Tajemnice kościelnych procesówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wstęp

Czekając na łapówkę – tak miał brzmieć tytuł jednego z rozdziałów niniejszej książki, który opowiadałby o procesach sądowych św. Pawła z Tarsu. Ale ostatecznie nie powstał. Dla jasności, to nie Apostoł Narodów w tej historii oczekiwał łapówki, tylko od niego jej oczekiwano. Oczekującym był prokurator rzymski Antoniusz Feliks, który licząc na korzyść majątkową, przetrzymywał Pawła w więzieniu przez dwa lata, nieustannie odraczając proces. Gdy po dwóch latach urząd objął nowy prokurator Judei, Porcjusz Festus, przyszły święty wykorzystał tak zwany moment oraz status obywatela rzymskiego i odwołał się w swej sprawie do cesarza. Historia uwięzienia św. Pawła z Tarsu była jedną z pierwszych, jaką analizowałam, i przyznam, że bardzo mnie zaskoczyła. Jak to możliwe – pytałam samą siebie – by nawet taki filar Kościoła jak on doświadczył tak prozaicznych i absurdalnych trudności, chcąc egzekwować swoje prawa? I dlaczego Bóg na to pozwalał? Wybrał Pawła do wielkiej misji, a potem zostawił go na pastwę skorumpowanego prokuratora?

Wkrótce miałam się przekonać, że niezależnie od miejsca, czasów i ustrojów tak przyszłych świętych, jak i zwyczajnych ludzi przewijających się przez dzieje chrześcijaństwa spotykały dokładnie takie same problemy jak nas dzisiaj. Z prawem, sądami, fałszywymi oskarżeniami, niesprawiedliwymi wyrokami, które czasami, nieformalnie, zapadały jeszcze przed rozpoczęciem procesu, długami wobec lichwiarzy, zastraszonymi świadkami wycofującymi nagle swoje zeznania czy sfingowanymi dowodami. Takie same. Począwszy od samego Chrystusa, poprzez św. Pawła, pierwszych chrześcijan, biskupa Stanisława ze Szczepanowa, Joannę d’Arc aż choćby po Tomasza More’a, wszyscy doświadczali niesprawiedliwości od tych, którzy na straży sprawiedliwości mieli stać. Nierzadko rażącej niesprawiedliwości. A ponieważ doświadczali, dziś mogą być dla nas patronami, niebieskimi adwokatami, którzy wstawiają się za nami u Najwyższego Sędziego. Swoją drogą, nawet najstarsza istniejąca ikona Maryi ma tytuł Advocata.

W niniejszej książce skupiłam się na szerszym przedstawieniu mniej znanych bądź w ogóle nieznanych historii, mniej uwagi natomiast poświęciłam tematom, które od lat są eksploatowane w mediach i książkach jak choćby sprawa Galileusza, Giordana Bruna czy procesy inkwizycyjne. I w ogóle nie dotknęłam współczesności (ale mam nadzieję zrobić to w przyszłości). Jak we wszystkich moich wcześniejszych książkach, tak i w tej nie brakuje opisu cudów, bo cuda dokonują się w każdej sferze rzeczywistości, także w tej prawno-sądowej.

Odeślijmy więc teraz może boginkę Temidę, będącą powszechnym symbolem prawości, do jej męża Zeusa i przyjaciół z Olimpu i przyjrzyjmy się tym, którzy stali się żywymi odblaskami Słońca Sprawiedliwości. I na których pomoc możemy liczyć. Bo nie chcę, by ta książka była tylko lekturą, ale również swoistą reklamą tych niebiańskich adwokatów.

1.

KOLEJNE OBMYCIA RĄK?

Próby rewizji procesu Jezusa z Nazaretu

Klaudia Prokula otworzyła oczy. W jej komnacie sypialnej panowała gęsta, nieprzyjazna ciemność, ale doprawdy była ona po stokroć lepsza, niż jej pełne jerozolimskiego słońca koszmarne sny. Usiadła na zdobionym łożu z cedrowego drewna, a chwilę później wstała i ruszyła ku oknu. Było zaciągnięte grubym, ciemnym, szczelnym suknem. Gdy poczuła w dłoniach krawędzie jego miękkości, zacisnęła na nich palce i rozsunęła je zdecydowanym ruchem. Ujrzawszy przed sobą nieśmiałe przebłyski poranka, postanowiła nie czekać na służącą, lecz samodzielnie się ubrać i pobiec czym prędzej do sypialni męża.

Gdy wyszła na korytarz, jeden z niewolników ukłonił jej się tak nisko, że omal nie upuścił owoców, które niósł do jadalni na srebrnej paterze. Te świeże figi i dojrzałe banany były przygotowane zapewne dla niej, bo jej dostojny małżonek, prokurator Judei, preferował zdecydowanie bardziej konkretne śniadania. Gdy weszła do jego komnaty, już nie spał. W pełnym rynsztunku stał przy oknie i spoglądał na budzącą się Jerozolimę pochłonięty własnymi myślami. „Piłacie! – zawołała, nie zapytawszy nawet, czy dobrze spał. – Nie miej nic wspólnego ze skazaniem tego sprawiedliwego Galilejczyka! Nie masz pojęcia, jak nacierpiałam się dziś w nocy z jego powodu!”.

Prokurator spojrzał na żonę zdumiony. „Skąd o nim wiesz?” – zapytał i zaraz usłyszał odpowiedź, że z nocnych widzeń. „Przyglądałam się jakby obrazom z jego życia, widziałam jakichś strasznych ludzi, którzy postanowili zastawić na niego śmiertelną zasadzkę. On jest niewinny, Piłacie, pamiętaj o tym”.

Prokurator Judei westchnął ciężko. Nie mógł przecież powiedzieć żonie, że sprawa tego Galilejczyka jest rzeczywiście grubymi nićmi szyta. Z kobietami nie rozmawia się o takich rzeczach. Jeszcze tego by brakowało, żeby rozstrzygały spory sądowe. Nawet w domowym zaciszu. W dodatku opierając się na sennych majakach! „Chodźmy na śniadanie, Klaudio – rzucił więc w zastępstwie. – Muszę dzisiaj się uwijać, by ze wszystkim zdążyć, bo mają po zachodzie słońca tę swoją Paschę i jeżeli nie zdążę, będą znów się buntować”. Nie uściślił, że musi liczyć się z tym, że jednak skaże Galilejczyka. Skaże i każe ukrzyżować, a jeśli to zrobi, przed zachodem słońca musiałaby się odbyć nie tylko egzekucja, ale także zdjęcie z krzyża i pogrzeb. Bo inaczej ta żydowska Pascha zostałaby sprofanowana. Na Jowisza, co za ciężki naród z tych Żydów! A ten ich nieznośny Sanhedryn...! Szkoda słów! – wzburzył się w duchu Piłat i choć zwykle tego nie robił przy śniadaniu, sięgnął po świeżą figę.

Sanhedryn przekracza uprawnienia

Poncjusz Piłat rzeczywiście nie miał łatwego życia w Judei. Żydzi szczerze go nie lubili. Z wzajemnością zresztą. Sanhedryn, czyli najwyższa żydowska rada religijna i sądownicza, nie miała prawa zatrzymać Jezusa z Nazaretu w taki sposób, jak to uczyniła. Zasadniczo miała prawo do zatrzymań, ale musiała je uzgadniać z władzami rzymskimi, a zatrzymanego oddawać bezzwłocznie pod osąd cesarskiego namiestnika, czyli w tym wypadku pod osąd Piłata. Poza tym zatrzymywano, gdy były ku temu konkretne powody. Na przykład ktoś nawoływał do zbrojnego powstania przeciw Rzymianom. Albo wszczynał je. Albo łamał zasady prawa żydowskiego. Galilejczyka natomiast, z tego, co prokurator już wiedział, aresztowano mimo tego, że zachowywał się najspokojniej na świecie i że jego, Poncjusza Piłata, nikt z rady nie był łaskaw o aresztowaniu powiadomić. Ale na to, od biedy, można byłoby jeszcze przymknąć oko. Największym głupstwem rady było to, że nocą samodzielnie osądziła Jezusa za przestępstwo, które było zagrożone karą śmierci. Czyli za jedną ze zbrodni. A to było niedopuszczalne.

Zbrodnia obrazy majestatu

Sanhedryn, stawiając wreszcie Jezusa przed właściwym dla Jego osądzenia organem, oskarżył Go o trzy rzeczy. Po pierwsze, o to, że nakłaniał do niepłacenia podatków, po drugie, że wzniecał niepokoje publiczne, i po trzecie, najistotniejsze, że przywłaszczył sobie tytuł królewski. Każdy z tych czynów uznawano w Imperium Romanum za crimen laese maiestatis, czyli przestępstwo obrazy majestatu. Majestatu cesarza, oczywiście.

W I wieku nie istniały jeszcze ustalone przepisy prawa materialnego, które wskazywałyby konkretne kary za popełnienie określonych przestępstw, jednak za przestępstwo obrazy majestatu zwyczajowo orzekano karę śmierci. Zanim to jednak uczyniono, należało naturalnie rozstrzygnąć, czy oskarżony jest winny, czy nie. Proces karny według prawa rzymskiego powinien się składać z konkretnych etapów. Pierwszym było rozpoznanie sprawy, które nie mogło się odbyć bez zgromadzenia dowodów i ich analizy, a później w następstwie tych czynności albo następowało sformułowanie i przedstawienie aktu oskarżenia, albo zamknięcie postępowania. Drugi etap, na użytek niniejszych rozważań, nazwać możemy czasem dla oskarżonego, który może skorzystać z obrońcy i wraz z nim lub samodzielnie przygotować linię obrony. Etap trzeci to prezentacja tej obrony, etap czwarty – podsumowanie zebranych dowodów przez sędziego i wreszcie finalna część procesu, czyli wyrok. W procesie Jezusa z Nazaretu zasady te wydają się być zwyczajnie zignorowane.

Doktor Paulina Święcicka, autorka znakomitego studium prawno-historycznego Proces Jezusa w świetle prawa rzymskiego, pisze, iż usprawiedliwieniem dla złamania zasad procesowych w tym przypadku mógłby być nadzwyczajny tryb procesu Chrystusa; tryb postępowania, który w I wieku dopiero się kształtował. Dodaje też, iż mimo naruszenia procedury proces Jezusa i tak został przeprowadzony z zachowaniem akceptowanych ówcześnie standardów. „Było oskarżenie – wyjaśnia dr Święcicka w jednym z wywiadów. – Jezus miał prawo do obrony, z którego nie skorzystał. Piłat nie zlekceważył sobie Jezusa, nie skazał Go też szczególnie pospiesznie. Więcej, próbował go uwolnić”1.

Papirus Rylandsa – swoisty protokół z przesłuchania

W tym miejscu nie mogę nie wspomnieć, że najstarszy istniejący rękopis Ewangelii, znany jako Papirus Rylandsa2, jest swoistym protokołem z przesłuchania Jezusa uwiecznionym ręką naocznego świadka męki i ukrzyżowania, św. Jana. Papirus Rylandsa odkryty został przypadkowo w 1920 roku przez egiptologa Bernarda Pyne’a Grenfella, który natknął się na niego u egipskiego handlarza antycznymi zapiskami. Ten maleńki – bo liczący zaledwie 9 cm wysokości i 6 cm szerokości – fragment papirusu o nieregularnych kształtach datowany jest na koniec I wieku (niektórzy badacze dopuszczają również pierwsze lata II stulecia jako moment jego powstania) i spisany obustronnie w języku greckim. Od swego autografu, czyli Ewangelii św. Jana, młodszy jest tylko o około 20 lat. Jak stwierdził w jednej ze swych publikacji o. Jacek Salij OP: „Tekst, który przekazuje Papirus Rylandsa, jest zupełnie identyczny – słowo w słowo z tym tekstem, jaki zawierają XX-wieczne greckie wydania Ewangelii: bez żadnych uzupełnień i żadnych skreśleń”. A treść ta brzmi następująco: „Piłat zatem powiedział do Niego: «A więc jesteś królem?». Odpowiedział Jezus: «Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie»”. Najstarszy istniejący rękopis Ewangelii jest dziś perłą zbiorów John Rylands University Library w Manchesterze.

 

Proces Jezusa i archeologia prawna

A skoro już mowa o Papirusie Rylandsa, dodam, również krótko, jako że także pisałam o tym szeroko w swoich poprzednich książkach3, iż z procesu Chrystusa zachowały się też inne pamiątki, prawdziwie bezcenne nie tylko jako relikwie, ale również jako artefakty archeologii prawnej. Archeologia prawna to nauka pomocnicza w stosunku do nauki historii państwa i prawa, która zajmuje się wyszukiwaniem i badaniem obiektów materialnych mających charakter usługowy wobec prawa. Pierwszy taki artefakt związany z procesem Jezusa to Titulus crucis, czyli tablica4 wisząca na krzyżu Jezusa, na której widniał napis w językach łacińskim, hebrajskim i greckim głoszący: „Jezus Nazarejczyk Król Żydowski”. (W powszechnej świadomości na tablicy widnieją tylko cztery litery: INRI, pamiętajmy jednak, że to skrót używany przez artystów malujących czy rzeźbiących ukrzyżowanego Chrystusa). Tablica z krzyżem została odnaleziona w IV wieku przez cesarzową Helenę i przepołowiona. Jej prawa połowa zachowała się w Rzymie (lewa, przechowywana do VII wieku w Jerozolimie, zaginęła w czasie najazdów muzułmańskich), a badania paleograficzne potwierdziły, iż pochodzi z I wieku. Titulus damnationis – tablice potępienia, bo tak określało owe tablice prawo rzymskie – były dokumentami sądowymi, będącymi odpisami wyroków skazujących. Umieszczano na nich informację o tym, jak nazywał się skazany i za jakie przestępstwo został stracony, a następnie wieszano na krzyżu z nim, by przechodnie wiedzieli, dlaczego ów człowiek zasłużył na śmierć. Titulusy występowały w formie pergaminowej i drewnianej. Na zachowanej do dziś połowie relikwii widnieje napis „Jezus Nazarejczyk” – wyryty w orzechowej desce w trzech wspomnianych językach. Tablica ta jest dziś nie tylko relikwią i zabytkiem archeologii prawnej, ale także jednym z pozabiblijnych dowodów historyczności Chrystusa.

O tym, że na tak zwanej „matce wszystkich relikwii”, czyli Całunie Turyńskim, utrwaliły się znaki łacińskie, greckie i aramejskie, było wiadomo już od 1978 roku, a więc od czasu, kiedy to STURP – międzynarodowa grupa ekspertów – została dopuszczona do interdyscyplinarnych badań Całunu. Znaki stały się widoczne dla uczonych dzięki serii fotografii fluorescencyjnych, które ujawniły to, czego gołym okiem na tkaninie zobaczyć się nie da. Tajemnicze litery wołające o rekonstrukcje słów, które tworzyły, ogromnie zaintrygowały naukowców, jednakże kiedy w 1988 roku po badaniu włókien pobranych z brzegów Całunu metodą radiowęglową okazało się, że włókna są średniowieczne, skarb Turynu uznano za falsyfikat, a uczeni, straciwszy nim zainteresowanie, zaniechali dalszych analiz. Dopiero w ostatnich latach, gdy badanie włókien pobranych ze środka tkaniny (brzegi płótna były reperowane w średniowieczu współczesnymi nićmi) potwierdziło, iż Całun nie powstał w średniowieczu, badania wznowiono. Wtedy przyłączyła się do nich włoska historyk dr Barbara Frale i rozwinęła wątek tajemniczych liter. Napisy zrekonstruowano. Litery widoczne na Całunie okazały się odbiciem schnącego jeszcze, atramentowego napisu, z którym płótno musiało się zetknąć. Pytanie – w jakich okolicznościach? Otóż okazało się, że Jezus, tak jak wszyscy skazańcy pod rzymską okupacją, miał pierwotnie zostać pochowany w mogile zbiorowej. Taki sposób grzebania miał dodatkowo upokorzyć skazańców po śmierci. Ich ciała składano do wspólnego grobu na rok. Po jego upływie ciała ekshumowano, a krewni mogli je odebrać i pochować indywidualnie.

W celu późniejszej identyfikacji zwłok wystawiano tak zwane certyfikaty pogrzebowe zawierające dane osobowe skazańca i informację, że ma być pochowany w zbiorowym grobie, a po roku wydany najbliższym. Taki certyfikat wystawiono również dla Chrystusa i przymocowano go do Jego ciała. Pergaminy i tkaninę z danymi przyklejano zwykle klejem do skóry. Drewniane listwy połączone w kształt litery „U” układano wokół twarzy. Certyfikat Jezusa był zrobiony właśnie z takich listewek. Litery zlokalizowano na tkaninie relikwii właśnie w okolicach twarzy. Atrament na nich musiał być jeszcze mokry, kiedy dotknęło ich płótno Całunu. Ciało Jezusa nie zostało jednak pochowane w zbiorowej mogile. Jak mówi Ewangelia, uczniowie uzyskali zgodę Piłata na „wydanie” im ciała ich Mistrza, a Całun sam w sobie dodatkowo słowa ewangelistów poświadcza. Napis, który zrekonstruowano w 2009 roku, głosi: „W 16 roku panowania cesarza Tyberiusza Jezus Nazarejczyk, stracony wieczorem po skazaniu na śmierć przez rzymskiego sędziego, gdyż władze hebrajskie uznały go za winnego, niniejszym jest wysłany do pochówku z obowiązkiem oddania rodzinie dopiero po upływie pełnego roku. Podpisano przez...”. Niestety, nie wiemy przez kogo. Podpisu nie udało się zrekonstruować.

Wilk syty i owca cała?

Piłat przesłuchiwał Jezusa głównie po to, by ustalić, czy faktycznie przypisuje sobie On tytuł królewski, czy nie. Czytając Ewangelie, trudno oprzeć się wrażeniu, że prokurator Judei rozumiał doskonale, iż oskarżony Nazarejczyk nie szykował żadnego zamachu na imperatora i że królestwo, któremu króluje, jest królestwem ducha. I mimo że być może zachowanie Jezusa wobec niego odczytywał jako nieco lekceważące – choćby wtedy, kiedy Jezus powiedział Piłatowi, że nie miałby żadnej władzy nad Nim, gdyby nie została dana mu z nieba – uczciwie przyznał, że nie znajduje w Chrystusie winy przeciwko majestatowi cesarza. I był gotów Go uwolnić. Skazał Go jedynie na chłostę. Kara chłosty w prawie rzymskim mogła być stosowana jako kara samodzielna, ale również jako wstęp do kary śmierci. W tym drugim przypadku chłosta musiała być jednak przeprowadzona w taki sposób, by karany ją przeżył. Inaczej nie można byłoby wykonać kary śmierci. Co do sposobu wykonywania kary chłosty żołnierze rzymscy mieli wolną rękę, a dla nikogo nie było tajemnicą, że byli brutalni.

W opinii ojców Kościoła Piłat raczej nie skazałby Chrystusa na ukrzyżowanie, gdyby nie został do tego zmuszony przez Żydów. (Ale za takie opinie byli też oskarżani o schlebianie cesarzowi). Gdy dowiedzieli się, że prokurator nie widzi podstaw do skazania Nazarejczyka, zarzucili mu, że nie jest lojalny wobec Tyberiusza. „Nie jesteś przyjacielem cesarza!” – mówili. Jak już wspominałam wcześniej, pozycja Poncjusza Piłata w Judei nie była mocna. Słysząc taki argument z ust Żydów, prokurator musiał mieć świadomość, że posuwają się do ostateczności. Wiedział, że Żydzi nie znosili cesarza i nie mieli żadnego powodu, by w jakiejkolwiek sprawie dbać o jego interesy. Rozumiał, że Żydom wyjątkowo zależy na uśmierceniu Jezusa i że zarzuty, które mu stawiali, były tylko pretekstem do celu, jaki pragnęli osiągnąć. W obawie o swą dalszą karierę, a zresztą może także o życie, musiał pójść na ustępstwa.

Jak wiadomo, był zwyczaj, że z okazji Paschy uwalniano jakiegoś skazańca. Piłat wystawił więc przed tłum Żydów ubiczowanego Chrystusa i niejakiego Barabasza, o którym Ewangelia mówi, że był zbrodniarzem. Barabasz prawdopodobnie był działaczem antyrzymskiego ruchu oporu, ale to wystarczyłoby z pewnością, by nazwać go zbrodniarzem w świetle prawa rzymskiego. Obrażał bowiem majestat władzy. Piłat liczył na to, że przysłowiowo upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu: uratuje Jezusa dzięki owemu paschalnemu zwyczajowi, a sam, jakby co, nie narazi się cesarzowi. Lud wybrał jednak wolność dla Barabasza, a w stosunku do Jezusa krzyczał wręcz: „Ukrzyżuj Go!”. Prokurator Judei uczynił wówczas ów słynny gest obmycia rąk na oczach domagającego się śmierci Jezusa tłumu. Powiedział, że nie jest winny śmierci tego Sprawiedliwego. I dodał: „To wasza rzecz”. Wtedy tłum zawołał: „Krew Jego na nas i dzieci nasze!”.

Jedyną złośliwością, na jaką w swoistym akcie odwetu Piłat zdobył się wobec Żydów, była treść wspomnianego wcześniej titulusa, czyli tablicy potępienia, która zawisła na krzyżu nad głową Jezusa. Żydzi próbowali buntować się przeciwko takiemu tekstowi, który ewidentnie w nich uderzał, ale Piłat kategorycznie uciął dyskusje. I tak na krzyżu Chrystusa zawisła tablica ogłaszająca, że Jezus jest królem.

Rewizja pierwsza – Jerozolima 1933

Proces Jezusa z Nazaretu do dziś jest symbolem procesu niesprawiedliwego. Dla wielu wręcz kuriozalnego. Wszelkiego rodzaju postulaty jego rewizji – czyli przeprowadzenia całego postępowania zakończonego prawomocnym wyrokiem od początku – pojawiały się pewnie już w czasach pierwszych chrześcijan i rozbrzmiewają nadal, jednakże jeśli mówić o konkretnych próbach jej przeprowadzenia, to podjęto je tylko dwukrotnie. Obie w XX wieku. Podstawą rewizji procesu Jezusa nie mógłby stać się zarzut złamania procedur, bo jak już wspominałam, cytując dr Paulinę Święcicką, procedurom tym nie uchybiono. Rewizję można uzasadnić natomiast faktem, iż wina Chrystusa nie została nigdy dowiedziona w jednoznaczny sposób, a w związku z tym kara śmierci nie powinna była zostać na Nim wykonana.

Pierwsza z prób rewizji odbyła się w Jerozolimie w roku 19335, ponoć o godzinie 14.00. Ponieważ nie istniał już Sanhedryn, który według jerozolimskich zwolenników rewizji byłby najbardziej odpowiednim organem do „rehabilitacji” Chrystusa, pięciu znaczących Izraelitów stworzyło trybunał, który dokonał na podstawie istniejących w tamtym okresie źródeł ponownego rozpatrzenia sprawy i przy czterech głosach za oraz jednym głosie przeciw ogłosił, iż skazanie Jezusa na śmierć było jednym z największych błędów ludzkości6. Z formalnego punktu widzenia nie był to naturalnie żaden wiążący dla nikogo wyrok. Również z formalnego punktu widzenia w ogóle nie był to wyrok. Był to po prostu symbol czy może – dziś powiedzielibyśmy – happening mający na celu zwrócenie publicznej uwagi na tę sprawę.

Po II wojnie światowej pojawiały się głosy, że być może gdyby w roku 1933, czyli w momencie dojścia do władzy Adolfa Hitlera, Żydzi oficjalnie, a nie zaledwie symbolicznie i kameralnie, dokonali ogłoszenia niewinności Jezusa z Nazaretu, nie doszłoby ani do największej i najstraszniejszej w dziejach wojny, ani do Holocaustu. Wiązano te spekulacje z zapisem z Ewangelii według św. Mateusza, o którym przed chwilą pisałam. Tłum Żydów domagający się od Piłata ukrzyżowania Jezusa skandował jednocześnie: „Krew Jego na nas i na dzieci nasze!”.