BelfastTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W serii ukazały się ostatnio:

Filip Skrońc Nie róbcie mu krzywdy

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym (wyd. 2)

Karolina Baca-Pogorzelska, Michał Potocki Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu

Maciej Wasielewski Jutro przypłynie królowa (wyd. 2)

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u (wyd. 2)

Anna Sulińska Olimpijki

Wojciech Górecki, Bartosz Józefiak Łódź. Miasto po przejściach

Lidia Ostałowska Farby wodne (wyd. 2)

Albert Jawłowski Miasto biesów. Czekając na powrót cara

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii (wyd. 2)

Swietłana Aleksijewicz Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy (wyd. 2)

Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej

Piotr Lipiński Kroków siedem do końca. Ubecka operacja, która zniszczyła podziemie

Karolina Przewrocka-Aderet Polanim. Z Polski do Izraela (wyd. 2 zmienione)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość (wyd. 2 zmienione)

Ludwika Włodek Gorsze dzieci Republiki. O Algierczykach we Francji

Peter Robb Sycylijski mrok (wyd. 2)

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi, pod red. Małgorzaty Nocuń (wyd. 2)

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu (wyd. 2)

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe (wyd. 2)

Tomasz Grzywaczewski Wymazana granica. Śladami II Rzeczpospolitej

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci (wyd. 2)

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier (wyd. 2)

Birger Amundsen Harald. Czterdzieści lat na Spitsbergenie

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 4)

Małgorzata Sidz Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii (wyd. 2)

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji (wyd. 2)

Ewa Stusińska Miła robótka. Polskie świerszczyki, harlekiny i porno z satelity

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Łukaszenka. Niedoszły car Rosji (wyd. 2 zmienione)

Dawid Krawczyk Cyrk polski

W serii ukażą się m.in.:

Peter Hessler Pogrzebana. Życie, śmierć i rewolucja w Egipcie

Peter Hessler Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach (wyd. 2)


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Jez Coulson / Panos Pictures / Forum

Copyright © by Aleksandra Łojek, 2015

Opieka redakcyjna Łukasz Najder

Redakcja Tomasz Zając

Korekty i skład d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-205-1

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Epigraf

Wstęp do drugiego wydania

Wprowadzenie

Jak Brad Pitt Irlandii bronił

Jak rozpoznać katolika w Belfaście

Jak matka trzech synów straciła

Jak Brendon zamieszki zakończył

Jak działa sprawiedliwość naprawcza

Jak policjant z paramilitarnymi rozmawia

O tym, jak Ciarán w bandycie kuzyna rozpoznał

Jak morderca stał się terapeutą

Jak pisać, gdy nad głową wisi wyrok śmierci

Jak popełnić samobójstwo w Belfaście

Jak polować na ludzi – dla idei i bez idei

Jak strzelać „na ojca Pio”

Jak Arab i Włoch Belfastem trzęśli

Jak kochać w Belfaście

Jak dać nadzieję

Jak lojaliści zjednoczą Irlandię, czyli paradoksy Brexitu

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Kolofon

Izaakowi, my Belfast child

Trudno dorastać w Irlandii Północnej i nie poczuć się prędzej czy później zmuszonym do namysłu. Wokół jest tyle podziałów, że ludzie nieustająco napotykają jakieś granice, przed którymi muszą nagle stanąć jak wryci. […]

Ulster jest brytyjski, powiadają jedni, Ulster to Uladh, prastara część Irlandii. Po jednej stronie mówi się na ziemniaka potato, po drugiej – potatto. Takie różnice współtworzą ludzki los. W Irlandii Północnej nabierają jednak szczególnej, typowej dla tego miejsca intensywności.

Seamus Heaney, Znalezione–przywłaszczone. Eseje wybrane 1971–2001, przeł. Magda Heydel

Najgorszą stroną muru jest to, że u wielu ludzi wyrabia on postawę obrońcy muru, tworzy typ myślenia, w którym przez wszystko przebiega mur dzielący świat na zły i niższy – ten na zewnątrz, i dobry i wyższy – ten wewnątrz. W dodatku wcale nie trzeba, aby taki obrońca był fizycznie przy murze obecny, może on być daleko od niego, wystarczy, żeby nosił w sobie jego obraz i hołdował regułom, które logika muru narzuca.

Ryszard Kapuściński, Podróże z Herodotem

Wszystko, co anormalne, jest tu normalne.

dr Jonny Byrne, Ulster University

Wstęp do drugiego wydania

Belfast zmienił się w ciągu ostatnich lat.

Od 2015 roku, kiedy pojawiło się pierwsze wydanie książki, stał się bardzo wielokulturowy. Przyjął setki, jeśli nie tysiące uchodźców (w tym nielegalnych). Białe dzielnice klasy pracującej (working class – ta terminologia, mogąca drażnić pamiętających PRL, jest jak najbardziej na miejscu w Zjednoczonym Królestwie), w których zwykle mieszkali biali protestanci lub katolicy i ich jedynym kontaktem ze światem innych kultur było zamówienie chińszczyzny czy indyjszczyzny na wynos, stały się wielokolorowe. Na mojej niewielkiej ulicy mieszkają przedstawiciele około dwudziestu narodowości. Wcześniej byli głównie miejscowi protestanci oraz kilka polskich rodzin.

Wszyscy ci nowo przybyli nie mają najmniejszego pojęcia, gdzie żyją, z kim się zadają, z jakimi napięciami i uwarunkowaniami historycznymi mają do czynienia. Rzadko wiedzą coś na temat lokalnej polityki, a jeśli wiedzą, to są to informacje przefiltrowane przez media. A tymczasem wciąż najważniejsza jest ulica i to, jak się na niej wszystko załatwia. To bywa źródłem nieporozumień, niekoniecznie na tle rasowym. Prawo chroniące mniejszości narodowe jest w Irlandii Północnej bardzo postępowe, ale często przymyka się oczy na konflikty, które mogłyby zagrozić miejscowym przywódcom, aktywistom, politykom. Wtedy trzeba liczyć na szczęście.

Oddolne inicjatywy, by utrzymać spokój, rozwijają się nieprzerwanie. Angażuje się w nie coraz więcej ludzi, wciągając swoje rodziny, przyjaciół. Coraz młodsi chcą budować społeczeństwo obywatelskie w oparciu o szacunek do kompletnie nierozumianej drugiej strony. I trzeciej, i czwartej. To postawa zaraźliwa. W trakcie pandemii każda dzielnica uruchomiła kilka, a czasem kilkanaście telefonów pomocowych, niektóre były czynne całą dobę. Obojętne, kim był dzwoniący: protestantem, katolikiem, Romem czy Chińczykiem – jeśli potrzebował pomocy, bo był w samoizolacji, mógł dostać posiłek, wolontariusze mogli odebrać jego leki z apteki, zrobić zakupy czy zapłacić rachunek za gaz lub prąd. Różnice religijne czy światopoglądowe nie miały żadnego znaczenia. Na interfejsach, miejscach styku ziem katolickich i protestanckich, czasem ustawiają się dzieciaki, ale dorośli już nie, bo boją się COVID-u. Nie ma rac, nie ma ataków na kobiety, na przeciwników ideologicznych. Czy Brexit to wszystko przewartościuje, jak już wstępnie zrobiły to imigracja oraz COVID?

 

Zobaczymy.

Wprowadzenie

„To nie jest książka o Irlandii Północnej” – od tych słów zaczynała się moja pierwsza lektura o tym skrawku ziemi, autobiografia żołnierza jednej z organizacji paramilitarnych wciąż działających w Ulsterze.

Pozwolę sobie pożyczyć to zdanie.

Bo to też nie jest książka o Irlandii Północnej, tylko o jej części, o ludziach, o których nie czyta się w kolorowych czasopismach. Nie pojawiają się oni w świetle fleszy, nie udzielają wywiadów i nie uświetniają swoją obecnością wydarzeń kulturalnych. Nie ściskają dłoni politykom ani nie są zapraszani na rauty i bankiety.

Dla moich bohaterów wyjazd poza Belfast jest wycieczką. Ba, pójście do innej dzielnicy bywa wyzwaniem, bo mogą tam wciąż żyć mordercy członków ich rodzin.

Moi bohaterowie – Brytyjczycy i Irlandczycy, często pozbawieni wielu szans, jakie dawałby im inny adres zamieszkania, słabo wyedukowani albo zdobywający wykształcenie już w latach dojrzałych dzięki kursom online – są zapomniani przez brytyjskie, a co za tym idzie i ogólnoświatowe media. Ich świat nikogo nie interesuje, poza, oczywiście, okresem przedwyborczym, kiedy skupia się na nich ulotna na co dzień uwaga polityków. Zepchnięci na margines, niesłuchani, żyją w cieniu politycznych negocjacji, rozmów o statusie Irlandii Północnej, ale bez możliwości przebicia się do sumienia świata. O konflikcie palestyńsko-izraelskim czy w Rwandzie napisano bardzo dużo w wielu językach. O ludziach Irlandii Północnej – nie.

Nie piszę o kwitnącej turystyce, o milionach funtów inwestowanych w muzea, wydarzenia kulturalne, centra miejscowej sztuki, o koncertach, imprezach okolicznościowych, artystach i celebrytach oraz pięknym krajobrazie. Nie piszę o tym przede wszystkim dlatego, że życie klasy średniej jest wszędzie mniej więcej takie samo. Nigdy mnie ono nie fascynowało. Z pewnością jest powodem do radości fakt, że w 2009 roku pewien amerykański przewodnik książkowy uznał Belfast za jedno z dwunastu najciekawszych turystycznie miejsc na świecie. Opinię tę w 2012 roku podzielił „National Geographic”. Ale to tylko część prawdy.

To piękne, rzeźbione w czerwonej cegle miasto cierpi na rozdwojenie jaźni. Jego poszczególne osobowości albo nie wiedzą o swoim istnieniu, albo są tylko częściowo świadome tego stanu. Z jednej strony mamy tu dzielnicę uniwersytecką, wykładowców, artystów śniadających w kafejkach, młodzież w udrapowanych kolorowych szalikach na oldskulowych rowerach z wiklinowymi koszami, galerie, międzynarodowe konferencje, wieczorki literackie, tapas i sushi, kamienice z delikatnymi wieżyczkami, turystów, wielojęzyczny tłum na Botanic Avenue, błyszczące strzeliste wieżowce w centrum. Z drugiej, kilkaset metrów dalej, domy socjalne o zabiedzonych podwórkach, młodzież, która nigdy nie wyjechała na wakacje poza granice własnego miasta, młodzież z domów, w których panuje chłód i przemoc albo dojmująca samotność wywołana brakiem szans i perspektyw. Socjologia na określenie tej grupy społecznej ukuła termin underclass (który bywa odczytywany jako nacechowany pejoratywnie, bo sugeruje, że jej członkowie znajdują się w niej w wyniku własnych zaniedbań, a już z pewnością nie stanowią żadnego pożytku dla społeczeństwa) lub underprivileged (który sugeruje, że bieda nie jest tu postrzegana jako zawiniona). Oba bardzo często są stosowane wymiennie, choć nie powinny.

Getta w Belfaście, w przeciwieństwie do większości gett na świecie, narodziły się nie tylko z biedy czy nierównej dystrybucji dóbr, jak powiedzieliby socjologowie czy ekonomiści.

Getta w Belfaście to spadek po konflikcie, po Kłopotach (1968–1998)[1] – miejsca wykluczenia, traum, wspomnień, niemocy. Nie, to nie są miejsca niebezpieczne dla odwiedzających – Belfast jest miastem przyjaznym dla turystów, bo z nich żyje. Belfast jest bezpieczny – dla turystów i klasy średniej.

Napięć tych nie widać na stronach folderów reklamujących Belfast, na zdjęciach wyrafinowanych wnętrz stylowych hoteli i pubów, uśmiechniętych bywalców wykwintnych restauracji, wznoszących toasty dobrym winem czy kolorowymi drinkami. Szykowny eksportowy Belfast nie różni się niemal niczym od każdej innej średniej, zadbanej aglomeracji, w której chce się wydać pieniądze. Jest na tyle uwodzicielski i przekonujący, że można w nim przeżyć lata i nie wiedzieć, że istnieje inne oblicze tego miasta – jeśli przebywa się w centrum lub na przedmieściach w wiktoriańskich domach mieszczan. Czasem spokój tych ostatnich naruszają alarmy bombowe, stosunkowo częste w pewnych dzielnicach (w 2013 roku codzienne), przez które trzeba przejechać, by dostać się do swojego biura. Przypominają one na moment, że pod skórą miasto wciąż wrze, ale zwykle trwają na tyle krótko albo dotyczą tak nieistotnej grupy ludzi z punktu widzenia klasy średniej, że zachwiana równowaga szybko powraca – wraz z normalnym ruchem na drogach.

Można też uwierzyć, że napięcia występują tylko około 12 lipca, w czasie protestanckiego Święta Oranżystów, bo zwykle wtedy media na całym świecie piszą o różnego rodzaju zamieszkach w Irlandii Północnej.

Niektórzy mieszkańcy Belfastu sami o tym chętnie zapominają. W kilku przypadkach z pewnością to wyparcie. W większości – wieloletnie świadome i bywa, że pogardliwe ignorowanie drugiego, brzydszego oblicza miasta. Takiemu ignorowaniu pomaga topografia metropolii. Transport publiczny zaprojektowano tu bowiem tak, by wszystkie szlaki komunikacyjne rozchodziły się gwieździście z centrum, ale nigdy nie ułatwiały połączenia niebiegnącego przez środek. By przedostać się ze wschodniego Belfastu do zachodniego czy też z południowego do północnego, konieczna jest więc przesiadka w sercu miasta – może po to, by zatrzeć przygnębiające wrażenie wywołane przez podróż po dzielnicach biednych domów warstwy underprivileged?

Psychologicznie mądry projekt.

Zatem wielu wierzy, że Belfast jest zwykłym europejskim miastem. Z okresowymi zamieszkami.

Ale nie, nie jest. To poraniona ziemia, poszatkowana murami i ścianami pokoju (peace walls), oddzielającymi protestantów od katolików. Najdłuższy mur, w sercu miasta, ciągnie się przez pięć kilometrów.

Poza fizycznymi barierami istnieją też bariery mentalne, wzmacniane przez samych mieszkańców. Z lęku, z niewiedzy, z cynizmu polityków.

One runą – za dwa, trzy pokolenia. Bo są na nich pęknięcia wykuwane przez innych mieszkańców miasta, ludzi ciężko pracujących u podstaw, by zmienić swój kraj – o nich też jest cicho. I to również bohaterowie tej książki.

Irlandia Północna to miejsce, gdzie w 1998 roku przeprowadzono politykę grubej kreski, w imię pokoju postanowiono, że przeszłość jest rozdziałem zamkniętym. Wypuszczono z więzień tych, którzy walczyli w czasie Kłopotów po obu stronach (do 2000 roku amnestia objęła ponad czterysta osób). Większość obywateli przyjęła takie rozwiązanie.

Tymczasem okazało się, że rany niektórych są wciąż otwarte. Że normalizacja ma swoją cenę. Że rodziny ofiar chcą znać losy swoich bliskich. Inni – chcą zemsty.

Konflikt między republikanami a protestantami toczył się głównie w dzielnicach klasy pracującej, czasami tylko rozlewając się poza ich granice. I tam pozostał – i on sam, i jego skutki. To nie był konflikt ludzi w markowych garniturach, choć był przez nich monitorowany. Nie dotyczył przywilejów klasy średniej. To była i wciąż jest pełzająca wojna o tożsamość i o prawo do jej określenia. Ofiarami tej wojny stali się ludzie, których jedyną winą było to, że urodzili się w złym miejscu o złym czasie.

Tych ludzi i ten Belfast opisuję.

Większość imion w książce jest zmieniona.

Jak Brad Pitt Irlandii bronił

Najpierw jadę na wycieczkę, ściskając w ręku bilet weekendowy, dzięki któremu mogę zwiedzić całą Irlandię Północną wzdłuż i wszerz za niewielkie pieniądze. Poznaję kraj.

– Przepraszam, czy to pociąg do Derry? – pytam uśmiechniętego i przysadzistego pracownika stacji Belfast Great Victoria Street.

Derry to osiemdziesięciotysięczne miasto (drugie co do wielkości w Irlandii Północnej) leżące tuż przy północno-wschodniej granicy z Republiką Irlandii, oddalone od Belfastu o mniej więcej sto kilometrów. Trasa pociągowa biegnie wzdłuż linii brzegowej Morza Irlandzkiego, a właściwie Kanału Północnego, który gdzieś po drodze staje się Oceanem Atlantyckim.

Pada rzęsisty deszcz. Wieje. Jest sierpień. Ciemny północnoirlandzki sierpień.

Zadziwia mnie nagła zmiana wyrazu twarzy mężczyzny. Uśmiech znikł.

– Nie, to pociąg do Londonderry – odpowiada, akcentując ostatni wyraz.

Mówimy o tym samym mieście. Tyle że on właśnie zadeklarował w tym jednym zdaniu wszystko: kim jest, jakiej narodowości, do jakiej szkoły chodził, jakie są jego poglądy polityczne i, całkiem możliwe, religijne.

Bo skoro informuje mnie, że to pociąg do Londonderry (a właściwie nie tylko informuje, on mnie poprawia), to wiem, że jest zadeklarowanym brytyjskim lojalistą. Chodził do szkoły protestanckiej. Skoro zawzięcie neguje istnienie drugiej nazwy miasta, oznacza to, że nie podoba mu się toczący się tu od 1998 roku proces pokojowy, mający na celu doprowadzenie do tego, by mieszkańcy Irlandii Północnej, czyli części Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, żyli zgodnie, nie wadząc sobie nawzajem, mimo faktu, że irlandzka część z nich uważa, że Irlandia Północna jest okupowana przez część brytyjską.

Mężczyzna nie uważa, że Derry / Londonderry (na autobusach zapisywane Derry / L’Derry) to miasto dwóch społeczności: katolickiej i protestanckiej (czy szerzej: republikańskiej i lojalistycznej), z wielką przewagą liczebną tej pierwszej, chociażby ze względu na bliskość granicy z Republiką Irlandii.

W jednym zdaniu wypowiedzianym nieznoszącym sprzeciwu tonem zawarł wszystko. Moje pytanie było ponurym przypomnieniem, że są tacy, którzy mają inne poglądy, a jeśli ocenił mnie jako turystkę, zdradziłam ignorancję charakterystyczną dla tych cholernych przyjezdnych, karmionych od lat hollywoodzką propagandą prorepublikańską.

Gdybym była miejscową, pytaniem tym wyznałabym, że jestem katoliczką/socjalistką albo, co gorsza, komunistką, republikanką i Irlandką. Przed tym zdemaskowaniem uchronił mnie obcy akcent.

Tu wszyscy to wiedzą.

Kiedy rano słucham radia BBC Ulster, słyszę wymiennie obie nazwy. Okazuje się, że lokalny oddział BBC ma wytyczne: kiedy wspomina się w wiadomościach o tym mieście, za pierwszym razem używa się nazwy Londonderry, potem – Derry. Jeśli tekst jest dłuższy, redaktor opracowujący wiadomość musi podać obie nazwy tak, by wypadały ilościowo po równo.

Żeby żadna ze społeczności nie poczuła się urażona.

Bo właściwie legalną nazwą, utrzymaną na mocy wyroku Sądu Najwyższego z 2007 roku, jest Londonderry, mimo że rada miasta w 1984 roku z własnej inicjatywy zmieniła swoją nazwę z Rady Miasta Londonderry na Radę Miasta Derry. W to Sąd Najwyższy nie ingerował, ale określenie samego miasta pozostawił zgodnie z pierwobrzmieniem, które pojawiło się w annałach w XVII wieku.

Z czym nie zgadza się katolicka większość miasta.

Pojawił się jednak i taki, któremu udało się wymyślić sposób na ominięcie tej lingwistycznej pułapki. Uwielbiany przez mieszkańców Irlandii Północnej prezenter i dziennikarz Gerry Anderson, który przez ponad dwadzieścia pięć lat pracował w BBC, wymyślił nazwę Stroke City, czyli Miasto Ukośnik. Nie przyjęła się w oficjalnym dyskursie, ale wielu Północnoirlandczyków używa jej w czasie codziennych rozmów, co jest sygnałem, że nie chcą skupiać się w rozmowie na wciąż trwającym konflikcie ideologicznym.

Gerry Anderson już nie żyje, nazwa miasta wciąż budzi kontrowersje.

Jakiś czas później biorę udział w kursie mediacji i zarządzania konfliktami. Pracuję w organizacji polonijnej, do której zgłaszają się rodacy, gdy potrzebują pomocy w naprawieniu nadwątlonych, z wielu powodów na ogół, relacji z miejscowymi sąsiadami.

Dzielnica protestancka w Belfaście. Dowiaduję się, że uczestnikami będą community workers i community activists. Nie mam pojęcia, kim są jedni i drudzy.

Język polski stawia tutaj nieznośną barierę translatorską. Przypuszczalnie chodzi o ludzi, którzy pracują na rzecz lokalnej społeczności. Czyli…? I jaka jest różnica między tymi dwoma typami działaczy?

 

Pytam miłą, siedzącą obok mnie kobietę. Blondynka jest w wieku mocno postbalzakowskim, ma zniszczoną skórę, tonę samoopalacza na odcinającej się od białej szyi twarzy. Bijący od niej zapach tytoniu wwierca mi się w nozdrza. Kobieta obdziela mnie serdecznym, acz rozbawionym spojrzeniem.

Community workers, wyjaśnia, to wolontariusze, którzy działają prospołecznie. Pomagają policji, mieszkańcom. Poświęcają cały swój wolny czas.

Pomagają w czym, pytam. Zakupy robią? Sprzątają domy osobom niepełnosprawnym? Przeprowadzają dzieci przez ulicę?

To też.

Pracują dla dobra społeczności, powtarza blondynka. Czasami dostają pensje, czasem zupełnie nic. Czasami realizują projekty, za które płaci urząd miasta. Wypełniają luki, jakie pozostawiają po reformach politycy, na przykład po ciągłych i znacznych cięciach budżetowych, niekoniecznie zainteresowani pomocą najbardziej potrzebującym mieszkańcom prowincji – owym underprivileged, czyli ludziom z ograniczonym dostępem do edukacji, biedniejszym, z patologicznych rodzin, samotnym, wykluczonym.

Community workers przeprowadzają projekty edukacyjne. Na przykład wśród bezrobotnej młodzieży. Wśród młodzieży, której nikt nie chce dać żadnych szans, bo kradnie, pije, ćpa, nie chodzi do szkoły, nie wie, co z sobą zrobić, a czasu wolnego ma bardzo dużo.

Blondynka też jest community worker.

Z czasem dowiaduję się, że na przykład wzywa policję, jeśli coś się dzieje.

Jest oczami i uszami dzielnicy.

Wie, w którym domu ojciec rodziny lubi uderzyć swoją żonę, gdzie jest problem z narkotykami, gdzie wprowadzili się przybysze z Europy Wschodniej, kto ma problemy finansowe, kto dostał nową pracę, komu nie przyznano zasiłku, kto pije.

Łagodzi spory. Pilnuje dzieciaków na interfejsie, czyli na pasie ziemi niczyjej, gdzie stykają się dzielnice katolickie z protestanckimi[2]. Żeby dzieciaki nie szalały za bardzo, gdy im się zbierze na rzucanie kamieniami w dzieciaki z drugiej strony, które są pilnowane przez swoich community workers.

Blondynka robi to za darmo. Ma specjalny numer telefonu, na który można dzwonić dwadzieścia cztery godziny na dobę. Sama sobie opłaca ten numer.

Community activists to ludzie, którzy robią w sumie to samo co community workers, ale pracują dla organizacji. Jakiej organizacji? Blondynka patrzy na mnie z pobłażaniem.

No, dla organizacji.

Mętnie to brzmi. Gubię się, ale podoba mi się idea wolontariatu bez granic. Piękne.

I czekam, aż przyjdą inni community workers. I community activists.

Przychodzą. Przeróżni. Szare myszki w porozciąganych swetrach, piękne, zadbane dziewczyny z nowymi brwiami, które za ciężkie pieniądze można obecnie dosztukować w wielu salonach kosmetycznych miasta, by wyglądać jak Cara Delevingne, łysi panowie ubrani na sportowo, wyglądający, jakby zeszli z boiska do piłki nożnej. Młody człowiek z blizną przecinającą twarz, otyły emeryt w szortach, którego brzuch walczy z przyciasną koszulą. Urzędniczka z ratusza w surowej garsonce, z kokiem misternie upiętym nad karkiem. Dziewczyna z żółtą opalenizną w za dużych szarych spodniach, balansujących na jej szczupłych biodrach.

Od razu poznaję dwóch uczestników. Jeden z nich, John, za dwa lata od tej chwili stanie się szefem pewnej organizacji paramilitarnej, uważanej przez brytyjski rząd za mającą związki z terroryzmem. Kiedy z nim rozmawiam, jest prawą ręką ówczesnego szefa, który zostanie usunięty, bo był za łagodny, jak głoszą plotki.

John nosi grube okulary. Jest przystojny, dobrze zbudowany, ubrany w krótkie sportowe spodnie i koszulkę z piłkarskim emblematem. Emanuje życzliwością. Cierpi na padaczkę pourazową (ma bliznę na głowie, efekt jednej z wielu potyczek z wrogami), o czym mi natychmiast mówi. Bierze leki, dlatego świetnie funkcjonuje, ale wciąż musi uważać i stosować się do pewnych lekarskich zaleceń. Na przykład nie jeździ autem, co wydawać by się mogło poważnym problemem, biorąc pod uwagę pełnioną przez niego funkcję społeczną, ale nie jest – John nie musi się ruszać ze swojej dzielnicy, a i z niej wszędzie ma blisko, jeśli zdecyduje się wyściubić nos.

Jest bardzo otwarty, pyta, dlaczego przyjechałam do Irlandii Północnej. Rozjaśnia się cały, gdy mu mówię, że mój ojciec jest miłośnikiem kultury brytyjskiej. Dzielimy tę samą pasję – zainteresowanie historią Królestwa.

Różni nas stopień zaangażowania emocjonalnego. Ja jestem emigrantem, moje uczucia są świeże, choć wzmocnione przez fascynację ojca, a John walczył o kraj, o jego brytyjskość w czasach Kłopotów.

Pokazuje mi łydkę, na której widnieje tatuaż przedstawiający nagrobek. Grób ukochanego wuja, zabitego przez IRA w Belfaście, gdy John był małym chłopcem.

Gdy John nalewa sobie herbatę, zapisuje coś w notatniku w czasie kursu czy stoi z kolegami w rogu pokoju i prowadzi small talks – nagrobek wuja jest z nim. I działa jak magnes, nie mogę przestać na niego patrzeć.

John jako community activist pilnuje porządku w swojej dzielnicy. Bardzo elastycznie pojmowanego. Ale głównie chodzi o to, żeby nie było narkotyków i pedofilów, tłumaczy.

– Walczymy z zachowaniem niezgodnym z zasadami społecznymi – mówi.

Kolejny uczestnik kursu, Billy, to członek innej organizacji paramilitarnej (także uważanej przez brytyjski rząd za mającą związki z terroryzmem).

Obie organizacje się nie lubią. Kiedy próbuję się dowiedzieć, dlaczego tak jest, bo przecież mają wspólny cel, czyli trzymanie się Królowej i walkę z republikanizmem, okazuje się, że ta rywalizacja to walka o dusze, wpływy i teren.

To znaczy – obie organizacje powstały, by walczyć z republikanami. Ulster Volunteer Force[3] jest starszy, Ulster Defence Association[4] jest młodszy, UVF jest bardziej przywiązany do idei jedności (wciąż trwającej) ze Zjednoczonym Królestwem, UDA dopuszcza myśl o powstaniu niezależnej prowincji obejmującej Irlandię Północną, bo UDA sądzi, że rząd brytyjski pogrywa nie fair w stosunku do swoich lojalnych popleczników, więc zakłada i taką możliwość.

John i Billy nie rozmawiają ze sobą prywatnie. Ale jeśli w grę wchodzi dobro całej społeczności – już tak.

Billy też ma bliznę na głowie. Kiedy go poznaję na kursie, jest chudym, neurotycznym człowiekiem, którego wszędzie pełno. W czasie Kłopotów siedział za posiadanie broni z zamiarem jej użycia.

I on pilnuje porządku na swojej ulicy. Żeby się dzieciaki nie pozabijały, gdy się zrobi ciepło. Żeby ludzie zgłaszali przestępstwa na policję, ale nie liczyli na cud.

Billy, lojalista, Brytyjczyk, jest za dialogiem z republikanami, irlandzkimi mieszkańcami Irlandii Północnej. Za referendum, czy Irlandia Północna ma zostać w Wielkiej Brytanii, czy też powinna się przyłączyć do Republiki Irlandii. Za pokojowymi rozwiązaniami.

Obaj są znani w kręgach organizacji paramilitarnych. Tu nikt nie powie, że do czegoś należy – ta wiedza może być, jak twierdzą moi rozmówcy z obu stron, wciąż bardzo niebezpieczna i właściwie nikomu spoza samych organizacji niepotrzebna. Wspomina się zatem o znajomościach, kontaktach. Nikt nie wyzna, z kim jest związany.

Jednocześnie wszyscy i tak wszystko wiedzą – zwłaszcza ci zainteresowani. Ta swoista kategoria posiadanych informacji, dostosowywanych do wymogów sytuacyjnych, nosi praktyczne określenie: need to know basis, no more, no less – nie więcej, nie mniej, tyle, ile jest konieczne.

Przyjechałam do Belfastu całkiem przypadkiem, traktując to miejsce jako swoje wygnanie. Owszem, Belfast zawsze mnie interesował, jak wiele innych terenów postkonfliktowych, ale nigdy nie planowałam w nim osiąść. Po stypendium naukowym w University College London, na które dostałam się w czasie studiów doktoranckich na Wydziale Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego (zajmowałam się ideologią dżihadu i tym, jak święta wojna jest interpretowana przez poszczególne muzułmańskie i islamistyczne ruchy społeczne), postanowiłam przedłużyć swój pobyt w Wielkiej Brytanii i pracowałam jako wolny strzelec dla pism polonijnych.

Pewnego dnia dostałam ofertę stałej pracy w Carrickfergus pod Belfastem – jako redaktor naczelna nowego magazynu dla Polaków. Oferta była kusząca finansowo, intelektualnie niekoniecznie, ale zgodziłam się.

Wyjazd od początku okazał się katastrofą, bo wskutek zawirowań związanych z ogólnoświatowym kryzysem (to był 2008 rok) i nieumiejętnym zarządzaniem magazyn nie miał zbyt wielkich szans na utrzymanie się na rynku. Tak oto w grudniu 2008 roku, kilka miesięcy po przyjeździe do Irlandii Północnej, straciłam tę pracę. W panice szukałam czegokolwiek, by móc zapłacić za mieszkanie. Wszystkie moje próby spełzały na niczym. Nie zostałam ani opiekunką osób starszych, ani sprzątaczką (nawet nie rozpatrzono mojego CV), ani też tłumaczką (nie miałam miejscowych kwalifikacji – tylko polskie; fakt pisania do brytyjskiego „The Guardian” nie miał żadnego znaczenia). Było ciężko. Deszczowo, zimno, wietrznie i ciężko.

Do momentu, kiedy zastukałam do drzwi organizacji polonijnej w Belfaście, która właśnie uruchamiała projekt dla polskich imigrantów mający na celu wspieranie ofiar rasizmu. Był rok 2009, w Belfaście rozegrała się bitwa między polskimi pseudokibicami, którzy tłumnie nadciągnęli z ojczyzny na mecz piłki nożnej Polski z Irlandią Północną (zabierając ze sobą baner IRA), a miejscowymi. Stroną prowokującą byli niestety Polacy. Zapisali się w historii Belfastu jako pierwsi cudzoziemcy, którzy zdemolowali jeden z najbardziej uczęszczanych pubów w centrum miasta.

Skutkiem i rewanżem była seria ataków na Bogu ducha winne polskie rodziny w jednej z dzielnic Belfastu. Rodacy potrzebowali wsparcia, miejscowi – edukacji.

Z naukowca zatem przedzierzgnęłam się w działacza społecznego (community worker?) – miałam przed sobą trudne zadanie przecierania szlaków raczkującej polskiej imigracji w trudnym i skonfliktowanym środowisku.

Wysłano mnie na kurs mediacji.

Zatem jestem. Kurs ten ma mnie nauczyć, jak rozwiązać konflikt między moimi rodakami a ludnością lokalną, tak by usatysfakcjonowane były obie strony. Bez narzucania mojej własnej wizji, choćby była – moim zdaniem – najmądrzejsza.

Dostajemy role do odegrania. Każdy może wybrać.

Sprawa, wydawałoby się, bardzo banalna. Podchodzę do niej bez entuzjazmu.

Czytam opis ćwiczenia.

Oto budynek wykorzystywany przez kilka grup kłócących się o czas dostępu do niego. Trzeba wynegocjować rozsądny podział godzin oraz wziąć pod uwagę, czyje potrzeby są najpilniejsze, by podział był sprawiedliwy.

Jako Polka urodzona w latach siedemdziesiątych nic bym nie negocjowała, tylko podzieliła po równo, przygotowała ogłoszenie, wywiesiła – i niech się inni martwią. Konsultacje społeczne to dla mnie (wtedy, w 2009 roku) strata czasu. Po równo. I już. Następny, proszę.

Paramilitarny John jest grupą młodzieży, która potrzebuje świetlicy wieczorami, żeby nie rzucać kamieniami w swoich śmiertelnych wrogów zza ulicy, paramilitarny Billy stał się urzędem miasta, który też chce realizować w budynku jakieś prospołeczne projekty.