W potrzasku wspomnieńTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Oliwia

Wczorajszy wieczór był emocjonalnie wyczerpujący. Po tym, jak Monika zostawiła mnie z Mikołajem, by porozmawiać z bratem, czułam się jeszcze gorzej. Popsułam im kolację i zakłóciłam relacje między nimi. Nie czułam się z tym dobrze. Nie rozumiałam jednak, dlaczego ten cały Mateo jest na mnie aż tak zły. Jest też jedyną osobą okazującą mi to tak ostentacyjnie. Jego przyjaciele, Mikołaj i Xawier z tą energiczną dziewczyną Ozi, zachowywali się w stosunku do mnie inaczej.

Pamiętam, jak Mikołaj przyniósł mi kolację, której nie zjadłam wcześniej, i przekonał, bym jednak spróbowała. Faktycznie byłam głodna. Przy nim nie czułam się jak darmozjad, dlatego jadłam spokojnie i nawet nie spostrzegłam, kiedy pojawił się on.

— Jednak smakowało — powiedział, a ja o mały włos nie upuściłam widelca.

— Stary, nie strasz, prawie dostałem zawału. Skradasz się jak duch. — Mikołaj miał rację. Mateo pojawił się bardzo cicho i nie wiem, ile słyszał.

— Tak, dziękuję, było pyszne — wydusiłam, siląc się na delikatny uśmiech.

— No pewnie, bo ja ci nałożyłem — skomentował Mikołaj, co mnie zdziwiło.

— Ta, jasne. Powinieneś startować w MasterChefie — rzucił Mateo. Podszedł do mnie i wziął talerz.

— Nie, odniosę. — Próbowałam wstać. Złapał mnie za ramię, ale zaraz puścił.

— Leż, jesteś gościem. Poza tym powinnaś odpocząć. Chłopaki, wychodzić, już! — Wygonił wszystkich i zamknął drzwi. Tak oto zostałam w obcym domu sam na sam ze swoimi myślami. Mimo to zasnęłam szybko, syta i chyba spokojniejsza.

Ze wspomnień o wczorajszym wieczorze wyrwał mnie hałas dochodzący z wnętrza domu. Brzęk przypominał uderzenia metalu o metal. Poczułam lekki niepokój. Nie znam tego domu ani jego mieszańców. Czy mieszka tutaj ktoś jeszcze oprócz niego? Wyszłam powoli z pokoju, kierując się w stronę, skąd dobiegał hałas. Drzwi jednego z pokoi były lekko uchylone, a dźwięk był tu już wyraźny. Chciałam zajrzeć do środka, gdy nagle drzwi się otworzyły, a ja stanęłam oko w oko z Mikołajem.

— Dzień dobry — powiedział zadowolony, prężąc swoje ciało.

— Ja… ja chciałam sprawdzić, czy… — Cholera, cokolwiek powiem, zabrzmi głupio. To nie mój dom i nie powinnam tak się skradać.

— Spokojnie, nie jestem Mateo, nie zjem cię. — Jego głos był łagodny.

— Nie, to nie tak, on nie jest złym człowiekiem. To moja wina. Zrobiłam coś, co mu się nie spodobało, i nie dziwię mu się — powiedziałam na jednym wydechu.

— Nie przejmuj się, przejdzie mu. Skoro już cię obudziłem, idziemy zjeść śniadanie, które ten dobry człowiek nam przygotował. — Złapał mnie delikatnie za ramię i z uśmiechem poprowadził do kuchni. Chciałam się przebrać, ale zabronił, mówiąc, że takie są zasady w tym domu. Jemy w piżamach.

— Na pewno? — dopytywałam, czując się dziwnie w samych spodenkach i bluzce.

— Bywam tutaj często i uwierz mi, wiem, co można, a co nie. Poza tym zdecydowanie za dużo analizujesz — powiedział, stawiając przede mną pyszną jajecznicę. Pachniała cudownie, a mnie jak na zawołanie zaburczało w brzuchu. Niewiele myśląc, podziękowałam i zaczęłam pałaszować z apetytem. Czułam, że dawno nie jadłam czegoś tak prostego, a zarazem pysznego. Szpitalne jedzenie było kiepskie. Nie wiem, jakim cudem ludzie tam zdrowieją. Może dlatego trzeba było podawać pacjentom tyle leków, by oszukać żołądek. Muszę przy okazji spytać o to Monikę.

— Smacznego. — Usłyszałam głos Mateo i zastygłam w bezruchu.

— Dzięki, stary, usiądź z nami, w końcu to twoje dzieło — powiedział Mikołaj, puszczając mi oczko, aż się zadławiłam. Klepał mnie po plecach, dopóki nie dałam mu znać, że jest okej.

— W porządku? — spytał Mateo.

Przytaknęłam, jeszcze trochę pokasłując. Nadal czułam na sobie jego wzrok, tak jak wtedy w szpitalu. Nie odzywał się, tylko obserwował, a ja czułam, jak ściska mi się żołądek.

— Tak — odpowiedziałam, a on w końcu przestał mi się przyglądać. Jezu, nie wystarczy mu zwykły ruch głową. Co to za człowiek, co ja tutaj robię? Nie chce mnie tutaj i mówi o tym każdy mięsień jego twarzy.

— Chcesz po śniadaniu zwiedzić teren? — zapytał Mikołaj, wyrywając mnie z zamyślenia.

— Chętnie — odpowiedziałam. Byleby tylko być z dala od tego człowieka — dodałam w myślach. — Ale mam jedną prośbę.

— Okej, o co chodzi? — spytał zaciekawiony.

— Zawieziesz mnie na komisariat? Chciałabym spytać, czy coś już wiadomo w mojej sprawie.

Patrzył na mnie zdziwiony, aż zrobiło mi się głupio, że wyskoczyłam z takim pytaniem. Pewnie miał na głowie inne sprawy. Już chciałam cofnąć moją prośbę.

— Pewnie, przebierz się, a ja idę ustalić z Mateo grafik i zaraz będę twój.

Ucieszyłam się i poszłam do pokoju. Byłam wdzięczna Monice za kilka ubrań. Z jednymi spodniami i bluzką nie byłoby mi łatwo. Włożyłam dżinsy i luźną bluzkę oraz za duże trampki. Nie przeszkadzało mi to jednak. Przód wypchałam skarpetą i było okej. Zerknęłam na swoje kostki; były zaczerwienione, a skóra na nich pomarszczona. Widziałam to już w szpitalu, ale nie wiem, skąd się wzięły te ślady. By je zakryć, włożyłam skarpety.

Wyszłam z domu i natychmiast przystanęłam. Widok był cudowny — pole, konie galopujące po piaszczystym podłożu. Ich parskanie, grzywy unoszące się i opadające przy każdym ruchu. Było w nich tyle dostojeństwa…

— Robi wrażenie, prawda? — spytał Mateo, a mnie przeszedł dreszcz.

— Tak, proszę pana, jest pięknie — odpowiedziałam, kierując się do samochodu, przy którym czekał na mnie uśmiechnięty Mikołaj. Cieszyłam się, że jadę z kimś, kto nie jest na mnie zły. Wystarczy, że sama czuję do siebie obrzydzenie.

— Wróćcie za dwie godziny, bo masz dwie klientki — powiedział Mateo, a ja wsiadłam do samochodu i spojrzałam wymownie na Mikołaja.

— Prowadzimy z Mateo naukę jazdy konnej — wyjaśnił i ruszyliśmy, rozmawiając dosyć swobodnie, wziąwszy pod uwagę, że poznałam go zaledwie wczoraj. Miał rację, mówiąc, że jest za wcześnie na odwiedziny na komisariacie. Przecież zadzwoniliby do mnie, gdyby coś znaleźli. Zgodziłam się z nim, ale starałam się wyjaśnić, że ta kompletna niewiedza przeraża mnie i może jak pojadę na miejsce, przyspieszę przekaz tych informacji. Nie szukałam w jego oczach zrozumienia, bo kto mógłby zrozumieć, jak czuje się osoba bez przeszłości?

— To nawet ciekawe, wiesz? Zaczynasz wszystko od zera, na nowo — powiedział.

— Może gdybym była nastolatką… Ale uwierz mi, że czarna dziura w mojej głowie to nic przyjemnego — odparłam, a jego entuzjazm zmalał i już nie rozmawialiśmy za wiele.

Po przekroczeniu progu komisariatu poczułam znajomy ucisk w brzuchu. Mój towarzysz pogładził mnie uspokajająco po plecach, więc po chwili opanowałam strach.

— Dzień dobry, jestem Oliwia. Nie wiem, jak brzmi moje nazwisko, ale chciałabym się dowiedzieć. — Sekretarka rzuciła mi wymowne spojrzenie. Znowu wariatka albo naćpana. Świetnie to zabrzmiało… Brawo, Oliwio.

— Może ja wytłumaczę. — Mikołaj wepchnął się przede mnie, aby z nią porozmawiać, a ona gapiła się na niego tak, jakby chciała zjeść go na lunch. To było ohydne. Usiadłam na krześle, wiedząc, że nic nie wskóram.

— No i tak jak mówiłem, nic jeszcze nie wiadomo. — Nagle stanął przede mną.

— Nic? — spytałam z nadzieją, że to jednak nieprawda.

— Nie, kochana. Nic tu po nas. Proponuję lody, co ty na to?

— Z chęcią, czemu nie, ale czy nie musimy się spieszyć? Nie chciałabym… — zawahałam się.

— Zdenerwować Mateo? — dokończył za mnie pytanie, które jakoś nie chciało przejść mi przez usta.

Przytaknęłam, a on stwierdził, że bierze to na siebie. Był przy tym taki spokojny.

Samo wyjście na lody okazało się kiepskim pomysłem. Nie wiedziałam, co wybrać, a poza tym miałam wrażenie, że ludzie wskazują mnie palcami: „to ona”. Przerażało mnie, że nie wiem, czy znam kogokolwiek z nich. Czułam ciarki na całym ciele.

— Zimno ci? — spytał, głaszcząc mnie po ramieniu.

— Nie, ale możemy już iść — poprosiłam, bo miałam wrażenie, że się rozkleję. Wstał i bez słowa poprowadził mnie do zaparkowanego przed lodziarnią samochodu. Otworzył mi drzwi, a potem sam zajął miejsce za kierownicą.

— Lepiej?

— Tak, dziękuję. — Uśmiechnęłam się do niego. Byłam wdzięczna za to, jaki był. Czułam się źle ze sobą, ale jego zachowanie nie pogarszało sytuacji.

— Nie ma za co. Następnym razem będzie lepiej — odpowiedział. Przez resztę drogi milczeliśmy, ale nie przeszkadzało mi to. Patrzyłam na krajobraz za oknem, na piękno otaczającej nas przyrody. Im bliżej miejsca, do którego zmierzaliśmy, tym było piękniej. Soczysta trawa, mnóstwo kwiatów, drzewa i ptaki, i to, co robiło największe wrażenie — konie. Zafascynowały mnie tak bardzo, że wypaliłam nagle — jakby do siebie, ale na głos — że przecież nie wiem, czy umiem jeździć konno. Mikołaj podchwycił ten temat i zaproponował, że mogę spróbować, by się o tym przekonać. Czułam się niepewnie.

— No nie wiem. — Choć gdyby się okazało, że umiem, mogło być fajnie. To było kuszące: dowiedzieć się czegoś o sobie. Mikołaj widział moją niepewność, ale nie chciał słuchać odmowy, twierdząc, że w razie potrzeby mnie złapie. Mówił to z takim entuzjazmem, że mnie przekonał.

Po powrocie od razu skierowaliśmy się do stajni, a Mikołaj przez cały czas trzymał mnie za ramię. Przystanęłam na widok Mateo, ale on nie przerwał swojej pracy. Poczułam ulgę, że nas nie zauważył. Weszłam zachęcona przez Mikołaja, który kazał mi poczekać, aż przygotuje konia. Tymczasem miałam wziąć kask, który wisiał przy wejściu do boksu.

— Cześć. — Usłyszałam głos Mateo i mimowolnie zacisnęłam dłonie na kasku.

 

— Dzień dobry panu — odpowiedziałam i ruszyłam do przodu szybciej, niż planowałam. No super! „Dzień dobry panu”, świetne przełamywanie lodów! Ech… Karciłam samą siebie w duchu.

Patrzyłam zza barierki, jak Mikołaj radzi sobie z koniem, i byłam przerażona, że mam podejść do tego zwierzęcia. Nie wiem, dlaczego się na to zgodziłam. Przerażał mnie koń stojący obok, a co dopiero mówić o usadowieniu się na jego grzbiecie. Czułam w kościach, że są małe szanse, bym już wcześniej to robiła.

— Nie umiesz jeździć czy nie chcesz wsiąść? — Usłyszałam obok głos Mateo. Nawet na niego nie spojrzałam. Na samą myśl, że jest obok, czułam ucisk w żołądku. Było mi strasznie wstyd, bo przecież to on widział mnie w tamtym stanie i on wyciągnął mnie z wody.

— Nie wiem — powiedziałam i uświadomiłam sobie, że ostatnio wciąż to powtarzam.

— Myślę, że wiesz — stwierdził, a ja spojrzałam na niego zszokowana.

— Nie wiem, niczego nie pamiętam! — rzuciłam wzburzona. Przecież nie udawałam, naprawdę niczego o sobie nie wiedziałam.

— Wiesz, Oliwio. Z całych sił zaciskasz dłonie na barierce. Ciało daje ci znać, że się boi, ale musisz zagłębić się w swoje odczucia — powiedział, patrząc na moje zbielałe dłonie. Momentalnie włożyłam ręce do kieszeni.

— Widzę, że jest pan specjalistą w dziedzinie odczytywania emocji z mowy ciała człowieka, a może czyta pan również z ruchu warg? — wycedziłam przez zaciśnięte zęby i odwróciłam wzrok w kierunku zbliżającego się do nas Mikołaja.

— Po prostu czasami warto się w siebie wsłuchać, a może dowiesz się więcej. Nie musisz tego robić, jeżeli się boisz, ani niczego udowadniać.

Na te słowa zacisnęłam pięści w kieszeniach spodni. Jak on może być taki arogancki? Gdzie ten dobry człowiek, o którym mówiła Monika? Jezu, jak ja go nie lubię. Jak mogłam dać się namówić na zamieszkanie tutaj? Nie chcę przecież niczego udowadniać!

— A pan nie musi być taki… — zawahałam się, by nie powiedzieć za wiele, a on stanął za mną.

Czułam jego oddech na szyi i dałabym sobie rękę uciąć, że był zadowolony, iż wyprowadził mnie z równowagi, pytając:

— Jaki, Oliwio? Dokończ, proszę…

— Gburowaty — wyszeptałam posłusznie. Po tych słowach odszedł bez słowa, a ja bałam się odwrócić. Jezu, Oliwio, teraz przesadziłaś! Jedno już o sobie wiem: przyciśnięta do muru mówię straszne rzeczy. Chodź nie można powiedzieć, że nieprawdziwe. Był niemiły. Wiem, co zrobiłam, znaczy według informacji od Moniki i trochę z listu, który niby ja napisałam. Nie wiem jednak dlaczego, a czy to nie jest ważne? Czy taki krok oznacza tylko słabość? A jeżeli tak, to czy nie miałam do tego prawa? Moje rozważania przerwał Mikołaj, pytając, czy wszystko porządku. Zapewniłam go, że jest okej, ale nie wyglądał na przekonanego.

— Włóż kask i chodź, wszystko gotowe. — Podał mi rękę zadowolony, zmieniając nagle nastrój, czego ja niestety nie podzielałam. Już nie.

Włożyłam jednak kask i schowałam włosy. Podałam Mikołajowi rękę, zastanawiając się, czy jesteśmy sami, czy może Mateo nas obserwuje. Nie chciałam, by myślał, że go szukam, ale z ciekawości się odwróciłam. Dostrzegłam go stojącego po drugiej stronie stajni. Opierał się o barierkę z założonymi na klatce piersiowej rękoma. Nasze spojrzenia na chwilę się spotkały, ale jego mina zniechęciła mnie do dalszej analizy. Był zły. No tak, mogłam się spodziewać, w końcu sam to wczoraj przyznał. Świadomość, że stoi tam i obserwuje, zestresowała mnie jeszcze bardziej. Odgadł, że panicznie się boję. Co jeszcze widział, patrząc na mnie? Spojrzałam na Mikołaja, który wskoczył na konia i wyciągnął ku mnie swoje umięśnione ramię.

— Chwyć mnie mocno, a ja uniosę cię do góry. Na raz, dwa, trzy — powiedział i posadził mnie w siodle bez wysiłku. W jednej chwili znalazłam się tuż za nim, ale już za moment świat zawirował mi przed oczami. Mignęły obrazy, czyjaś twarz, złość i uderzenie. Moje ciało bezwiednie wykonało unik i poczułam, że spadam.

— Au! — krzyknęłam, otwierając oczy. Nade mną stał Mikołaj, a czyjeś dłonie podtrzymywały moją głowę. — Co się stało? — Spytałam, próbując się podnieść.

— Nie, nie ruszaj się! — usłyszałam nad głową.

— Ile widzisz palców? — spytał Mikołaj, co mnie rozbawiło.

— A ile mam widzieć? Bo widzę twoje dwie ręce i głowę, i ciebie całego, więc o co chodzi z tymi palcami? — podpytywałam, uśmiechając się.

— No dobra, mądralo, czy coś cię boli? — Odwzajemnił uśmiech, ale czekał na odpowiedź. Chwilę trwało, zanim przeanalizowałam, co czuję. Leżałam, a czyjeś palce rytmicznie gładziły okolice skroni. Było mi tak dobrze, że na moment zamknęłam oczy, oddając się temu odczuciu. Ale zanim odleciałam na dobre, usłyszałam, jak Mikołaj mówi coś do Mateo, że przyniesie wodę. Jezu, Mateo! To jego dłonie trzymają moją głowę. Spojrzałam w górę, a on patrzył na mnie z zaciśniętą szczęką. No świetnie, znowu był zły!

— Mogę wstać — powiedziałam, unosząc się.

— Powoli! Niektóre urazy ujawniają się z opóźnieniem, ale patrząc na to, jak upadłaś, nie spodziewam się większych problemów — wyjaśnił, pomagając mi wstać. Znów się zachwiałam, ale złapał mnie ponownie i podtrzymał. — Nie gryzę — wyszeptał, aż zrobiło mi się głupio. Jego dotyk sprawiał, że czułam ciepło w brzuchu, które przenikało całe moje ciało.

— Tego też nie wiem — odpowiedziałam, aby mu dopiec. Nie umiałam być dla niego miła. W jego obecności czułam zdenerwowanie, serce szalało i zaczynałam się jąkać. Wkurzało mnie to coraz bardziej. Otrzepałam spodnie, odsuwając się, ale ostrożniej. Nie protestował.

— Co stało się na koniu? — Zaskoczył mnie tym pytaniem, bo w ogóle o tym nie pomyślałam.

— To znaczy? Spadłam, więc chyba nie mogłam złapać równowagi — powiedziałam i natychmiast wróciłam pamięcią do tamtej chwili.

— Nie, Oliwio. Siedziałaś i nagle odskoczyłaś, jakbyś robiła unik, ale przed czym? — Pytał, stojąc przede mną i nerwowo zaciskając szczękę.

— Zawsze tak robisz czy to złość na mnie powoduje, że zacis­kasz szczękę? — wypaliłam i już po sekundzie tego żałowałam. Przesunął dłonią po linii szczęki i patrzył na mnie z zastanowieniem. Zapadła niezręczna cisza.

— Nie odpowiedziałaś. — Uśmiechnął się, jakby moje pytanie go rozbawiło.

— Ty też nie! — odparłam poirytowana, ale dokładnie w tym samym momencie pojawił się Mikołaj z wodą. Podziękowałam mu i wypiłam kilka łyków, bo przed chwilą faktycznie zaschło mi w gardle.

— Dobrze jej pilnuj, stary — rzucił Mateo, oddalając się już szybkim krokiem. Nawet na mnie nie spojrzał. Pilnuj jej?! O co mu chodziło?! Może jeszcze nie widział, żeby ktoś spadł z konia, albo nie spotkał nikogo, kto nie chciałby żyć. Miałam już dość przepraszania za to. Nadal nie wiedziałam, dlaczego to zrobiłam, ale obiecałam sobie, że gdy tylko się dowiem, jego pierwszego o tym poinformuję.

— Nie sprawię więcej problemów, niech się pan nie martwi! — krzyknęłam wściekła i zmęczona tą przepychanką. Może lepiej byłoby spędzić ten czas w zakonie.

Po moich słowach odwrócił się. Znowu mocno zaciskał szczękę.

— Nie sprawiasz problemów — stwierdził nagle, co zbiło mnie z tropu. Odwrócił się, jakby zasmucony.

Mikołaj zapytał, czy chcę iść do domu i się położyć, ale z mojej miny wywnioskował, że nie. Zaproponował więc, żebym popatrzyła, jak będzie uczył maluchy jazdy konnej. Zgodziłam się od razu, tym chętniej, że skoro Mateo kierował się do domu, lepiej było spędzić czas poza nim.

Kolejne dwie godziny minęły błyskawicznie. Dzieciaki były cudowne. Gdy zmieniały się miejscami, miałam okazję uciąć sobie z nimi uroczą pogawędkę. Kilka razy złapałam się na rozmyślaniach, czy mam dzieci, czy czekają na mnie. Starałam się jednak odpychać te myśli. Były bardzo bolesne.

Po lekcji wróciliśmy do domu na obiad, który również przygotował Mateo. Smakował wybornie. Moje myśli zaprzątał jednak obraz, który spowodował upadek z konia. Podobny strach przed jakimś ciosem towarzyszył mi również podczas posiłku.

— Ej, rozumiem, że nie mówię zbyt fascynujących rzeczy, ale mogłabyś chociaż udawać, że mnie słuchasz — powiedział Mikołaj, przerywając moje rozmyślania.

— Faktycznie nie słuchałam. To było niemiłe, wybaczysz? — Obdarzyłam go najcieplejszym uśmiechem, na jaki było mnie w tej chwili stać.

— Jeśli właśnie tak będziesz przepraszała, to mogę ci wybaczyć niejedno — odparł, szturchając mnie w łokieć oparty na stole. — Pytałem, czy chcesz jeszcze raz spróbować wsiąść na konia. — Patrzył na mnie wyczekująco. Bałam się, ale nie powinnam się zniechęcać. Przecież miałam sobie coś przypomnieć, a gdy wsiadałam na konia, pojawiły się jakieś obrazy. Może nie były tym, czego się spodziewałam, ale to zawsze coś. Może strach powodował, że wracały urywki wspomnień.

— Myślę, że wystarczy wojaży na dzisiaj — odezwał się Mateo, stojący z kubkiem w ręku. Zapomniałam, że jest w domu. Na jego widok puściłam łyżkę, która wpadła do talerza z zupą. Pięknie, teraz cała byłam w małe kropki. Starałam się wytrzeć plamy papierowym ręcznikiem, który podał mi Mikołaj, ale nie na wiele się to zdało. Było tylko gorzej. Wstałam więc od stołu i pobiegłam do łazienki.

Musiałam to sprać, bo nie miałam za wiele ubrań. Zamknęłam drzwi i spojrzałam na siebie w lustrze. Zupa buraczkowa ochlapała również moją twarz, którą właśnie zobaczyłam pierwszy raz od pobytu w szpitalu. Potarłam palcem zasychające krople i zamarłam. Poczułam ból głowy, ucisk; obrazy pojawiły się tak nagle, że czułam, jak mnie przytłaczają. Krew, wszędzie krew, na moich dłoniach, na całym ciele. Patrzyłam na nie, a tymczasem ból głowy się nasilał. Znowu czyjaś twarz i złość. Nie mogłam oddychać. Nie mogę oddychać, nie mogę oddychać! Z mojego gardła wyrwał się niemy krzyk. Przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem. Obrazy zniknęły, ale nadal czułam ból przeszywający czaszkę. Rozejrzałam się po pomieszczeniu i skupiłam na oddechu. Leżałam na podłodze, więc podniosłam się powoli, całkowicie oszołomiona. Przytrzymałam się umywalki i spojrzałam w lustro, a następnie na dłonie. Były brudne od zupy. To zupa, tylko zupa — powtarzałam, jakby pocieszając siebie, ale w duchu wiedziałam, że we wspomnieniach nie było plam po zupie, ale krew. Zaczęłam energicznie trzeć dłonie, jakbym zmywała ją teraz z rąk. Czy zrobiłam coś złego, czy kogoś skrzywdziłam? Przeszył mnie dreszcz. Czy dlatego…? Nie mogłam dokończyć tego pytania. Wybiegłam z łazienki i ruszyłam w stronę mojego pokoju. Chciałam się schować, ukryć, choć nie wiem, przed kim, ale musiałam znaleźć się w znajomym miejscu. Moje oczy wypełniły łzy. Nagle wpadłam na coś twardego. Straciłam równowagę, ale ktoś chwycił mnie w talii.

— Oliwio, co się stało?! — Obraz się zamazywał, ale poznałam głos Mateo.

Zamrugałam kilka razy, żeby powstrzymać napływające łzy. Stał blisko, trzymając mnie w mocnym uścisku.

— Ja… ja nie wiem… nie wiem… Rozumiesz? Nie wiem, co zrobiłam! — krzyczałam do niego, patrząc na swoje dłonie. W tej samej chwili poczułam, jak unosi mnie i przytula. Przywarłam do niego i kurczowo go trzymałam. Byłam przerażona tymi migawkami wspomnień. Czy jestem złym człowiekiem?

— Spokojnie, nic nie mów. Zaniosę cię do twojego pokoju i odpoczniesz, dobrze? — Próbował mnie wyciszyć, ale ja chciałam, by ktoś powiedział, że nic nie zrobiłam. Jego zapach uspokajał mnie. Potrzebowałam tego. Tak bardzo chciałam zapomnieć o tym, co zobaczyłam. Przytaknęłam i już po chwili znalazłam się w łóżku. Kiedy mnie położył, poczułam pustkę i chłód, a co najgorsze — straszną samotność.

— Zaśnij, proszę. Zadzwonię do Moniki, może poda ci coś na sen — mówił, głaszcząc mnie po policzku.

— Nie, proszę nie dzwonić — powiedziałam, nie patrząc mu w oczy. Skuliłam się, przyciskając do piersi koc, jakby miał mi zastąpić czyjeś ramiona.

— Dobrze, więc odpocznij. Będę w pobliżu — rzucił tylko i usłyszałam zamykanie drzwi. Poczułam ogromny smutek. Nie chciałam zostać sama, ale jak mogłabym prosić, by został? Czy można czuć się bezpiecznie w ramionach osoby, wobec której odczuwa się negatywne emocje? Nie miałam sił tego analizować. Na szczęście sen przyszedł niemal natychmiast.