Bajkowe biografieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


JAN GUTENBERG (1396-1468)

Dziś trudno sobie wyobrazić, że w dawnych czasach nie istniały drukarnie, a książki przepisywano i ilustrowano ręcznie. W 1396 roku urodził się w niemieckim mieście Moguncja chłopiec, który jako dorosły mężczyzna wynalazł tak zwaną ruchomą czcionkę, dzięki której powstały pierwsze drukarnie. Ów chłopiec to Jan Gutenberg. Dziś nazywany jest ojcem druku. Nawet ta książka, którą w tym momencie czytasz, jest owocem tego, co on wynalazł niemal 600 lat temu.

Malowane klocki
Bajka o Gutenbergu

Jan uwielbiał księgi. Księgi, nie książki. Całe stulecia temu, czyli wtedy, kiedy Jan Gutenberg miał dziewięć lat, książki wyglądały całkiem inaczej niż dziś i nazywano je księgami. A jak wyglądały? Były dużo większe, grubsze i cięższe. Stronice nie były zrobione z papieru, ale z pergaminu, a ich treść nie była drukowana w drukarni, lecz przepisywana całymi tygodniami ręcznie przez kopistów. Dawne stronice były dużo piękniejsze niż w dzisiejszych książkach. Kopiści zapełniali je pięknymi, kaligrafowanymi literami, barwnymi ilustracjami i złoceniami. Okładki starodawnych ksiąg również były wspanialsze niż dzisiaj. Oprawiano je w skórę, czasami w srebro i wcale nie tak rzadko zdobiono szlachetnymi kamieniami. Dlatego też gdy Jan był małym chłopcem, księgi były bardzo kosztowne i na ich kupno mogły sobie pozwolić naprawdę zamożne rodziny. I choć rodzina Gutenbergów nie żyła w biedzie, to niestety w swym domu w Moguncji nie miała najcieńszej nawet książeczki. Jan naturalnie bardzo nad tym faktem ubolewał, zwłaszcza, gdy ojciec jego najlepszego kolegi Franza Metterlinga krótko po świętach wielkanocnych ku­pił inkrusto­waną rubinami Biblię. Franz zaprosił któregoś popołudnia Jana do swojego domu i za zgodą ojca pozwolił mu obejrzeć drogocenny egzemplarz Pisma Świętego.


Biblia spoczywała na honorowym miejscu w domowej kaplicy Metterlingów. Kilka tygodni przed jej kupieniem pan Metterling zamówił u najlepszego mogunckiego stolarza specjalny, pięknie rzeźbiony stolik, na którym miała spoczywać, i posrebrzany łańcuch u jednego z miejskich złotników. Kosztowne księgi bowiem bardzo często przykuwano łańcuchem do mebla, na którym leżały, by uchronić je przed kradzieżą. Biblia Metterlingów również była w ten sposób zabezpieczona.

– Czy mogę ją otworzyć? – zapytał Jan, spoglądając błagalnie w oczy ojca swego najlepszego kolegi.

– Możesz, ale ostrożnie – powiedział z uśmiechem pan Metterling. – Jest bardzo ciężka, więc uważaj, żeby nie wyślizgnęła ci się z rąk.

Jan zbliżył się do rzeźbionego stolika i pogładził delikatnie okładkę Biblii. Była zrobiona z drewna i obciągnięta brązową skórą. Rogi jej zabezpieczone były pozłacanymi okuciami, zaś w samym środku przymocowany był pozłacany krzyż wysadzany wiśniowymi rubinami wielkości migdałów.

– Piękna, prawda? – pan Metterling zapytał z dumą, widząc w twarzy chłopca niekłamany zachwyt.

– Pewnie, że tak – szepnął Jan. – Bardzo chciałbym, żeby mój ojciec też taką kupił.

– Kupi! – roześmiał się ojciec Franza. – Interesy dobrze mu idą, więc pewnie kupi niedługo!

Jan słyszał kiedyś, że jeden z zaprzyjaźnionych z jego rodziną mnichów, ojciec Bruno, raz w tygodniu stawał przed Biblią spoczywającą w zakrystii ich parafialnego kościoła, pytał Boga, co chciałby jemu, swojemu skromnemu słudze powiedzieć i na chybił trafił otwierał świętą księgę. Fragment, na którym spoczął wzrok mnicha, miał być odpowiedzią Boga na dany tydzień. Chłopcu bardzo ten zwyczaj się spodobał i obiecał sobie, że gdy tylko będzie miał okazję, zrobi to samo.


– Boże, czy chciałbyś mi coś powiedzieć? – zapytał po cichutku, zerkając na duży krzyż wiszący na ścianie domowej kaplicy. – Bo ja bym chciał, żebyś coś mi powiedział.

Po tych słowach Jan otworzył Biblię. Zapomniał jednak o jednej bardzo ważnej rzeczy. Miał dziewięć lat i nie umiał jeszcze dobrze czytać, a na domiar złego Biblia napisana była w języku łacińskim, nie zaś w jego ojczystym niemieckim. Na szczęście pan Metterling czuwał.

– Widzę, chłopcze, że Biblia otworzyła ci się na samym początku Ewangelii według świętego Jana, czyli twojego imiennika! – uśmiechnął się. Pan Metterling był bardzo przyjaznym człowiekiem.

– Naprawdę? – zdziwił się Jan.

– Tak. Jeśli chcesz, powiem ci, co tam jest napisane. Znam trochę łacinę.

Pan Metterling spojrzał na pergaminową stronicę zapełnioną pięknymi, gotyckimi literami składającymi się w łacińskie zdania.

– Och, Janie – westchnął – nie mogłeś otworzyć tej Ewangelii w miejscu, gdzie jest opis jakiegoś cudu? Otworzyłeś na bardzo trudnym fragmencie. Mogę ci go przeczytać, ale nie jestem pewien, czy go zrozumiesz. Jesteś dopiero chłopcem, ja jestem doświadczonym, dorosłym kupcem i mimo tego prawie nic nie rozumiem z tego fragmentu.

– Niech pan przeczyta – poprosił zdecydowanym tonem Jan.

– Na początku było Słowo – czytał ojciec Franza – a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo. I nic się bez Niego nie stało, co się stało... – zawiesił w końcu głos i spojrzał pytająco na kolegę swego synka. – Zrozumiałeś coś z tego?

– Oczywiście – odpowiedział natychmiast Jan – Wszystko. Wszystko zaczęło się od słowa. Przecież ta piękna Biblia pełna jest słów. Gdyby ich nie było, nie byłoby i jej. Byłaby tylko księga z pustymi stronicami z pergaminu.

Pan Metterling popatrzył na chłopca z zaskoczeniem i zamknął Pismo Święte.

– Nauczę się czytać – stwierdził nagle pewnym tonem mały Gutenberg. – Nauczę się łaciny, będę ciężko pracował i kupię sobie taką samą. Będzie tylko moja: Biblia Jana Gutenberga!

Jan zastanawiał się, czy zaprzyjaźniony z jego rodziną mnich ojciec Bruno nie zechciałby nauczyć go choć kilku łacińskich zdań. Nazajutrz więc, mimo że pogoda była bardzo deszczowa i że obiecał swemu młodszemu bratu Fridrichowi, że pobawi się z nim klockami, postanowił wybrać się na drugi koniec miasta, do klasztoru, w którym ojciec Bruno mieszkał razem ze swoimi braćmi mnichami. Ponieważ podejrzewał, że przez klasztorną furtę będzie mu trudno dostać się do środka, zdecydował, że od razu spróbuje przeskoczyć przez kamienny mur otaczający przyklasztorny sad. A sad właśnie kwitł i wyglądał naprawdę pięknie. Mnich rąbał akurat drewno na opał. Jan zaproponował, że będzie układał porąbane już drewno na zgrabny stosik. Układając je, opowiedział ojcu Bruno o swoich planach, o Biblii Metterlingów i fragmencie Ewangelii według świętego Jana, który poprzedniego dnia ukazał się jego oczom, po otwarciu księgi metodą mnicha.

– „Na początku było Słowo – recytował z pamięci Jan – a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo”. Gdyby nie było słów, nie byłoby także Biblii, prawda?

– Bardzo słuszne spostrzeżenie – odpowiedział mnich. – Jednak słowo, mój mały, to bardzo poważna sprawa – podkreślił ojciec Bruno, dziwiąc się nieco, że tak mały chłopiec zapamiętał tak niełatwy fragment Janowej ewangelii. – Dzięki temu, że mamy słowa, możemy w ogóle myśleć. Nie da się myśleć bez słów – tłumaczył mnich. – Myśli to słowa. Zauważyłeś to?

– Prawdę mówiąc, nie – odpowiedział Jan.

– Również dlatego od słowa się wszystko zaczyna – kontynuował mnich. – Od słowa zaczyna się myśl, a myśli zamieniają się w czyny. Poza tym słowo ma niezwykłą siłę. Dzięki niemu można komuś sprawić wielką przyjemność, choćby powiedzieć, że jest bardzo mądry. Albo można przynieść komuś wiadomość, na którą od dawna czekał. Wyobraź sobie, że twój ojciec jest rycerzem i bierze udział w wojnie. Twoja rodzina przez długi czas nie ma od niego żadnego znaku życia. I nagle ktoś przychodzi do waszego domu i mówi, że wasz ojciec ma się dobrze i właśnie wraca do Moguncji.

– Słowem można też sprawić komuś przykrość, prawda? – bardziej stwierdził niż zapytał chłopiec.


– O tak. I to na wiele sposobów, niestety.

– Można na przykład nazwać kogoś głupkiem – zauważył Jan.

– Można, ale są też słowa, które sprawiają o wiele więcej bólu. Kiedy, mój mały, używasz słów, żeby kogoś okłamać, mówisz rzeczy bardzo miłe i piękne, ale nieprawdziwe.

Mnich wziął do ręki siekierę, którą chwilę wcześniej rąbał drewno.

– Spójrz, Janie, słowo jest jak siekiera. Możesz go użyć do dobrych celów i do złych. Siekierą możesz narąbać drew, dzięki którym rozpalisz w piecu i ogrzejesz się, a możesz też... no cóż, odrąbać komuś głowę. Słowem można kogoś pocieszyć i zniszczyć.


Deszcz najwyraźniej miał zamiar przestać padać, a niebo roziskrzyło się od słonecznych promieni, którym udało się rozgonić granatowe chmury. Chwilę później oczom Jana i ojca Bruna ukazała się przepiękna tęcza.

– Piękna, prawda? – zachwycił się mnich. – Wiele lat temu stałem przed zamkniętą Biblią i pytałem Boga, co chciałby mi dziś powiedzieć. Otworzyłem ją jak zwykle i moim oczom ukazał się fragment o tęczy właśnie.

 

– Naprawdę? To w Biblii jest również napisane o tęczy? – dziwił się chłopiec.

– Niejeden raz – uśmiechnął się ojciec Bruno.

– I co tam było napisane?

– Dawno temu Bóg zesłał na ziemię wielkie deszcze, by ukarać ludzi. Padały one tak długo, że zatopiły całe miasta i ich mieszkańców. Uratował się tylko jeden sprawiedliwy człowiek i jego rodzina. Ten człowiek miał na imię Noe. Bóg, zanim spuścił kataklizm, kazał mu wybudować potężną łódź zwaną arką. Gdy deszcze zaczęły padać, Noe i wszyscy jego bliscy, a także różne zwierzątka i ptaki, wsiedli do arki i, pływając po zalanych lądach, przetrwali najgorszy czas, czas potopu. Gdy deszcze ustały i wody opadły, Bóg rozpiął na niebie tęczę i powiedział Noemu, że już nigdy nie ześle na ziemię podobnego kataklizmu.


– I nie zesłał?

– Nie.

– A co Bóg chciał ojcu przez to powiedzieć?

– Że On dotrzymuje słowa! Tysiące lat temu powiedział Noemu: „Nie ześlę już więcej potopu”. I nie zesłał. Wypowiedział słowa, które spełnił. Dotrzymał obietnicy. Pomyślałem więc, że może Bóg chce, żebym ja też dotrzymywał słowa.

– I co? Udaje się to ojcu?

– Zazwyczaj tak, choć czasami to wcale nie jest łatwe. Jeśli nie jesteś pewien, czy będziesz mógł zrobić dla kogoś to, co mu obiecałeś, nie obiecuj, że to zrobisz. Jeśli obiecasz młodszemu bratu, że po śniadaniu pobawisz się z nim klockami, zrób to. Ale jeśli wszystko wskazuje na to, że nie będziesz mógł, nie obiecuj, bo będzie mu przykro. Będzie czekał na tę chwilę zabawy, a ty mu powiesz, że jednak pójdziesz na spacer z kolegą. I on poczuje, że nie jest dla ciebie ważny. Bo gdyby był, pobawiłbyś się z nim klockami, dotrzymałbyś danego mu słowa.


Jan poczuł się nieswojo. Właśnie przypomniał sobie o obietnicy wspólnej zabawy klockami złożonej Fridrichowi, którą złamał. Zastanawiał się, czy to możliwe, że ojciec Bruno dowiedział się o tym?

– A kiedy dotrzymam obietnicy, będzie zadowolony, prawda? – zapytał chłopiec, próbując zapomnieć o tym, co zrobił.

– Nie tylko on. Ty także. On opowie nazajutrz swoim małym koleżkom, że ma brata, na którym można polegać, a ty będziesz zadowolony z tego, że jesteś godny zaufania. Człowiek, któremu można ufać – mnich popatrzył Janowi w oczy – to wspaniały człowiek.

– A człowiek, któremu nie można ufać?

– No cóż – uśmiechnął się gorzko ojciec Bruno – z takimi w ogóle się nie zadawaj. Szkoda na nich czasu.

Tęcza wciąż mieniła się na niebie, a lekki, ciepły wiatr unosił opadłe płatki kwitnących drzew.

– Spójrz na te płatki, chłopcze – mnich śledził ich powietrzny taniec. – Kiedy wiatr spotka się z takimi opadłymi płatkami i je uniesie, to tworzy się przed nami piękny widok. Ale wiatr może też porywać nasze słowa.


– Tak! Czasem mój ojciec mówi, że ktoś rzuca słowa na wiatr – przypomniał sobie Jan.

– Jeśli ktoś rzuca słowa na wiatr, to znaczy, że nie dotrzymuje obietnic. Dlatego za każdym razem, kiedy widzę na niebie tęczę, przypomina mi się historia Noego i uświadamiam sobie, że powinienem uważać na to, co mówię.

– To piękna historia – uśmiechnął się chłopiec. – Kiedyś, gdy nauczę się już łaciny i sam będę kopiował książki, opiszę ją w jednej z nich. Bardzo chciałbym zostać kopistą, ojcze. Chciałbym sam je wydawać.

– A widziałeś kiedyś, jak pracują kopiści? – mnich uśmiechnął się serdecznie.

– Nie, ale bardzo chciałbym.

– Nic prostszego, zaraz zaprowadzę cię do moich braci kopistów.

Komnata kopistów była duża, wspierała się na trzech gotyckich kolumnach i miała świeżo pobielone ściany. Przez średniej wielkości okna wpływały do niej słoneczne promienie i dawały najwięcej światła tym, którzy pracowali najbliżej okien. Kopiści byli niezwykle skupieni. Jednak Jan nie mógł dojrzeć zapisywanych przez nich stronic w pełnej krasie, ponieważ podesty, na których spoczywały księgi, były dość wysokie. Ojciec Bruno pospieszył mu jednak z pomocą i przyniósł niewielki drewniany stołek. Postawił go nieopodal jednego z kopiujących mnichów i polecił Janowi, by stanął na taboreciku. Kopista, przy którym stał chłopiec, był bardzo młody. Miał na imię Roland i – jak podkreślał ojciec Bruno – zapowiadał się na mistrza w tej dziedzinie. Jan patrzył, z jaką precyzją i spokojem Roland maluje czarnym tuszem kolejne litery o gotyckich kształtach.

– Widzisz, chłopcze? Do tej pracy trzeba mieć mnóstwo cierpliwości – ojciec Bruno wciąż się uśmiechał. – I wbrew pozorom silne ręce. Ręce szybko cierpną, bo statywy są dość wysokie. I silne nogi, bo kopista pracuje na stojąco.

– A co to za litera? – zapytał chłopiec, gdy Roland rozpoczął pisanie kolejnego wyrazu.

– „V” – odpowiedział młody mnich. – A za chwilkę namaluję literę „E”, po niej przyjdzie kolej na „R”...

– I jaki wyraz powstanie? – Jan był naprawdę zaciekawiony.

– Verbum – odpowiedział ojciec Bruno. – Po łacinie „verbum” oznacza „słowo”.

– Ale żadne słowo nie powstanie bez kolejnych liter – włączył się do ich rozmowy Roland. – Kiedy wymawia się słowo, litery rozmywają się w jego brzmieniu, ale kiedy słowo zostaje zapisane, każda z tych liter jest wyraźnie widoczna. Przy pisaniu każda z nich może zaistnieć.

– Przypatrz się dobrze temu młodzieńcowi, Janie – roześmiał się ojciec Bruno, spoglądając na Rolanda – i wyobraź sobie, że matka Rolanda także była kopistką!


– To kobiety również mogą kopiować księgi? – zdziwił się chłopiec.

– Oczywiście, mój drogi. Bardzo wiele kobiet zarabia na życie kopiowaniem ksiąg. W tej chwili jesteś w męskim zakonie, więc w tej komnacie wszyscy kopiści są mężczyznami, ale to nie znaczy, że ta praca zarezerwowana jest tylko dla nich. Zresztą kobiety wspaniale kopiują. Ale wracając do matki Rolanda, to ona właśnie przepisała kilkakrotnie dzieło zatytułowane „Pieśń o Rolandzie”. Legendarny Roland był odważnym i walecznym rycerzem, który zginął bohatersko w walce. Matka naszego przyjaciela tak się zachwyciła jego historią, że swojemu pierwszemu synowi dała jego imię!

– A moją młodszą siostrę nazwała Oda – dodał z uśmiechem Roland. – Oda była narzeczoną rycerza Rolanda. Zresztą moja siostra również kopiuje księgi.

Po dniu tak pełnym wrażeń Jan ledwie położył się do łóżka, natychmiast zasnął. We śnie zobaczył ogromną ilość drewnianych klocków i smutną buzię swojego brata. „Obiecałeś” – powtarzał cichutko mały Fridrich. Chwilkę potem tuż obok niego pojawił się Roland trzymający w dłoni gęsie pióro i buteleczkę z czarnym tuszem. „Przy pisaniu każda litera może zaistnieć” – powiedział, nie zwracając uwagi na to, co wydarzyło się między braćmi, i namalował na jednym z klocków gotycką literę „o”. Odstawił klocek, by tusz mógł zaschnąć, chwycił drugi i przyozdobił go literą „b”. Następny literą „i”, kolejny „e”. Potem przyszła kolej na „c”. Fridrich brał każdy z drewnianych sześcianów i odbijał wilgotne jeszcze znaki na bielonej ścianie. Klocki pełniły rolę stempelków. „Co to za słowo?” – zapytał Rolanda, gdy odbił już wszystkie literki. „Obiecałeś” – odpowiedział Roland. Fridrich spojrzał ponownie na starszego brata i powtórzył: „Obiecałeś”. I wtedy Jan się obudził.

– Obiecałem i nie dotrzymałem słowa – westchnął – ale jutro przeproszę Fridricha i wynagrodzę mu to – postanowił skruszony.

I wtedy nagle Jana olśniło. W pokoju było ciemno, za oknem czerniła się noc, a w jego głowie błysnęło światło, które zawsze towarzyszy odkryciom wielkich wynalazków.

– Malowane klocki! – zawołał. – W ten sposób można szybciej kopiować księgi!

Zerwał się na równe nogi i podbiegł do łóżka młodszego brata.

– Fridrich! Wstawaj! Pobawimy się klockami! – potrząsał energicznie śpiącym chłopcem.

– Jutro się pobawimy – mruknął nieprzytomnie Fridrich, przewrócił się na drugi bok i spał dalej.

Ale olśniony genialnym pomysłem Jan nie zmrużył oka do rana. Po śniadaniu wrzucił kilka klocków do płóciennego worka i pobiegł do klasztoru mnichów. Przeskoczył przez mur okalający wciąż pięknie kwitnący sad i w mgnieniu oka wślizgnął się do komnaty kopistów.

– Rolandzie! – wołał już od drzwi. – Jest sposób na szybsze kopiowanie! Szybsze i wygodniejsze!

– Naprawdę? – zapytał spokojnie Roland, nie odrywając się ani przez moment od pracy.

– Tak! Popatrz! – chłopiec wysypał z worka drewniane klocki i opowiedział mu swój ostatni sen, a jego opowieść odciągnęła resztę braci od pracy i zgromadziła wokół statywu Rolanda. – Trzeba by zrobić mnóstwo takich klocków z każdą z liter alfabetu – wyjaśniał z wypiekami na twarzy Jan rozbawionym nieco mnichom. – Potem trzeba by te klocki poukładać w wyrazy, z których zbudowane byłyby zdania, a potem w całe fragmenty tekstów. ­Następnie ­należałoby ułożyć je ciasno w pudełku wielkości stronicy i nim litery wyschną, położyć na nich pergamin. W taki sposób szybko można by skopiować jedną stronicę bardzo wiele razy. Kopiowanie ksiąg byłoby wtedy prostsze i szybsze!

– Tak – zauważył jeden ze starszych mnichów. – Gdyby ksiąg było więcej, byłyby tańsze. I mogłoby je kupować coraz więcej osób.

– To całkiem niezła koncepcja, Janie – przyznał z niekłamanym uznaniem ojciec Bruno, który również przysłuchiwał się wywodom chłopca.

– Ale jeśli kiedyś twój wynalazek zastąpi ręczne kopiowanie, to bardzo wielu kopistów zostanie bez pracy – zauważył Roland, kaligrafując z uwagą dużą literę „c”.

– Rolandzie – wtrącił się ojciec Bruno – przyszłość pełna będzie wynalazków. Ludzie ciągle będą wymyślać nowe urządzenia, by usprawnić sobie życie.

– Tak – uśmiechnął się dumnie Jan. – A ja, gdy będę dorosły, usprawnię kopiowanie ksiąg! Muszę jeszcze tylko nauczyć się łaciny.


– Chętnie cię pouczymy! – roześmiali się mnisi, którzy ten język znali świetnie i bardzo polubili pomysłowego chłopca.

– Na łacinę przyjdzie czas – ojciec Bruno spojrzał poważnie. – Tymczasem ja chciałbym zwrócić uwagę na inny fragment twojego niezwykłego snu.

– Tak? – zdziwił się Jan.

– We śnie twój młodszy brat powtarzał ci, że obiecałeś się z nim pobawić. Nie zrobiłeś tego. Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o tym, że obietnic należy dotrzymywać?

– Ależ ja zamierzam jej dotrzymać. Fridrich chciał, żebyśmy pobawili się razem klockami. Myślę, że zamiast budować wieże, wypróbujemy nową metodę kopiowania ksiąg. Nie mamy tylko niestety czarnego tuszu i pergaminu… – chłopiec popatrzył prosząco na Rolanda. Miał nadzieję, że młody mnich ­jakoś temu zaradzi.

– Damy ci, Janie, tusz i kilka zwojów pergaminu – roześmiał się stojący obok brat Rudolf. – Jeśli zamierzasz zostać wielkim odkrywcą wynalazku do kopiowania ksiąg, nie możemy ci odmówić!

Wieczorem w pokoju braci Gutenbergów cała drewniana podłoga zasłana była schnącymi pergaminami i klockami, na których chłopcy malowali nie tylko litery, ale i krzyżyki, kółka, gwiazdki i inne proste rysunki. Jan siedział na małym dębowym stołeczku i choć był wyraźnie zmęczony, tryskał wciąż nowymi pomysłami.

– Wiesz co, braciszku? – zapytał Fridricha ścierającego plamę tuszu z dłoni. – Nie będziemy kupować Biblii. Pewnego dnia sam ją skopiuję. Będzie to najpiękniejsza Biblia w Moguncji i będzie się nazywać Biblią Gutenberga!

– Pomogę ci – Fridrich nadal ścierał plamę tuszu ze skóry. – Bardzo mi się podoba ta nowa zabawa w kopiowanie ksiąg. Choć powiem ci szczerze, że już myślałem, że nigdy się ze mną nie pobawisz tymi klockami! Ale na szczęście się pomyliłem.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?