BelfastTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Również wyzwiska są albo brytyjskie, albo irlandzkie. Irlandczyk, chcąc zwyzywać kogoś od idiotów, powie eejit. Brytyjczyk pozostanie przy tradycyjnym idiot.

Dla siebie wzajemnie obie grupy też zarezerwowały szereg nieprzychylnych określeń. Brytyjczycy nazywają Irlandczyków Paddies (co jest zdrobnieniem od imienia Patrick, a zatem niekoniecznie ma znaczenie pejoratywne, acz nie zaleca się stosowania tego określenia, jeśli się jest cudzoziemcem), Taigs (katole), Chucks (od nazwy tanich butów sportowych), Spongers (od angielskiego słowa „gąbka”; chodzi o przypisywane Irlandczykom zachłanne pobieranie zasiłków) oraz Fenians (które to słowo historycznie było neutralne[14], ale nabrało cech pejoratywnych, ponieważ obecnie oznacza sympatyków IRA). Warto też znać skrót KAT, który jest często nagryzmolony na ścianach domów dzielnic ultraprotestanckiej biedoty – oznacza Kill All Taigs (Zabić wszystkich katoli). Irlandczycy nazywają protestantów Prods (znowu – dość neutralnie), Huns (Hunowie), Black (od jednej z lóż prowadzonych przez protestantów) i Jaffas (w miejscowym slangu – impotenci). Nie będzie więc trudne rozszyfrowanie skrótu KAH, na jaki można się natknąć w dzielnicach katolickich.

Wszystkie te określenia zostały uznane za mowę nienawiści w okólniku północnoirlandzkiej policji z 2008 roku. Słowo Fenian może być używane tylko w kontekście historycznym, czyli zgodnie z pierwotnym znaczeniem.

No i fizjonomika. Ma się tu dobrze. Wystarczy spojrzeć na czyjąś twarz i widać, kim kto jest. Otóż obie strony utrzymują, że ich przeciwnicy religijno-ideologiczni mają bardzo szeroko osadzone oczy. Zbyt szeroko, co napawa obserwatora, naturalnie, odrazą. Można bowiem z takich szeroko osadzonych oczu wyczytać nie tylko religijność, poglądy, ale i parszywość charakteru.

Tymczasem na kilku spotkaniach, w których uczestniczyli bojownicy o wolność z dwóch stron, po uważnej obserwacji rozstawu oczu czy uszu jednej rzeczy mogłam być pewna – że nie ma żadnych fizycznych różnic między republikanami a lojalistami, być może poza treścią i symboliką tatuaży.

Nawet rzekomo irlandzka rudość nie ogranicza swojego występowania tylko do tych, którzy identyfikują się z republikanizmem. Owszem, bywa, że Brytyjczycy bezlitośnie kpią z ginger boys, ginger Mics (od Michael, wielu Irlandczyków nosi bowiem to imię dla uczczenia Michaela Collinsa), ale sami bywają mocno rudzi, bo taka jest genetyczna spuścizna tej wyspy. Ich rudość jest jednak rudością brytyjską, jak wyjaśniają. Nie irlandzką. Żadnych związków z Mics.

Znajomość tych niby-detali może mieć ogromne znaczenie, jeśli ktoś decyduje się zamieszkać w Irlandii Północnej i z racji ciągot etnograficzno-antropologicznych bądź czysto reporterskich wybierze adres mniej kosmopolityczny, czyli nie bukoliczne przedmieścia, leafy suburbs, jak je ironicznie określają mieszkańcy trudniejszych dzielnic.

To bowiem będzie określało jego byt przez cały czas mieszkania w danym miejscu.

Ja zamieszkałam w dzielnicy republikańskiej, co zelektryzowało moich bardziej radykalnych protestanckich znajomych. Zapewniali mnie, że muszę zamykać drzwi w ciągu dnia, wszystkie kosztowności muszę chować w jakichś sprytnych miejscach i uważać na dilerów narkotyków. Ci ostatni zaczęli raczej uważać na mnie, bo uparcie nic nie zamawiałam, więc byłam dla nich ciut podejrzana.

Bo według niektórych protestantów tym właśnie różnią się dzielnice republikańskie od protestanckich. Złodziejstwem i dilerką. Tymczasem prawda leży pośrodku. Tyle że w niektórych dzielnicach republikańskich za nieautoryzowane (przez rządzącą organizację paramilitarną) dilowanie narkotykami grozi strzał w kolana (kneecapping). W protestanckich nie strzela się w kolana. Wysiedla się z Belfastu na całe życie.

Nic złego w dzielnicy mi się nie stało (poza kilkoma kamieniami rzuconymi w okno przez katolickich chłopców, którzy nie lubią obcych, i groźbami spalenia mieszkania), nikt nie wszedł do mojego mieszkania. Ale gdy chciałam wypożyczyć auto na lotnisku i podałam adres, mężczyzna z obsługi spojrzał mi w oczy i dostałam auto z rejestracją Republiki Irlandii, dla mojego bezpieczeństwa. Bez wyjaśnień, bez dyskusji. Ograniczyło to możliwości parkingowe do wyznaczonych miejsc, znanych tylko tym, którzy mieszkają tu wiele lat.

– Kiedy spotykasz kogoś w mieście w jakimś neutralnym miejscu, dajmy na to w pubie, który znajduje się w centrum, i chcesz z nim porozmawiać, automatycznie zadajesz pytania mające na celu ustalić, z kim masz do czynienia, choć przecież do wspólnego picia nie jest to w sumie potrzebne. Jakoś we krwi to mamy chyba. Nie pytasz wprost, czy jest protestantem czy katolikiem, ale jeśli jego imię nic ci nie mówi, pytasz o szkołę, do której chodził. Wystarczy, że poda nazwę lub dzielnicę. Wtedy wszystko jasne – powiedział mi pewien młody lojalista, mocno zaangażowany w pracę społeczną z drugą stroną, człowiek zdecydowanie ponad podziałami, ale i realista. Organizował wycieczki dla dwóch społeczności, brytyjskiej i irlandzkiej, do miejsc historycznie ważnych dla obu. Chciałam zrozumieć, jak można rozpoznać Innego w miejscu niecharakterystycznym, które nie określa jego tożsamości.

Kiedy pojawiam się we wschodnim Belfaście w dzielnicy protestanckiej, by odwiedzić mieszkającą tam Polkę, i pytam o drogę młodego człowieka w kapturze, mój akcent budzi zainteresowanie i dostaję nie tylko wskazówki, jak dotrzeć do celu, ale i szybką lekcję stosunków międzysąsiedzkich.

Stoimy przed murem, który wyrasta ze środka ulicy.

– Tam mieszkają świnie – mówi chłopak, pokazując głową część za murem. Ulica nazywa się Madrid Street.

Dochodzi południe. Chłopak nie jest ani w szkole, ani w pracy. Siedzi przed domem, który jego bezrobotni rodzice dostali od państwa.

To bardzo biedna, trudna część Belfastu. Wysokie bezrobocie, narkotyki, alkohol, beznadzieja. Mieszkańcy czują się opuszczeni i oszukani przez polityków, na których głosowali. Bo ci zabiegali o ich głosy przed wyborami, obiecując złote góry, po czym, dorwawszy się do stołków, zapomnieli o klasie pracującej i tej całkiem niepracującej, z pokolenia na pokolenie cierpiącej na syndrom wyuczonej bezradności.

Ludzie pozostawieni sami sobie. Śmieją się z nich konserwatywne media, gardzą nimi bywalcy restauracji w centrum Belfastu.

Mur przecina ulicę na pół. Świnie mojego jasnowłosego rozmówcy Billa, o ciele pokrytym lojalistycznym tatuażem, to katolicy mieszkający po drugiej stronie ściany, zwieńczonej gdzieniegdzie drutem kolczastym.

Bill nigdy nie pracował. Z tym że on, jako Brytyjczyk, nie uważa, by drenował kurczące się zasoby państwa. Nie drenuje ich, bo mu się wszystko należy, bo to jego państwo. Nie należy się za to nic tym świniom z drugiej strony muru, bo nie są u siebie. Jeśli chcą zjednoczonej Irlandii, co sprawia, że they do not fuck off to the Republic? Oczywiście – hojne zasiłki, jak sam sobie odpowiada.

– Ja też jestem katoliczką – mówię. Nie jestem. Odeszłam od katolicyzmu kilka lat temu. Jako advocatus diaboli uważam jednak, że trzeba podrążyć temat.

– Ale polską, a to duża różnica – ripostuje krótko chłopak w kapturze.

Kilka dni później w dzielnicy katolickiej po drugiej stronie muru inny młody człowiek w dresie i kapturze dzieli się ze mną swoimi przemyśleniami.

– Tam mieszkają świnie – mówi, pokazując głową mur. Jego świnie to protestanci.

Siedzi na krawężniku – zamiast w szkole, zamiast w pracy spędza czas na podwórku.

Dzielnica, w której mieszka, stanowi niewielką enklawę republikanizmu we wschodnim Belfaście. Jej mieszkańcy nie czują się zdradzeni przez polityków, bardziej przez, ich zdaniem, probrytyjskie media.

– Znam paru protestantów, nie są świniami – odpowiadam.

Chłopak macha ręką ze zniecierpliwieniem. Sądząc po jego minie, uważa, że niekoniecznie wiem, co mówię, pewnie dlatego, że jako cudzoziemka nie mogę zrozumieć, jak skomplikowany jest lokalny krajobraz niechęci i nienawiści.

Obaj chłopcy wyglądają dla mnie tak samo.

Ale wiem, niestety wiem, że istnieje jakaś wiedza tajemna, która mówi im, kim jest Inny – to instynkt, który w czasie wojen pozwalał przeżyć, a w czasie pokoju…?

– To nie jest pokój – słyszę. – To tylko umowa, kontrakt. Coś więcej niż tylko zawieszenie broni. Ale mniej niż pokój.

Jak matka trzech synów straciła

Ten pub na chwilę zamknięto. Zmieniono mu nazwę. Chwila trwała rok.

Pomalowany na zielono, jaśnieje irlandzkością. Ulokowany jest narożnie w centrum republikańskiej dzielnicy w Belfaście, niedaleko małego ogródka miejskiego, w którym upamiętniono tablicami bojowników IRA – zabitych w akcji.

Pub nazywa się Celtic. Spotykam w nim Jenny.

Zamknięto, bo pewnego popołudnia na ulicę, przy której się znajdował, wychynął Irlandczyk z nożem. Świadków późniejszych wydarzeń było wielu, ale wszystkich dotknęła typowa tutejsza przypadłość – amnezja. Niektórzy mówili coś o kłótni rodzinnej, choć nie wszystkie ofiary były ze sobą spokrewnione.

Irlandczyk ranił trzy osoby przed pubem, jedną w pubie. Wśród rannych był policjant.

– To klub klasy pracującej – mówi Jenny.

Jenny to mocno zniszczona kobieta, wygląda na sześćdziesięciolatkę, ale może być dużo młodsza, bo weterani Kłopotów żyją w czasie przyspieszonym. Jasna twarz, okulary z cieniutką ramką. Ubrana bardzo nijak, ale nie niestarannie – zupełnie nijak. Jakaś byle jaka bluzka z dekoltem, szara jak jej włosy.

– Dziwne, że tu zajrzałaś. Turyści nas omijają – dodaje.

W takim miejscu lepiej nie wspominać, że się pisze o Irlandii Północnej. Zwrot „zbieranie materiałów” w tej dzielnicy kojarzy się tylko z infiltracją, bo dysydenci republikańscy wciąż stanowią duże zagrożenie. Zbyt wielu pracowników brytyjskiego wywiadu pojawiało się tutaj pod pretekstem przygotowywania reportażu czy pracy naukowej na temat tego, co było, i tego, jak jest.

 

Zamawiamy po kuflu piwa.

Jest Dzień Świętego Patryka. Pijani Irlandczycy ubrani na zielono, owinięci w zielone flagi bawią się przy barze, wykrzykując bełkotliwie republikańskie pieśni. Radosne śpiewy przeplatane są toastami i głośnymi beknięciami, witanymi tu szczodrymi oklaskami uznania.

Farbowana blondynka z rudymi odrostami i w rogowych okularach, może dwudziestoletnia, wdrapuje się na stoły, spada z nich po chwili i obejmuje tych, na których leci. Jest mocno pijana mimo stosunkowo wczesnej pory – zdąży jednak wytrzeźwieć i zgodnie z lokalnym zwyczajem upić się jeszcze raz.

Jenny siedzi nad piwem donoszonym stale przez męża ubranego w niechlujną, pogniecioną marynarkę.

Jej mąż, spokojny starszy pan o siwej czuprynie, patrzy na Jenny co jakiś czas troskliwym wzrokiem, ale nie odmawia jej alkoholu, nie mówi, że już wystarczy.

W pewnym momencie wzrok Jenny się wyostrza.

Jej oczy nabierają wyrazu. Wzdrygam się – te oczy mnie świdrują.

– Miałam trzech synów, wiesz? – mówi Jenny wolno.

– Tak? – pytam.

– Wszyscy zginęli, jeden po drugim.

Wypadek? Choroba?

– Zostali zabici.

Cisza. Jenny podnosi się, zostawiając mnie z tym wyznaniem.

Chwiejnym krokiem idzie do toalety.

Jej mąż wszystko słyszał.

– Jane była OC – chrypi.

OC, czyli commanding officer. Każda jednostka IRA miała swojego dowódcę, oficera zajmującego się materiałami wybuchowymi, oficera wywiadu, kwatermistrza, czasem oficera szkoleniowego i kogoś odpowiedzialnego za finanse jednostki.

Ale tego nie można mówić głośno. Każdy, kto był w IRA (lub wciąż do niej nieoficjalnie należy), zobowiązany jest milczeć o swojej przynależności pod groźbą kary śmierci. To wytyczne Green Book[15], czyli Biblii ochotników, którzy działali lub działają w IRA. Na nią właśnie przysięgają wierność organizacji.

Do tego stopnia nie można powiedzieć, że się było/jest w IRA, że nawet Gerry Adams nigdy nie przyznał się publicznie do tego, że był OC, że w ogóle należał do IRA. Choć ulica wie, kim był. To on podejmował decyzje. Również decyzje dotyczące życia i śmierci, jak każdy OC.

Wszyscy to wiedzą, ale nikt ze współtowarzyszy głośno tego nie potwierdzi. Potwierdzą tylko ci, którzy się z Adamsem rozstali ideologicznie.

Adams milczał, milczy i będzie milczeć. „Tak długo powtarzał, że nie jest w IRA, że nie może teraz tego cofnąć, bo jako polityk straciłby wiarygodność” – mówią miejscowi, uzasadniając jego postawę.

Poza tym, gdyby się przyznał, nie mógłby jeździć do Stanów Zjednoczonych, gdzie często spotyka się z sympatykami republikanizmu. Jako szefowi Sinn Féin nikt mu nie zabroni takich podróży. Jako oficjalny były członek IRA, organizacji terrorystycznej, nie dostałby nigdy wizy.

A zatem mąż Jenny złamał kilka przykazań Green Book. Bo przecież gdybym była kimś innym, gdyby też były trochę inne czasy, wyznanie jej męża mogłoby ją zabić. „Nierozważne pogawędki mogą cię kosztować życie. W taksówkach, w rozmowach telefonicznych, w klubach i barach, na meczach piłki nożnej, w domu z przyjaciółmi, jeśli otwierasz usta – nie mów nic!” – woła pierwsza strona Green Book.

„Niech nikt cię nie widzi na żadnych zgromadzeniach publicznych, demonstracjach czy protestach. Nie prowadzaj się w towarzystwie znanych republikanów, nie odwiedzaj republikańskich domów. Twoim naczelnym obowiązkiem jest anonimowość, nie mogą cię znać ani siły wroga, ani społeczeństwo” – czytam dalej.

A w republikańskim pubie na Falls mąż opowiada o przeszłości żony.

Wiem już, dzięki gadatliwości starszego pana, że Jenny wydawała rozkazy i nadzorowała operacje bojowe swojego batalionu.

Mąż streszcza jej życie.

Najpierw zabito jej pierwszego syna, bo uważano, że to ją powstrzyma przed angażowaniem się w walkę o zjednoczenie Irlandii. Bo była taka dobra w tym, co robiła.

Nie powstrzymało. Zginął drugi syn.

Potem trzeci.

A potem Jenny już nie miała dzieci, więc do ideologii doszła chęć zemsty.

Tyle że nastał pokój. Nastał czas grubej kreski.

Jenny pije teraz codziennie.

Kiedy wraca z toalety, nie wiem, co powiedzieć. Siada obok mnie, wzrok ma z powrotem zmącony. Brakuje mi słów. Nie wiem, czy mam milczeć, czy wręcz przeciwnie. Wybieram trzecią możliwość, niezdarnie głaszczę Jenny po jej upstrzonych plamami wątrobowymi dłoniach. Te dłonie były kiedyś bez skazy, młode i delikatne. Przyczyniły się kiedyś do śmierci innych ludzi. Wystarczył podpis czy ustny rozkaz Jenny. To ona zgadzała się na tortury, jakie stosowała IRA, na bolesną śmierć swoich wrogów, na ból swoich ludzi, jeśli tylko pojawił się cień podejrzenia, że sprzedali swoje usługi drugiej stronie – ten cień wystarczył, by nakazać przeprowadzenie gruntownego przesłuchania. Przy użyciu narzędzi na przykład takich jak akumulator. Albo duże cążki. Czy imadła.

Wydawała rozkazy, decydując, kto ma zginąć. Przygotowywała i przeprowadzała operacje zbrojne, w których ginęli inni synowie innych matek.

Była wojna, mówią wszyscy. Kłopoty. Nazwa dobrana trafnie z punktu widzenia polityki zewnętrznej Wielkiej Brytanii. Taki mały nazewniczy PR – bo Kłopoty to przecież nie wojna, to tylko jakieś zadrażnienie, jakieś niedogodności.

Bo Wielkiej Brytanii, która zaprowadza porządki na świecie, wstyd, że na swojej ziemi nie umiała poradzić sobie z napięciami narodowowyzwoleńczymi. Że nadal się tu kotłuje.

Patrząc na wydłużoną twarz Jenny, na jej teraz zamglone i bezbronne oczy za szkłami okularów, myślę, że była kiedyś bardzo bezwzględną młodą kobietą z ogromną, zgubną władzą.

Starsza siwa pani w lekko pomiętej bluzce z dekoltem odsłaniającym pomarszczoną skórę, pani, która powinna niańczyć wnuki lub planować weekend z rodziną – wraca do przeszłości i ją zapija. Zagłusza.

Pub zamknięto, później znów otwarto, ale już nigdy nie zobaczyłam Jenny. Mam ciągle przed oczami jej zastygłą postać z kuflem przy ustach, ale jednocześnie widzę mocną, wyprostowaną sylwetkę silnego człowieka, który dokonał swoich wyborów. Jak sam sądzi – dobrych.

Peter ma czterdzieści lat i pracuje jako pośrednik-mediator między organizacjami paramilitarnymi w jednej z dzielnic Belfastu i jako community worker. Jest lojalistą, ale uczestniczy w wielu projektach, które skupiają młodzież z dwóch stron. Nie wstąpił do paramilitarnych, choć bardzo chciał. Jego ojciec pilnował, żeby syn błądził w miarę rozsądnie w ramach młodzieńczego buntu, bez ekscesów, które by go zaprowadziły do paramilitarnych.

Peter znał wszystkich członków. I dzięki temu może robić to, co robi.

Jako mediator wie niemal tyle samo co członek organizacji. Wie, z kim można prowadzić negocjacje, z kim nie. Wie, kiedy organizuje się akcje przeciwko tym, którzy handlują narkotykami bez błogosławieństwa, wie, kto handluje narkotykami, ale oczywiście nie mówi tego nikomu. Wie, z kim należy rozmawiać, gdy coś komuś grozi. Gdzie kogoś przesiedlać, jeśli podpadł organizacjom paramilitarnym.

Zatem teraz wszyscy mu ufają. I policja, i organizacja – ta ostatnia do pewnego stopnia.

Peter jest zdecydowanie człowiekiem, który wierzy w proces pokojowy. Nie chce wyrzucać katolików z prowincji. Nie nienawidzi ich.

Ale gdy podwozi mnie do domu i podaję mu adres, nagle twarz mu ciemnieje.

Bo mieszkam w dzielnicy republikańskiej, w której działał na przykład Freddie Scappaticci, mistrz tortur i wydobywania informacji od swoich, podejrzanych o to, że byli informatorami służb specjalnych.

Mieszkają tu republikanie z wieloma zawieszonymi wyrokami.

– Nie wjadę tam, wysadzę cię obok – informuje mnie Peter.

Uśmiechnięty wiecznie Peter miał ukochanego wujka, brata swojego ojca. Wujek został zastrzelony przez mojego sąsiada.

Sąsiad ma się dobrze.

– Gdybym go zobaczył, nie byłoby już procesu pokojowego – mówi Peter.

Joe, lat pięćdziesiąt, był w UVF. Kiedy miał szesnaście lat, czynnie brał udział we wszystkim, w czym brał udział UVF. Rabunki, pobicia, grożenie śmiercią – wszystko to miało wytłumaczenie ideologiczne, jak mówił Joe, który za pomocą przestępczości chronił swoje państwo, czyli Wielką Brytanię, przed republikańskimi Irlandczykami. A przecież cel uświęca środki. Rabowało się więc, by UVF miał pieniądze na walkę ideologiczną (broń, szkolenia żołnierzy), groziło się śmiercią wrogom (wewnętrznym i zewnętrznym), a nieposłusznych biło się za karę.

I tak Joe żył. Nie chodził do szkoły, biegał po ulicach i wyobrażał sobie, że jest żołnierzem.

Widział krew, martwe ciała, słyszał wybuchy bomb. Zresztą – jak każdy wtedy, kto żył w Belfaście.

Trafił wreszcie do więzienia, w którym nauczył się pisać. Z nudów. Miał wówczas trzydzieści lat. Pierwsze litery stawiał za kratkami, usiłując pisać listy do rodziny. Potem odkrył bibliotekę więzienną, a w niej książki na temat konfliktu, w którym brał udział. Zobaczył, że miał on więcej wymiarów, zobaczył, że mógł być postrzegany też z innej perspektywy, nie tylko z jego dzielnicy, której nigdy w życiu nie opuścił. Jego pierwszą wycieczką poza własne śmieci był transport do więzienia.

Kiedy z niego wyszedł, nie mógł spać.

Męczyły go różne myśli. Dręczyły pytania. Wracały twarze ofiar. Choć te mniej. Najbardziej nigdy niewidziane twarze rodzin ofiar.

– I pewnego dnia obudziłem się i zacząłem płakać – mówi mi. – I nie przestałem przez trzy lata.

Joe pracuje teraz z dzieciakami z własnej ulicy, zwłaszcza z tymi, które są już notowane przez policję. Wyprowadza je poza własną dzielnicę i pokazuje inne domy, innych ludzi. Pokazuje horyzont. I mówi, że za nim też coś jest.

Joe zdaje sobie sprawę, że Irlandia Północna potrzebuje wielopłaszczyznowej edukacji, otwarcia na świat, który ją wyprzedził – przez lata zamknięta na wszystkie nowości ukisiła się we własnym sosie. Młodzież, niepamiętająca Kłopotów, ale z pewnością słuchająca o nich opowieści snutych w domu przez rodziców, znudzona i pozbawiona perspektyw, marzy o tym, by coś się w jej życiu działo. Żeby mieć jakiś cel. A hormony połączone z nudą powodują, że pojawiają się głupie pomysły owocujące chuligańskimi wybrykami.

– Bo wiesz, te dzieciaki wracają do domów, do pijanych rodziców, do czterech ścian, w których albo nie dzieje się kompletnie nic, albo jest patologia. Tam dostają szału, więc wychodzą i szukają możliwości, żeby się wyżyć.

Dziewczyny organizują ustawki przez Facebooka. Wcześniej wąchają klej albo piją cydr, by się jak najmocniej nabuzować. Poziom ich agresji przeraża – bywa, że to one rządzą na ulicy. Otumanione narkotykami, zamulone tanim alkoholem, złe, wściekłe. Używają seksu i agresji, by osiągnąć swoje cele, czyli popularność na osiedlu.

Z taką młodzieżą pracuje Joe. Organizuje jej czas. Proponuje zawody sportowe (żeby się wyszalała), a w czasie tych zawodów przemyca warsztaty międzykulturowe, bo na osiedlu pojawili się cudzoziemcy, a wraz z nimi lęk rdzennych mieszkańców pomieszany z niechęcią. Naćpana młodzież szukała kozła ofiarnego, chłopca do bicia. Szybko znalazła.

Joe raz posunął się do tego, że zaprosił Polaków na pogawędkę o ich kulturze. Polacy przynieśli pączki, zdjęcia słynnych rodaków i grzybki marynowane. Pomiędzy zdjęciami Skłodowskiej-Curie i Aleksandra Wolszczana pokazali Alicję Bachledę-Curuś i Izabellę Scorupco. Joe obserwował młodzież z boku, uśmiechając się pod nosem – wiedział, że tego wieczora obcokrajowcy z jego dzielnicy będą bezpieczni. I może później też – bo zostali oswojeni.

– Może gdyby lata temu zaproszono do mojego domu kultury katolików, gdybym mógł wysłuchać, co lubią robić, co lubią jeść, może wtedy nie byłoby we mnie takiej nienawiści? – mówi.

Jego córka studiuje architekturę. Jest jedną z lepszych studentek. Ma dwadzieścia dwa lata. Joe w jej wieku nie umiał czytać. Umiał się bić. Umiał zastraszać i rabować.

Rob siedział za posiadanie broni z zamiarem użycia. Wielka rzecz. Wszyscy wtedy mieli broń, tyle że Roba złapano.

Ma piękną twarz, regularne rysy, chłopięcą sylwetkę i czterdzieści osiem lat. Mieszka przy Shankill Road. Jest lojalistą. Trochę też dzieckiem, bo kiedy wybuchły zamieszki o flagę w Belfaście w 2012 roku[16], kiedy rozsierdzeni lojaliści szturmowali bramy ratusza, Rob skakał jak mały chłopiec ze szczęścia.

Wrócił na chwilę mentalnie do lat młodości.

Teraz, bezrobotny samouk, oprowadza wycieczki po lojalistycznej Shankill, pokazując, że tu zginęli Brytyjczycy z rąk Irlandczyków. I tam też. Bo Shankill spływała krwią nie raz. Potem zaprowadza wycieczkę pod mur, gdzie przejmuje ją republikanin, kolega, który opowiada rzecz od drugiej strony, jak to te bastardy protestanckie zabijały republikanów na Falls Road. Wszystko w ramach polityki shared future, shared space, dotyczącej współistnienia dwóch społeczności, dzielenia przestrzeni i budowania wspólnej przyszłości zgodnie z procesem pokojowym.

 

Rob pochodzi z bardzo prostej rodziny. Podobnie jak Joe, też długo nie umiał czytać. Teraz operuje słownictwem, którego nie rozumieją jego towarzysze byłej niedoli, więc jest trochę outsiderem. Nie zna się na komputerze i na internecie, choć mógłby. Wszędzie chodzi z książkami lub kartkami, jak pilny student z czasów przedinternetowych.

Uczy się własnego języka jak języka obcego.

Wypisuje słówka. Uczy się ich na pamięć.

On, prosty chłopak z Shankill, zaskakuje swoich pobratymców, kiedy mówi o „rekoncyliacji z drugą stroną” czy o „tworzeniu filarów demokracji poprzez pracę u podstaw”.

Kiedy był w więzieniu, umarł jego ojciec. Rob nie dostał pozwolenia, by pojechać na pogrzeb, choć był do ojca bardzo przywiązany.

To go zabiło.

Gra w sztukach pisanych przez byłych więźniów. Gra samego siebie sprzed kilku lat – niemogącego się odnaleźć ani w czasach pokoju, ani wojny byłego paramilitarnego.

Nie ułożył sobie życia prywatnego, bo nie umie. Jego dom jest pusty. Nieczynna kuchenka. Kilka zdjęć rzuconych na szklany, zimny stół.

Na tych zdjęciach widzę pięknego młodzieńca z psem i kolegami. Bardzo szczęśliwego, skorego do zabawy. Pełnego nadziei.

– Gdybym urodził się kiedy indziej, gdzie indziej, byłbym artystą lub fizykiem jądrowym – mówi mi, wręczając przygotowaną przez siebie ulotkę, która tego dnia pojawi się wszędzie na Shankill.

Rob założył amatorski zespół muzyczny, zachęca mieszkańców dzielnicy pracującej do przyłączenia się. Chce im dać to, czego tu wszyscy szukają – cel. Szykuje się też do tego, by zorganizować własną instalację artystyczną. Szuka tematu, materiały już ma – wykorzysta to, czego Belfast ma w bród, czyli słynną czerwoną cegłę. I światło.

– A jestem nikim – dodaje.

– Jesteś artystą. Jesteś rodzącym się artystą. Twoje życie zaczyna się teraz. To, za którym tęskniłeś – mówię mu.

Uśmiecha się. Nieśmiało. Kątem ust. Jakby zaczynał rozumieć, że on już wyszedł, nomen omen, z Kłopotów.

Pádraig, republikanin, czterdziestodwulatek, unika dysydentów republikańskich jak ognia. Nie lubią go, bo pracuje z policją, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Jest katolikiem, wierzy w to, że Irlandia Północna stanie się częścią Republiki Irlandii, a jednocześnie nie przeszkadzają mu poglądy lojalistów, bo uważa, że jest i dla nich miejsce w procesie demokratycznym.

W jednej z dzielnic Belfastu wspiera trudne dzieci – których rodzice zapijają się na śmierć z różnych powodów. Bo nie odnaleźli się w czasie pokoju, bo wciąż na nowo przeżywają Kłopoty, bo tak. Dzieciaki po przyjściu ze szkoły ściągają mundurki i wychodzą na ulicę. Czasem wąchać klej, czasem rzucać kamieniami, czasem po prostu się pobawić.

Pádraig i jego ekipa też wychodzą na ulicę. Nawet gdy leje. Włóczą się tam, gdzie włóczą się dzieciaki. Rozmawiają z nimi o życiu i o ostatnim X Factor. Zapraszają do miejscowego centrum kultury, by obejrzały sobie film – w cieple i bez alkoholu. Pomagają pisać CV, jeśli dzieciaki już skończyły szkołę.

Czasem w ciągu dnia muszą zapukać do drzwi – jeśli dziecko nie pojawiło się w szkole, bo przesadziło z narkotykami, a rodzice nie zauważyli, że nie wyszło z domu.

Pádraig wierzy w to, że rozmowa i traktowanie tej młodzieży z szacunkiem może przynieść owoce. Nie od razu, nie u wszystkich.

– Ale jeśli taki gówniarz słyszy od rana tylko wyzwiska i dyskusje na temat wieczornego picia, powiela to. Staje się agresywny, znudzony i też nie szuka innych tematów – tłumaczy mi.

Pádraig nosi kaptur. W biurze, zabezpieczonym stalowymi drzwiami z trzema kamerami, bez zewnętrznej klamki, wielokrotnie atakowanym przez dysydentów republikańskich, na ścianie umieścił święty obrazek. Jak to republikanin, nie opowie mi wiele o swojej przeszłości, bo mi nie ufa, ale z jego oczu można wyczytać bardzo wiele – zna świat, w którym pomaga, mimo że jego mama była nauczycielką. Jako jeden z nielicznych przedstawicieli klasy średniej gdzieś w życiu zahaczył o dzielnice, w których toczyły się walki w czasie Kłopotów, i to mu zostało. Zobaczył. Może mu to zaimponowało, ta hardość dzieciaków ulicy widoczna tylko w tych miejscach.

Kiedy jego rodzina jeździła kamperem na wakacje i słuchała Mozarta, Pádraig przedzierał się do zakazanych miejsc, żeby walczyć w słusznej sprawie. Kiedyś kula lojalisty dosięgnęła jego przyjaciela. Metr obok. Przyjaciel zmarł.

Pádraig poznawał więc zupełnie inny świat, świat tak jaskrawo różny od tego, w którym się wychowywał. (Te kontrasty i dzisiaj bywają bardzo widoczne. Kiedy dwa lata temu w północnym Belfaście zamieszki zablokowały większą część miasta, w samym centrum, kilka kilometrów dalej, w piątkowy jasny lipcowy wieczór pachnący tłum kobiet w błyszczących sukniach i mężczyzn w dobrych garniturach czekał przed operą z kieliszkami w dłoniach na rozpoczęcie spektaklu. Młodzi, świetnie ubrani ludzie z dobrych domów oblegali wejścia do pubów, panowała atmosfera luźnej radości, beztroski, zabawy).

– Wiesz, że uruchomiliśmy kurs irlandzkiego w jednej z protestanckich dzielnic? – zapytał mnie Pádraig pewnego razu. Przypadek sprawił, że tego samego dnia rozmawiałam z pewnym radykalnym lojalistą, który rozmyślał, czy nie powinien zapisać się na irlandzki, bo, jak uznał, ma dość tego, że wszyscy upolityczniają ten język. Z dwóch stron – republikanie traktują go jako narzędzie walki z okupantem, lojaliści jako język, który rozsadzi imperium od środka, język opozycji. Wroga.

Lojalista, zmęczony konfliktem, wpadł na pomysł, że zacznie się go uczyć tak po prostu. Jak zwykły człowiek, który sobie coś postanawia, ma jakieś plany, chce podnieść swoje kwalifikacje lub poszerzyć horyzonty.

– Ludzie się uczą chińskiego, rozumiesz, a Chiny tak daleko. To ja się nauczę irlandzkiego – powiedział ten lojalista.

Pádraiga cieszy taka postawa.

– Normalizacja. A lojaliści mają to do siebie, że jak się za coś wezmą, to naprawdę są w tym dobrzy. Wiem, że na tym kursie idą jak burza. Proszą o więcej prac domowych. I zaczynają mówić po irlandzku.

Lojalista od irlandzkiego mówi:

– Bo wiesz, my mieliśmy wszystko podane na tacy przez wiele lat. Praca była pewna, dyskryminowano katolików, nie musieliśmy się nawet uczyć, żeby dostać jakąkolwiek pracę, zawsze była. Nikt się nie martwił. Katolicy musieli się wytężać i walczyć o cokolwiek, więc poszli w edukację. Nam się nie chciało.

Pádraig wierzy w dialog. I podchodzi do niego uczciwie – zaczyna od swoich ludzi. Tych zupełnie na dnie.

Eamonn ma bladą twarz. Ta bladość rzuca się w oczy, jest niepokojąca, chorobliwa. Głowę ma pokrytą ranami. Jego patrol w Afganistanie wjechał w ajdika, prowizoryczną minę, a potem jeszcze ostrzelali go talibowie.

Kiedy miał czternaście lat, dostał od IRA karabin. Teraz ma lat trzydzieści trzy, jest włóczęgą. Każda komórka jego chudego, irlandzkobiałego ciała jest pijana tanim alkoholem, na który wydaje szczodre brytyjskie zasiłki. Chodzi w starym dresie po centrum Belfastu i zaczepia ludzi, prosząc o pieniądze, choć je ma. Od rządu. Od rządu nie swojego państwa, co kiedyś go drażniło, ale doszedł do wniosku, że skoro państwo okupuje, niech płaci. Izrael nie wspiera Palestyńczyków, powiedział. Nie daje im zasiłków. Choć powinien. Niech Brytole, mówi Eamonn, płacą.

Eamonn bierze. Zasiłki okupanta finansują jego rozliczne nałogi i skutecznie odbierają motywację, by zmienić życie na inne, bezpomocowe, niezależne.

Towarzyszy mu bardzo skundlony husky – podobny do niego samego. Jest zaniedbany, wypłowiały, spłoszony, ma sklejoną sierść, która znajduje się też na bluzie Eamonna. Obaj mają zimne, nieobecne oczy.

Eamonn po długim epizodzie z IRA zaciągnął się do wojska i był w Iraku, a potem w Afganistanie.

Zabił wielu ludzi, jak powiedział. Wszyscy zasłużyli. I Irakijczycy, i talibowie, i protestanci. Wszyscy.

Kiedy wrócił do Irlandii Północnej, z rozczarowaniem stwierdził, że wojna się skończyła, nastał pokój, a on umie tylko zabijać.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?