W potrzasku wspomnieńTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mateo

Chodziłem po salonie jak nakręcony. Miałem ochotę wrócić tam i wziąć ją z powrotem w ramiona, ale targały mną sprzeczne emocje. Co się stało? Wychodziła z kuchni taka spokojna, a potem nagle usłyszałem ten krzyk. To było przejmujące doznanie. Zanim się zorientowałem, skąd dochodzi, ona pojawiła się cała we łzach. Jej dłonie drżały, a w oczach widziałem przerażenie. Panikę. Nie rozumiałem i nadal nie rozumiem, co mówiła. Nie wie, co zrobiła, ale z czym? Przypomniała sobie coś? Co to było, że doprowadziło ją do takiego stanu? Musiałem się tego dowiedzieć. Byłem zły na to, co zrobiła, ale nie mogłem pozwolić, by przeżywała takie męki. Ta sytuacja naprawdę mną wstrząsnęła. Musiałem wrócić do jej pokoju i upewnić się, że niczego nie potrzebuje. Zapukałem, ale odpowiedziała mi cisza. Wszedłem powoli, wiedząc, że naruszam jej prywatność, ale teraz mnie to nie obchodziło. Podszedłem do łóżka i usiadłem obok niej, a ona niespodziewanie wtuliła się we mnie. Nie odepchnęła mnie, choć przecież byłem wobec niej taki okrutny. Poczułem się podle. Monika miała rację, nic o niej nie wiem i nie znam powodów, które pchnęły ją do próby samobójczej. Jest tak wiele pytań, a tak mało odpowiedzi.

Patrzyłem na jej postać w moim łóżku. Spędziłem w tym pokoju mnóstwo czasu, zanim Eliza… Nie chciałem teraz o tym myśleć.

Usiadłem na fotelu. Nie mogłem trzymać jej w ramionach, nie potrafiłem. Ale musiałem zostać, by być blisko, gdyby mnie potrzebowała. Spała bardzo niespokojnie, czasami mówiła coś, jednak bardzo niewyraźnie. Czy tak spała każdej nocy, odkąd…? Chwilami otwierała oczy i patrzyła jakby zupełnie przytomnie, a zaraz po tym znów spała. Nie wiedziałem, czy jest świadoma mojej obecności.

Ranek nadszedł bardzo szybko. Patrzyłem, jak powoli się budzi. Była taka piękna. Jasna karnacja doskonale harmonizowała z długimi czekoladowymi włosami, które falowały przy każdym ruchu. Promienie słońca muskały jej policzki. Powoli otwierała zaspane oczy.

Spojrzała na mnie, ale milczała. Ja siedziałem na fotelu pochylony w jej stronę.

— Dzień dobry — wydusiłem niepewnie, nie chcąc jej wystraszyć. Nie za bardzo wiedziałem, jak wytłumaczyć swoją obecność tutaj.

— Dzień dobry — wyszeptała i dodała po chwili wahania: — Spał pan tutaj?

— Powiem tak: byłem tutaj całą noc — mówiłem powoli, badając jej reakcje. Nie uciekała i przyglądała mi się dłużej niż zwykle. Przysiągłbym, że na jej ustach pojawił się lekki uśmiech. Czar jednak prysł, gdy spojrzałem na jej dłonie. Zrobiła to samo, a jej spokojne jeszcze przed chwilą oczy znów wyrażały przerażenie. Zerwała się i wybiegła z pokoju, a ja zaraz za nią. Wpadła do łazienki i zaczęła szorować ręce. Nie rozumiałem dlaczego, ale robiła to tak gwałtownie, że musiałem jej przerwać.

— Przestań, zrobisz sobie krzywdę! — Wyciągnąłem jej dłonie spod gorącej wody i wytarłem ręcznikiem. Nie walczyła ze mną. Obejrzałem je z każdej strony.

— Tam była krew, czuję ją — stwierdziła, a ja spojrzałem w jej zmęczone oczy.

— Jaka krew? Czyja, Oliwio? — Położyłem dłoń na jej policzku i znów mnie nie odepchnęła. Nie walczyła ze mną. Zdziwiłem się, ale zrozumiałem, że jej wcześniejsze reakcje były odpowiedzią na moje docinki: broniła się przed moją złością.

— Nie wiem — powiedziała, najwyraźniej mocno tym zirytowana.

— Okej, chodź, zrobię nam śniadanie i porozmawiamy. Może uda się ustalić, co wiesz? — zapytałem, nie wiedząc, czy nie wymagam za dużo, ale nie protestowała. Przygotowywałem śniadanie, zastanawiając się jednocześnie, jak powinienem z nią rozmawiać. Co chwila zerkałem na nią. Siedziała spokojnie, obejmując podkulone nogi rękoma i opierając na nich czoło. Spieszyłem się. Miałem nadzieję, że nie zdąży zmienić zdania.

— Voilà! — powiedziałem, aby rozluźnić atmosferę. Uniosła głowę powoli, chyba zdążyła już przysnąć. Ziewnęła krótko. Zawstydzona wyglądała uroczo.

— Jedz, a ja zrobię kawę. Chyba że wolisz herbatę? — spytałem, unosząc brew.

— Nie… — Zacisnęła usta, nie kończąc odpowiedzi.

— Okej, może zróbmy tak. Jak nie będziesz wiedziała, co chcesz, to po prostu podejmij decyzję. Kieruj się odczuciami, nie analizuj.

Spojrzała na mnie jak na wariata i wyglądała na rozbawioną.

— Powiedziałem coś śmiesznego?

— Nie, ale to pan jest specem od odczytywania mowy ciała. — Uniosła brew, powstrzymując śmiech.

— Po pierwsze, przestań do mnie mówić pan, bo to mnie postarza. Jestem Mateo. — Podałem jej dłoń. — A po drugie, zgadza się, jestem specem, ale ciebie też mogę tego nauczyć. — Mrugnąłem do niej, a ona podała dłoń i odparła:

— Wolałabym nie.

Hmm… Nie powiem, rozmowa z nią to niezłe wyzwanie.

— Żałuj, jestem dobrym nauczycielem — odparłem, przygotowując kawę. Czułem, że właśnie tego teraz potrzebowała.

— Tak jest, najlepszym — potwierdził Mikołaj, wchodząc do salonu.

— Cześć, stary, zawsze wyczujesz śniadanie — powiedziałem, obserwując, jak siada obok niej, a ona momentalnie zmienia pozycję. Spodobało mi się to. Czuła się przy mnie swobodniej. Nie wiem dlaczego, ale wydało mi się to ważne.

— Jak tam, mała, wyspana? — zagadnął ją, a ja jak kretyn podsłuchiwałem.

— Ja… znaczy… ty wczoraj… — zaczęła zmieszana.

— Mikołaj zniknął wczoraj, zanim zdążyłaś wyjść z łazienki, ale musisz mu wybaczyć, bo miał kolejne lekcje — przerwałem jej. Nie wiedziała, czy widział ją w tym stanie. Na szczęście już się ulotnił, gdy usłyszałem jej krzyk. Gdy pojawił się wieczorem, kazałem mu jechać do domu, oświadczając, że zasnęła. Trochę mnie wkurzyło, że chce się z nią zobaczyć. Zazwyczaj przychodził do mnie. Ale cóż, już wiedziałem dlaczego. Była śliczna.

— Przepraszam, jak wróciłem po lekcjach, już spałaś. — Najwyraźniej chciał się wytłumaczyć.

— Tak, spałam — odparła, patrząc na mnie z wdzięcznością. Uśmiechnąłem się i upiłem łyk kawy.

— Wypij, dobrze robi o poranku. — Uniosłem swój kubek, a ona zawahała się, jakby jej nie lubiła. Nie mogłem uwierzyć, że tak się pomyliłem.

— Ładnie pachnie, dziękuję, przyda się — odpowiedziała i wzięła pierwszy łyk.

Pijąc kawę, spokojnie rozmawialiśmy o planach na dzisiejszy dzień. Obserwowałem, jak zachowuje się podczas tak prozaicznej sytuacji. Lubiła Mikołaja, co z jednej strony mnie martwiło, a z drugiej cieszyło. Od początku dałem jej w kość, z czym dzisiaj czułem się podle. W trakcie rozmowy kilkakrotnie odpowiadała „nie wiem”, ale zamieniała je na: „nie pamiętam, sprawdzę, zobaczymy”, co było całkiem fajne.

— Smakowało? — spytałem, zbierając talerze. Gdy odstawiałem je w kuchni, zorientowałem się, że stoi tuż za mną. Odwracając się, wpadłem na nią, prawie ją przewracając. Jej mięśnie napięły się jak struna. Oparła dłonie na mojej klatce piersiowej i nagle, psując tę chwilę, wypaliła:

— Musisz umyć zęby. — Uśmiechnęła się przy tym krzywo, jakby czując, że mi się to nie spodoba.

Puściłem ją i odwróciłem się do blatu. Dziwnie się czułem. Jeszcze nikt nie powiedział mi czegoś tak oczywistego. Mikołaj złożył się wpół, słysząc te słowa. To nie ułatwiało sprawy. Spiorunowałem go wzrokiem i znów spojrzałem na nią.

— A czy tobie nikt nigdy nie mówił, że jesteś… — urwałem, szukając odpowiedniego słowa

— Jaka? — Usłyszałem rozbawienie w jej głosie.

— Nieobiektywna… — W tym momencie kątem oka dostrzegłem, że spoważniała. Chuchnęła sobie w dłoń, jakby sprawdzając świeżość własnego oddechu.

Zacząłem się śmiać, a ona momentalnie się zaczerwieniła.

— Oliwio, uwielbiam cię, naprawdę — powiedział Mikołaj i wyszedł, dając znak, że zobaczymy się w stajni. Dziewczyna natychmiast pobiegła do łazienki. Śmiałem się, choć było mi głupio. Zawsze bardzo dbałem o higienę osobistą, ale w nocy siedziałem przy niej, potem było szybkie śniadanie i tak wyszło. Tłumaczyłem się sam przed sobą, by zmniejszyć poczucie wstydu.

Ruszyłem za nią do łazienki i zobaczyłem, jak myje zęby palcem. Nie miała szczoteczki… No ładnie, Moniko, jak mogłaś zapomnieć o podstawowych rzeczach — pomyślałem. Otworzyłem szafkę i wyciągnąłem nową szczoteczkę, nałożyłem pastę i podałem jej. Skrzywiła się, ale chyba było jej głupio i nie patrzyła na mnie. Wspólne mycie zębów w łazience było dla mnie nowością. Nie robiłem tego nawet z Elizą. Wypłukała usta, wzięła swoją szczoteczkę i już chciała wyjść. W ostatniej chwili chwyciłem jej szczoteczkę i włożyłem do kubka w szafce. Zdziwiła się. Nie mogłem nic powiedzieć, więc wskazałem tylko, że mam usta pełne pasty do zębów.

— Prze… — zaczęła coś mówić, ale urwała. Nie mogła wypowiedzieć tego słowa. Słowa, które kojarzyło mi się tylko z pozostawionym przez nią listem. Wypłukałem usta, robiąc to pierwszy raz w życiu w obecności kobiety. Jednak nie przeszkadzało mi to. O dziwo. Spojrzałem na nią i chwyciłem ją za ramiona, by spojrzała mi w oczy.

— Wszystko w porządku, naprawdę — wyjaśniłem, a ona momentalnie się rozluźniła.

— Nie jesteś na mnie zły, bo ja tak… tam w kuchni… Nie wiem, co mi przyszło do głowy — tłumaczyła się.

— Idź się przebrać, pomożesz mi — powiedziałem, a ona natychmiast zniknęła za drzwiami swojego pokoju.

Oparłem się na chwilę o ścianę i się zaśmiałem. To była jedna z tych absurdalnych sytuacji, w których człowiek chciałby zapaść się pod ziemię, a jednocześnie nie może, widząc, że poległby z kretesem.

Poszedłem się przebrać do pracy. Do niedawna byłem zły na ojca, że zostawił mi i siostrze te stajnie. To, co początkowo traktowałem jako przykry obowiązek, teraz sprawiało mi radość. Moje podejście zupełnie się zmieniło. Wtedy prowadziłem inne życie, ale tutaj, jak się okazało, poczułem się o niebo lepiej. Nie pasowałem do tamtego świata.

 

Ubrałem się i zapukałem do jej pokoju. Otworzyła szybko, jakby się mnie nie spodziewała, chociaż się umówiliśmy. Zmierzyłem ją wzrokiem i dostrzegłem ślady na kostkach. Zacisnąłem pięści na samo wspomnienie wydarzeń sprzed kilku dni.

— Ubierz skarpety, proszę — rzuciłem i szybko wyszedłem. Nie miałem ochoty teraz o tym rozmawiać. Uderzyłem pięścią o filar, wyładowując wściekłość. Przypomniałem sobie, jak to zrobiła, dlatego nie mogłem opanować emocji.

— Jesteś na mnie zły? — spytała ze smutkiem w głosie.

— Staram się nie być, naprawdę — odpowiedziałem, walcząc ze sobą, ale musiałem być szczery.

Patrzyła na mnie, ale nie ze złością. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Minęła mnie i ruszyła w kierunku stajni. Pobiegłem, żeby zrównać się z jej krokiem.

— Lubię być szczery. Lubię, jak wszystko jest jasne, dlatego to powiedziałem, rozumiesz? — Nie wiedziałem, co dzieje się w jej głowie. Nie wiedziałem nawet, czemu mnie to interesuje, skoro, do cholery, byłem zły. Zły na nią, na to, co zrobiła i jak to zrobiła. Gdyby nie Mikołaj, który wyrósł nagle przed nami, dokończyłbym swoją myśl. Wyjaśnił, że nie może teraz pokazać jej koni, ale za dwie godziny będzie wolny. Spiorunowałem go wzrokiem. Gdy ze smutkiem w głosie, którego pewnie sam byłem przyczyną, powiedziała, że nic się nie stało, on pochylił się nad nią i pocałował w policzek. To było dziwne, ale poczułem zazdrość. Co, do cholery, się ze mną działo? Odwróciłem się i poszedłem przed siebie. Miałem dosyć i jednocześnie bałem się, że powiem coś, czego później będę żałował. Zająłem się końmi. Tym, co mnie rozluźniało.

— Wzbudzam w tobie obrzydzenie? — Usłyszałem za plecami. Nie przerwałem czyszczenia konia, tylko mocniej zacisnąłem rękę na szczotce i wyczesywałem dalej, zastanawiając się nad odpowiedzią. Byłem świadom, że musimy odbyć tę rozmowę, ale nie wiedziałem, czy to dobry moment. Zbliżyła się, pytając niepewnie: — Mogę?

Odwróciłem głowę w jej kierunku. Spojrzałem najpierw na kostki osłonięte skarpetami, potem na jej twarz. Zaciskała dłonie i gładziła nimi swoje ramiona, jakby było jej zimno. Czy tak okazuje zdenerwowanie?

— Tak, chodź. — Wskazałem, którędy ma podejść. Zrobiła to, ale z wahaniem, jakby się spodziewała innej odpowiedzi. Stanęła blisko, między mną a koniem. Włosy luźno opadały jej na plecy. — To jest szczotka do wyczesywania konia. Każdy koń ma takie dwie. Jedną z igiełkami, a drugą ze średnio twardym włosiem. Tą drugą wykonujemy ruch pod włos i z włosem. Następnie o szczotkę z igłami czyścimy tę z włosiem. Konie bardzo lubią czesanie. To jest dla nich jak masaż. Czują się wtedy odprężone.

— W takim razie mogę spróbować — powiedziała, rozluźniając się.

Zdecydowanie nie chciała sprawiać im bólu. Ciekawa reakcja jak na osobę, która porzuciła bliskich, zadając im ból, co było nieuniknione. Czy zastanawiała się nad tym?

Chwyciłem jej dłoń i położyłem na szczotce, a na niej swoją. Była trochę spięta. Wyjaśniłem, jakie ruchy musi wykonywać, by czesanie było przyjemne i efektywne. Czułem, jak nasze ciała dotykają się, i sprawiało mi to przyjemność.

— No, no… co za widok — usłyszałem nagle głos siostry.

Oliwia odskoczyła ode mnie jak oparzona. Musiałem ją chwycić i przycisnąć do siebie, ponieważ koń też się przestraszył. Drżała na całym ciele, więc jedną ręką uspokajałem konia, a drugą przyciskałem ją do siebie, by nie zrobił jej krzywdy. W pierwszym odruchu chciała się wyrwać, ale zaraz po tym odwróciła się i mocno we mnie wtuliła. Koń zaraz się uspokoił, a ja stałem, obejmując Oliwię. Spiorunowałem wzrokiem siostrę, która skrzywiła się na przeprosiny.

— Spokojnie, Oliwio, spójrz na mnie. Koń się już uspokoił, nic ci nie grozi. — Uniosłem jej twarz, by spojrzała mi w oczy. — Chodź, idziemy złoić Monice skórę za to, że nas wystraszyła.

Uśmiechnęła się i rozluźniła. Po chwili dotarło do niej, że stoimy przytuleni, i znów chciała odskoczyć.

— Jak będziesz wykonywała tak gwałtowne ruchy, znów go przestraszysz. — Wskazałem głową na konia za jej plecami. Wyszliśmy więc objęci, a gdy tylko ją puściłem, wpadła w ramiona Moniki.

— Przepraszam cię, Oliwio, zapomniałam, że przy nich trzeba uważać na ruchy. Dobrze, że Mateo zajął się stajnią po śmierci ojca, bo ja doprowadziłabym te konie do zawału albo sama bym go miała — wyjaśniła, trzymając dziewczynę w objęciach. Rozbawiło ją to. To dobrze, choć już wiedziałem, że musi podejść do konia jak najszybciej, by nie mieć w przyszłości traumy. Nie powinna zrażać się do tych zwierząt, ale tym zajmę się później.

Zaprosiłem je na herbatę. Zamierzałem w tym czasie upiec babeczki na dzisiejszy wieczór. Szedłem pierwszy i słyszałem, jak wymieniają się uprzejmościami i jak moja siostra próbuje zrobić wszystko, by jej nowa znajoma zapomniała o przykrym zdarzeniu.

Gdy dotarliśmy do domu, zająłem się codziennymi przygotowaniami, a one usadowiły się przy stoliku w kuchni. Zaparzyłem herbatę, czując się obserwowany. Za każdym razem, gdy się odwracałem, Oliwia kierowała wzrok z powrotem na moją siostrę. Gdy wiedziała, że ją przyłapałem, czerwieniła się i zakrywała twarz włosami. Podałem im herbatę, a sam zacząłem przygotowywać ciasto na babeczki dla moich siostrzeńców. Pamiętałem oczywiście, że każde z nich lubi coś innego. Nat nie lubi jabłek, tylko gruszki, a Oskar na odwrót. Nie wiem, czy się zmówili, czy faktycznie tak było, ale musiałem oznaczyć każdą babeczkę, by przypadkiem któreś z nich nie trafiło na to, czego nie chce. Uwielbiałem je rozpieszczać.

— Mogę pomóc? — wyszeptała Oliwia, jakby nie chciała mnie zrazić.

— A dlaczego wciąż szepczesz?

— Nie… znaczy… — Przez chwilę myślała nad odpowiedzią. — Po prostu nie wiem — dodała i zaśmiała się.

— Nie spytam, czy umiesz gotować, bo odpowiedź będzie taka sama. Więc umyj ręce i podejdź do mnie. — Widziałem wyraźnie, że była podekscytowana. Nie wiedziała, czy to potrafi, co musiało być z jednej strony denerwujące, ale z drugiej ciekawe.

— Jestem gotowa. — Stanęła przy mnie, oczekując na instrukcje.

— No to co byś teraz zrobiła? Składniki masz na stole, przepis przypięty jest na ścianie nad blatem — wyjaśniłem i odsunąłem się, aby mogła przejąć stery. W ten sposób najszybciej dowie się, czy umie albo czy lubi. Patrzyła na mnie niepewnie, chyba nie spodziewała się takiego obrotu spraw.

— A jak dodam nie to, co trzeba? — Zawahała się.

— To będziesz się tłumaczyła Nat i Oskarowi. — Zaśmiałem się, a ona się skrzywiła, ale nie zrezygnowała. Wzięła przepis do ręki i analizowała go przez chwilę, a potem zaczęła mieszać składniki. Zauważyłem, że jest bardzo dokładna. Odmierzała wszystko co do grama. Albo nie czuje tego, co robi, postępując zgodnie z przepisem, albo jest tak perfekcyjna. Jej ruchy były delikatne i subtelne.

Zastanawiałem się, co o niej wiem. Miała torbę tylko z kilkoma rzeczami. Nic szykownego, więc nie pasowało to do osoby, która mogłaby wieść bogate życie, choć planując samobójstwo, nie wiem, czy człowiek zachowuje się racjonalnie. Może była jedną z tych karierowiczek, które tak jak Sabina dążą do celu po trupach, aż w końcu zabrnęła za daleko. Obserwowałem ją uważnie, ale taki scenariusz nie pasował mi do niej. Choć sam nie wiem, czy jakby odebrano mi teraz wspomnienia, byłbym tym samym człowiekiem. Przecież charakter kształtuje się przez doświadczenie, dzięki przeżyciom każdego dnia.

Patrzyłem, jak walczy z mikserem. Nie radziła sobie z tym za dobrze. Technologia nie jest dla niej. Przyciskała kolejne guziki i nic się nie działo. Spinała się, gdy następne przyciski nie uruchamiały sprzętu. W końcu zdecydowałem się pomóc. Stanąłem za nią i nachyliłem się, chwytając jej dłoń i wskazując palcem, który z przycisków uruchamia to magiczne urządzenie. Była spięta, tak jak w stajni. Nie chciałem jednak odchodzić, bo tak cudownie pachniała. Mimo to odsunąłem się, przyjmując poprzednią pozycję przy ścianie.

— Zawsze tak wykorzystujesz gości, a potem mówisz, że sam to wszystko zrobiłeś? — spytała nagle.

Rozmowa z nią przypominała balansowanie na krawędzi. W jednej chwili była przerażona, jej ciało drżało, a zaraz potem zaczynała się droczyć.

— Dlatego jestem najlepszy w tym, co robię — odpowiedziałem, nie ruszając się z miejsca, bo wiedziałem już, że babeczki będą pyszne. Zadbała o każdy detal. Z wiórków ułożyła pierwsze litery imion dzieci, czym mnie zaskoczyła.

— Nie boisz się, że cię wydam?

— Nie, bo czekałaby cię surowa kara — odparłem, główkując, jak bym ją ukarał. Po raz pierwszy pomyślałem o pocałunku, takim, żeby zabrakło jej tchu. Przycisnąłbym jej ciało mocno do łóżka i pieścił każdy jego centymetr, aż błagałaby o więcej. Moje marzenie prysnęło, gdy zobaczyłem, jak się zwija z bólu, trzymając się za głowę. Złapałem ją za ramiona. Była spięta. Po chwili zaczęła się kulić, jakby ból przybierał na sile. Chwyciłem mocniej, ale nie reagowała. Uniosłem ją delikatnie i zaniosłem do pokoju, mijając zmartwioną Monikę. Po drodze powtarzała „nie wiem, nie rozumiem”, wciąż była w innym świecie. Usiadłem tak, by mieć ją na kolanach, a wtedy automatycznie do mnie przywarła. Nie przeszkadzało mi to.

— Oliwio, spójrz na mnie, proszę — mówiłem, głaszcząc ją po włosach. Odgarnąłem je z jej twarzy, by na nią spojrzeć. Zaciskała głowę dłońmi.

— Nie rozumiem, co widzę — powiedziała z wyrazem bólu na twarzy.

— Przyniosę leki uspokajające, pomogą jej — odezwała się nagle Monika. Ciało Oliwii od razu zareagowało.

— Nie, nie chcę leków, zaraz mi przejdzie — odrzekła, powoli i bardzo ostrożnie odrywając dłonie od swojej głowy.

— Na pewno? — spytałem, próbując złapać z nią kontakt wzrokowy, ale go unikała.

— Tak, chciałabym zostać sama, jeżeli mogę. — Nie patrzyła na mnie i wysunąwszy się z mojego uścisku, położyła się na łóżku, przyciskając do brzucha poduszkę. Drżała, a jej cierpienie sprawiało, że moja złość topniała. Przykryłem ją kocem i wyszliśmy.

W kuchni przez chwilę panowała cisza. Nie wiedziałem, jak wyjaśnić to, co właśnie się stało. Monika zapytała, jak często zdarzają się takie rzeczy, ale przecież nie wiedziałem, byłem dopiero przy dwóch takich atakach. Wczoraj i dzisiaj. Poprzedni był silniejszy. Uświadomiłem sobie, że po ostatnim nie zdążyłem z nią nawet porozmawiać. Ani wtedy, ani teraz nic nie wskazywało na to, by miało wydarzyć się coś złego, tym bardziej podczas pieczenia babeczek.

— Powiedziałeś coś, zrobiłeś? A może ta sytuacja w stajni tak ją wystraszyła? — pytała, a ja analizowałem całą naszą rozmowę przy babeczkach. Wtedy przypomniałem sobie własne słowa: „czekałaby cię surowa kara”. Patrzyliśmy na siebie z Moniką, nie wiedząc, co to może oznaczać. Czy ktoś zrobił jej krzywdę? Coś, co mogło doprowadzić do takiego stanu?

— Mówiła coś o tych obrazach?

— Nie. Chciałem z nią dzisiaj spokojnie porozmawiać, ale nie sądziłem, że tak się wszystko potoczy. — Byłem zły na siebie. Jeżeli ja to spowodowałem tymi bezmyślnie wypowiedzianymi słowami, byłem debilem.

— Mam wrażenie, braciszku, że lepiej, jakby nie odzyskiwała pamięci. Boję się, że te wspomnienia wcale nie sprawią, że będzie chciała cieszyć się życiem — powiedziała nagle Monika, a ja spojrzałem na nią zmartwiony, po raz pierwszy bojąc się o Oliwię. Nie czułem złości, może tylko na siebie. Jedyna osoba, która może w tej chwili coś mi wyjaśnić, to nasza matka, specjalista w dziedzinie psychiatrii. Może uda jej się dotrzeć do niej i poskładać coś z tych obrazów. Jest szansa, że się mylimy i to tylko swego rodzaju koszmary, niemające nic wspólnego z jej przeszłością. Złapałem za telefon i umówiłem się z matką na wieczór. Im szybciej, tym lepiej. Żałuję, że nie wpadłem na to wcześniej.

Oliwia do końca dnia nie wyszła z pokoju. Dwa razy przemknęła tylko do łazienki. Miała zaczerwienione oczy. Płakała. Czekałem na matkę, by się dowiedzieć, co robić. Nie chciałem naciskać ani niczego przyspieszać. Monika zaniosła Oliwii jedzenie, ale go nie tknęła. Wyprosiła ją, twierdząc, że chce spać. Mikołaj zajął się stajnią, za co byłem mu wdzięczny. Nie wyszedłem dzisiaj z domu, a on wziął wszystko na siebie. O nic nie pytał.

Przy stole panowała nieprzyjemna cisza. Matka siedziała już z nami, ale jej widok wcale nie poprawił mi humoru. Czułem, że chce być w tej chwili gdzie indziej. Ciszę przerwało pytanie o Oliwię. Chciała, bym coś o niej opowiedział. Na początku nie miałem pojęcia, o czym mówić, bo niewiele tego było. Nic nie wiedziałem o Oliwii, ale znając rozmowy z matką, wiedziałem, że najlepiej będzie, jak powiem, co wiem, a ona z tego wszystkiego ułoży sobie jej obraz.

 

Wziąłem głęboki wdech i opowiedziałem o tym, jak chciała odebrać sobie życie, jak zakleiła sobie kostki taśmą klejącą i jak ją uratowałem. Oczy matki nie wyrażały niczego. Notowała coś. Nie przeszkadzało mi to. Kontynuowałem opowieść, zdając sobie sprawę, jak bardzo byłem niesprawiedliwy. Straciła pamięć, a jednak się nie załamała. Walczyła, wstając codziennie z łóżka, choć nie wiedziała, kim jest ani co się stało.

— A czemu jesteś na nią taki zły? — spytała nagle.

W pierwszym momencie zabolało mnie to, ale tak, byłem zły, choć już mniej. Im więcej o niej wiedziałem, tym bardziej zastanawiałem się, jak mogę jej pomóc, a nie jak ją ukarać za to, co zrobiła.

— Eliza chciała żyć i nie mogła. Umarła na raka, walcząc o każdy dzień, a ona chciała sama sobie odebrać to, o co inni walczą do ostatniego tchu — wypowiedziałem to na głos i poczułem się lepiej. Minęła chwila, zanim spojrzałem na matkę, bo była dziwnie cicha. Zrozumiałem dlaczego. Oliwia stała naprzeciwko niej z podpuchniętymi oczami i patrzyła na mnie. Jej wyraz twarzy wyrażał tylko jedno — smutek. Chciałem się wytłumaczyć, ale gdy tylko otworzyłem usta, po jej policzku popłynęła łza. Odwróciła się i wybiegła z domu. Po chwili pobiegłem za nią. Klęczała na ziemi z twarzą schowaną w dłoniach. Byłem wściekły na siebie, że to usłyszała. Podszedłem powoli, bojąc się ją spłoszyć. Była jak zranione zwierzę. Objąłem jej drżące ciało.

— Brzydzę się sobą. Każdego dnia brzydzę się tego, co zrobiłam. Rozumiem już, dlaczego czujesz to, co czujesz, nie dziwię ci się. Jestem tchórzem i będę musiała z tym żyć — mówiła, łkając i odsuwając się ode mnie. Złapałem ją za ramiona, ale nie patrzyła na mnie.

— Nie jesteś tchórzem. Mimo że niczego nie pamiętasz, wstajesz rano i walczysz. Nie poddajesz się. Tchórz tak nie postępuje. — Chciałem, by w to uwierzyła.

— Poddałam się i nie wiem dlaczego. Tak bardzo chciałabym to wiedzieć, naprawdę — powiedziała, unosząc swoją twarz zalaną łzami.

— Wiem, Oliwio… — Przycisnąłem ją mocno do siebie. Płakała. Czułem się jak ostatni drań. — Poradzimy sobie z tym, obiecuję — dodałem, a ona spojrzała na mnie z niedowierzaniem. Otarłem jej łzy i upewniłem: — Tak, my. Nie jesteś sama. Dowiemy się, co się stało, i stawisz temu czoło jeszcze raz, okej? — spytałem.

— A jak nie dam rady, bo wtedy… — powiedziała, a ja wiedziałem, do czego wróciła myślami.

— Dasz. Musisz tylko uwierzyć w to, że jesteś silna. Monika mówi, że Bóg zsyła na nas tyle, ile zdołamy udźwignąć. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale jestem pewien, że dasz radę, a jak będziesz czuła, że nie, przyjdziesz do mnie, dobrze? — spytałem z nadzieją, że właśnie tak zrobi.

— Dobrze — odpowiedziała po chwili namysłu. Wziąłem jej drobne ciało i zaniosłem do domu. Wtuliła się we mnie mocno, tak jak robiła to za każdym razem. Widziałem minę matki, która nie mówiła za wiele. Wiedziałem jednak, że jako psychiatra ma już pogląd na sytuację. Pomachała mi ręką na znak, że będzie na dworze, i wyszła.

Zaniosłem Oliwię do pokoju, ale nie chciała mnie puścić.

— Muszę z kimś porozmawiać. Odpocznij, a jak będziesz chciała, dołącz do mnie na tarasie, okej? — spytałem i znowu z niechęcią wypuściłem ją z objęć. Musiałem porozmawiać z matką. Nie wiedziałem, na jak długo przyjechała, a jej obiektywny ogląd sytuacji będzie nieoceniony. Zamknąłem drzwi, poszedłem na taras i usiadłem przy matce, czekając, aż zacznie mówić.

— Ona potrzebuje fachowej pomocy. Czy badał ją psy­chiatra?

— Chyba nie. Nic o tym nie wiem.

— Próbowała popełnić samobójstwo i w szpitalu jej nie zbadali?! — Była zszokowana.

— Nie. Znaczy oni o tym nie wiedzą — dodałem, nie patrząc na matkę, bo zdawałem sobie sprawę, że postąpiłem nierozsądnie.

— Dlaczego?

— Nie wiem — odpowiedziałem i w tej jednej chwili zrozumiałem, co musi czuć Oliwia, mówiąc te słowa.

— Nie mówi mi to za wiele, ale skoro tak zrobiłeś, to teraz tego nie cofniemy. Zastanówmy się, co dalej. — Po chwili namysłu dodała: — Ona musi wrócić do szpitala, na badania psychiatryczne.

Na samą myśl mnie zmierziło.

— Nie ma mowy, nie zgadzam się. Na pewno jest jakiś inny sposób, by jej pomóc, poza tym całym syfem.

— Dlaczego tak ci na tym zależy?

— Bo… bo… — zacząłem się jąkać, co nie zdarzało mi się wcześ­niej. Matka uniosła brew i czułem, że zostałem teraz przeanalizowany.

— Bo? — spytała, delikatnie się uśmiechając.

— Bo nie chcę, by tam wróciła. Tutaj ma nas, mnie — dodałem ciszej.

— Rozumiem — powiedziała, nie naciskając już więcej.

— Tak? — spytałem, patrząc na jej niewiele mówiącą minę.

— Tak, synu, więcej, niż myślisz. Pomogę wam, ale musisz być gotowy na to, że ona może odejść, gdy wrócą jej wspomnienia. Nie wiesz, co kryje jej przeszłość i kogo tam zostawiła — dopowiedziała, a ja spiąłem się na te słowa. Wiedziałem, co ma na myśli. Zabolało jak cholera. Odwróciłem się plecami, by nie widziała mojej twarzy. Przerwała nieprzyjemną ciszę, mówiąc, że mi pomoże, na co się ucieszyłem, ale zaraz dodała coś mniej pokrzepiającego. W jej praktyce lekarskiej połowa odratowanych osób, które zdecydowały się odebrać sobie życie, robi to ponownie. Nie wie, jak będzie z Oliwią ani co pchnęło ją do tak drastycznego kroku, ale patrząc na jej reakcję i na to, jak bardzo jest przestraszona, myśli podobnie jak Monika, że została postawiona pod ścianą, że to, co wydarzyło się w przeszłości, wyrwało jej serce i duszę. Ból odebrał jej racjonalne myślenie.

Matka mówiła, a ja słuchałem, wiedząc, że ma rację. Ktoś musiał ją skrzywdzić, a to bolało.

— Dzień dobry — usłyszałem za plecami.

— Dzień dobry. — Patrzyłem, jak Oliwia staje przed matką i wita się jak gdyby nigdy nic.

— Ty pewnie jesteś Oliwia? — spytała matka, patrząc na mnie kątem oka.

— Tak, a pani? — Oliwia podjęła rozmowę.

— Mamą tego oto ancymona. — Wskazała na mnie, a ja poczułem się jak dzieciak. Wiedziałem, że skarciła mnie tymi słowami za moją decyzję o zachowaniu tajemnicy na temat samobójstwa.

— Miło mi panią poznać — powiedziała i dodała nagle: — Przepraszam za to, co stało się przed chwilą.

— Nie ma za co, dobrze się już czujesz?

— Tak, dziękuję, już lepiej. — Patrzyłem, jak obejmuje się ramionami, i wiedziałem, że nie do końca lepiej. Była zdenerwowana.

— Idę dokończyć babeczki, a wy sobie tutaj odpocznijcie — powiedziałem i ku przerażeniu Oliwii zostawiłem je same. Wiedziałem, że muszą porozmawiać. Sam odkładałem rozmowę i nie skończyło się to dobrze. Matka była profesjonalistką i byłem pewien, że zostawiam Oliwię w dobrych rękach.

Zniknąłem w kuchni, nie pozostawiając jej możliwości wycofania się. Skupiłem się na pieczeniu i przygotowywaniu kolacji. Choć moje myśli były gdzie indziej, włożyłem do piekarnika przygotowane przez Oliwię babeczki, wstawiłem pieczeń z jabłkami i zacząłem sprzątać kuchnię. Czułem się trochę jak oszust, stawiając ją przed faktem, ale nie byłem pewien, czy przyjęłaby pomoc, gdybym powiedział jej o matce. Liczyłem w duchu również na to, że uda się znaleźć sposób, by się nie męczyła, odzyskując pamięć. Tak naprawdę liczyłem na wiele, a mogło się okazać, że to niemożliwe.

Siedziałem z kawą przy stole w salonie, a czas ciągnął się nieubłaganie. Nagle weszła matka, ale sama. Wstałem, lecz kazała mi usiąść. Nie rozumiałem, co się dzieje, ale ufałem jej.

— Naleję sobie kawy i porozmawiamy — stwierdziła i po chwili wróciła z kubkiem gorącego napoju. Czekałem, aż zacznie mówić, bo nie wiedziałem, jakie pytanie mógłbym zadać.