GladiatorzyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Tomasz Kołodziejczak • Wszyscy dla jednego

Magdalena Kozak • Ostatni strzał strachu

Magdalena Ratajczak • Arena należy do was!

Bartek Biedrzycki • Stulti et circenses

Eugeniusz Dębski • Igrzyska Hańby

Andrzej Pilipiuk • Gladiator

Michał Śmielak • Ostatni

Michał Gołkowski • Sol Invictus

Wojciech Kowalski • Czempion

Marcin Podlewski • Colosseum Inferno

Janusz Płonka • Amulet

Arkady Saulski • Największy bohater

Jarosław Grzędowicz • Murmillo z końca świata

Aleksandra Staniewska • Zakład

Michał Stanisław Śmietana • Ostatni Rzymianie

Krzysztof Abramowski • O Lancę Andromedy

Maja Lidia Kossakowska • Na rozkaz cezara

Hubert Olkowski • Gniezno piękne jak dziś

Wojciech Okrutny • Cybernezis

Alicja Janusz • Na ubitej ziemi

Michał Puchalski • Hymn do Pierzastego Węża

Karta redakcyjna

Okładka


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Nudy. Nudy. Nudy.

Smród rozprutych trzewi lub woń odorantów rozpryskiwanych nad areną przez automaty. Ciała natarte oliwą, lśniące od potu i krwi. Trybuny oszalałe z radości, milczące we współprzeżywanej grozie lub znudzone brakiem trupów.

Rycerze w zbrojach zaprojektowanych przez fanów starych filmów. Mechy sterowane sprzęgowo przez bogaczy bezpiecznie siedzących na trybunach. Niewolnicy ucharakteryzowani na wrogów Imperium. Ludzie z wszczepami, z dodatkowymi narządami, z systemami nerwowymi wysterowanymi do walki. Bokserzy na ringu. Bezrozumni siłacze hodowani genetycznie, selekcjonowani w setkach śmiertelnych testów i doszkalani w wirtualach. Ochotnicy z trybun, dobrowolnie ryzykujący zdrowie, stabilność umysłu i życie dla pieniędzy, sławy i seksu. Obcy o chitynowych ciałach lub zbiorowych umysłach. Niewolnicy z Nubii i Sarmatii wypchnięci na arenę z kazamatów circus maximus, by odegrać krótką rolę w zaplanowanym przez innych przedstawieniu.

Dziś, pięćset lat temu i trzy tysiące. Choć inaczej, to jednak zawsze tak samo.

Walki gladiatorów to nudy.

Osobiście widziałem ich dziesiątki, a kolejne setki przeżyłem poprzez transfery z umysłów moich Ojców. A dzięki szczegółowym raportom spisywanym w łacinie i jeszcze dawniejszych językach poznałem też bardziej pierwotne zmagania, pojedynki ludzi uzbrojonych w trójzęby i sieci, topory z brązu i krzemienne siekierki, magiczne słowa i sploty przestrzeni.

Arena jest sceną śmierci i cierpienia, a trybuny dają widzom radość i podnietę, tworząc gęste pole mentalne ściągające Spaczonych niczym magnes żelazne opiłki. Właśnie przy gladiatorskich arenach ludzkości moi Ojcowie zasadzali się na potwory, tak jak pierwotni myśliwi czekali na zwierzęta przy wodopojach. Teraz czas na mnie.

Jestem Łowcą.


Udało mi się dostać całkiem niezłe bilety na walki, ledwie w czternastym rzędzie od poziomu kolistej areny, w sektorze VIP-owskim, z wygodnymi fotelami i indywidualizowanymi nakładkami rozrzeczy. Po założeniu okularów mogłem zrobić zbliżenie twarzy gladiatorów, by zobaczyć każdy grymas wściekłości czy strachu; dodać efekty dźwiękowe podkreślające przebieg pojedynku albo spojrzeć na walczących oczami widzów siedzących w innym punkcie trybun. Jednocześnie wciąż słyszałem i obserwowałem reakcje ludzi przebywających obok mnie. Radość, gdy ich idol zadawał celny cios. Rozpacz, gdy padał na żółty piach. Zachwyt, kiedy na arenę wstępowali wspaniali wojownicy. Obrzydzenie, gdy sprzątacze ściągali porąbane zwłoki.

Zwinąłem wszystkie zmysły psychotroniczne. Po pierwsze, musiałem uniknąć ryzyka, choćby i niewielkiego, że zostanę namierzony i rozpoznany. Po drugie, i znacznie ważniejsze, pole psychiczne tak wielkiego i rozemocjonowanego tłumu mogło po prostu zniszczyć moją wewnętrzną sensorykę. Nie można patrzeć wprost w słońce, jeśli nie chce się stracić wzroku. A co dopiero mówić o zmysłach wychwytujących fale emocji, drżenia dusz i cienie pamięci. Ładunek psychiczny generowany przez dziesiątki tysięcy zgromadzonych na stadionie widzów stanowił dla mnie zagrożenie.

Chwilowo więc skazany byłem na zawierzenie zwykłej ludzkiej percepcji. Obserwowałem, nasłuchiwałem, wąchałem. Próbowałem zrozumieć, co się właściwie dzieje i jaka jest przyczyna zjawisk, które ściągnęły mnie na tę planetę.

Sanguis to niewielki, ale gęsty glob, krążący wokół gwiazdy typu G, z grawitacją ledwie o trzy procent niższą od standardu, własną biocenozą i obfitością surowców naturalnych. Nic dziwnego, że ponad trzysta lat temu, jeszcze przed wojnami unifikacyjnymi, uznano go za idealną planetę kolonizacyjną, poddano trwającej kilka dekad kosmetycznej terraformacji i zasiedlano już w trakcie tego procesu. Dziś należy do światów głównych ludzkiej ekumeny, ma ogromne wpływy polityczne i ekonomiczne, kontroluje wiele własnych kolonii.

W promieniu dziesięciu parseków znajduje się kilkadziesiąt innych zamieszkanych planet oraz kilka wędrownych wspólnot, a hiperprzestrzeń w tym obszarze Galaktyki jest bystra i umożliwia szybkie podróże. Nic dziwnego, że Sanguis rozwija się doskonale, jego mieszkańcy są zamożni, sami podróżują i przyjmują wielu gości, ściągających tu dla interesów, ale i podziwiania legalnych walk. Cały układ – bo oprócz Sanguisa zasiedlono tu także kilka innych planet i księżyców – zamieszkuje ponad dziewięć miliardów ludzi homo i do tego kilka milionów hibrida. Idealne miejsce na kryjówkę i żerowisko. Tu można niezauważenie i bezkarnie pasożytować, wcielać się i zabijać. O ile czyni się to ostrożnie.

Publiczność ożywiła się gwałtownie.

Zaczynał się kulminacyjny moment dzisiejszego przedstawienia. Indywidualne rozrzeczy każdego widza podkręciły transmisję, uatrakcyjniając rozrywkę stosownie do ceny biletu. Moje pokryły arenę ognistymi gejzerami. Z płomieni wyłaniali się wspaniale zbudowani gladiatorzy wszelkich płci. Prężyli lśniące ciała – zdawałoby się, patrzyli wprost na mnie, kusząc, zapraszając między siebie. Pod dachem teatru barwne smoki toczyły śmiertelny pojedynek, krwawiąc światłem, a przez trybuny przewalała się fala, gęste kłębowisko barw i kształtów, pokrywających widzów wielobarwną powłoką i tętniących wewnętrznym huraganem. Muzyka, synkopowy utwór na instrumenty, ludzkie szepty i szczęk broni, nadawała monumentalnym obrazom nerwowy, ale przejmujący charakter, sygnalizowała, że nadchodzi wydarzenie straszne i wspaniałe zarazem.

A potem wszystko zgasło i na arenie, na piasku znowu idealnie żółtym, jakby od dwóch godzin nie zalewała go prawdziwa krew, stanął on, mistrz. Gajon Starszy.

Walczył od ponad dwudziestu lat. Zaczynał na mikroskopijnych ringach w koloniach z księżyców gazowych olbrzymów. Potem przeniósł się na sceny na planetach peryferyjnych, by wreszcie zakwalifikować się do walk w mniejszych miastach Sanguisa. Pod grawitacją i w nieważkości, w podwodnych klatkach i koronosłonecznych batyskafach bitewnych. Na prywatnych, hipernowoczesnych scenach w rezydencjach miliarderów i na klasycznych, publicznie dostępnych arenach stolicy.

Zwyciężał. Nie zawsze i nie od początku. Kiedy jeszcze terminował i nie walczył na śmierć i życie, zdarzało mu się przegrać. Zbierał jednak doświadczenia, stawał przeciw coraz potężniejszym przeciwnikom i porażki przytrafiały mu się coraz rzadziej. A potem dostał zezwolenie na udział w pojedynkach najniebezpieczniejszych, ale i przynoszących największe pieniądze i zaszczyty.

 

Śmierć. Oto stawka.

Zawsze na wielkich otwartych arenach, tak by każdy mieszkaniec planety mógł kupić bilet i obejrzeć walkę na żywo, choćby z najtańszego rzędu, z nakładką o ograniczonym zasobie rozrzeczu. Prawdziwego doznania bowiem nie zastąpi choćby i najlepszej jakości transmisja czy nawet symulacja serwująca wrażenia wprost z mózgu gladiatora. Tylko stadion i tłum – zbiorowy wrzask, równoczesne poderwanie się z foteli, hymn gladiatora śpiewany przez tysiące gardeł – tylko wtedy w pełni czujesz, że jesteś częścią pojedynku, że prawdziwie przeżywasz kolejne starcia szalonego Gajona zwanego pieszczotliwie Starszym, bo mało kto doczekał takiego jak on stażu na śmiercionośnych arenach. Co rozsądniejsi wojownicy we właściwym momencie wycofywali się z zarobionymi pieniędzmi, najczęściej zostając trenerami kolejnych pokoleń gladiatorów. Nierozsądni ginęli.

Gajon wciąż walczył, zawzięcie i bez litości. I choć ruszał się już wolniej niż kiedyś i nader często wydawał się bez szans w starciu z młodszymi, sprawniejszymi i lepiej podrasowanymi przeciwnikami, jednak – wygrywał.

A publiczność go kochała, bo któż nie wielbi starego mistrza, który raz po raz udowadnia młodym pyszałkom, że umie ich złamać. Że hart, rutyna i doświadczenie pokonają sprawność i butę. Każdy z widzów chciał też wierzyć, że i on sam – niezależnie od wieku – wciąż niesie tę swoją jurność, beztroskę i potencjalną moc sprawczą i że wiele ma jeszcze światu do zademonstrowania i udowodnienia. To dla nich Gajon wygrywał kolejne walki.

Na dodatek zwykle zwyciężał w sposób, za który fani kochali go i nienawidzili.

Zazwyczaj tak właśnie jak teraz, w ostatniej chwili, gdy wydawało się, że nie ma już żadnych szans.

Dziś walczyło z nim trzech przeciwników, wojowników z dzikiej, ulicznej szkoły gladiatorskiej, którzy dostali zieloną kartę na ten turniej i pokonali po drodze innych pretendentów. Mieli potężne ramiona wzmocnione wszczepionymi w mięśnie cięgnami, wyhodowane nogi pozwalające bez problemu wykonywać dwudziestometrowe susy, wielkie głowy porośnięte dodatkowymi warstwami skóry chroniącej przed uszkodzeniami. Broń wybrali prostą, taką, jakiej używa ulica – łańcuchy, noże, długie pałki oraz unoszące się w powietrzu, sprzęgnięte z umysłami elipsoidalne bijaki.

Naprzeciw stanął samotnie Gajon, klasyczny i elegancki, w złotej polimerowej zbroi pokrywającej nagie ciało, z podbarwionymi na krwistą czerwień bliznami po poprzednich walkach. Był łysy, bardzo szczupły, na jego gładkiej skórze nie dało się dostrzec żadnych sztucznych ulepszeń i organicznych wrostów. Poruszał się krótkimi zrywami, wcale nie płynnie, można też było odnieść wrażenie, że lekko powłóczy lewą nogą. Uzbrojony bez efekciarstwa, w miecz i małą kolistą tarczę, za broń towarzyszącą wybrał tym razem dwa nanoplastyczne ptaki, metamorfy sterowane myślami swego pana.

No więc Gajon bił się z tymi ulicznikami i jak w wielu ostatnich walkach – a występował jedynie dwa, trzy razy w roku – dał się otoczyć, zranić, zagonić w kąt areny. Raczej parował ciosy, niż sam atakował, uciekał przed uderzeniami, niż sam je zadawał, unikał zwarcia, niż pragnął zbliżenia. I kiedy już, już uznali, że go dopadli, gdy ich bijaki niemal roztłukły metamorfy na miazgę, gdy łańcuchy oplątały ramiona, a noże po raz pierwszy przebiły się przez złotą skórę Gajona, stary mistrz się przebudził.

Wyszarpnął się z niewoli, zatańczył na arenie szybciej niż przeciwnicy, odbił tarczą niezdarne uderzenie pałki, sam chlasnął bez wstrzymywania ramienia.

Cios. Cios. Cios. Przez kark, w brzuch, prosto w krtań.

Trzej uliczni wojownicy umarli, nim jeszcze padli na piasek.

Tłum szalał, a ja nasłuchiwałem szeptów z mroku.


Mój statek jest moim domem.

To nie znaczy, że nie dysponuję kilkunastoma siedzibami jawnymi i wielokroć większą liczbą tajnych – na dziesiątkach światów. Moi przodkowie inwestowali, a ja jeszcze pomnożyłem ich zyski. Mam zasoby pieniężne, kryjówki i stałe źródła dochodów. Rzesze finansistów zajmują się moim majątkiem, nie mając pojęcia, dla kogo pracują. Tabuny dyrektorów zarządzają mniejszymi i większymi przedsiębiorstwami, generując zyski, których wąski strumień poprzez skomplikowane sieci pośredników trafia do mojej dyspozycji.

Ale najlepsze pieniądze robię na handlu sztuką. Mam magazyn pełen oryginalnych dzieł stworzonych w ciągu ostatnich kilkuset lat, a także intrygujących artefaktów Obcych z wielu planet. Najcenniejsze obiekty pochodzą z Ziemi, nawet sprzed trzech mileniów. Ojcowie zadbali o inwestycje, a i ja pilnuję, by moim następcom nie zabrakło ciekawych przedmiotów z dzisiejszych czasów. Tak naprawdę to nie muszą być nawet wybitne dzieła. Mogę się pomylić w ocenie i kupić wytwór artysty, który nie osiągnie wielkiej sławy za rok, pięć czy choćby i po śmierci. To nie ma znaczenia. Wiek nadaje wartości sztuce, za pięćset lat ów obiekt będzie wart majątek tylko dlatego, że jest stary i unikalny.

Czymże jest połowa milenium wobec naszej wiecznej warty?

Dysponuję wieloma luksusowymi rezydencjami, świetnie wyposażonymi bazami wypadowymi, ale i skromnymi kryjówkami. Jednak jedynym miejscem, które uznaję za prawdziwy dom, jest mój statek, „Humajun”. Tu mam sprzęt i bazy danych, tu przechowuję najważniejsze artefakty z przeszłości, bojową magię, księgi rytuałów, pamięć moich Ojców. Czasem więżę Spaczonych. Bywa, że tu ich zabijam.

Formalnie to prywatny jacht. Luksusowy, nie na tyle jednak, by wzbudzać zainteresowanie innych turystów czy mediów zajmujących się kosmicznym karawaningiem. Ma smukłą sylwetkę, jest wyposażony w najlepszej klasy sprzęt i sztuczną inteligencję najnowszej generacji. Chronią go moje anioły. Jeśli niezaproszony wejdziesz na pokład – statek cię pożre.

Nie zawsze nim podróżuję, szczególnie wtedy, gdy chcę przybyć na planetę nieoficjalnie lub pod fałszywą tożsamością. Mam kilka innych okrętów, korzystam też z transportu publicznego. Zwykle udaję wtedy kolekcjonera sztuki albo drobnego przedsiębiorcę. Jednak Sanguis to ludny świat, odwiedzany przez miliony turystów, więc bez wielkiego zachodu mogłem się tu wmieszać w tłum. Na dodatek w rozpracowywanej właśnie sprawie potrzebowałem potężnych mocy obliczeniowych i bezpiecznego dostępu do danych w sieciach zewnętrznych, a to zapewniały mi programy i błogosławieństwa nałożone na SI „Humajuna”.

Po obejrzeniu przedstawienia w miejskim cyrku zamówiłem taksówkę i kazałem zawieźć się na lądowisko. Tam czekał już prom, który w niewiele ponad kwadrans przewiózł mnie na orbitę. Nie spędziłem jednak na „Humajunie” wiele czasu. Załadowałem tylko nagrania z areny i spore pakiety danych pozyskanych z sieci przez programy szperające, w tym kluczową dla śledztwa pełną listę widzów dzisiejszego przedstawienia wraz z ich rejestrami medycznymi. Czułem, że dobrze namierzyłem Spaczonego na podstawie statystyk z poprzednich lat, ale chciałem zyskać ostateczne potwierdzenie.

Potem przebrałem się i ponownie ruszyłem na dół, na powierzchnię.

„Humajun” zatrzasnął właz za promem i orbitował na stacjonarnej, czarny cień w czarnym kosmosie, upstrzonym jedynie światłem gwiazd i reflektorów pozycyjnych. Wspaniały kosmolot. Eschatologiczny potwór. Mój dom.

Planeta pode mną rosła w iluminatorach jak żywa istota.


Przyjęcie było na tyle ekskluzywne, że pozwolić sobie na nie mogli jedynie najzamożniejsi lub najlepiej ustosunkowani członkowie lokalnej elity. Na tyle jednak dostępne, że można było kupić na nie zaproszenie turystyczne, o ile oczywiście dysponowało się dostateczną kwotą. Formalnie zbierano tu datki na leczenie okaleczonych gladiatorów i na opłacenie szkolenia dla młodych i zdolnych kandydatów do tej profesji. Nieoficjalnie – omawiano sprawy bieżącej polityki, rozliczano się z nielegalnych zakładów związanych z pojedynkami i szukano partnerów seksualnych na najbliższą noc.

Wielką halę wypełniały ruchome platformy grawitujące wolno między podłogą a sufitem. Na każdej mieścił się okrągły stolik i kilka krzeseł, a przed wypadnięciem ochraniały srebrzyste poręcze, generujące też pole zagłuszające. Czasem platformy zbliżały się do siebie, a nawet łączyły na dłużej, tak że ludzie mogli spędzić czas w większym gronie albo przesiąść się od stolika do stolika.

Każda miała swoje oświetlenie i indywidualnie dobraną muzykę, resztę hali wypełniał mrok, rozpraszany czasem jakąś barwną, ale cichą eksplozją generowaną przez drony. Fale światła przecinały ciemność, układały się w różnokształtne wzory, pulsowały energią. Platformy zanurzały się w nich, jakby były połykane przez oceaniczne monstra. Sala miała kilkadziesiąt metrów wysokości; gdy człowiek znajdował się pod sufitem, nie był w stanie dostrzec, co dzieje się na poziomie podłogi, szczególnie że świetlne fajerwerki odcinały widoczność.

Na pozór towarzystwo wydawało się raczej jednorodne – pięknie wyglądający ludzie, młodzi lub w średnim wieku, w strojach ekstrawaganckich lub klasycznych, obnoszący się z ewentualnymi ulepszeniami dyskretnie, ale tak, by inni nie mieli wątpliwości co do jakości i wartości wszczepów. Jednak wprawne oko rozróżniłoby, kto z zebranych naprawdę ma dwadzieścia lat, a kto pozostaje w tym wieku już od kilku dekad. Kto zakłada kostium jako naturalny strój własnej gladiatorskiej subkultury, a kto kupił go w modnym butiku. Czyje wszczepy wspierają prawdziwą walkę na arenie, a czyje po prostu zwiększają wydajność biznesową, seksualną czy sportową. Turystów dało się odróżnić nawet bez szczególnej obserwacji.

Początkowo te trzy grupy – gladiatorzy, lokalny establishment i obcoplanetarni – bawiły się w swoim własnym towarzystwie, wymieniając powitania czy rozmawiając o interesach. Jednak po pierwszej godzinie przyjęcia większość ważnych spraw została załatwiona, a walka na arenie – wstępnie omówiona. Wtedy rozdzielone dotąd klasy zaczęły się mieszać. Mistrzowie szkół przedstawiali młodych adeptów potencjalnym sponsorom. Goście spoza planety rozprawiali o interesach z lokalnymi biznesmenami. Pomiędzy wszystkimi zaś rozpoczęły się seksualne łowy, jawne i niewerbalne, otwarte i skryte, z nadzieją na zapłatę lub zwykłą namiętność.

Wykupiłem całą platformę, a ponieważ przybyłem na przyjęcie nieco spóźniony, był to ostatni moduł, który czekał na gościa. Nic dziwnego, że wzbudziłem zainteresowanie. Gdy mój stolik wzniósł się ku sufitowi, zauważyłem, że wiele innych platform przesuwa się w pobliżu na mojej wysokości lub nawet nieco powyżej. Obejrzano mnie dokładnie i bez wątpienia sprawdzono, kim jestem.

Oto, co powiedziały im sieciowe wszczepy: Paul Nerojan IV/III, prywatny socjolog i historyk z Galagati, badający współczesne wersje obyczajów przeniesionych z odległej przeszłości. Skupiony na nauce samotnik, często podróżuje, dużo czasu spędza w muzeach i dantotekach. Z dochodów ze swojej profesji raczej nie stać by go było na wykup udziału w tym przyjęciu. Więc albo jest bogaty z domu, albo ma jakieś inne źródła zarobkowania, albo jest tak ześwirowany na punkcie gladiatorów, że przepuścił tu cały swój majątek. Ogólnie – figura umiarkowanie ciekawa i warta uwagi.

Ja jednak przyglądałem się innym gościom bacznie, we wszystkich spektrach. Wyostrzyłem zmysły i ostrożnie wypuściłem kilka penetratorów mentalnych. Uruchomiłem nici sygnalizacyjne wplecione w tkaninę mojego garnituru. Rozgrzałem serce i kości. Szperałem delikatnie, na granicy czułości instrumentów – i sprzętu technicznego, i czujników eschatologicznych, i narządów w moim ciele.

Mogło być tu więcej Spaczonych. Musiałem ich wykryć, nim oni dostrzegą moją obecność.

Na razie jednak niczego nie wyczuwałem. Platformy krążyły po sali, drony kelnerskie dowoziły potrawy i napoje, towarzystwo zaczynało się bawić. Kilka razy spytano mnie o chęć dołączenia do większej grupy, z uśmiechem odpowiadałem, że mam plan na samotny wieczór w towarzystwie mojej SI. Wtedy zostawiano mnie w spokoju. Kilka atrakcyjnych kobiet wydawało się nawet zainteresowanych mną jako wieczornym łupem, ale nie wykonałem żadnego gestu w ich stronę. Przyuważył to młody gladiator, właściwie dopiero kandydat na wojownika, ubrany w kolorowy cywilny strój, który krojem przypominał jednak bojową zbroję. Bez wątpienia szukał sponsora. Przybliżył się dość nachalnie, jak na standardy obowiązujące na tego typu imprezach, ale odprawiłem go szybko. Umknął przestraszony, że złożę skargę.

 

Po kolejnej półgodzinie przyjęcia zauważyłem wśród gości poruszenie. Częściej odwracali się na fotelach i spoglądali w dół hali, rozmawiali z większym ożywieniem, prężyli się, poprawiali fryzury, dyskretnie podkręcali naskórne aplikacje. Chcieli wyglądać bardziej atrakcyjnie albo przynajmniej czuć się lepiej przed samym sobą.

Platformy powoli zaczęły się opuszczać, ustawiając w okręgach – najmniejszy na dole, wyżej coraz większe – tworząc swoistą arenę wokół fragmentu spowitej w całkowitej ciemności podłogi. Wyciszyły się lokalne melodyjki, a potem we wszystkie uszy uderzyła potężna i groźna kompozycja symfoniczna, dokładnie ta sama, która kilka godzin wcześniej zapowiadała na arenie główną walkę wieczoru.

Wszyscy zaczęli klaskać, a na poziomie podłogi błysnęło światło. Zgasło zaraz, ale wszyscy dostrzegli stojącą samotnie sylwetkę człowieka.

Wreszcie wszystko rozjarzyło się złoto i ujrzeliśmy głównego gościa wieczoru, gladiatora Gajona Starszego. Podniósł ręce w geście triumfu i powitania, powoli obrócił się wokół, tak by wszyscy mogli zobaczyć jego twarz. Szczęśliwą, pewną siebie, zwycięską.

I ja mu się przyjrzałem. Okiem i sercem. Amuletem i orężem. Wolą, Czynem i Potęgą.

Tak, nie miałem już wątpliwości. Gajon Starszy, mistrz gladiatorski, był Spaczonym.

Kiedy późno w nocy wróciłem na pokład statku, SI wypluła nowe dane. Zmarł jeden spośród trzydziestu tysięcy widzów dzisiejszego przedstawienia. Kilkoro innych trafiło do szpitala lub zgłosiło problemy zdrowotne swoim sieciom opiekuńczym. W ostatnim tygodniu umarły też cztery osoby, które w przeszłości widziały osobiście choćby jedną walkę Gajona.

Statystyka działała i wskazywała tropy.


Moi Ojcowie mieli trudniej i łatwiej jednocześnie.

Musieli wydobywać informacje z legend i opowieści. Cedzić prawdziwe fakty o Spaczonych z bajań przerażonych starców, zabobonnych analfabetów czy niedouczonych mnichów. Czytać w stu językach, żywych i martwych. Podróżować po pierwotnych krainach, gdzie zagrażała im nie tylko potęga złych mocy, ale też zwykli ludzie, dzikie zwierzęta, nieokiełznana przyroda. Jednak nie musieli tak starannie maskować swoich działań i ukrywać zdolności. W tych starych, dobrych czasach mogli zabijać w bezpośrednim starciu i z niedostępną dla mnie łatwością zacierać ślady.

Mój przodek przyjeżdżał do małego miasteczka, podawał się za kupca lub wędrownego mnicha i bez problemu mógł wyprawiać się w interior, by polować na potwory. Zakładał szary mundur i szedł na pierwszą linię frontu, by w błotnistym okopie dorwać Spaczonego, ściągniętego na bitewne pole przez aurę codziennych, potysięcznych śmierci. Wynajmował kawalerkę w centrum metropolii, by z chaosu nocnego życia, neonów, taksówek, prochów i szybkiego seksu wyłuskać istoty żerujące na miejskim ludzkim tłumie.

Jakże inaczej wygląda współczesne polowanie! Wprawdzie dysponuję dostępem do potężnych baz danych i mogę wychwycić naprawdę subtelne ślady obecności moich wrogów, pozostawiane w sieciach monitoringowych, różnego rodzaju rejestrach czy mediach. Lecz sam też muszę uważać po stokroć bardziej, bo i moje działania łatwiej można namierzyć i analizować. Na przykład moi Ojcowie bez problemu zmieniali tożsamość kilka razy w życiu, by ukryć przed współczesnymi fakt, że żyją wielokrotnie dłużej niż zwykli ludzie. Przemieszczali się po kontynentach, a jeśli chcieli wrócić w ten sam rejon świata, to czekali kilka dekad, aż powymierają pamiętający ich sąsiedzi. Ja – tropiony elektroniką i genetyką – będę musiał rozwiązać to zadanie inaczej.

Po pierwsze, oficjalnie poddam się różnego rodzaju zabiegom prolongacyjnym, dzięki czemu jeszcze przez najbliższe półtora stulecia będę mógł uchodzić za tego samego człowieka, utrzymującego się w świetnej kondycji dzięki dużym wydatkom na nowoczesną medycynę. Koło roku dwa tysiące siedemset pięćdziesiątego zaś przeniosę umysł w ciało młodego klona. Dziś to jeszcze niedoskonała technika, ale przecież w zeszłym roku kupiłem instytut badawczy pracujący nad tym zagadnieniem i wiem, że postęp jest tylko kwestią czasu. W odpowiednim momencie zapozoruję zabieg transferu jaźni do nowego mózgu. To jedna z opcji. A może po prostu zmienię tożsamość i przeniosę się w jakiś zakątek odległy od centrum Galaktyki, by tam przeczekać kilkadziesiąt lat, zlegendować się i powrócić na światy główne jako przybysz z prowincji. Z tej metody korzystali i moi przodkowie, gubiąc tropy czy to w państwie Nowojorczyków, czy Chińczyków, czy w królestwach megalitycznych.

W trakcie Łowów też muszę być ostrożny: korzystać z fałszywych identyfikacji i kont; ciągnąć informację z legalnych baz i dopiero potem dokonywać jej nie do końca legalnej analizy; mordować, tworząc pozory naturalnych wypadków.

Na Sanguisa ściągnęły mnie wyniki długoterminowego, żmudnego zbierania danych i interpretacji wyników. To najlepszy sposób namierzenia celu w czasach, gdy ludzie zasiedlili tysiące planet w całej Drodze Mlecznej. Gdy poddali swoje ciała tak różnorodnym modyfikacjom biologicznym i technologicznym, że nie da się odróżnić człowieka od monstrum tylko po wyglądzie czy fizjologii. Gdy produkują miliony godzin fikcyjnych opowieści o potworach, więc na Łowy nie da się już iść tropem zrodzonych z ziarna prawdy ludowych legend. Gdy żyją w tak dużych społecznościach, że indywidualne zaburzenia wzorów zachowań są trudne do wychwycenia nawet doświadczonym okiem.

Gdy nie mogę wyczuć odoru Spaczenia na światach, od których dzielą mnie lata świetlne próżni.

Wtedy do gry wchodzą potężne SI mojego statku, nieustająco mielące w swych trzewiach dane spływające z całej dostępnej infosfery ludzkości. I innych cywilizacji też.

Oto, czego dowiedziałem się niemal trzy miesiące temu, niemal tuż po tym, jak zlikwidowałem sektę marionetkarzy. Na Sanguisie obserwujemy zaburzenie statystki. Średnia długość życia ludzi ze światów na tym poziomie rozwoju techniczno-medycznego wynosi sto dwadzieścia trzy lata, cztery miesiące i pięć dni. Na Sanguisie jest to o niemal dwa tygodnie krócej, co jeszcze nie byłoby dziwne, bo przecież każdy średni wynik pochodzi z realnych pomiarów, które odchylają się od niego na plus lub na minus. Jednak kluczowe okazało się to, że ów ubytek średniej nie jest równomiernie rozłożony po całej populacji. Dla ponad dziewięćdziesięciu sześciu procent mieszkańców planety średnia jest zbliżona do wartości oczekiwanej, jedynie z drobną odchyłką. Wynik zaniżają widzowie gladiatorskich pojedynków, ale jedynie ci, którzy regularnie oglądają je na żywo.

Żyją krócej, niż powinni, a jedynym czynnikiem odróżniającym ich od pozostałych tubylców jest fakt, że choć raz na własne oczy obserwowali walkę Gajona Starszego.


Nie jest łatwo zbliżyć się do kogoś takiego jak Gajon Starszy, celebryta zawsze otoczony przez tłum dziennikarzy i wielbicieli.

Prymitywni Spaczeni zwykle żyją w mroku, na krawędzi cywilizowanych społeczeństw, na planetach w fazie zasiedlania, na multikulturowych i chaotycznych światach. Nie tyle po to, by ukryć się przed nami, Łowcami, ale raczej by samemu móc bezkarnie zaspokajać swoje potrzeby. Sprytniejsi i bardziej otwarci na nowe doznania udają się na globy odległe, czasem wręcz kontrolowane przez Obcych. Tam mogą działać niezauważenie i bezkarnie i sycić żądze niemal tak jak w dawnych czasach na Ziemi. Istnieją też potężni Spaczeni – świadomi swojej mocy, ale również mojego istnienia – którzy pozornie żyją w świetle dnia. Biznesmeni, artyści, filantropi, magnaci. Używają pieniędzy z klasą i dyskretnie, by utrzymywać zapewniające bezpieczeństwo ważne pozycje społeczne i by móc bezkarnie nadużywać władzy, kiedy to jest możliwe. Są i inni, szalone duchy, bestie ontologiczne, kanibale własnej rasy, poszukiwacze obcych mocy, samorodni obrońcy klanów, pokutnicy chcący bezskutecznie zmazać Spaczenie, założyciele nowych religii, pożeracze własnych umysłów. Tych nawet trochę lubię, kiedy są już martwi.

Wszyscy oni jednak w jakiś sposób starają się ukryć, zejść z linii strzału, nie eksponować swego istnienia. Na stałe przebywają w ciemnej strefie lub prowadzą oficjalne, niby-ludzkie życie, a w mrok, ten prawdziwy i mentalny, zstępują jedynie dla nasycenia swych pragnień i głodów. Ostrożnie i czujnie, bo wiedzą, a choćby się domyślają, że tam czekam na nich ja, z mieczami, pazurami, zabójczą krwią z mojego serca, złotą i srebrną źrenicą oczu. Ze służebnymi aniołami i miłością pokoleń Niewinnych. Z misją przyjętą przez Ojców, gdy świat pozostawał młody.

Tymczasem Gajon Starszy nie ukrywał się, wierząc w bezkarność zapewnioną przez anonimowość i rozproszenie ofiar. Cały czas pozostawał w świetle reflektorów i w blasku tysięcy spojrzeń, otoczony przez wielbicieli, kochanków, dziennikarzy, sponsorów. Nigdy samotnie nie spał, nie podróżował, nie bawił się. Bezpośredni krąg znajomych składał się z niewielkiego grona starannie wyselekcjonowanych osób, co nie znaczy, że nie korzystał z prostytutek, groupies i innych gladiatorów.

Mieszkał na osiemnastym piętrze wspaniałego apartamentowca stojącego niemal w centrum Cor, stolicy Sanguisa. Osiemset metrów kwadratowych z multipłynnym basenem, lądowiskiem dronów, salą treningową z modulowaną grawitacją, z dwoma mniejszymi mieszkaniami dla służby i ochrony. Budynek dla sławnych i bogatych, tu nie wchodzi się z ulicy i nie kupuje mieszkań bez zaliczenia wieloetapowej weryfikacji. Podjąłem próbę penetracji. Sześć poziomów niżej we wciąż luksusowym, ale znacznie mniej spektakularnym apartamencie mieszkało Carlisso-Carlisso, wielopłciowe twórstwo żywych rzeźb. Jeszcze dekadę temu na szczycie, dziś wypadające z łask złaknionej nowości publiki. Hodowane przez Carlisso-Carlisso zwierzeźby wychodziły z mody, wpływy spadały, ale nawyk szastania gotówką nie zmieniał się.

Kupiłem dwie figury. Jedna przypominała psa bez tylnych nóg, kręcącego się non stop na odwłoku, kłapiącego dziwnie dużą szczęką, wydającego serie szczeknięć tworzących rytmiczną muzykę. Oczy zwierzeźby lśniły bursztynowo, zawsze wiernie wpatrzone we właściciela. Nie pachniała, nie wydalała, nie wymagała karmienia. Zasoby energii i surowców miała zapakowane do korpusu. Kiedy się skończą – umrze. Nie wyczułem w tym stworze żadnego śladu jaźni, to nie była żywa istota, tylko konstrukt biologiczny taką udający. Podobnie jak drugi twór Carlisso-Carlisso, motylopodobny latawiec wielkości dłoni, o pięknych, zmieniających wciąż barwy skrzydłach, swobodnie fruwający po wnętrzu rakiety i kreślący w powietrzu figury eleganckich układów. Kiedy przelatywał koło mojej głowy, czułem wiatr na policzkach i chwytałem delikatny zapach, przyjemny, czasem kwiatowy, czasem bardziej owocowy, ze smugą czekolady, drewna i rdzy. Klienci kupowali motomotyle, by kontemplować właśnie te skrzydła, lot i wonie. Nie występowały dwa tak samo skomponowane modele.