***

Sindre stoi się przy blacie roboczym, który biegnie wzdłuż całej ściany garażu. To właśnie tam zazwyczaj stoi zimą, cierpliwie smarując narty biegowe naszej rodziny – najpierw wąskie narty wyścigowe Olivera, potem jego własne, potem moje dla początkujących, a na koniec krótkie, szerokie narty Amalie z iskrzącymi się kryształkami śniegu i rozciągającą się ku czubkom twarzą Królowej Elsy. Stoję w przestrzeni między domem a garażem, próbuję oprzeć się wiatrowi, który jest o wiele silniejszy, niż myślałam, i widzę te małe narty wiszące wysoko na ścianie. Sindre stoi do mnie plecami, mogę jednak dostrzec większość tego, co znajduje się na blacie. Mój mąż porusza się dziwnie, raz szybko i gwałtownie, raz powoli i płynnie, i trochę czasu zajmuje mi uświadomienie sobie, że poleruje broń. Odłącza lunetę od długiej matowej strzelby, trzyma lunetę pod światło, a następnie wyciera soczewkę czerwoną szmatką. Za kilka tygodni wyjeżdża na polowanie na łosie. Wyleciało mi to z głowy. Wyjeżdża co roku o tej samej porze – oczywiście musi się do tego przygotować.

Za rogiem domu zaczyna lać deszcz, kłuje mnie boleśnie w twarz i dłonie, jeszcze mocniej owijam się swetrem, ale jest mi i tak zimno i może wydobywam z siebie cichy krzyk, bo Sindre nagle się odwraca i podchodzi do wąskiego okna, by wyjrzeć na zewnątrz. Nie wiem dlaczego, ale przyciskam się do ściany obok okna, żeby mnie nie widział. A przecież mogłabym zapukać cicho do drzwi, wejść do garażu i przytulić mego męża od tyłu. Mogłabym zaproponować mu kawę – nie wyobrażam sobie, żeby tej nocy któreś z nas wróciło jeszcze do łóżka. Ale tego nie robię. Stoję w przejściu, patrzę, jak ostrożnie rozkłada i składa dwie strzelby, jak wyciera ściereczką wszystkie zagłębienia i otwory. Gdy kończy, z wiszącej nad jego głową półki zdejmuje kartonowe pudło. Wygląda jak nijakie brązowe pudełko po butach. Otwiera je, wyjmuje gazetę, kawałek kuchennego ręcznika, a potem jakiś przedmiot.

Z początku nie wiem, co to jest, bo ma niewielkie wymiary, a ponieważ Sindre stoi tyłem do mnie, częściowo blokuje mi widok. Odkłada to coś i robi kilka kroków w prawo, pewnie żeby wziąć coś innego. Teraz już wiem, co to jest – stalowoszara krótka broń palna, której nigdy wcześniej nie widziałam. Otwiera kolejne pudełko, to jest mniejsze, i wyjmuje z niego kilka nabojów. Podnosi jeden z nich pod światło i go ogląda, a potem wkłada do komory. To samo robi z pozostałymi nabojami.

Czasami myślę o innym życiu Sindrego, życiu, które wiódł przede mną. Przed naszą rodziną. Wyobrażam go sobie takim, jaki wtedy był: w wojskowym hełmie i mundurze, biegającego po górach Hindukusz i Badachszan, otaczającego najbardziej poszukiwanych przestępców wojennych i terrorystów na świecie. Ukrywał się w jaskiniach i chatach pasterzy, pił wodę z niesamowicie czystych górskich potoków i stopniowo zbliżał się do celu, aż wreszcie był tak blisko, że mógł go zdjąć. Widzę go, mrużącego jedno oko i wpatrującego się w celownik, patrzącego na męską głowę, kładącego pewnie palec na spuście i wymierzającego precyzyjny, stłumiony strzał. Nigdy go nie pytałam, ile zabił osób. Nazywa to neutralizowaniem. Nie wiem, czy wie, ile osób. Czy w ogóle prowadził takie statystyki? Ja z pewnością bym prowadziła.

Życie, które Sindre prowadził przede mną i naszą rodziną, zdaje się być niemal niemożliwym kontrastem do życia, które wiodłam ja: dorastałam w rejonie Zatoki San Francisco, potem podróżowałam po świecie – najpierw dla zabawy, a później dla pracy, pisałam felietony do błyszczących czasopism i dodatków do gazet. Przeprowadziłam wywiady z szefowymi państw od Nowej Zelandii po Islandię, badałam subkultury narkotykowe w południowoamerykańskich więzieniach dla kobiet i przyglądałam się rosnącej konsumpcji wina na podstawie obserwacji amerykańskiej klasy średniej. Kiedy Sindre podróżował, to do Iraku, Afganistanu, Pakistanu – miejsc, w których miał zabijać.

Ponownie podnosi broń, waży ją w dłoniach, odwraca i delikatnie się do niej uśmiecha. Przychodzi mi do głowy, że być może wkrótce jej użyje, że może szybko przyłożyć ją do skroni i wypalić. Nadal nie wchodzę do środka, stoję i patrzę. Po co mojemu mężowi pistolet? Rozumiem, że musi trzymać strzelby na polowania, nie wyobrażam sobie jednak, do czego byłaby mu potrzebna broń krótka. Może trzyma ją od zawsze, tylko mi o tym nie wspominał? Nie wiem o nim wielu rzeczy i ta aura tajemniczości, która zdaje się wrodzona, była jedną z cech, które przyciągały mnie do niego najbardziej.

 

Sindre odkłada broń z powrotem do pudełka, a pudełko wstawia na półkę. Przez chwilę stoi przy blacie nieruchomo i ze zwieszoną głową. Patrzę na jego dłonie – w słabym świetle wyglądają na miękkie i niewinne. Może on myśli to samo, bo podnosi je w stronę światła i obserwuje, kilka razy je odwraca. Potem składa je w takim samym geście, jak wtedy, gdy po raz pierwszy trzymał nasze dziecko, jeszcze śliskie, prosto z mojego łona – jedna dłoń pod pupą, druga pod główką. Odwracam się od niego, patrzę na liście wirujące obok moich stóp. Gdy ponownie podnoszę wzrok, Sindre przygląda się wnętrzu swoich dłoni, tak jakby zastanawiając się, do czego są zdolne. Wracam do domu.

***

Leżę w łóżku od niecałych pięciu minut, gdy drzwi cicho się otwierają. Jeśli mąż dotknie mojej twarzy lub dłoni, poczuje chłód skóry i zorientuje się, że byłam na zewnątrz. Ale mnie nie dotyka. Kładzie się na łóżku i oddycha głośno i miarowo, tak jakby już spał. Dziwnie pachnie, jak połączenie metalu i mokrej ziemi, i zakładam, że to zapach oleju do polerowania broni. Nagle pragnę, żeby mnie dotknął – chcę poczuć, jak jego cudownie miękkie dłonie powoli głaszczą mnie po włosach, zjeżdżają w dół do szyi, potem do piersi, znowu do szyi, potem są w dole kręgosłupa… Powoli odwracam się w jego stronę i kładę dłoń w miejscu między nami. Przestrzeń ta jest szeroka i zniechęcająca. Przykładam rękę do dolnej części jego pleców, pod wpływem mojego dotyku czuję delikatne drgnięcie. Wkładam rękę pod koszulkę i delikatnie kreślę kółka na jego skórze, on jednak nie reaguje na moją pieszczotę ani nie odwraca się w moją stronę. Wreszcie cofam dłoń i przyciskam ją do piersi, tak jakby dotykanie go sprawiło mi ból.

Mamusiu, czy kiedykolwiek było ci przykro z powodu tego, co się jeszcze nie wydarzyło, na przykład tego, że będę duża?

Tak. Oczywiście.

Dlaczego?

Bo wtedy nie będziesz mnie już potrzebowała, będziesz niezależna i pyskata i zbyt wyluzowana, by zadawać się ze swoją starą matką.

Mamusiu, tak się nigdy nie stanie!

Chodź tutaj i przytul swoją mamę, misiaczku.

Z obu stron!

Dobrze, z obu stron.

Mamusiu, co byś zrobiła, gdybyś mnie nie miała?

Serce by mi pękło.

Serca nie mogą pękać!

Owszem, mogą.

A jak się żyje ze spękniętym sercem?

Nie wiem.

Budzę się, wyrwana ze snu, dysząca w naszej chłodnej, znajomej mi sypialni. Jest ranek i mojego męża nie ma. Zostawił szeroko otwarte okno, choć w nocy temperatura spada poniżej zera. Siadam w łóżku, kręci mi się w głowie, zamykam oczy i próbuję pozbyć się tego snu.

A jak się żyje ze spękniętym sercem?

Wstaję i zakładam szlafrok na piżamę. Nie pamiętam, kiedy ostatnio ją prałam. Po burzy pojawiło się lśniące, błękitne niebo, przez chwilę stoję na półpiętrze i je podziwiam. Potem patrzę na zamknięte drzwi do pokoju Amalie. Mogłabym je otworzyć. Mogłabym je uchylić i krzyknąć w szczelinę: „Pora wstawać, Mills!”. Z reguły i tak już nie spała, bawiła się na podłodze swoimi zabawkami Sylvanian albo rysowała coś przy biurku. Odwracam się i schodzę na dół.

– Cześć – słyszę jakiś głos i podskakuję ze strachu, upuszczam torebkę z herbatą. To Oliver, siedzi przy kuchennym stole, w dłoniach trzyma iPada, ma poważną minę, a jego brązowe oczy mają fioletowe obwódki, tak ciemne, że wygląda, jakby ktoś go pobił.

– Och. Och, cześć, Oliverze – mówię zachrypniętym szeptem. Włączam czajnik, unikam wzroku pasierba. Nie wiedziałam, że tu jest, chociaż, szczerze mówiąc, kompletnie przestałam panować nad tym, kiedy ostatnio u nas był i kiedy powinien być u matki.

– Wczoraj miałem jechać do mamy – mówi, jakby próbując mi to wytłumaczyć.

– Och.

– Postanowiłem zostać. Z wami.

– Dobrze, kochanie… – mówię. – To… to wspaniale. – Niezgrabnie poruszam się po kuchni, szukając moich słodzików, ulubionego kubka, mleka, jakbym nie wiedziała, gdzie się to wszystko znajduje. Biedny chłopak, martwi się, myśli, że ja i Sindre nie powinniśmy być teraz sami, razem. Przypominam sobie ostatnią noc, Sindre w garażu o drugiej, otoczony bronią. Może Oliver ma rację, może nie powinniśmy być tu sami. Płomienie wypalają we mnie coraz większą dziurę, mam ochotę cisnąć parujący kubek z herbatą na podłogę i zacząć wrzeszczeć. Gdyby nie było Olivera, wzięłabym coś na uspokojenie. Może naleję sobie do herbaty kieliszek wódki. Albo dwa. Nie chcę, żeby Oliver tu był, patrzył na mnie, próbował pocieszyć mnie na swój niezgrabny sposób, chcę, żeby pojechał do matki i został u niej tak długo, żebym mogła się wypłakać i wykrzyczeć, rzucać talerzami, a potem zemdleć na sofie w środku dnia, utulona przez alkohol ze świadomością, że spokój potrwa tylko chwilę.

– Ali?

– Tak. O co chodzi? – mówię silniejszym głosem. Zbyt silnym, zbyt ostrym. Wyczuwam, jak młody się kurczy, zmuszam się do uśmiechu, a potem się odwracam.

– Ja… Zastanawiałem się, czy zanim wyjdę, mogłabyś mi pomóc z pracą domową. Eee… Z geografii.

– Pewnie – odpowiadam i siadam obok niego.

Wyciąga z plecaka pomiętą kartkę papieru.

– „Użyj dowodów na poparcie następującego stwierdzenia lub mu zaprzecz: pogoda w Skandynawii jest coraz bardziej ekstremalna” – czyta.

– Dobrze – mówię, ale dokładnie w tej chwili z oka Olivera spada na papier wielka łza, która rozmazuje słowo „bardziej”. A potem kolejna, kolejna i kolejna.

– Ej – mówię, odwracam się w jego stronę, ale jego twarz nagle tak bardzo przypomina twarz Amalie, że muszę oderwać od niego wzrok i spojrzeć na stół. Ona jest tam w jego krzaczastych brwiach, we wrażliwych, brązowych oczach, w piegowatym, chudym nosie i potarganych włosach koloru ciemnego blondu. Często zdarza się, że Amalie prześladuje mnie w gestach lub wyrazach twarzy Sindrego lub Olivera. – Ej – mówię raz jeszcze, ale teraz nie mówię już do niego, a do niej. – Chodź tutaj – szepczę i przyciągam go do siebie, bo nie potrafię znieść jego widoku. I dopiero wtedy daje sobie pozwolenie na płacz, trzęsie się w moich ramionach przez długi czas, aż wreszcie się uspokaja niczym małe, wyczerpane dziecko.

– Chcesz iść ze mną dzisiaj nad jezioro? Albo może pójdziemy zobaczyć Mgiełkę? – pytam. Mgiełka to kucyk Amalie. Kilka razy w tygodniu chodzę do niej i po prostu obok niej staję, kładę dłonie na jej ciepłym, miękkim ciele.

– Ja… Muszę iść do szkoły…

– Nie, kochanie. Nie musisz – odpowiadam.

***

Idziemy wokół jeziora po żwirowej drodze, od czasu do czasu zatrzymując się, osłaniając oczy przed słońcem i wpatrując się w wodę. Oczy Olivera są czerwone i zapuchnięte. Zaciska mocno usta – które też są czerwone, tak jakby bardzo mocno przygryzał wargi. Oliver odziedziczył po ojcu zdolność do odzyskiwania równowagi w idealnej ciszy. Ja skupiam się na oddechu, kontrolowaniu palenia w żołądku, nadal jednak muszę liczyć. Liście, drzewa, kroki, ile dni minęło, odkąd była tu Amalie – nie, nie, to nie. Nie. Spróbuj ponownie. Kamienie, które Oliver wrzuca do wody, liczbę kręgów na powierzchni jeziora, które powstają, kilka ostatnich ptaków kierujących się na południe. Przez jakiś czas siedzimy na kamienistej plaży.

– Moja mama mówi, że tobie jest trudniej niż tacie – mówi Oliver. Zaciskam palce na małym, gładkim kamieniu. – Ale… Ale ja sądzę, że jemu może jest trudniej – mówi ostrożnie, patrząc na mnie swoimi oczami o kształcie migdałów, oczami Amalie, falująca grzywka wpada mu do oczu. – Bo on ma mnie i nie może tak po prostu… umrzeć. Ani uciec. Ale ty możesz. Gdybyś chciała. Mogłabyś tak po prostu zniknąć i nigdy nie wrócić do domu, w którym wszędzie wyczuwa się jej obecność. Ja… Mam nadzieję, że tego nie zrobisz.

Patrzę na mojego pasierba: na jego guzowate białe palce i obgryzione paznokcie, na czerwone plamy idące od kołnierzyka koszuli do jego szyi i szczęki, na jego bladą twarz dziecka, chociaż ma już trzynaście lat. Kiwam głową i oboje patrzymy na stalowoszarą wodę, spokojną dzisiaj tak bardzo, jakby była skuta lodem, i nie mam żadnych słów, zaczynam więc znowu liczyć; liczę kamienie, których dotyka moja dłoń, próbuję nie myśleć o paleniu w żołądku i wpatruję się w chłodną wodę. Cały czas jednak mam ochotę do niej wbiec, zostawiając chłopca na brzegu.

Rozdział 2

Iselin, trzy miesiące wcześniej

To jak dotąd najgorętszy dzień w roku. Od wielu lat, tak mówili w wiadomościach. Kaia nie spędziła go na zewnątrz ze skakanką, nie skakała na trampolinie, nie biegała ze zraszaczem. Przez cały dzień leżała na sofie i drzemała, tuląc starego wyświechtanego Kota Bobby’ego, oglądając Dorę i przyjaciół. Obserwuję ją przez otwarte drzwi tarasu, na którym siedzę, sącząc z kieliszka tanie, słodkie różowe wino. Zbierają się ciemne chmury i nie zdziwię się, jeśli w ciągu godziny zacznie lać. Kaia jest jeszcze bardziej zmęczona niż zwykle, nie dałam rady namówić jej na zjedzenie niczego poza kilkoma lodami cytrynowymi. W mieszkaniu jest potwornie gorąco, chociaż znajduje się ono w piwnicy domu innej rodziny i ma betonowe ściany. Zimą ja i Kaia często chodzimy w nim w kurtkach.

Słyszę, jak mieszkające nad nami dzieci bawią się po drugiej stronie ogrodu. Są to trzej hałaśliwi mali chłopcy, Kaia czasami obserwuje ich z wysokiego okna wychodzącego na ogród; oni zawsze się poruszają, bawią, biegają, walczą i skaczą – ale Kaia nie za bardzo zna te aktywności. W domu głównie siedzi i rysuje albo siedzi na sofie i ogląda bajki. Gdy ma dobry dzień, siada i bawi się domkiem Sylvanian, który udało mi się kupić jej na siódme urodziny. Biorę łyk wina – to mój jedyny luksus tego dnia – i patrzę, jak nad moją głową szybko przelatuje powietrzna karetka, tak blisko, że na chwilę zatykam uszy. Kaia się nie rusza. To już druga powietrzna karetka, którą widzę tego popołudnia, wcześniej słyszałam tylko szum śmigieł. Może coś się stało w mieście – nie mam jak się o tym dowiedzieć.

Z ciszy, którą pozostawia po sobie helikopter, wyłania się kolejny dźwięk. Z początku wydaje mi się, że to z bajki – to taki radosny dźwięk, jakby muzyka dla dzieci, potem jednak uświadamiam sobie, że to telefon. Gdy wreszcie go znajduję, przestaje dzwonić. Cztery nieodebrane połączenia ze szpitala. Patrzę na Kaię, której mała szara twarz jest przyciśnięta do poduszki. Moje serce zaczyna dziko walić. Wyciągam poduszkę i Kaia delikatnie opada na siedzenie sofy. Nadal się nie porusza. Ma na sobie białą bawełnianą podkoszulkę z żółtymi plamami po lodach. Ciemne, gęste włosy ma zaplecione tuż przy czaszce, tak jak lubi, przy skroniach odstaje kilka krótkich pasemek. Nie mogę bez ciebie żyć, szepczę. Wybieram numer szpitala, biorę do ręki bezwładną dłoń Kai, mocno ją ściskam.

– Kiedy możecie przyjechać? – pyta głos po drugiej stronie słuchawki.

W taksówce obserwuję, jak helikopter gwałtownie podnosi się gdzieś z boku dużej skoczni narciarskiej i szybko leci pod spuchniętymi czarnymi chmurami w kierunku, w którym zmierzamy. Czy to może mieć związek z…? Kaia leży na moich kolanach, ssie kciuk i wykręca podniszczone ucho Kota Bobby’ego. Z moich oczu leją się łzy tak szybko, że nie mam szans ich powstrzymać. Kapią na Kaię, znikają w jej włosach. Obserwuję, jak jej plecy unoszą się i opadają, kładę dłoń w miejscu, w którym znajduje się jej serce. Czuję je, puka rytmicznie w opuszki moich palców. Z mych zaciśniętych ust wydobywa się cichy krzyk, w lusterku wstecznym widzę spojrzenie taksówkarza. Uśmiecha się niepewnie, ja jednak odwracam wzrok. Kaia powoli i z trudem się odwraca, żeby na mnie spojrzeć. Jej usta są niemalże tak blade jak skóra, mają niebieskawy odcień, żyły znaczą czoło niczym żyłki marmur.

– Nie martw się, mamusiu – szepcze. Kiwam głową i pochylam się, żeby ją pocałować, poczuć jej zapach, i z moich oczu leją się kolejne łzy, gdy taksówka zatrzymuje się przy krawężniku przed dziecięcym szpitalem Rikshospitalet.

Inne książki tego autora