Niebezpieczna gra

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

9.

Dwie godziny temu przyjechałam do domu i dalej nie włączyłam telefonu. Leżał samotnie na dnie torby już od tygodnia, ale w końcu postanowiłam go uruchomić. Sześćdziesiąt nieodebranych połączeń i trzydzieści SMS-ów. Niezły wynik.

Usiadłam na kanapie i otworzyłam piwo o smaku melona. Było tak gorąco, że nawet nie miałam siły się rozpakować. Do końca wyjazdu nie działo się już nic złego, a ja świetnie się bawiłam. Przynajmniej tak wszystkim mówiłam. W rzeczywistości bawiłam się chujowo, a w głowie miałam tylko jedno: ten pieprzony list i róże na pościeli.

Dlaczego urodziłam się w tak okropnej rodzinie? Mogłabym być dzieckiem szejka z Dubaju albo mieszkać po prostu w Amsterdamie, iść na studia prawnicze, urodzić dziecko i żyć jak zwykły człowiek. A tymczasem okłamuję wszystkich wokół, w mojej rodzinie jestem traktowana jak bękart, a jacyś psychole chcą mnie na własność. Przynajmniej chłopaka i przyjaciół mam normalnych.

Po wielu za i przeciw ja i mój zmęczony mózg postanowiliśmy pofatygować się na Ter i ustalić, o co, do cholery, chodziło mojej porąbanej rodzinie.

Oczywiście aby jeszcze bardziej nie wkurwić mojego ojca, poszłam się przebrać w rzeczy mile widziane na dworze. Założyłam ciemnoniebieską sukienkę z przedłużanym tyłem i odkrytymi ramionami. Na nogi wrzuciłam wysokie czarne szpilki, a włosy związałam w kok. Może być. Przynajmniej do wyglądu nie można było się przyczepić.

Dziesięć minut później byłam już na dywaniku u ojca, który ostro wkurwiony chodził w tę i z powrotem po swoim gabinecie.

– Alex, bardzo proszę, abyś mi powiedziała, ile masz lat.

– Słucham? Przecież wiesz, że za mniej niż pół roku będę miała dziewiętnaście.

– A zachowujesz się, jakbyś miała co najwyżej dziesięć. Nie odebrać telefonu raz czy drugi to rozumiem. Masz swoje życie i możesz nie mieć czasu. Ale tydzień mieć wyłączony telefon?! To nie jest normalne. Co ty robiłaś?!

– Byłam nad jeziorem z chło… przyjaciółmi.

– Alex, to zachowanie było…

– Nieodpowiedzialne i głupie. Tak, wiem. Słyszę to za każdym razem, kiedy jestem tutaj – przerwałam ojcu, bo już nie mogłam słuchać tego kazania. – Czy mogę iść?

– Nie. Dowiedzieliśmy się pewnych informacji na temat, który na pewno cię zainteresuje. Nasz szef wydziału ochrony rządu i przynależni państwu detektywi znaleźli twojego prześladowcę i jednego z głównych ludzi dowodzących ruchem oporu. Za dwadzieścia minut mamy zebranie. Przyjdziesz?

Prawie zakrztusiłam się własną śliną. Mają ich? Niemożliwe. Chociaż może jednak nie mamy takich debili w rządzie, aby nie znaleźli bandy niewykształconych dzieci z kompleksami, bawiących się w terrorystów.

– Tak. Zostanę. Dziękuję za zaproszenie… tato – powiedziałam i uśmiechnęłam się. Chyba pierwszy raz zaczęłam rozumieć tego człowieka. Nie wiem dlaczego.

– To mój obowiązek. Groziło ci niebezpieczeństwo. Musiałem jakoś temu zaradzić. W końcu mimo wielu nieprzyjemnych sytuacji kocham cię i jesteś moją córką. – Wow! To zabrzmiało co najmniej wzruszająco.

Po tych nawet miłych słowach atmosfera pomiędzy nami stała się dziwnie luźna. Szliśmy po rozległych korytarzach budynku, a ojciec pytał mnie o przyjaciół i ogólnie o moje życie. Taka rozmowa z nim była dziwnie przyjemna. Nie zmieniłam o nim zdania, ale może postaram się być bardziej ułożona.

Kiedy wybił czas zebrania, mój brzuch stał się nienaturalnie ciężki, a nogi słabe. Nie chciałam tam być. W głowie znowu kłębiło mi się milion pytań. Dlaczego ojciec nic nie wspomniał o zabranych pieniądzach? Kim są ci ludzie? Czy ich znam? Może to osoby z dworu? Złapali ich czy tylko znają nazwiska? Jakie są ich motywy? I chyba najważniejsze pytanie: czy osoby, które stoją za zamachami, są tymi samymi, które wysyłają mi groźby?

Weszłam do dosyć dużej sali, na środku której stał wielki stół. Siedziało przy nim paru mężczyzn, którzy wstali, kiedy mój ojciec i ja się pojawiliśmy.

– Wasza królewska mość, bardzo cieszę się na to spotkanie.

– Ja również, chociaż okoliczności nie są sprzyjające.

– Tak, to prawda. Widzę, że jest z nami dzisiaj księżniczka Alexandra. Wasza książęca mość, naprawdę mi miło, że panią widzę całą i zdrową.

– Ja też cieszę się, że mogę tu być. Mam nadzieję Roger, że wieści, które usłyszę dzisiaj, nie będą aż tak złe, jak mnie ostrzegano.

– Wasza królewska wysokość, tego niestety nie mogę obiecać. Siądźmy.

Kiedy usiedliśmy przy stole, zaczęła się ta nudna część zebrania. Mój ojciec coś podpisywał, a ja powoli popijałam koktajl z jarmużu, starając się nie ziewać. Dlaczego nie mogą po prostu powiedzieć, kto umarł, kto za tym stoi i wypuścić nas z tej przerażająco czystej i białej sali? Jak już wcześniej wspominałam, mój naród uwielbia kolor biały, a nienawidzi czerwonego, który kojarzy się nie z miłością, jak na Ziemi, ale nienawiścią, nieczystością i złem. Na przykład więźniowie mają kombinezony tego koloru, a zwykli obywatele nie mogą go nosić. Ogólnie rzecz biorąc, to kolor Szatana.

Czerwona róża… Czerwona róża… Czerwona róża, którą tak często dostaję od Nathaniela, kiedy przychodzi… Czerwona róża na pościeli…

– A zatem szanowni państwo, sytuacja nie wygląda kolorowo. – Głos Rogera wyrwał mnie z otępienia. – Zamieszki spowodowały wiele strat. Dokładnie mamy… – tutaj mężczyzna pośpiesznie wyciągnął kartkę z teczki – czterystu sześćdziesięciu rannych i niestety sto cztery ofiary śmiertelne. Połowa budynków w stolicy została zamalowana propagandowymi napisami, zgłoszono przynajmniej sto dwadzieścia kradzieży i siedemdziesiąt pięć włamań. W zasadzie miasto jest zrujnowane.

Ojciec zrobił się czerwony i szybko wypuścił powietrze. Król nie może pokazywać emocji. Za to ja byłam zdruzgotana i nie kryłam się z tym. Tylu ludzi. Matko Boska! Chyba przedwcześnie nazwałam napastników dziećmi.

– Ile będzie kosztowało nas naprawienie strat i godne pochowanie zmarłych, razem z pomocą finansową dla rodzin poszkodowanych? – Ojciec odezwał się zbyt niskim głosem, ale chyba to zauważył, ponieważ w połowie zdania zmienił ton na nieco normalniejszy.

– Niestety, jeżeli chodzi o finanse, tutaj zaczynają się kolejne złe wieści. Plotki okazały się prawdą. Z naszego banku zniknęły cztery miliardy dolarów.

– Za co ja wam płacę?! Czy nikt nie pilnuje naszego państwa?! Jak to się w ogóle stało, że banda jakichś degeneratów niszczy mój kraj!? – wrzasnął wściekłym głosem tata i uderzył rękami w blat stołu. Mężczyźni skulili się na krzesłach, a ja byłam dumna z ojca, że pierwszy raz mówił ostro i bez ogródek jak prawdziwy król, a nie jak zwykły obywatel, który nie ma prawa do podnoszenia głosu na rządzących.

– Panie, to jest większa, zorganizowana grupa, która…

– Nie obchodzi mnie, kto to jest, rozumiesz?! – Ojciec przerwał Rogerowi, który jako jedyny miał odwagę się odezwać. – Czy byliby to najbogatsi z obywateli, czy ludzie, którzy nie mają dachu nad głową, nie mają prawa zachowywać się, jakby ten kraj należał do nich! Rozumiesz, Brown?!

– Tak, szanowny panie. Rozumiem.

– Czy ta grupa ma jakieś znaki szczególne? Czego oni chcą? Wiesz coś na ten temat?

– Tak, proszę chwilę poczekać. – Roger znowu wyciągnął coś z teczki. Tylko tym razem były to fotografie. – Tutaj mają państwo rysunki na ścianach budynków.

Mężczyzna pokazał nam zdjęcia, a mnie stanęło serce. Na białych ścianach widniały w pośpiechu narysowane czerwone róże… Boże… Zrobiło mi się nagle podejrzanie gorąco. Alex… To jeszcze nic nie znaczy. Uspokój się.

– Czy znamy jakieś nazwiska?

– Tak. Znamy nazwiska i imiona głównych dowodzących. – Brown popatrzył na kartkę. – To dziewiętnastoletni Adam White, także dziewiętnastoletni Nathaniel White i dwudziestoośmioletni Tom White. – W tym momencie świat się zatrzymał. Zakręciło mi się w głowie, a w uszach zaszumiało. – Nie wiemy też, jak wyglądają. Są bardzo bogaci, ale nie ma ich w spisie mieszkańców. Te informacje pochodzą od osób postronnych, które pracują dla rządu.

White. White. White. White. White. White. White. White. White. White. White. White jest mordercą.

Muszę szybko wyjść. Muszę wyjść… Boże. Zapomniałam, że Betty jest z chłopakami w kinie. Jezus Maria, muszę do niej zadzwonić, żeby jak najszybciej spierdalała i zamknęła się w domu.

– Ja… Ja przepraszam. Bardzo tu duszno i zrobiło mi się słabo. Muszę wyjść. Bardzo przepraszam.

– Wezwać lekarza?

– Nie… Nie… Poradzę sobie… Do widzenia i jeszcze raz przepraszam.

Szybko wybiegłam z sali i po sekundzie byłam już w swoim mieszkaniu w Waszyngtonie. Drżącymi rękami wybrałam numer przyjaciółki. Odebrała po drugim sygnale.

– Betty?

– Coś się stało, Langendorf? Wiesz, że jestem z naszymi mężczyznami na imprezie w trójkącie. – Betty wybuchła głośnym śmiechem.

– Spierdalaj, rozumiesz?

– Co?

– Betty. Miałaś rację. White cały czas udawał. Betty, on jest seryjnym mordercą i w dodatku psychopatą, strzeżonym przez swoich braci i pierdolonych terrorystów, którzy rozwalili mój kraj w trzy dupy.

– Ja… On… Emm… Ja zrobię, jak każesz. Ja… będę szła do domu. E… – Przyjaciółka była widocznie przerażona i nie wiedziała, co powiedzieć. – To potwierdzone informacje?

– Tak. Mam je od szefa ochrony rządu.

– Kurwa. Miałam rację. To pierwszy raz, kiedy ją mam i wcale się nie cieszę z tego powodu. Powiem im, że nagle dostałam okresu i że muszę iść do domu.

– Wymyśl cokolwiek, żeby się od niego oddalić. Najlepiej żeby White pojechał od razu do swojego domu.

 

– Co chcesz zrobić, Alex? Proszę cię, nie rób nic głupiego. Ja nie chcę cię stracić – powiedziała Betty mocno histerycznym głosem.

– Zrobię, co będę musiała. Kocham cię. – Nie czekając na odpowiedź dziewczyny, rozłączyłam się.

Bez zastanowienia poszłam do garderoby i niewygodną sukienkę zamieniłam na krótkie, postrzępione czarne spodenki i niebieski T-shirt odsłaniający brzuch. Zrzuciłam szpilki i nałożyłam trampki, które noszę na co dzień.

Chwyciłam kluczyki i wyszłam z domu. W głowie miałam tylko czerwoną różę, która stała na stole. White dał mi ją pod koniec pobytu nad jeziorem.

10.

Weszłam do mojego białego terenowego BMW i oparłam głowę o kierownicę. Wszystko zaczęło składać się w przerażającą całość. To była gra. On mnie prawdopodobnie nawet nie lubi. Jest dobrym kłamcą, a ja jestem taka naiwna. Na pewno były jakieś znaki wskazujące, że to on za tym wszystkim stoi. A ja ich nie widziałam albo nie chciałam widzieć. Boże, mam takiego pecha. Dobra… Przestań się nad sobą użalać, Alex.

Dopiero dziesiąta minuta jazdy, a ja już zaczęłam mieć wątpliwości. Po co do niego jadę, do cholery? Przecież będzie próbował mnie zabić albo… w zasadzie to sama nie wiem. Najłatwiej w tej sytuacji byłoby zostać w domu razem z Betty i nie odbierać od niego telefonów. Ale ja jak zwykle musiałam wybrać trudniejszą drogę i pojechać do niego w zasadzie bez żadnego planu. Przecież go nie zastrzelę… Właśnie dopiero teraz dotarło do mnie, że on jest taki jak my. Też ma te zdolności… Jest w dodatku przywódcą ruchu oporu, który żąda tego, abyśmy pokazali nasze odmienności i nie naśladowali ludzi bez mocy, żyjących na Ziemi. Nie mam z nim szans.

Doszczętnie załamana i bez żadnego planu wjechałam na podjazd domu Nathaniela. W lusterku samochodowym poprawiłam makijaż i przez chwilę szczerzyłam się sama do siebie, próbując wyćwiczyć jak najmniej podejrzany uśmiech. Nie udało się. No trudno. Będę improwizować.

– Cześć, kochanie! – krzyknęłam, wchodząc do jak zwykle niezamkniętego domu chłopaka. Mój krzyk był tak nienaturalny, że aż sama się zdziwiłam. Myślałam, że nie potrafię czegoś tak zjebać. Znowu się myliłam.

Podeszłam do kanapy i chwilę się wahając, usiadłam na niej, jak to zwykle robiłam, kiedy czekałam na White’a. Wzięłam gazetę ze stolika, jednocześnie próbując przełknąć gulę strachu w gardle, która z każdą minutą robiła się coraz większa.

– Cześć, skarbie. Czemu zawdzięczam twoją wizytę? – Nath wolno schodził ze schodów. Był ubrany w nienagannie wyprasowaną koszulę i idealnie pasujące do niej spodnie. Jak zwykle wyglądał oszałamiająco. Normalnie byłabym szczęśliwa, że mam takiego wspaniałego chłopaka. Teraz, kiedy go zobaczyłam, zachciało mi się płakać z rozpaczy.

– A… tak przyszłam zobaczyć, czy wszystko w porządku.

– A czemu miałoby nie być? – Chłopak podszedł do kanapy i dał mi szybkiego buziaka, a potem poszedł zaparzyć herbatę. Teraz byłam niemal w stu procentach pewna, że wyglądałam, jakbym zobaczyła ducha.

– Wiesz, Betty ma rewolucje żołądkowe, więc uznałam, że to od tego jedzenia w restauracji, w której byliście dzisiaj razem.

– My dzisiaj nic nie jedliśmy, skarbie.

– A… To… To fajnie… – Kurwa. To w niezłe gówno wdepnęłaś, Alex. Nie wyplączę się teraz z tego.

– Co się dzieje, kochanie? – Nath podszedł do drzwi wejściowych i zamknął je, a klucz schował do kieszeni. Dopiero teraz zauważyłam, że było u niego inaczej niż zwykle. Okna były zasłonięte, a drzwi na taras zamknięte.

O mój Boże! On wiedział, że przyjadę. Tylko teraz jest już za późno na ucieczkę…

– Nic się nie dzieje. Czy mógłbyś otworzyć drzwi na taras? Jest mi tak duszno dzisiaj.

– Jasne – powiedział chłopak i jak gdyby nigdy nic otworzył drzwi. Coś mi tu nie grało. – Chcesz coś do picia?

– Nie, dzięki. – Jeszcze dosypie mi czegoś do napoju i będę miała bardziej przejebane. O ile w ogóle się da.

– Ale nalegam.

– Nie. Naprawdę dziękuję.

Dałabym sobie rękę uciąć, że widziałam, jak Nath zaklął pod nosem i wylał jakąś ciecz do zlewu. Czyli prawdopodobnie miałam rację z dosypaniem mi czegoś do picia. Jeden zero, kochanie.

– Tak w ogóle mam coś dla ciebie. – White wyciągnął coś z szafki i podszedł do mnie z niedużym pudełkiem. – To spóźniony prezent z okazji miesięcznicy.

– Naprawdę nie trzeba było.

– Trzeba. Otwórz.

Kiedy zobaczyłam, co jest w środku, serce mi stanęło. Znowu. W pudełku znajdowała się piękna czerwona bransoletka z wyrytą czerwoną różą. Jezus Maria, bardziej dosłownie się nie dało?

– Mogę ci zapiąć?

– Nie trzeba.

– Dawaj rękę. – Nath wypowiedział te słowa tak zimnym głosem, że ciarki przeszły mi po plecach.

– Co?

– Słyszałaś, skarbie. Chyba chcesz przymierzyć prezent, prawda? – Jego głos sztucznie się ocieplił, a oczy śmiały się. Prawdopodobnie ze mnie. Ale dlaczego?

– Tak… Możesz to zrobić.

I w tym momencie wiedziałam, że popełniłam błąd. Nath zapiął mi bransoletkę, pocałował mnie delikatnie w usta i poszedł wstawić wodę na herbatę. Już drugi raz w ciągu dwudziestu minut. Usiadłam na kanapie, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

– Może wyjdziemy do ogrodu?

– Nie.

– Czemu?

– Po prostu nie.

Wstałam z kanapy i ruszyłam w stronę wyjścia na taras. Kiedy próbowałam przekroczyć próg, przede mną pojawiła się jakby niewidzialna ściana.

– Myślałaś, że jestem na tyle głupi i nie zabezpieczyłem wyjścia?

Głos Natha zamroził mnie. Był zimny, zdecydowany i pewny siebie. W momencie, w którym zaczęłam powoli się odwracać, kątem oka zobaczyłam, że stoi tuż za mną.

– Nie bój się mnie. Wiesz dobrze, że nie chcę cię zabić. Potrzebuję cię żywą.

– Nie boję się ciebie.

– Nie? Ja widzę coś innego.

– Nie dostaniesz mnie żywej. – Stałam już przodem do Natha, który jedną rękę oparł o ścianę obok mnie, a drugą gładził mi włosy.

– Jesteś pewna?

Nagle silnie zakręciło mi się w głowie i zachwiałam się. Kiedy chłopak to zobaczył, delikatnie się uśmiechnął.

– Tak.

– Piękna bransoletka. Trucizna, która w niej jest, powinna zacząć już działać.

– Co?!

– Przykro mi, że do tego doszło. Widzimy się w piekle.

Nath odszedł ode mnie, a ja znowu się zachwiałam, tylko tym razem o wiele mocniej. Miał rację. Trucizna zaczęła działać. Zakręciło mi się potężnie w głowie, a nogi ugięły się pode mną.

– Dlaczego? – zdołałam wyszeptać, ponieważ głowa tak mi ciążyła, że z trudem wypowiadałam jakiekolwiek słowa. Wydawało mi się, że słyszałam śmiech chłopaka. Przerażający, długi śmiech, który przeszył jak strzała moją pękającą z bólu głowę. Po jakichś pięciu minutach walki z samą sobą moje powieki opadły i zapanowała ciemność.

11.

Gwałtownie otworzyłam oczy i uderzyłam ręką w zimną ścianę. Co jest?… Gdzie ja?… Matko Boska! Przez chwilę nie mogłam dojść do siebie, bo moja głowa zamieniła się w kulę nadzianą kolcami, a ciało odmawiało posłuszeństwa. Tak jakby cała energia została mi zabrana.

Przetarłam twarz ręką i moim oczom ukazała się więzienna cela. Dosłownie. Szare ściany, jedno łóżko, metalowe drzwi po lewej, okienko do wydawania posiłków na wprost i dziwne drzwi po prawej. I tyle.

Spróbowałam wstać, ale było to wyjątkowo trudne, a ja dalej nie wiedziałam, czemu tak źle się czuję. Na pewno nie przez truciznę. Ona miała tylko zwalić mnie z nóg. I tak się w sumie stało. Coś mi tu nie grało. Spojrzałam na swoje ciało i nieźle się zdziwiłam. Byłam cała ubrana na czerwono. Jak więzień, którym w zasadzie zostałam. Czerwone dresowe spodenki i czerwony podkoszulek. Pod spodem miałam zwykłą cielistą bieliznę, której zresztą nie znoszę. Ktoś musiał mnie przebrać. Naprawdę nieźle… Czułam się już jak taki prawie więzień prawdziwego więzienia.

Spojrzałam na prawą rękę. Widniała na niej bardzo cienka metalowa bransoletka. Dopiero poczułam, że była dosyć ciepła. Cieplejsza niż moje ciało. I wtedy do mnie dotarło. To małe coś zabierało całą moją moc. To dlatego czułam się tak źle. Co za skurwysyny. Uziemili mnie na dobre.

Wstałam i spróbowałam rozprostować nogi. Niezbyt mi to wyszło, ale powoli wracałam do siebie. Przynajmniej w połowie. Przeszłam się po pomieszczeniu i znowu usiadłam na łóżku. Intrygowały mnie drzwi, które można było normalnie otworzyć.

Znowu wstałam, tylko tym razem od razu do nich podeszłam. Otworzyłam je i zobaczyłam łazienkę. Taką prawie normalną. Na wprost mnie znajdował się zlew, a nad nim szafka, pod ścianą stała mała wanna, a obok niej toaleta. Wszystko z szarego betonu, ale widać, że dbali o swoich więźniów. Oznaczało to też, że mieli mnóstwo kasy, aby to wszystko utrzymać.

– Księżniczka zadomowiła się w apartamencie? – Głos Nathaniela był tak niespodziewany i zimny, że nieźle się przestraszyłam i zachciało mi się histerycznie śmiać. Mimo to rozsądek wziął górę i cofnęłam się o krok, odwracając się. White stał przy drzwiach wejściowych, lekko uśmiechnięty. Był ubrany w koszulę w kratę i czarne spodnie. Na ręku miał nowy zegarek. Pewnie za pieniądze mojego ojca. Świetnie.

– Tak. – Mój głos był tak bardzo nienaturalny.

Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, więc podeszłam do łóżka i usiadłam na nim, opierając się o ścianę. Najlepiej pokazać, że masz na wszystko wyjebane. Tak. Dobra strategia. Zamknęłam oczy i przeczesałam włosy.

– Czego chcesz? Chcecie? Nieważne.

– Widzę, że się nie przejmujesz.

– A muszę?

– Teoretycznie każdy normalny człowiek przejmowałby się swoim, jakby to powiedzieć… niedogodnym położeniem.

– Nie jestem człowiekiem. – Nath westchnął głęboko i pokręcił głową.

– Tak naprawdę nieważne, kim jesteś ani za kogo się uważasz. Później przedstawimy ci nasze warunki. Teraz jestem tutaj prywatnie. Moi bracia nie wiedzą o tym, że do ciebie przyszedłem.

– Prywatnie? Ciekawe.

– Posłuchaj… – Nath chciał podejść bliżej, ale ja gwałtownie wstałam.

– Nie podchodź do mnie. Rozumiesz?

– Alex…

– Nie. Jesteś potworem. Ty i twoi pojebani bracia. Nic dla was nie zrobię. Nic, rozumiesz?

– To ty chyba musisz coś zrozumieć. – Chłopak oparł się ręką o ścianę. Spuścił wzrok i znowu westchnął. – To nie jest zabawa, Alex. To wojna. A ty jesteś w jej środku. Nikt nie będzie pytał cię o zdanie. Zrobisz, jak każemy, a nic ci się nie stanie.

– A niby co mi zrobisz? – Bardzo głupie pytanie… Jakbym miała dziesięć lat…

– Masz być żywa. Reszta to kwestia mojego humoru. – Nath spojrzał na mnie zimnymi oczami, a ja na chwilę wstrzymałam oddech. On jest naprawdę przerażający. Zawsze był, ale teraz to już przesada. Podszedł do drzwi i kiedy chciał je otworzyć, zebrałam się na odwagę, której było już bardzo mało, i zadałam męczące mnie od dłuższego czasu pytanie:

– Ty mnie w ogóle kochałeś?

– Kiedy jesteś przywódcą na wojnie, nie masz czasu na miłość ani moralność. Tobie radzę przyjąć taką samą postawę. – Chłopak odwrócił się i wyszedł.

Od trzydziestu minut siedziałam na podłodze i patrzyłam w ścianę. Nie może być aż tak źle. Bo niby co się ma stać? Poucinają mi palce jak w średniowieczu czy powyrywają zęby, jak nie będę się słuchać? Nath nie jest taki niemoralny. Zawsze był dla mnie kochany. Nie uwierzę, że nigdy niczego do mnie nie czuł. Był zbyt czuły i… idealny. A może tylko sobie to tak wyobrażałam? W końcu nawet Betty miała jakieś podejrzenia… Betty… Pewnie zorientowała się, że coś nie gra i już się o mnie martwi. Miała rację, aby nigdzie nie iść, ale wtedy tego nie rozumiałam. A tak w ogóle…ile czasu byłam nieprzytomna? Dzień, dwa? Na pewno nie dłużej. A może?

Wstałam i poszłam do toalety zobaczyć, co znajduje się w szafce nad zlewem. Grzebień, mydło w szarym opakowaniu, szampon, pęseta, bandaże, miniaturowe lusterko z dziwnego tworzywa, rolka papieru toaletowego i duży szary ręcznik. Spodziewałam się bardziej ubogiego zaopatrzenia. Przemyłam twarz, zmyłam makijaż i przeczesałam swoje brunatne włosy. Dopiero teraz zauważyłam, że na nogach miałam czarne trampki, a pod spodem cieliste skarpetki. Bogato jak na więzienie.

Położyłam się do łóżka i zamknęłam oczy. Prawdopodobnie zasnęłam, bo kiedy usłyszałam głośne otwieranie drzwi, znowu, kolejny pieprzony raz, dostałam zawału.

 

– Wstawaj – powiedział Nath i wyciągnął przed siebie kajdanki. No, nie wierzę. Serio? Chce mnie zakuć w kajdanki?

– Po co ci one? Przerabialiśmy już kiedyś ten temat – powiedziałam z lekkim uśmiechem, ale chłopak bez słowa podszedł do mnie i skuł mi ręce za plecami. Z kieszeni spodni wyciągnął czarną chustkę i zawiązał mi oczy. – To są jakieś jaja?

– To na wypadek gdyby przyszłoby ci do tej durnej głowy uciekać – odparł chłodnym głosem i popchnął mnie do przodu.

– Nie może mnie odprowadzić któryś z twoich przydupasów?

– Nie. Za bardzo się ciebie boją. – Boją się mnie… ciekawe.

Przez całą drogę nic nie widziałam. Zarejestrowałam tylko, że trzy razy skręcaliśmy w prawo i pięć razy w lewo. Potem przez jakiś czas szliśmy prosto i weszliśmy do jakiegoś pokoju. Zostałam brutalnie posadzona na krześle, do którego dosłownie przykuto mi ręce.

Kiedy ściągnięto mi chustkę i moje oczy przyzwyczaiły się do dosyć jasnego światła, ujrzałam małą salę z jednym stołem i trzema krzesłami, nie licząc mojego. W pokoju był tylko White. Stał oparty o ścianę i widać było, że był bardzo zirytowany.

– Co? Bracia się spóźniają? – powiedziałam z lekką drwiną w głosie, ale widząc przeszywający mnie na wylot wzrok Nathaniela, zamknęłam się.

Po chwili drzwi pokoju otworzyły się i weszło do niego dwóch mężczyzn. Jednym z nich był blondyn z lekkim zarostem i niebieskimi oczami. Był ubrany w czarny podkoszulek i granatowe spodnie. Gdybym spotkała go na ulicy, nigdy nie powiedziałabym, że może być przywódcą czegokolwiek. Za to wygląd drugiego mężczyzny zrobił na mnie niemałe wrażenie. Miał podobne włosy do Nathaniela, ale o wiele czarniejsze i ułożone. Chłodne, nienaturalnie zielone oczy i lekki uśmiech. Ubrany był na czarno. Ogólnie wyglądał strasznie poważnie, ale też pociągająco. Zła mieszanka. Był dużo starszy, więc najprawdopodobniej to był Tom. Blondyn to Adam.

– Możemy zaczynać, panowie? – odezwał się Tom zimnym głosem i rozsiadł na krześle. Przeszył mnie wzrokiem, a ja nagle poczułam się wyjątkowo nieswojo. Chyba byłam strasznie głupia, myśląc, że to zabawa. Tak… może to i jest zabawa. Przerażająca i niebezpieczna gra w kotka i myszkę. Oni to koty, a ja jestem małą, bezbronną myszką.

Trzeba było wtedy zostać w domu…