BelfastTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ja i Bogu ducha winny angielski pastor, który zaplątał się w Irlandii Północnej, wybieramy kółko historyczne. Pastor szepcze, że kocha książki historyczne i że trzeba stworzyć bibliotekę, żeby dzieci mogły z niej korzystać. Pewnie, myślę.

Nuda.

Ale coś jest mocno nie tak.

W trakcie ćwiczenia okazuje się, że kółko historyczne jest traktowane jak święta krowa. Wszyscy się kłócą o podział godzin, a jednocześnie wyręczają mnie i pastora, przydzielając szczodrze czas naszemu kółku.

A jeśli nie przydzielają, to się bardzo z nim liczą. I bywa, że mówią za mnie i za pastora. Nienachalnie, z wyrozumiałością, ale jednocześnie bardzo konsekwentnie.

Kompletnie tego nie rozumiem. Kółko historyczne, czyli garstka znudzonych emerytów, jak sądzę, którzy zabijają czas. Wspaniale, ale jednocześnie można im chyba powiedzieć, żeby przychodzili kiedy indziej albo wcześniej, tak by to młodzież mogła częściej korzystać ze świetlicy, zamiast wałęsać się po ulicach.

Ale wszyscy tu walczą o to cholerne kółko historyczne.

Niczego się nie nauczę, myślę, poza lokalnymi zwyczajami.

A lokalne zwyczaje mówią, że kółko historyczne musi być wysłuchane.

To cieszy, ale wciąż nie wiem, dlaczego tak się dzieje.

Wracam do domu po pierwszym dniu i rzucam się w wir lektur. Czytam książki o UVF. I o UDA. Rozgryzam. Piszę. Zbieram notatki.

Drugi dzień. Zaczynają mi się otwierać oczy.

Kółko historyczne dba o pamięć. Dba o to, by mieszkańcy nie zapomnieli o swojej przeszłości.

Przeszłości klasy pracującej, która wciąż walczy o swoje prawa – by móc otwarcie wyznawać swoje poglądy, wygodnie żyć i kochać Królową bez interwencji ze strony irlandzkich republikanów, którzy w Belfaście walczą o odłączenie Irlandii Północnej od Wielkiej Brytanii. Albo – jeśli to kółko historyczne republikańskie – by móc demokratycznie walczyć o niepodległość Irlandii Północnej.

Przeszłości z czasów Kłopotów, kiedy przedstawiciele jednej dzielnicy byli atakowani za swoje poglądy i wiarę przez tych z drugiej dzielnicy. I nie pozostawali im dłużni.

Nie można było nikomu ufać. Przyjaciele okazywali się donosicielami, współpracownikami wywiadu, podwójnymi agentami.

Kółko historyczne myśli też i o przyszłości, którą w tym miejscu, w tej dzielnicy miasta, wyznacza lojalizm. I to nie emeryci je zasilają. Choć paru się znajdzie. To ludzie w każdym wieku.

Kółko historyczne dostaje wsparcie finansowe od państwa na różne projekty, z tych pieniędzy opłaca swoich community workers, choć wielu pracuje za darmo, za uścisk dłoni. Dla idei, którą jest wspieranie własnej społeczności. Pomaga, wspiera, pilnuje porządku. Zaprowadza porządek, kiedy trzeba.

Kółko historyczne jest w centrum wszystkiego. To sól tej ziemi. Stąd wszystko wychodzi i tu wszystko przychodzi. Kółko historyczne jest zwykle w rękach community activists.

Kółko historyczne to byli i być może obecni (tego nikt nie potwierdzi) członkowie organizacji paramilitarnych.

W swoim domu słucham później audycji radiowej, którą polecił mi taksówkarz. Rozzłoszczony. Bo znowu, jak powiedział, Stephen Nolan miesza. Nie daje spokoju. Zadaje niewygodne pytania. Grzebie w przeszłości. No i jest gejem.

– Nie żebym miał coś do gejów, ale rozumie pani, do tego wszystkiego jest jeszcze gejem. Do tego jątrzenia, wywlekania konfliktów, nastawiania ludzi przeciwko sobie, do tego atakowania lojalistów, republikanów, wszystkich – jest gejem.

Geje w Irlandii Północnej nie zawsze mają łatwo, choć i tak lepiej niż w Polsce. Ale do 2014 roku nie mogli na przykład oddawać krwi.

– Ma to sens – twierdzi taksówkarz. – W życiu nie wziąłbym krwi od Nolana.

Czterdziestoparoletni Stephen Nolan prowadzi w BBC Ulster poranny show nazwany jego imieniem i nazwiskiem. Radiowy dżingiel oznajmia, że to największy show w kraju (czyli w Irlandii Północnej). Średnio mnie to przekonuje, ale w pociągu, w autobusach, sklepach wciąż słyszę komentujących program Nolana, słyszę ciągle jego nazwisko i zaczyna mnie intrygować. Najciekawsze jest to, że jego osoba bardzo polaryzuje słuchaczy. Albo go nienawidzą (ale słuchają), albo kochają (i słuchają tym bardziej). Zastanawiam się, co może tak bardzo denerwować miejscowych – co podnosi im ciśnienie na tyle, że Nolan praktycznie nie schodzi im z ust. Czy z tym swoim bardzo irlandzkim nazwiskiem prezentuje poglądy, które irytują brytyjską część społeczności? Czy zajmuje stronę? Zgodnie ze swoim pochodzeniem preferuje Irlandczyków czy jest adwokatem diabła i to drażni jego rodaków? Czy całkiem odwrotnie – jest tak boleśnie (dla słuchaczy) obiektywny, że go nienawidzą wszyscy, solidarnie, ponad podziałami?

Włączam radio. Jest dziewiąta rano.

– Mój syn został ciężko ranny w tym zamachu na Shankill[5] – płacze starsza kobieta. – Nigdy nie odzyskał równowagi psychicznej. I dzisiaj mam czcić pamięć człowieka, który ten zamach przeprowadził? Jako bojownika o wolność? Przecież to się w głowie nie mieści.

– Zamachowiec wykonywał swoje zadanie, miał zabić wroga. Zginął w czasie wykonywania rozkazu, walcząc o niepodległość Irlandii – gorączkuje się inny słuchacz. Z drugiej strony barykady, to znaczy – republikanin.

– Jeśli to była wojna – podchwytuje Nolan – to skoro w czasie zamachu zginęli głównie cywile, oznacza to, że popełniono zbrodnię wojenną. Tymczasem jeden z zamachowców spędził w więzieniu tylko siedem lat i nie oskarżono go o ludobójstwo. Wyszedł w 2000 roku.

– Stephen, to nie była wojna – płacze matka rannego mężczyzny. – To nie była wojna!

Rzucam się do internetu. Googluję.

Sklep rybny w 1993 roku na Shankill Road. Do środka wchodzi dwóch zamaskowanych mężczyzn z IRA[6] (a dokładniej z Provisional IRA). Mają ze sobą bombę. W sklepie są sami cywile, w tym dwoje dzieci. Nad sklepem, jak sądzą zamachowcy, odbywa się zebranie protestanckiego UDA. To ono jest celem ataku.

Okazuje się jednak, że zebranie przeniesiono na inny termin. W wyniku eksplozji w sklepie śmierć ponosi dziesięć osób, w tym zamachowiec, a pięćdziesiąt siedem odnosi rany.

Operację tę opisuje się jako taką, która tragically went wrong (nie wyszła, a jej skutki były tragiczne).

Plan był inny, opowiadał później ten zamachowiec, który przeżył. Plan był taki, że: wchodzimy do sklepu, zmuszamy ludzi, grożąc bronią, żeby się jak najszybciej wynieśli, i zostawiamy bombę na ladzie. Czysta robota. Tymczasem bomba wybuchła za wcześnie.

W dniu, kiedy słucham Nolan Show, planowano odsłonić tablicę pamiątkową, by uczcić pamięć zamachowcy. Tabliczka głosi, że Thomas Begley zginął na służbie. Trumnę z jego ciałem dźwigał sam Gerry Adams[7].

Córka dwóch ofiar (!) napisała list do uczestników uroczystości, prosząc, by nie odsłaniali tablicy. Napisała, że rozumie ich ból, że śmierć to śmierć, ale nie można przecież gloryfikować pamięci kogoś, z kogo ręki zginęli niewinni ludzie.

– Na wojnie nie ma niewinnych ludzi – mówią republikanie w audycji Nolana. – Jesteś z nami albo przeciwko nam.

– Ale wtedy nie było wojny – odpowiadają krewni ofiar. – Gdyby była, mielibyśmy do czynienia ze zbrodnią wojenną.

Nie, mówią ci, którzy uważają, że to była wojna. Na wojnie są ofiary.

Żyjący zamachowiec Seán Kelly przeprosił ofiary zamachu (jego przeprosiny krążą w internecie i poszły w eter BBC), ale jednocześnie pochwalił Begleya jako bohatera.

– Kto jest terrorystą? Kto jest ofiarą? – pyta Nolan.

Kelly dostał dziewięć wyroków dożywocia. Ale wypuszczono go na mocy porozumienia wielkopiątkowego.

Człowiek z Provisional IRA miał, według zleceniodawców, dobre intencje. Wojenne dobre intencje. Tak krzyczą w audycji Nolana republikanie. O głosach całkiem młodych i całkiem starych.

Chciał zabić członków wrogiej organizacji paramilitarnej, której zdarzało się zabijać członków jego organizacji. Nie wyszło. Zabił cywili.

Nolan sugeruje, że właściwie wszyscy tu żyjący są ofiarami Kłopotów. Może warto by było zapomnieć o przeszłości? Odgrodzić ją od tego, co teraz?

– Przeszłość jest naszą teraźniejszością – mówi kobieta, która straciła obie nogi w zamachu bombowym przeprowadzonym przez IRA w 1972 roku w czasie krwawego piątku. W samym Belfaście wybuchło wówczas dwadzieścia sześć bomb.

Dziesięć osób dziennie zgłasza się z prośbą o pomoc do specjalnie po to powołanej organizacji Victim and Survivors Service. Inna organizacja, Wave Trauma Centre, prowadząca między innymi psychoterapię dla osób, które ucierpiały podczas Kłopotów, zajmuje się również dziećmi z zespołem stresu pourazowego. Dzieci te niekoniecznie żyły w czasie konfliktu, zdarza się, że ich rodzice, bezpośrednie ofiary zamachów czy strzelanin, przekazali im traumę.

Istnieje bowiem wiele sposobów przekazania traumy bez mówienia o niej, a może nawet głównie bez mówienia. „To może być tylko unikanie tematu, by nie wywoływać wspomnień, ale to mogą być też różne pozawerbalne zachowania, na przykład atak paniki, gdy wybuchają fajerwerki czy słychać helikoptery policyjne – twierdzi ekspert. – Dziecko to widzi i się tego uczy, a im mniej wyjaśnień, tym więcej lęków i w nim”.

Istnieje też… hierarchia ofiar, której trzymają się same ofiary. „Uważa się, że ci, którzy stracili więcej niż jednego członka rodziny albo na skutek zamachu terrorystycznego odnieśli rany i są niepełnosprawni albo którym zabito dzieci, stoją w hierarchii wyżej niż ci, którzy wyzdrowieli albo którym zabito jedną bliską osobę, i to starszą”[8] – w książce Give a Boy a Gun pisze Alistair Little, północnoirlandzki terapeuta i mediator, były paramilitarny.

Ból jest bólem. Porównywanie jego jakości wydaje się niemożliwe, ale ludzie tu to robią. Ja cierpię więcej, ty mniej. Ja jestem bardziej ofiarą, ty mniej. Bo w przeliczeniu strat mój ból musi być większy. A poza tym, skoro byłeś po tamtej stronie, może w ogóle nie jesteś ofiarą, choć straciłeś rodzinę…

 

Tak więc mimo że nikt Nolana nie lubi, wszyscy go słuchają. Bo każdy z pewnością widzi ofiarę Kłopotów w sobie. Kiedy ktoś sugeruje, że po drugiej stronie też były ofiary, z miejsca budzi kontrowersje, choć coraz więcej osób zaczyna dostrzegać słuszność tej tezy. Bywa, że przez łzy.

Od tej pory słucham Nolana co rano.

Jak cała reszta Irlandii Północnej.

I kiedy jadę ponownie do Derry / L’Derry, tym razem na marsz upamiętniający krwawą niedzielę, myślę właśnie o ofiarach. To ma być ostatni marsz, bo państwo brytyjskie przyznało, po wielu latach dochodzeń, komisji śledczych i badań, że w 1972 roku strzelało do niewinnych protestujących przeciwko prawu umożliwiającemu internowanie podejrzanych o terroryzm, że ofiary (czternaście) były nieuzbrojone i nie stanowiły zagrożenia. Na marszu pojawiają się tysiące ludzi. Koniec stycznia, lekko zachmurzone niebo, soczysta zieleń trawy. Nie ma nigdzie policji. Tłum jest spokojny, smutny. W rękach rodzin ofiar zdjęcia zastrzelonych. Jest też orkiestra z gigantycznymi bębnami, na których wymalowani są żołnierze IRA z bronią.

Marsz zaczyna się w najtrudniejszej dzielnicy miasta, zamieszkałej też przez dysydentów republikańskich[9], Creggan. Po drodze do marszu dołączają setki ludzi. Spokój, cisza, porządek pilnowany przez rosłych mężczyzn w cywilnych ubraniach, jak mniemam, policjantów. Zatrzymują ruch, stoją na skrzyżowaniach.

Mają bardzo poważne, groźne twarze.

I ta władczość gestów. Wyciągnięcie ręki – nadjeżdżające auto hamuje z piskiem opon i błyskawicznie się wycofuje. Żadnych dyskusji. Żadnych pytań.

– To nie policjanci, to kółko historyczne – informuje mnie lokalny mieszkaniec, kiedy pytam o owych porządkowych. – Policja dzisiaj siedzi na posterunkach albo jeździ po protestanckich dzielnicach. Nie mogą prowokować. Tu nie wjadą.

Bo policja to w oczach wielu republikanów ramię państwa brytyjskiego, tego samego, które lata temu rozkazało strzelać do niewinnych ludzi, ofiar Kłopotów, w krwawą niedzielę.

Jestem zaintrygowana. Fascynuje mnie spokój i układna cisza panujące w czasie marszu. To nie tylko wyraz żałoby i bólu, ale i czegoś jeszcze innego, jakiejś dyscypliny, która nie zna i nie rozumie sprzeciwu. I nikogo, poza mną, to nie dziwi.

Zbieram myśli, posiłkując się tym, co widzę, i tym, co wydaje mi się, że wiem. Patrzę przez okna pociągu, studiuję twarze mieszkańców trudnych dzielnic, czytam wszystko, co mi wpadnie w ręce, by zrozumieć to, co staje mi przed oczami, ogarnąć niepojęte.

Przystojny rudy mężczyzna z karabinem walczący o swój kraj. Ogorzały bohater w kominiarce. Tyle wygrzebałam ze wspomnień z dzieciństwa. Dla nastolatki, która w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych czerpała wiedzę na temat Irlandii Północnej z amerykańskich filmów, uromantyczniona wizja brudnej wojny była jedyną znaną, i to tylko fragmentarycznie, wyrywkowo, w taki sposób, w jaki irlandzka diaspora żyjąca w USA, przeznaczająca duże pieniądze na hollywoodzkie produkcje, chciała, by świat odbierał IRA.

Pamiętam filmy, które w latach dziewięćdziesiątych oglądała cała Polska: Gra pozorów (1992) Neila Jordana czy Zdrada (1997) Alana Pakuly z Bradem Pittem. Terroryści z IRA mają w nich nie tylko piękne, archetypowe twarze silnych, zdecydowanych mężczyzn, ale i są najzwyczajniej w świecie sympatyczni. W Grze pozorów główną rolę grał Stephen Rea, charyzmatyczny aktor z Belfastu, który poza karierą kinową wsławił się też tym, że w czasie Kłopotów w wiadomościach telewizyjnych podkładał głos pod terrorystów[10]. Jego żona Dolours Price dwie dekady wcześniej uczestniczyła w zamachu bombowym na Old Bailey w Londynie. Rannych zostało wówczas dwieście osób. Price spędziła siedem lat w więzieniu za terroryzm i brała udział w słynnym strajku głodowym w 1981 roku. Siostra Dolours, Marian Price (której nazwisko znajduje się na rozlicznych graffiti w zachodnim Belfaście, zamieszkałym głównie przez republikanów), wyszła z więzienia w 2013 roku – przebywała tam oskarżona o wspieranie organizacji terrorystycznej.

Rea w Grze pozorów wciela się w człowieka, którego nie da się nienawidzić. Tak, zabija, tak, planuje zamach terrorystyczny, ale jednocześnie pokazuje wrażliwą stronę bojownika IRA – cierpiącego, smutnego, wahającego się, skrzywdzonego, wrażliwego. Zaprzyjaźnia się z porwanym przez siebie brytyjskim żołnierzem. Ma rozkaz go zabić, ale nie chce. Gdyby nie fakt, że żołnierz ginie przypadkiem, potrącony przez wóz opancerzony podczas próby ucieczki, możliwe, że udałoby mu się wymknąć terroryście o gołębim sercu.

Brad Pitt, grający członka IRA w Zdradzie, też budził sympatię. Może ze względu na urodę. Może dlatego, że jego misja w Ameryce (zdobycie rakiet Stinger, by walczyć z armią brytyjską) przedstawiona była jako misja w zamiarze zbrodnicza, ale uzasadniona jego traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa. Na jego oczach zabito ojca, też członka IRA. Szybko znajduje wspólny język z dziećmi człowieka, u którego zamieszkał. Jest ciepły, rozumiejący, wspiera. Na koncie ma kilkanaście morderstw politycznych, jak się je teraz nazywa – i planuje kolejne, jednocześnie pocieszając dziecięce złamane serca. Dobry morderca, serdeczny żołnierz.

Po latach dowiaduję się też, że potężne fundusze, którymi dysponowała IRA do walki z „brytyjskim najeźdźcą”, przekazywali Amerykanie pochodzenia irlandzkiego (i nie tylko), których mieszka w Stanach czterdzieści milionów. Jedną z organizacji finansujących działalność IRA był i jest Irish Northern Aid Committee, łączony z Sinn Féin, czyli z Provisional IRA, składający się z Amerykanów irlandzkiego pochodzenia. Uważa się, że NORAID stał za przemytem broni do Wielkiej Brytanii i że wciąż wspiera Sinn Féin[11]. Inna organizacja wspierająca republikanizm i dysydentów to nowojorski The Irish Freedom Committee, który nie zgadza się z założeniami procesu pokojowego. Ale najważniejszy sponsor, który zresztą uniknął rozgłosu medialnego w przeciwieństwie do dwóch wyżej wymienionych, to Clan na Gael, tajna organizacja zrzeszająca emigrantów irlandzkich republikanów. „Clan na Gael z łatwością zbiera pieniądze na IRA, ponieważ wielu starszych Irlandczyków chętniej wspiera militarne skrzydło organizacji, a nie polityczne”[12].

Moja wiedza brała się zatem głównie z filmów. I czegoś, co Anglosasi zwą trafnie hearsay. Gdzieś się o Irlandii Północnej wspominało. Potem w 1992 roku pojechałam po raz pierwszy do Londynu w czasie jednorocznej przerwy na studiach. Poza doświadczeniem rozlicznych ataków szoku kulturowego dowiedziałam się też, że Londyn jest pozbawiony śmietników dlatego, że stanowią one świetne miejsca do podrzucania materiałów wybuchowych. Nie mówiło się wówczas nic o terroryzmie islamistycznym, ale o zagrożeniu zamachami ze strony IRA. To wtedy zaczęto rozwieszać plakaty z prośbami o zachowanie czujności w miejscach publicznych, o zgłaszanie na policję każdego podejrzanego, nietypowego zachowania i porzuconego pakunku.

Brytyjskie media nie dzieliły się zbyt entuzjastycznie ze światem informacjami na temat konfliktu toczącego się od końca lat sześćdziesiątych XX wieku w Irlandii Północnej.

Nie mówiło się o torturach, jakim poddawano wrogów IRA czy osoby podejrzane o współpracę z brytyjskimi służbami specjalnymi lub policją.

Nie mówiło się o drugiej stronie medalu – o protestanckich organizacjach paramilitarnych, które walczyły z IRA i bywało, że ze swoimi sympatykami, gdy ci nie okazywali się zbyt lojalni wobec Królowej.

Nie mówiło się o tym, że w Irlandii Północnej wprowadzono pięć dozwolonych technik śledczych (przymusowe stanie, zakrywanie głowy kapturem, pozbawianie snu, głodzenie i poddawanie tak zwanemu białemu hałasowi), których stosowanie w 1978 roku potępił Europejski Trybunał Praw Człowieka, oraz że podczas torturowania więźniów (na przykład przy użyciu prądu) obecni byli lekarze więzienni.

W latach dziewięćdziesiątych już miałam kupować bilet na autobus z Londynu do Belfastu, kiedy IRA przeprowadziła zamach na jedną z dzielnic stolicy Anglii. Kiedy powiedziałam mojej ówczesnej brytyjskiej pracodawczyni, że wybieram się do Irlandii Północnej, ta wzdrygnęła się z obrzydzeniem. Widać było, że mierzi ją ta część świata. Że Belfast jest dla niej synonimem wcielonego zła, które może się rozlać na resztę Królestwa.

– Jest tyle pięknych miejsc w Wielkiej Brytanii. Oszalałaś? Jechać na front? Do dzikich? – zapytała, grożąc, że nie da mi dnia wolnego, bo nie chce przyczynić się do mojej śmierci.

Nie przypuszczałam, że los rzuci mnie tam na stałe.

Zamieszkałam w Belfaście w 2009 roku, tuż po zamachu na baraki wojskowe w Massereene, w czasie którego został ranny polski dostawca pizzy, ocalony zresztą przez żołnierza brytyjskiego, który następnego dnia miał jechać na misję do Afganistanu.

Żołnierz zginął z rąk dwóch zamachowców z Real IRA.

Trzydziestodwuletni Polak wylądował w szpitalu w stanie ciężkim.

Polak był ofiarą, bo, jak poinformowali zamachowcy w rozmowie telefonicznej z dublińskim „The Sunday Tribune” (tu zamachowcy wyjaśniają, jaka idea im przyświeca, gdy ostrzegają o planowanych akcjach), współpracował z brytyjskim okupantem. Bo gdy dowozisz pizzę żołnierzowi brytyjskiemu, to z nim współpracujesz.

Proste.

Dostawcy pizzy zostali przez zamachowców określeni jako legitimate targets. To termin wojenny.

W mediach zaroiło się od słów potępienia. Republikanie, lojaliści, ludzie środka. Przez Irlandię Północną przeszły marsze solidarności, marsze pamięci, marsze ofiar.

Richard Walsh, rzecznik republikańskiej partii Sinn Féin, potępił zamach, ale nie nazwał go, jak inni, barbarzyńskim morderstwem, lecz „aktem wojny”.

„Zawsze utrzymywaliśmy, że Irlandczycy mają prawo stosować każdy rodzaj kontrolowanej siły, by doprowadzić Brytyjczyków do opuszczenia Irlandii. Za to nie będziemy przepraszać”.

Czyli że co? Że wojna trwa mimo porozumienia wielkopiątkowego z 1998 roku?

Zostaję. Chcę wiedzieć, o co tu chodzi.

Jak rozpoznać katolika w Belfaście

Bardzo prosto. Można zacząć od próby obrażenia rozmówcy.

Wystarczy nie zidentyfikować jego tożsamości w sposób prawidłowy i nazwać go albo Irlandczykiem (jeśli jest Brytyjczykiem, czyli stanowi większość mieszkańców Irlandii Północnej), albo Brytyjczykiem (jeśli stanowi mniejszość, czyli jest Irlandczykiem) lub, co jest najgorsze, nazwać go Anglikiem. Wtedy można obrazić za jednym zamachem i Brytyjczyka, i Irlandczyka.

To bardzo łatwe.

Anglików w Irlandii Północnej jest stosunkowo niewielu. Zwykle pracują w instytucjach państwowych na wysokich stanowiskach (w policji, urzędach, na uniwersytecie), budząc zresztą z tego powodu niechęć ulicy w pewnych dzielnicach. Szef północnoirlandzkiej policji był Anglikiem. Dlatego ulica mu nie ufała i w tym jednoczą się zarówno lokalni Irlandczycy, jak i Brytyjczycy. Może właśnie z tego powodu zrezygnował ze swojego stanowiska kilka miesięcy temu. Bo, jak twierdzili mieszkańcy Irlandii Północnej, nie zna i nie rozumie realiów. A może miał dość trudnego nawigowania w północnoirlandzkiej rzeczywistości?

Trochę Anglików jeździ taksówkami, bo przyjechali do Belfastu w czasie Kłopotów jako brytyjscy żołnierze. Zakochali się w rudowłosych pięknościach i zostali. Teraz niechętnie mówią o swojej przeszłości, by, jak sami twierdzą, nie stać się łupem republikanów. Co zdolniejsi nauczyli się mówić z lokalnym akcentem, który porzucają tylko w domowych pieleszach, bo tam czują się bezpieczni.

I tyle. Irlandia Północna jest zamieszkała przez Brytyjczyków i Irlandczyków, i coraz większą grupę mniejszości narodowych.

Brytyjczycy i Irlandczycy mieszkają tu obok siebie od stuleci, a konkretniej od XVII wieku, kiedy na teren Ulsteru zaczęli docierać emigranci z Anglii i Szkocji. Okres ten nazywa się „plantacją”, ponieważ Brytyjczycy wysyłali do katolickiej Irlandii ludzi (protestanckich Szkotów i Anglików) po to, by w ten sposób stworzyć armię lojalnych żołnierzy, którzy ukróciliby powstania irlandzkie, wspierane przez tradycyjnych wrogów Anglii, Hiszpanię i Francję[13].

Część mieszkańców Irlandii Północnej zupełnie bezproblemowo traktuje dzielenie przestrzeni z innymi. Ale część ma zbyt świeże rany, by umieć przejść do porządku dziennego nad faktem, że od 1998 roku w kraju panuje pokój.

John z kursu mediacji jest taką właśnie osobą, którą bardzo łatwo urazić niewłaściwym narodowym przyporządkowaniem.

John określa siebie jako Brytyjczyka. Gorzko zauważa, że niestety przyjezdni nie rozumieją istoty konfliktu, który niby się skończył, ale tak naprawdę wciąż trwa. Są też i tacy, którym się zdarza powiedzieć, że mieszkają w Irlandii, nie w Zjednoczonym Królestwie Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, miłościwie rządzonym przez Elżbietę II.

 

– Gdyby to była Irlandia, zarabialiby w euro – przypomina John.

Choć sam szanuje Londyn (dzięki niemu od kilku lat żyje z zasiłków, ponieważ jest chory), nie toleruje niewiedzy przybyłych i utożsamiania go z Anglikami. Bo Anglicy powinni płacić Irlandii Północnej za to, że jest częścią Zjednoczonego Królestwa, ale czym innym jest płacenie, a czym innym jest wtrącanie się do poczucia tożsamości. I powątpiewanie w nie. Bo Brytyjczycy z Ulsteru, kiedy pojawiają się w Londynie, są określani przez Anglików jako Irlandczycy właśnie. Przez akcent. Straszna to obraza dla niektórych radykałów i okropna niesprawiedliwość, że najbardziej waleczni synowie Brytanii, którzy na co dzień demonstrują z flagami, malują probrytyjskie murale, są tak odbierani przez mieszkańców swojej stolicy.

I dla Irlandczyków (tych zaangażowanych w konflikt) Anglik to wcielenie zła. To Anglicy zasiedlili Irlandię swoimi pobratymcami, konfiskując ziemię jej prawowitym właścicielom w XVII wieku i narzucając swoją kulturę, zwyczaje i religię. Do Anglików dołączyli Szkoci i Walijczycy.

Zakłada się tu, że Irlandczyk = republikanin = katolik. Może tak być i często tak jest. Możliwe są jednak inne wariacje, często Irlandczyk = komunista (w swoim rozumieniu komunizmu, które drastycznie odbiega od tego, co pokazuje historia XX wieku na przykładzie chociażby PRL-u czy Związku Radzieckiego). Bardzo często Irlandczyk to socjalista.

Katolicy irlandzcy są bardzo wierzący i oddani Kościołowi. W lokalnych gazetach zamieszczają w dziale ogłoszeń drobnych prośby o modlitwy do ojca Pio za chorych czy z okazji urodzin członków rodziny. Ogłoszenia takie zajmują zwykle kilka stron. Wychodząc z domu, robią znak krzyża, młodzi niepokorni z inklinacjami do buntu tatuują sobie krzyże i świętych na ramionach i szyjach zaraz obok symboli wolnej Irlandii.

Jeśli mieszkają w dzielnicach klasy pracującej, jak na przykład Ardoyne czy Markets w samym centrum Belfastu obok szklanych biurowców, ich domy ozdobione są muralami przedstawiającymi ochotników IRA, z bronią lub bez, patrzących w dal lub prosto w oczy przechodnia. Mogą to też być symbole walki narodowo-wyzwoleńczej z innych krajów, flagi palestyńskie (bo ich zdaniem Palestyńczycy cierpią dokładnie tak samo jak oni pod okupacją Wielkiej Brytanii), portrety Che Guevary, ofiar strajku głodowego z 1981 roku i tym podobne. W tych dzielnicach, w które rząd brytyjski pompuje więcej pieniędzy i gdzie ludzie są zmęczeni konfliktem, nowe murale mają charakter kulturowo bardziej neutralny – maluje się chłopców i dziewczęta grających w hurling (irlandzką grę łączącą hokej z bejsbolem) czy inne mniej prowokujące obrazy.

W szkołach młodzi republikanie uczą się irlandzkiego, którym zwykle nie mówią ich rodzice, poza tymi, którzy siedzieli w więzieniu, gdzie co aktywniejsi bojownicy IRA podnosili świadomość narodową współtowarzyszy i uczyli tego języka, czy tymi, którzy pochodzą z klasy średniej. Irlandczycy dbają o to, by postrzegano ich jako sympatyzujących z mniejszościami narodowymi i wszystkimi uciśnionymi.

Jeśli są radykalnymi republikanami, z pewnością będą również antysyjonistami.

Brendan, trzydziestoletni pracownik miejscowego radia irlandzkiego (w brytyjskim Belfaście działa irlandzkie radio skierowane do irlandzkojęzycznej mniejszości), prowadzonego przez bardzo aktywnego republikanina, wrażliwy intelektualista, z którym przygotowywałam nagranie z rozmówkami polsko-irlandzkimi, do sprawy lokalnego konfliktu miesza też konflikt palestyńsko-izraelski.

Irlandczycy z Belfastu wyciągnęli rękę do polskiej diaspory i udostępnili jej kilka godzin czasu antenowego w tygodniu. I tak w radiu język irlandzki mieszał się z polskim. Prowadziłam polskojęzyczną audycję przez dwa lata (z innym rodakiem) i Brendan wpadł na pomysł, by nagrać rozmówki dla tych, którzy chcą się uczyć irlandzkiego lub polskiego. Wiele wieczorów poświęciliśmy na próbach tłumaczenia zdań typu: „Irlandzkie krowy dają pyszne mleko” na polski, posiłkując się oczywiście angielskim. Nagraliśmy kilka płyt CD i w czasie tych niekończących się godzin sesji mogliśmy bardziej otwarcie porozmawiać o tym, co czują i myślą Irlandczycy, jak ważna dla nich jest ich tożsamość narodowa, tłamszona, jak twierdzą, przez brytyjskiego okupanta.

Radio mieściło się wówczas w ultrarepublikańskiej dzielnicy. Bywało, że docierałam na audycję tuż po spotkaniach z ultraradykalnymi lojalistami. Trudno mi było wtedy o obiektywizm. Spotykałam ofiary republikanizmu po to, by parę godzin później spotkać ofiary lojalizmu – i nie mówić o tym, tylko pochylić się nad jakimś zadaniem, które z kolei miało wesprzeć emocjonalnie moich rodaków.

I to Brendan zwrócił moją uwagę na paralelę między konfliktem palestyńsko-izraelskim a brytyjsko-irlandzkim. Paralelę może nieoczywistą, niekoniecznie jednoznaczną dla kogoś, kto nie jest zanurzony w konflikcie po uszy, ale dla obu stron ważną. Na tyle ważną, że wciąż przywoływaną.

Niechętny stosunek do Izraela i bezkrytyczne wsparcie sprawy palestyńskiej to zdaniem Brendana bardzo ważny element tożsamości republikańskiej. Tak też można rozpoznać swoich. Brendan jest za międzynarodowym bojkotem produktów powstałych w osiedlach żydowskich na terenach zajmowanych przez Izrael. Gdyby wziął udział w jakiejś publicznej dyskusji na ten temat, od razu byłoby wiadomo, że jest Irlandczykiem, bo niemal żaden lojalny Brytyjczyk z Belfastu nie wypowie się negatywnie na temat Izraela. Flagi palestyńskie powiewają w dzielnicach republikańskich, w brytyjskich – flagi Izraela. Kiedy zaproponowano umieszczenie na ścianie miejscowej synagogi tablicy pamiątkowej z nazwiskiem izraelskiego prezydenta Chaima Herzoga, który urodził się w Belfaście, republikanie doprowadzili do porzucenia pomysłu, który z kolei wspierali mocno lojaliści.

Irlandczycy noszą celtyckie imiona: Ciarán, Pádraig, Dónall, Deirdre. Ich nazwiska są patronimiczne, z przedrostkami, zresztą zanglicyzowanymi, „Mac” czy „O’” lub normandzkim „Fitz”.

Brytyjczycy to głównie Williamy, na cześć Wilhelma III Orańskiego, zresztą Holendra (Williama of Orange, zwanego też pieszczotliwie przez lokalnych Billym, który w 1690 roku zwyciężył Jakuba II, katolika, w bitwie pod Boyne), Jamesy, Johny i tym podobne.

Dzielnice protestanckie mają pomalowane lampy i krawężniki w kolory flagi brytyjskiej. Murale przedstawiają Edwarda Carsona (założyciela Ulster Volunteer Force), obrazy z bitwy pod Sommą, portrety ofiar IRA, mężczyzn w kominiarkach i z bronią walczących o to, by nie oddzielić Irlandii Północnej od Korony. Największe święto lojalistów to 12 lipca, rocznica bitwy pod Boyne – dzień zawsze wolny od pracy i bywa, że kończący się zamieszkami, w których najwięcej ofiar zwykle stanowią policjanci.

Sami zainteresowani rozpoznają się od razu. Jak twierdzą, wystarczy rzut oka lub uważne słuchanie. I znajomość lokalnej topografii.

Akcent protestanta z lojalistycznej Shankill Road brzmi bardzo charakterystycznie i jest natychmiast rozpoznawalny dla wytrawnego ucha.

Podobnie akcent katolika z odległej o kilometr Falls Road. Dla mnie, po kilku latach mieszkania w Belfaście, nie. Kiedy zamówiłam taksówkę do mojej republikańskiej dzielnicy (korzystam z firmy, która zatrudnia obie strony i cudzoziemców, w związku z czym może wjeżdżać wszędzie), taksówkarz okazał się mieszkańcem Shankill i zabłądził. Zatrzymał się niedaleko mojego domu i zaczepił grupę mężczyzn, moich sąsiadów, z pytaniem, gdzie znajduje się szukana przez niego ulica. Popatrzyli na niego ciężkim wzrokiem. Stali na tej ulicy.

– Nie mamy cholernego pojęcia – odpowiedzieli bardzo uprzejmie (no fucking clue fucking wymawiane: „foking”). Rozpoznali go po akcencie. Nie chcieli mu pomóc.

Na szczęście są inne, mniej subtelne znaki rozpoznawcze, kto jest kim, poza oczywiście adresem zamieszkania i imieniem. Okazuje się, że katolicy inaczej wymawiają literę „h” – „hejcz”, w odróżnieniu od protestantów, którzy mówią „ejcz”. Tu nie ma miejsca na błąd, dla lokalnych jest oczywiste, kto jak mówi. W kulturze anglosaskiej często prosi się w urzędach czy w czasie rozmów w różnego rodzaju instytucjach o przeliterowanie nazwiska – pozornie niewinna czynność na tak zwanej wyspie głównej (mainland, obejmującej Anglię, Szkocję i Walię) w Irlandii Północnej nabiera innego charakteru. Od razu wiadomo, z kim ma się do czynienia.