Błyskotliwa zieleń

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wprowadzenie

Rozdział 1. Korzenie problemu

Rozdział 2. Roślina, istota nieznana

Rozdział 3. Zmysły roślin

Rozdział 4. Komunikacja roślin

Rozdział 5. Inteligencja roślin

Wnioski

Bibliografia

Posłowie

Okładka


Ilustracje zamieszczone w książce pozyskano dzięki uprzejmości autora: 19, 24, 30, 46, 55, 57, 63, 66, 67, 74, 80, 96, 98, 99, 107, 118, 124, 125, 128, 135.

TYTUŁ ORYGINAŁU: Verde brillante. Sensibilità e intelligenza del mondo vegetale

Copyright © 2013 by Giunti Editore S.p.A., Firenze-Milano

www.giunti.it

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone

Copyright © for the Polish edition and translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2017

ISBN 978-83-8074-091-4

PROJEKT OKŁADKI: Paweł Cesarz

ILUSTRACJA NA OKŁADCE: Lightspring/Shutterstock.com

REDAKCJA: Sztuka i Słowo: Daria Demidowicz-Domanasiewicz

KOREKTA: Iwona Gawryś

REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda

WYDAWCA:

Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o.

ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocław

www.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wprowadzenie

Czy rośliny są inteligentne? Czy potrafią rozwiązywać problemy lub komunikować się z otoczeniem, innymi roślinami, owadami i ze zwierzętami wyższymi? Czy może są tylko organizmami pasywnymi, niezdolnymi do odczuwania i zachowań indywidualnych, o społecznych nawet nie wspominając?

Aby odpowiedzieć na te pytania, musimy cofnąć się do czasów starożytnej Grecji. Kwestie te zajmowały już bowiem antycznych filozofów, którzy spierali się w swoich szkołach o to, czy rośliny mają „duszę”, czy nie. Jakie argumenty przytaczali? I dlaczego nawet współczesne nauki przyrodnicze nie zdołały ostatecznie rozstrzygnąć tego sporu? Zaskakujące jest to, że dzisiejsze argumenty często przypominają te podnoszone wieki temu: opierają się nie tyle na doświadczeniach naukowych, ile na „zdrowym rozsądku” i niezliczonych uprzedzeniach kształtujących naszą kulturę od tysiącleci.

Na pierwszy rzut oka świat roślin może wydawać się mniej złożony niż świat zwierząt, ale z biegiem stuleci coraz popularniejsza stawała się myśl, że rośliny są organizmami zdolnymi do odczuwania i komunikowania się, prowadzącymi życie społeczne i posługującymi się wyrafinowanymi strategiami, które służą im do rozwiązywania problemów. Krótko mówiąc: dysponują inteligencją. Filozofowie i naukowcy żyjący w różnych wiekach i należący do różnych środowisk kulturowych (od Platona po Demokryta, od Linneusza po Darwina, od Fechnera po Bosego, żeby wymienić kilka znanych nazwisk) dochodzili do tego samego wniosku, uważając, że rośliny dysponują znacznie bardziej wyszukanymi zdolnościami, niż nam się wydaje.

Do połowy zeszłego stulecia przedstawiciele tego poglądu mogli się powoływać jedynie na swoją intuicję (a bywała niekiedy naprawdę genialna). W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat nauka poczyniła jednak wiele nowych odkryć, które ukazują świat roślin w zupełnie innym świetle. Zajmiemy się tym w pierwszym rozdziale. Przekonamy się, że argumenty tych, którzy odmawiają roślinom jakiejkolwiek inteligencji, do dziś nie zostały poparte żadnymi naukowymi dowodami, ale od wieków tkwią głęboko zakorzenione w stereotypowych poglądach naszej kultury. Wydaje się jednak, że nadszedł już czas na zmianę sposobu myślenia. W obliczu mnogości badań naukowych powoli zyskuje na popularności twierdzenie, iż rośliny nie tylko są w stanie zastanawiać się i podejmować decyzje, lecz potrafią także uczyć się i zapamiętywać. Po burzliwych dyskusjach kilka lat temu Szwajcaria jako pierwszy kraj na świecie objęła ustawową ochroną godność roślin.

Czym jednak są tak naprawdę rośliny? Jaką mają naturę? Mimo że od początku istnienia ludzkości człowiek żyje obok nich, to wcale ich dobrze nie zna. Wynika to nie tylko z problemów natury naukowej czy kulturowej. Właściwa przyczyna tkwi znacznie głębiej: w zróżnicowanej historii ewolucji królestwa zwierząt i królestwa roślin.

Podobnie jak inne zwierzęta, człowiek jest wyposażony w pojedyncze narządy i jako żywa istota jest niepodzielny. A ponieważ rośliny są organizmami osiadłymi (czyli nie mogą ruszyć się z miejsca), ewoluowały w inny sposób, wykształcając ciało o budowie modułowej, pozbawione pojedynczych organów. Powód takiego „rozwiązania” jest oczywisty: gdyby jakiś żarłoczny roślinożerca zjadł jeden z organów rośliny, którego funkcja nie mogłaby być realizowana w innym miejscu, ją samą czekałaby niechybna śmierć.

Fundamentalna różnica między królestwami zwierząt i roślin wyjaśnia też, dlaczego tak naprawdę do dziś niewiele wiemy o roślinach i nie postrzegamy ich jako istot inteligentnych. Jak do tego doszło, postaramy się wyjaśnić w rozdziale drugim. Zobaczymy w nim też, że rośliny są w stanie przeżyć nawet silne uszkodzenia, ponieważ – w przeciwieństwie do nas – są podzielne i wyposażone w liczne „centra dowodzenia” oraz strukturę sieciową, która trochę przypomina Internet. Być może już w niedalekiej przyszłości okaże się, że musimy lepiej zapoznać się z roślinami, bowiem to od nich będzie zależało nasze przetrwanie. I to nie tylko dlatego, że gdyby nie one, to w ogóle by nas nie było – bez fotosyntezy nie powstałby tlen, który jest nam potrzebny do oddychania. Rośliny stanowią podstawę naszego łańcucha pokarmowego i to im zawdzięczamy – o czym chętnie zapominamy – zasoby energetyczne (paliwa kopalne), na których od tysięcy lat opiera się nasza cywilizacja. Rośliny są dla nas pożywieniem, lekiem, źródłem energii i materiałem produkcyjnym, słowem: cennym surowcem, na którego łaskę i niełaskę jesteśmy zdani i od którego w coraz większym stopniu zależy również nasz przyszły rozwój naukowy i technologiczny.

W rozdziale trzecim udowodnimy wreszcie, że rośliny dysponują pięcioma zmysłami: potrafią widzieć, słyszeć, smakować, wąchać i czuć. Oczywiście są to zmysły „roślinne”, jednak z tego powodu wcale nie mniej wiarygodne. Czy można zatem powiedzieć, że rośliny pod tym względem są do nas podobne? Nie. Rośliny są znacznie wrażliwsze i oprócz naszych pięciu posiadają przynajmniej piętnaście innych zmysłów. Potrafią na przykład wyczuwać i szacować siłę ciężkości, wielkość pól elektromagnetycznych i poziom wilgotności oraz analizować różnice stężeń wielu substancji chemicznych.

W przeciwieństwie do tego, co się często zakłada, największe podobieństwa między królestwami roślin i zwierząt występują przypuszczalnie w aspekcie społecznym. W rozdziale czwartym wyjaśnimy nie tylko to, w jaki sposób rośliny orientują się w świecie za pomocą swoich zmysłów, lecz również jak współdziałają z sąsiednimi roślinami, owadami i innymi zwierzętami oraz jak komunikują się i wymieniają informacje za pomocą cząsteczek chemicznych. Rośliny rozmawiają ze sobą, rozpoznają krewnych. I mają charakter: podobnie jak w świecie zwierząt, również w ich świecie trafiają się oportuniści, rośliny wspaniałomyślne, szczere i podstępne. Rośliny nagradzają tych, którzy im pomagają, i karzą tych, którzy im szkodzą.

Czyż można więc im odmawiać inteligencji? Ostatecznie wszystko rozbija się o kwestię definicji, o to, jak zinterpretujemy pojęcie inteligencji. W rozdziale piątym wyjaśnimy, dlaczego można je rozumieć jako „umiejętność rozwiązywania problemów” i dlaczego rośliny, zgodnie z tą definicją, wobec problemów związanych ze swoją egzystencją zachowują się nie tylko inteligentnie, ale wręcz genialnie. Nie mając takiego mózgu jak my, reagują w odpowiedni sposób na bodźce zewnętrzne i są świadome siebie oraz swojego otoczenia – nawet jeśli w przypadku roślin pojęcie „świadome” może zabrzmieć nieco dziwnie.

Faktu, że rośliny są znacznie bardziej skomplikowane, niż się zakłada, dowiódł jako pierwszy Karol Darwin, opierając się na naukowych, wymiernych danych. Obecnie, niemal półtora wieku później, liczne badania dowodzą, że rośliny wyżej rozwinięte rzeczywiście są „inteligentne”: odbierają sygnały z otoczenia, przetwarzają otrzymane informacje i kalkulują, jakie rozwiązanie najlepiej zabezpieczy ich przeżycie. Ale to nie wszystko: dysponują również tak zwaną inteligencją zbiorową, która pozwala im rozwijać określone zachowania nie jednostkowo, lecz grupowo. Tym samym wykazują podobieństwa do kolonii mrówek, ławicy ryb czy stada ptaków.

 

Ogólnie rzecz biorąc, królestwo roślin mogłoby się znakomicie obejść bez nas. My z kolei wyginęlibyśmy bez niego w krótkim czasie. Mimo to niemal w każdym języku istnieją wyrażenia: „wegetować” czy „być jak roślina”, określające życie zredukowane do najbardziej pierwotnych potrzeb.

Co to znaczy wegetować? Gdyby rośliny potrafiły mówić, być może byłoby to jedno z pierwszych pytań, jakie by nam zadały.

Rozdział 1
Korzenie problemu

Na początku była zieleń: chaos komórek roślinnych. Potem Bóg stworzył zwierzęta, a na końcu najdoskonalsze z nich: człowieka. Podobnie jak w licznych innych mitach o powstaniu świata, także w Biblii człowiek jest wybrańcem, ukoronowaniem boskiego trudu. Pojawia się dopiero wtedy, kiedy dzieło stworzenia zostało niemal ukończone, kiedy wszystko jest dla niego przygotowane: chętne, by poddać się i podporządkować „władcy świata”.

Jak wiadomo, Bóg dokonał swego dzieła w ciągu siedmiu dni. Rośliny zostały stworzone w dniu trzecim, podczas gdy najdoskonalsze ze stworzeń ujrzało światło dzienne dopiero na samym końcu, szóstego dnia. Kolejność pojawiania się na świecie poszczególnych stworzeń odpowiada mniej więcej również dzisiejszemu stanowi wiedzy, zgodnie z którym już trzy i pół miliarda lat temu istniały na naszej planecie pierwsze komórki zdolne do fotosyntezy, podczas gdy Homo sapiens, tak zwany nowoczesny człowiek, pozostawił po sobie pierwsze ślady dopiero dwieście tysięcy lat temu – według kryteriów ewolucji zaledwie przed kilkoma chwilami. To, że człowiek pojawił się na Ziemi na końcu tego procesu, nie przeszkodziło mu jednak w uznaniu siebie za istotę uprzywilejowaną – mimo że najnowsze badania w zakresie ewolucji dramatycznie umniejszają jego pozycję „władcy świata” i przydzielają mu znacznie mniej prestiżową rolę „ostatniego, który się pojawił”. Nie zapewnia mu już ona a priori władzy nad wszystkimi innymi gatunkami, mimo że liczne uwarunkowania kulturowe właśnie to nam sugerują.

W ciągu stuleci wielu filozofów i naukowców reprezentowało pogląd, iż rośliny mają „mózg” i „duszę” oraz że nawet najprostsze spośród nich potrafią odczuwać bodźce zewnętrzne i na nie reagować. Niektórzy najgenialniejsi myśliciele swoich czasów – od Platona po Demokryta i od Fechnera po Darwina – widzieli w roślinach istoty inteligentne. Jedni wierzyli w ich zdolność odczuwania, inni wyobrażali je sobie jako ludzi tkwiących głową w ziemi: jako czujące, inteligentne istoty dysponujące ludzkimi umiejętnościami, z wyjątkiem tych, które uniemożliwia im osobliwa pozycja.

Dziesiątki wielkich myślicieli sformułowało podwaliny teoretyczne i udokumentowało inteligencję roślin. Mimo to przekonanie, że rośliny są istotami znacznie mniej inteligentnymi i rozwiniętymi nawet od bezkręgowców i że na „drabinie ewolucyjnej” – na której istnienie brakuje jakichkolwiek dowodów, ale jest dobrze zakorzeniona w naszych głowach – znajdują się zaledwie stopień wyżej od obiektów nieożywionych, utrzymuje się we wszystkich kulturach i nieustannie przejawia w naszym codziennym zachowaniu. Ilekolwiek podniosłoby się głosów dowodzących na podstawie naukowych doświadczeń i odkryć, że rośliny są obdarzone inteligencją, to zawsze znajdzie się jeszcze więcej głosów przeczących tej tezie. Zupełnie jakby istniało między nimi ciche porozumienie. Religia, literatura, filozofia i nowoczesna nauka w kulturze Zachodu uczestniczyły w rozpowszechnianiu przeświadczenia, że rośliny są istotami niższymi od innych – o ich inteligencji nawet nie wspominając.

Rośliny i wielkie religie monoteistyczne

„Z każdego gatunku ptactwa, bydła i zwierząt pełzających po ziemi po parze; niechaj wejdą do ciebie, aby nie wyginęły” (Księga Rodzaju 6, 20). Tymi słowami w Starym Testamencie Bóg informuje Noego, które stworzenia powinien uratować przed potopem, aby życie na ziemi mogło toczyć się dalej. Jak mu nakazano, Noe sprowadził na arkę parami ptaki, zwierzęta lądowe i wszystko, co się ruszało: stworzenia „czyste” i „nieczyste”. A rośliny? Nie zostały wspomniane ani słowem. W Piśmie Świętym królestwo roślin nie tylko nie jest uznane za równe królestwu zwierząt, ale jego istnienia w ogóle nie przyjmuje się tam do wiadomości! Rośliny są pozostawione na pastwę losu: albo utoną, albo zdołają się uratować razem z innymi obiektami nieożywionymi. Poświęca im się tak mało uwagi, że nikt nie zadaje sobie trudu, by o nie zadbać.

Jednak sprzeczności zawarte w tym fragmencie nie każą długo na siebie czekać. Pierwsza występuje już w dalszym ciągu opowieści. Kiedy arka osiada na górze Ararat i nadchodzi kilka bezdeszczowych dni, Noe wypuszcza gołębicę, aby przyniosła mu wieści ze świata. Czy jest może gdzieś w pobliżu suchy ląd? Czy nadaje się do zamieszkania? Gołębica wraca, niosąc w dziobie listek z drzewa oliwnego, który jest odpowiedzią na wszystkie pytania Noego. Roślina daje mu pewność, że ląd jest suchy i życie na nim znów jest możliwe. Mimo że Noe nie mówi tego wyraźnie, to wie doskonale, że bez roślin nie ma na ziemi życia.

Informacja dostarczona przez gołębicę już wkrótce się potwierdza: Noe opuszcza arkę razem ze zwierzętami, następnie dziękuje Panu. Spełnił swój obowiązek. I co robi w pierwszym odruchu? Sadzi krzew winorośli. Skąd wzięła się winorośl, o której nikt dotąd nie wspominał? Dla Noego musiała mieć doniosłe znaczenie, skoro zabrał ją na arkę, mimo iż nie należała do istot żywych.

Tym sposobem w święte księgi niemal niezauważalnie dla czytelnika wkrada się więc myśl, że rośliny nie są istotami żywymi. Drzewo oliwne i winorośl służą wprawdzie w Księdze Rodzaju za symbol odrodzenia i życia, mimo to światu roślin w ogólności nie przypisuje się żadnych cech przyrody ożywionej. Jednak nie tylko chrześcijaństwo okazuje się religią odmawiającą roślinom statusu istot żyjących. Także islam i inne religie bronią się przed uznaniem ich za żywe i zaliczają je do przyrody nieożywionej. I tak na przykład sztuka islamu z pasją oddaje się przedstawianiu roślin i kwiatów, ponieważ ma zakazane portretowanie Allacha i wszystkiego, co żywe. Roślinne ornamenty, będące znakiem rozpoznawczym sztuki islamu, świadczą o tym, że rośliny nie uchodzą w tej religii za istoty żywe. W przeciwnym wypadku bowiem ich odwzorowywanie byłoby zabronione. W Koranie nie ma wprawdzie wyraźnego zakazu przedstawiania zwierząt, jednak w którymś z hadisów, będących jednym ze źródeł muzułmańskiego prawa, prorok Mahomet wywodzi go z wiary muzułmańskiej: nie ma Boga oprócz Allacha, on wszystko stworzył i jest we wszystkim. Ale najwyraźniej nie odnosi się to do roślin.

Niektóre religie utrzymują jednak zupełnie inne relacje ze światem roślin. Amerykańscy Indianie i różne ludy pierwotne uważają rośliny wręcz za święte.

Związek pomiędzy gatunkiem ludzkim a roślinami jest pełen sprzeczności. I tak religia żydowska, na której świętych pismach opiera się Stary Testament, zakazuje ścinania drzew bez potrzeby, a nawet obchodzi Nowy Rok Drzew (Tu Bi-Szwat). Widoczna tutaj głęboka sprzeczność polega na tym, że wprawdzie człowiek doskonale zdaje sobie sprawę ze swojej zależności od roślin, ale wzbrania się przyznać, jak ważną rolę odgrywają one na naszej planecie.

Podczas gdy niektóre religie sakralizują rośliny (a raczej ich części), inne wręcz je demonizują. W czasach inkwizycji ten los spotkał rośliny używane rzekomo przez oskarżone „czarownice” do sporządzania napojów leczniczych: w niektórych przypadkach wytaczano proces nie tylko czarownicom, lecz również czosnkowi, pietruszce i koprowi włoskiemu! Nawiasem mówiąc, rośliny o działaniu psychotropowym do dziś traktowane są w sposób szczególny: podlegają zakazom, kontroli lub są ogłaszane świętymi i używane przez szamanów podczas ceremonii plemiennych.

Królestwo roślin okiem pisarzy i filozofów

Nienawidzone czy uwielbiane, ignorowane czy sakralizowane – rośliny stanowią część naszego życia, są obecne w malarstwie, sztuce ludowej i literaturze. Jednak malarze czy pisarze tworzą też w swoich dziełach pewną wizję świata. Dlatego sztuka i kultura zdradzają nam w jakimś stopniu stosunek człowieka do świata roślin.

Pomijając nieliczne istotne wyjątki, większość pisarzy traktuje rośliny jako statyczny, nieorganiczny składnik krajobrazu i opisuje jako równie pasywne co byle pagórek czy pasmo górskie.

W filozofii, jak już wspomniano, latami toczono spory na temat natury organizmów roślinnych. Już na długo przed Chrystusem najtęższe głowy zastanawiały się, czy rośliny żyją, czy nie, czy mają „duszę”, jak mawiano. W starożytnej Grecji, kolebce zachodniej cywilizacji, przez pewien czas współistniały dwa odrębne poglądy: podczas gdy Arystoteles (384/383–322 r. p.n.e.) uważał, że świat roślin jest bliższy temu nieożywionemu, Demokryt (460–370 r. p.n.e.) i jego zwolennicy cenili je tak wysoko, że wręcz stawiali na równi z człowiekiem.

W swojej słynnej klasyfikacji Arystoteles dzielił istoty żywe według „możności” ich duszy, według tego, jak mocno są ożywione. Jego koncepcja duszy nie miała jednakże nic wspólnego z religijnością, lecz ze zdolnością do poruszania się – co do dziś widać wyraźnie w słowie „ożywiony”, które oznacza również „wewnętrznie poruszony”. W swoim dziele De anima (O duszy) Arystoteles pisze: „Otóż dwie zwłaszcza cechy zdają się odróżnić jestestwo posiadające duszę od jestestwa, któremu jej brak, mianowicie ruch i wrażenie zmysłowe”[1]. Na podstawie swojej definicji i w zgodzie z panującymi poglądami Arystoteles uważał początkowo rośliny za „nieożywione”.

Później jednak zmienił zdanie. Przecież w końcu rośliny są zdolne do rozmnażania! Jak więc mogłyby być nieożywione? Filozof znalazł rozwiązanie i przyznał im prawo posiadania duszy na najniższym poziomie – duszy „wegetatywnej”, która umożliwiała im mniej więcej tylko reprodukcję. Skoro rośliny się rozmnażają, rozważał Arystoteles, to nie mogą przecież uchodzić za nieożywione, ale jednocześnie nie mogą też za bardzo różnić się od przedstawicieli świata nieożywionego.

Arystotelesowskie myślenie przez całe wieki rzutowało na kształtowanie się kultury Zachodu, a niektóre nauki – jak botanika – uwolniły się spod jego wpływów dopiero w epoce oświecenia. Nic więc dziwnego, że filozofowie przez długi czas uważali rośliny za niezdolne do ruchu, a poza tym niegodne poświęcania im większej uwagi.

Niemniej jednak od czasów antycznych po dziś dzień raz po raz odzywały się głosy pragnące dopomóc królestwu roślin w zyskaniu większego szacunku.

Żyjący prawie sto lat przed Arystotelesem Demokryt postrzegał rośliny całkiem inaczej. Twierdził, że wszystkie obiekty, nawet te jawnie nieruchome, składają się z atomów, które nieustannie poruszają się w pustej przestrzeni. Zgodnie z poglądem Demokryta wszystko jest więc w ciągłym ruchu, nawet świat roślin. Dlatego uważał, że drzewa można jak najbardziej porównać do ludzi, pominąwszy fakt, że tkwią głową w ziemi. W kolejnych stuleciach często wracano do jego wyobrażenia.

Pod wpływem Arystotelesa i Demokryta rośliny w antycznej Grecji uchodziły – wbrew wszelkim sprzecznościom – za nieożywione i inteligentne jednocześnie.

I nawet jeszcze w połowie XVIII wieku te dwie koncepcje nadal oddziaływały na świat idei człowieka, który uchodzi za ojca systematyki botanicznej: Karola Linneusza.

Ojcowie botaniki: Linneusz i Darwin

Klasyfikacja roślin rozsławiła na cały świat lekarza, odkrywcę i przyrodnika Karola Linneusza (1707–1778) – i przyniosła mu opinię „wielkiego systematyka”. Jednakże opinia ta była tylko częściowo słuszna, ponieważ Linneusz, oprócz doniosłej działalności klasyfikacyjnej, całe życie poświęcił pracy badawczej.

Linneusz był nader oryginalnym myślicielem. Za podstawowe kryterium swojej taksonomii przyjął „organy rozrodcze” i „system seksualny” roślin – co, o dziwo, przyniosło mu z jednej strony katedrę na uniwersytecie, a z drugiej potępienie z powodu „niemoralności”. Fakt, że rośliny mają płeć, był już wtedy znany, ale badanie jej w celach utworzenia klasyfikacji wywołało skandal. A Linneusz reprezentował jeszcze jedną nowoczesną teorię, która tylko przez przypadek nie została również zaatakowana: twierdził mianowicie, że rośliny śpią.

Nawet w tytule krótkiej rozprawy Somnus plantarum („Sen roślin”) z roku 1755 Linneusz nie zachował ostrożności typowej dla ówczesnych naukowców, którzy zabezpieczali się w ten sposób przed ewentualną krytyką. W swoim dziele wyszedł po prostu od ówczesnego stanu badań oraz własnych obserwacji liści i gałęzi, które nocą zmieniały pozycje, i wysnuł prosty wniosek, że rośliny śpią. Być może trzeba tu zaznaczyć, że dopiero współcześni naukowcy dostrzegają we śnie podstawową funkcję biologiczną powiązaną u zwierząt wyżej rozwiniętych z czynnościami mózgu. Tak czy inaczej, idea Linneusza nie spotkała się z żadnym sprzeciwem. Dzisiaj natomiast jego teoria jest często kwestionowana i gdyby Linneuszowi były znane wielorakie funkcje snu, to kto wie, czy nie zinterpretowałby swoich obserwacji odmiennie i nie odmówiłby roślinom aktywności porównywalnej do tej, jaką charakteryzują się zwierzęta. Zrobił to natomiast w innym przypadku: roślin mięsożernych. Linneusz znał bardzo dobrze kilka roślin owadożernych, na przykład muchołówkę amerykańską (Dionaea muscipula), i na pewno nieraz obserwował, jak roślina zamyka się nad owadem i go trawi. Jednak owadożerna roślina tak bardzo nie pasowała jego zdaniem do sztywnej hierarchii świata przyrody – i jej najniższego wówczas szczebla, czyli roślin – że podobnie jak pozostali mu współcześni badacze, wymyślał niezliczone teorie, aby tylko nie przyznać tego, co było oczywiste. Wysnuwał najdziwaczniejsze hipotezy, nie dysponując żadnym naukowym dowodem: że owady nie giną, tylko przebywają we wnętrzu rośliny dobrowolnie lub dla własnej korzyści, że przysiadły na roślinie mimochodem, a nie dlatego, że zostały przez nią zwabione, albo że roślina zamyka się zupełnie przypadkowo. W każdym razie nigdy, przenigdy żadna roślina nie byłaby w stanie schwytać zwierzęcia. Sprzeczny obraz świata roślin był najwyraźniej wciąż żywy w głowie wielkiego szwedzkiego botanika.

 

Aby coś się zmieniło, trzeba było poczekać na Karola Darwina i jego rozprawę Rośliny owadożerne z 1875 roku. Darwin uznał wreszcie, że organizmy roślinne żywią się również zwierzętami. Z charakterystyczną dla siebie ostrożnością nie posunął się jednak tak daleko, aby określić je mianem „mięsożernych”, jak robimy to dzisiaj, mimo że znał nawet megamięsożerne rośliny z rodzaju dzbaneczników (Nepenthes L.), które żywią się małymi zwierzętami, na przykład szczurami i innymi ssakami… „Owadożerne”? Bynajmniej!

Nie powinniśmy jednak kpić z Darwina i jego ostrożności – podobnie jak z Galileusza i innych naukowców z minionych stuleci. To właśnie ich „dyplomacja” przyczyniła się do tego, że niejedna rewolucyjna idea powoli, ale skutecznie mogła torować sobie drogę do świadomości ogółu – i świadomości niezwykle konserwatywnych kręgów naukowych.

W kwestii Linneusza nasuwa się oczywiście pytanie, dlaczego nie został zaatakowany albo wykluczony ze świata nauki za swoje zuchwałe twierdzenie, iż rośliny śpią. Odpowiedź jest prosta: jego teoria przez długi czas uchodziła za absurdalną do tego stopnia, że nie widziano konieczności jej podważania. Kogo interesowało, czy rośliny śpią, skoro snowi nie przypisywano żadnej szczególnej roli?

Dzisiaj już wiemy, ile niezbędnych do życia funkcji mózgowych wiąże się z tym procesem fizjologicznym. Ale jeszcze nieco ponad dziesięć lat temu nawet świat nauki myślał, że śpią tylko wyżej rozwinięte zwierzęta – dopóki włoski neurobiolog Giulio Tononi nie przedstawił przeciwdowodu: w 2000 roku wykazał, że nawet tak „nieskomplikowany” owad jak muszka owocowa (Drosophila melanogaster) zapada w zasłużony sen.

Dlaczego więc nie miałyby tego robić rośliny? Jedynym przekonywającym wyjaśnieniem jest to, że śpiące rośliny nie pasowałyby do wizji, jaką mamy o ich świecie.

Człowiek to najwyżej rozwinięty organizm na naszej planecie. Czy aby na pewno?

Nasze wyobrażenie o królestwie roślin i „hierarchii organizmów żywych”, której zwolennikami jesteśmy od wieków, bierze początek w rozprawie de sapiente („O wiedzy”) Karola de Bovelles’a (znanego też jako Carolus Bovillus, 1479–1567), wydanej w roku 1509.

Jedna ilustracja z tego dzieła zdradza więcej niż tysiąc słów: pokazuje piramidę, jaką tworzą przyroda ożywiona i nieożywiona. U podstawy piramidy znajduje się skała opatrzona lapidarnym komentarzem „est”, czyli „jest”, i tyle. Powyżej autor usytuował świat roślin, który „est et vit”, „jest i żyje”, nad nim zaś świat zwierząt, który „sentit”, czyli „odczuwa”, i wreszcie, na szczycie, umieścił człowieka, „intelligit”, a więc jedyną istotę posiadającą zdolność rozumowania. Ta renesansowa idea zakładająca, że wśród organizmów żywych istnieją gatunki mniej lub bardziej rozwinięte, wyposażone w lepsze lub gorsze zdolności życiowe, oddziałuje po dziś dzień. Należy do naszego dziedzictwa kulturowego, od którego trudno nam się uwolnić, mimo że już ponad 150 lat temu, w 1859 roku, Karol Darwin sprezentował nam swoje fundamentalne dzieło O powstawaniu gatunków, w którym wyjaśnił dzieje życia na Ziemi. Było to dzieło do tego stopnia ważne, że wielki biolog Theodosius Dobzhansky [Fieodosij Dobżanskij] stwierdził: „Nic w biologii nie ma sensu, jeśli jest rozpatrywane w oderwaniu od ewolucji”.


Ilustracja z Liber de Sapiente Karola de Bovelles’a o świecie przyrody i miejscu, jakie zajmuje w nim człowiek: nasze wyobrażenie o świecie przyrody do dziś niewiele się zmieniło.

Teorie Karola Darwina, który był jednocześnie biologiem, botanikiem, geologiem i zoologiem, należą obecnie do dziedzictwa naukowego ludzkości. Mimo to nawet w świecie nauki nadal pokutuje pogląd, że rośliny są istotami pasywnymi, niezdolnymi ani do odczuwania, ani do komunikacji, różnych zachowań czy kalkulacji. A przy tym opiera się on wyłącznie na kompletnie fałszywym wyobrażeniu o ewolucji.

Sam Darwin bez wahania pokazał, że błąd tkwi już w punkcie wyjścia. Nie ma bowiem bardziej lub mniej rozwiniętych organizmów: wszystkie współczesne organizmy żywe znajdują się, zdaniem Darwina, na szczycie swojej gałęzi rozwoju, w przeciwnym razie by wymarły. Powtórzmy to jeszcze raz jasno i wyraźnie: według Darwina ten, kto dotarł na koniec łańcucha ewolucyjnego, udowodnił w procesie ewolucji swoje niezwykłe zdolności przystosowawcze.

Genialny przyrodnik wiedział, że rośliny są nader wyrafinowanymi, złożonymi tworami, dysponującymi znacznie liczniejszymi zdolnościami, niż się to powszechnie wydaje. Większość swojego życia i twórczości – dokładnie rzecz biorąc sześć tomów i około siedemdziesięciu rozpraw – poświęcił badaniom botanicznym. Często opierał na nich swoją teorię ewolucji, która ostatecznie miała mu przynieść nieśmiertelną sławę. Jednak gigantyczne osiągnięcia badawcze Darwina w dziedzinie botaniki zawsze pozostają w cieniu, co po raz kolejny poświadcza, jak niewiele uwagi nauka poświęca królestwu roślin po dziś dzień.

Duane Isely w opublikowanej w 1994 roku książce One Hundred and One Botanists („Stu i jeden botaników”) pisze:

„O Darwinie napisano więcej niż o jakimkolwiek innym biologu […]. Jednak tylko bardzo nieliczni nazywają go botanikiem […]. Wszyscy darwiniści wspominają wprawdzie, że napisał najróżniejsze książki o swoich studiach nad roślinami, ale czynią to raczej mimochodem, zgodnie z zasadą: «Niekiedy wielki myśliciel potrzebował trochę rozrywki»”.

Darwin wielokrotnie deklarował, że rośliny uważa za najbardziej niezwykłe organizmy, jakie kiedykolwiek badał („Zawsze lubiłem wychwalać rośliny w hierarchii żywych organizmów”, wyznaje w swojej autobiografii). Ponownie podjął i rozwinął tę tezę w opublikowanym w 1880 roku fundamentalnym dziele The Power of Movement in Plants („O zdolności ruchu u roślin”). Darwin był naukowcem starej szkoły, który prowadził obserwacje przyrody i wywodził z nich prawidłowości. Mimo że obce mu były wyrafinowane metody eksperymentalne, w swoich pracach opisywał setki doświadczeń, jakie przeprowadził z synem Francisem, i wyjaśniał niezliczone i różnorodne sposoby poruszania się roślin. Te ruchy przeważnie nie ograniczają się wyłącznie do części naziemnych, lecz dotyczą także korzeni, które Darwin uważał za coś w rodzaju „centrum dowodzenia”.

Brytyjski przyrodnik zawsze przykładał dużą wagę do ostatniego akapitu danego dzieła. W nim bowiem przedstawiał w sposób prosty i ogólnie zrozumiały swoje wnioski. Znakomitym tego przykładem jest słynne zakończenie O powstawaniu gatunków:

„Wzniosły zaiste jest to pogląd, że Stwórca natchnął życiem kilka form lub jedną tylko i że gdy planeta nasza, podlegając ścisłym prawom ciążenia, dokonywała swych obrotów, z tak prostego początku zdołał się rozwinąć i wciąż się jeszcze rozwija nieskończony szereg form najpiękniejszych i najbardziej godnych podziwu”[2].

W ostatnim akapicie The Power of Movement in Plants Darwin podkreślił swoje przekonanie, że w roślinnych korzeniach kryje się coś w rodzaju mózgu zwierząt niższych (na s. 118 i następnych jeszcze do tego wrócimy). I rzeczywiście: rośliny mają tysiące stożków wzrostu korzenia, a każdy z nich jest wyposażony w „centrum przetwarzania danych”. Celowo wybieramy określenie „centrum przetwarzania danych”, aby uświadomić najbardziej zawziętym krytykom, że ani Darwin, ani współcześni naukowcy nigdy nie twierdzili, iż korzenie są wyposażone w mózg – w kształcie orzecha lub w jakikolwiek inny sposób przypominający mózg człowieka – który przez tysiące lat pozostawał niedostrzeżony. Uczeni zakładają raczej, że roślinny ekwiwalent w postaci stożków wzrostu może spełniać liczne funkcje mózgu zwierzęcego. Nie ma więc powodów do paniki.