W potrzasku wspomnieńTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Aleksandra Kosowska

W potrzasku wspomnień


ISBN 978-83-8116-708-6


Copyright © by Aleksandra Kosowska, 2019

All rights reserved Projekt okładki i stron tytułowych Mariusz Banachowicz Redaktor Paulina Kaczmarek Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

W potrzasku wspomnień

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

— Stary, tylko nie przypal steków, bo sam będziesz je jadł!

Poczułem uderzenie w plecy i odwróciłem się zamaszyście, udając, że oddaję przyjacielowi.

— Zrobię je tak mocno przypieczone, bym sam mógł zjeść wszystkie. — Przyłożyłem do jego klatki piersiowej widelec od mięsa z wyrazem twarzy mówiącym „ostrzegam”.

— Więc następnym razem nie zostaniesz zaproszony, ha! — odparł zadowolony Mikołaj.

— To ja zawsze organizuję tego grilla, więc masz problem! A poza tym nie umiałbyś przygotować nawet parówki, więc w konsekwencji umarlibyśmy z głodu. — Rzuciłem w przyjaciela kawałkiem cebuli i odwróciłem się szybko w stronę grilla, by faktycznie niczego nie przypalić. Lubię gotować i właśnie to sprawia mi w grillowaniu największą radość. Samo przesiadywanie i jedzenie już mniej. Znowu zaczną się pytania o to, czy jestem sam, a może zorganizują mi randkę w ciemno i takie tam. Jakby facet po ukończeniu trzydziestki nie mógł być sam. Z pewnością chciałbym mieć rodzinę i gromadkę dzieci, ale chyba nie jest mi to pisane.

— Braciszku, mogę ci przeszkodzić? — spytała Monika, obserwując mnie wymownie, i już wiedziałem, że zaraz się zacznie. Jest ode mnie o siedem lat młodsza i tak jak z początku byłem wkurzony pojawieniem się siostry, teraz nie wyobrażam sobie bez niej życia.

— No wal, jestem gotowy. Jak zawsze — uśmiechnąłem się do niej, a ona udała oburzoną, co było nawet słodkie.

— Oj, a ty znowu swoje. Po prostu martwię się o starszego braciszka i tyle. — W obronnym geście splotła ręce na piersi.

— Ułatwię ci sprawę. Nie, nie mam nikogo ani aktualnie, ani na oku. Nie, nie czuję się samotny i nie popadam w samouwielbienie, bo zapewne tak mnie określasz, skoro w tym wieku jestem sam.

Poprawiłem mięso na ruszcie, czując jej poirytowany wzrok, i czekałem na atak, ale się zdziwiłem, gdy pogładziła mnie tylko po ramieniu i odeszła, nie kontynuując wypytywania. Gdybym wiedział, że wystarczy użyć takich słów, zrobiłbym to od razu, unikając tych chorych sytuacji.

— Wujku, jesteśmy głodni. — Poczułem nagłe szczypanie w pośladek. Odłożyłem sprzęt do grillowania i odwróciłem się błyskawicznie, unosząc stojącego przede mną sześciolatka i podrzucając go, czym spowodowałem oczekiwane salwy śmiechu. Chwilę później poczułem szarpanie nogawki przez jego siostrę Natalię, domagającą się oczywiście tego samego. Odstawiłem siostrzeńca i tak samo podrzuciłem Nat. Uwielbiałem dzieci, tego byłem pewien.

— No, dzieciaki, idźcie do mamy, a ja pogadam z wujkiem — powiedział Mikołaj, przerywając nam dobrą zabawę.

— Nie mówi się „pogadam”, tylko „porozmawiam”. Mamo, mamo, wujek nie umie mówić! — Pobiegły, przekrzykując się wzajemnie.

— Dobra, wiem, że mógłbyś tak do jutra, ale mam dla ciebie coś ciekawszego — wyjaśnił na swoją obronę. Spojrzałem od niechcenia we wskazanym kierunku, biorąc od przyjaciela lornetkę.

— Co ty tam wypatrzyłeś?

Minęła chwila, zanim zrozumiałem, o co mu chodzi — a raczej o kogo. Na pomoście siedziała dziewczyna opatulona kocem, mimo że było bardzo ciepło.

— I o to całe halo? — zapytałem, unosząc wzrok w niebo, aby okazać znudzenie. Przynajmniej tak miało to wyglądać.

— Jezu, Mateo, jaki ty niecierpliwy, popatrz na nią dłużej. Jest sama, ładna i… — Uniósł brew, oczekując mojej reakcji.

— No i co, Romeo? Mam biec do jakiejś laski, która siedzi na pomoście? Powariowałeś już kompletnie. Przypominam ci, że to ja zerwałem z Sabiną, a nie na odwrót, i nie jestem zdesperowany, by lecieć na każdą laskę, byleby miała cycki. Szukam czegoś więcej. Panienek na jedną noc już mi nie trzeba, ale dzięki. Możesz sam spróbować, do dzieła, droga wolna.

Skierowałem się do grilla, kończąc rozmowę, a przynajmniej tak mi się wydawało.

— Jakbyś nie bił tak dobrze, a nawet lepiej niż ja, przyłożyłbym ci. Obserwuję tę dziewczynę od dobrej godziny. Nic nie robi, tylko tam siedzi. Sama, stary, całkiem sama. Może potrzebuje pocieszenia, może rzucił ją chłopak lub coś takiego? Nie zbiedniejesz od jednego uścisku lub jednej rozmowy, a pamiętaj, że wielkie miłości poznaje się zazwyczaj w dziwnych okolicznościach.

Przyjaciel, nie poddając się, odwrócił mnie i kazał ją obserwować. Zostawił lornetkę przy grillu i poszedł. Byłem już zmęczony tymi gierkami. Mogłem nie zrywać z Sabiną, przynajmniej miałbym teraz spokój. Wróciłem do smażenia, patrząc z ciekawości w dal na postać na pomoście.

Nałożyłem jedzenie i usiedliśmy przy stole. Mięso znikało w mgnieniu oka. Miałem wrażenie, że im więcej go przyniosę, tym więcej znika, jakby nie znali umiaru.

Było nas, nie licząc dwójki bliźniaków mojej siostry, siedmioro. Monika — moja siostra z mężem, Mikołaj — mój przyjaciel z jakąś nową laską, której imienia nie zapamiętałem. Był też mój rockowy przyjaciel Xawier, którego widuję rzadko, ale cieszyło mnie, że znalazł czas i przyjechał razem z jakąś towarzyszką o imieniu Ozi, która w sumie do niego pasowała. Miała przekłute wargi i język, i wolałem nie wiedzieć, gdzie jeszcze zamontowała sobie te cudeńka.

Przez następne godziny bawiliśmy się, żartowaliśmy i przekomarzaliśmy, aż niespodziewanie zapadł zmrok.

— Dziękujemy, braciszku, za zaproszenie, ale dzieciaki są już zmęczone. Będziemy się zbierali, przed nami kawał drogi — powiedziała siostra, trzymając na rękach przysypiającą córeczkę.

— Pewnie, dzięki, że wpadliście. Pa, dzieciaki. — Przytuliłem siostrę i pożegnałem się z siostrzeńcami. Po nich pojechał Xawier ze swoją energetyczną dziewczyną oraz Mikołaj, przed odjazdem wskazał mi ponownie na lornetkę i na obiekt westchnień.

— Dobra, stary, daj spokój. Poradzę sobie bez twoich durnych pomysłów. — Poklepałem go po plecach i odprowadziłem wzrokiem do samochodu.

Zostałem sam na polu bitwy. Syf zawsze sprzątałem ja. Nie przeszkadzało mi to jednak, bo lubiłem te spotkania, tym bardziej że rzadko miałem okazję tutaj przyjeżdżać. Brakuje mi jeziora, szelestu liści na drzewach i brzęczenia owadów. Cieszę się z tego, co zostawił mi ojciec, ale czasami czuję, że mnie to przerasta, i wtedy przyjeżdżam tutaj. Do miejsca, gdzie przyroda nie miesza się z obowiązkami. Przyjeżdżam, by zrobić tak zwany reset umysłu.

Posprzątałem wszystko i zaniosłem do domku, usiadłem wygodnie na krześle, nalałem sobie piwa i postawiłem je na stoliku, na którym leżała lornetka. Ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem. Było późno, więc nieznajoma pewnie już odpoczęła i po prostu wróciła do domu, ale nie byłbym sobą, gdybym tego nie sprawdził.

Obserwowałem ją, bo jak się okazało, znajdowała się dokładnie tam, gdzie pierwszy raz ją zobaczyłem. Tym razem jednak była czymś zajęta. Tak przynajmniej mi się wydawało, ponieważ nie mogłem tego stwierdzić z takiej odległości. Przyglądałem się dziewczynie przez chwilę, gdy nagle się obejrzała, zupełnie jakby mnie zobaczyła. Schowałem się więc za krzakiem jak jakiś nastolatek. Uśmiechnąłem się na własną głupotę. No ładnie, stary, podglądasz kobietę, za to grozi kara — zbeształem siebie w duchu, ale mimo to spojrzałem ponownie.

Nieznajoma rozebrała się, ukazując ciało w bikini. Wyglądała zabójczo, Mikołaj miał rację. Warto było popatrzeć i może zagadać. Zdziwiło mnie jednak to, co robiła. Dlaczego rozbierała się o tej porze? Czyżby chciała popływać? Rozejrzałem się wokół, ale nikogo więcej nie było. Nie spodobało mi się to. Żadnego samochodu, żywej duszy, nic. Tylko ona i jezioro, a mimo to zbliżyła się do krawędzi pomostu. Zamarłem. Sprawdziła wodę i usiadła, robiąc coś wokół stóp. Nie mogłem tak stać i obserwować. Ta dziewczyna nie zachowywała się normalnie, a do tego była sama. Oszalała, jeżeli chce pływać samotnie o tak późnej porze. Nie pozwolę, by ktoś się tutaj utopił, i to na moich oczach.

Wsiadłem do auta i ruszyłem w jej kierunku. Byłem wściekły na Mikołaja, że wpakował mnie w taką sytuację. Nie omieszkam mu zdać relacji z tego, na co wpadła jego wybranka.

 

Dojechałem dosyć szybko i wyskoczyłem z samochodu. Pobiegłem na pomost, ale nikogo na nim nie było. Rozejrzałem się i nic. Podniosłem leżące ubrania, a z nimi nożyczki i taśmę klejącą. W coraz większej panice rozglądałem się dookoła i natrafiłem butem na coś twardego. Spojrzałem w dół i dostrzegłem białą kartkę przygniecioną kamieniem, zabezpieczoną przed porwaniem przez wiatr. Uniosłem ją szybko i dostrzegłem napis „przepraszam”. Przeszedł mnie dreszcz. Dodałem dwa do dwóch i wiedziałem, co się właśnie stało. Odwróciłem się w stronę jeziora i zobaczyłem kręgi na tafli wody. Niewiele myśląc, zdjąłem dżinsy, bluzę i buty i wskoczyłem do wody. Było ciemno, nic nie widziałem. Po chwili wróciłem na powierzchnię, by zaczerpnąć powietrza. Nigdy jeszcze nie byłem tak przerażony. Nigdzie jej nie było. Wróciłem pod wodę, próbując dostrzec cokolwiek, ale ciemność wokół odbierała jakiekolwiek szanse. Gdy miałem już wypłynąć ponownie na powierzchnię, w oddali zobaczyłem coś jasnego, jakiś błysk. Popłynąłem niepewnie w tamtym kierunku, ryzykując, że zgubię miejsce, w którym skoczyła. Czułem ucisk w klatce piersiowej, potrzebowałem tlenu. Za długo byłem pod wodą. Zobaczyłem ją. Dopłynąłem i chwyciłem ją za dłoń, która unosiła się bezwładnie. Pociągnąłem za sobą do góry. Wiedziałem, że zaraz i ze mną będzie słabo. Wyciągnąłem dziewczynę na brzeg, pochyliłem się i nie wyczuwając pulsu, zacząłem reanimację. Cieszyłem się w tym momencie, że mam siostrę pielęgniarkę, która powierzając mi swoje dzieci, wymusiła naukę pierwszej pomocy. Raz za razem naciskałem klatkę piersiową i robiłem sztuczne oddychanie, zgodnie z tym, co pamiętałem: „5 wdechów, a następnie 30 uciśnięć i dwa wdechy”, i tak w kółko.

— No dawaj, dziewczyno, nie rób mi tego! — krzyknąłem spanikowany, że nic się nie dzieje. — Oddychaj!

Nagle z jej ust wypłynęła woda, a ona zaczęła kaszleć. Przechyliłem ją na bok, by mogła wypluć wodę. Wiedząc, że oddycha, opadłem obok na ziemię, z trudem łapiąc oddech. Byłem tak zły, że mógłbym ją udusić gołymi rękoma. Minęła chwila, zanim na nią spojrzałem i zobaczyłem jej przerażone oczy. Pierwszy raz widziałem taki kolor oczu. Były szmaragdowe. Patrzyła na mnie, obejmując się przy tym ramionami. Drżała. Wstałem szybko.

— Zostań tutaj, przyniosę koc, okej? — zaproponowałem, modląc się, by nie wpadła na pomysł, aby spróbować jeszcze raz.

Bałem się ją zostawić, ale kiwnęła potakująco głową, więc pobiegłem do samochodu. Złapałem koc i telefon. Zadzwoniłem po karetkę. Gdy wróciłem, siedziała w tym samym miejscu, obejmując się ramionami, jakby chciała się w nich schować. Zakłuło mnie w sercu. Była taka przestraszona, a do mnie dopiero dotarło, co tak naprawdę się stało. Nigdy nie miałem do czynienia z osobami, które chcą odejść z tego świata, a ona chciała to zrobić, i to w tak chory sposób…

— Mam koc, musisz się okryć, organizm potrzebuje teraz ciepła. — Panowałem nad głosem, by jej nie wystraszyć. Nie ruszała się, tylko patrzyła w jezioro. Nie podobało mi się to. Przykryłem ją i usiadłem za nią, by ogrzać ją swoim ciałem. Spięła się. — Spokojnie, właśnie wyciągnąłem cię z wody, więc teoretycznie nie jestem zabójcą — powiedziałem coś totalnie głupiego, ale nie czułem się w tej sytuacji komfortowo. Rozluźniła się trochę, więc okryłem ją szczelniej kocem i swoim ciałem. Siedzieliśmy w tej pozycji w kompletnej ciszy, którą co jakiś czas zakłócało jej pokasływanie. Starałem się ogrzać jej ciało.

Minęła dłuższa chwila, zanim nadjechała karetka. Znali ten pomost, bo dzieciaki często w tym miejscu skakały do wody i łamały sobie przy tym co nieco, więc nietrudno było wskazać miejsce zdarzenia. Wstałem i dałem znać, gdzie jesteśmy. Odsunęli mnie, a ja patrzyłem, jak się nią zajmują. Pytali też, co się stało. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Spojrzałem na jej nogi i dałbym sobie rękę uciąć, że była tam taśma. Na potwierdzenie, że nie zwariowałem, na kostkach znajdował się czerwony ślad. Położyli ją na noszach. Gdy już znalazła się w karetce, jeden z ratowników podłączał sprzęt, a drugi czekał na moją odpowiedź. Popatrzyłem na nią, a ona na mnie. Była przestraszona, a ja się miotałem, zamiast odpowiedzieć, i walczyłem ze złością. A niech to.

— Wpadła do wody. Musiała się poślizgnąć, więc gdy zobaczyłem to przez lorn… — urwałem i zamarłem, bo uświadomiłem sobie, jak to brzmi. Na twarzy ratownika malowało się zdziwienie. Patrzył na mnie jak na zboczeńca.

— Dobrze, na razie nie mamy czasu na dokładne wyjaśnienia. Ma pan jakieś dokumenty?

Wyjąłem portfel i podałem dokument. Mężczyzna obejrzał dowód osobisty i wskazał dłonią karetkę.

— Pojedzie pan za nami. Będą potrzebne zeznania, rutynowa procedura.

— Okej, o ile zajmie to chwilę, bo muszę wracać do domu — wycedziłem i wściekły skierowałem się do samochodu, bo nie uzyskałem żadnej odpowiedzi.

— No, piękny wieczór mi zgotowałeś, przyjacielu, tylko pogratulować. — Uderzyłem pięścią w kierownicę i ruszyłem za karetką. Zadzwoniłem do siostry i wyjaśniłem, co się stało. Powiedziała, że zadzwoni do szpitala i zajmą się nią jak należy. Tyle mogłem dla niej zrobić. Ta dziewczyna zdecydowanie potrzebowała fachowej pomocy.

Na miejscu przesłuchano mnie na okoliczność wydarzeń, ale po kilku słowach wariatki byłem wolny. Spisali moje dane, co mi się nie podobało, ale przynajmniej mogłem już wrócić do domu. Kierując się do wyjścia, w jednej z sal zauważyłem nieznajomą. Leżała na łóżku, a wokół biegali lekarze. Dziewczyna wpatrywała się w sufit. Zachowywała się tak, jakby jej to nie obchodziło. Zmierził mnie ten widok, ale miałem swoje życie, a ona zdecydowanie je zakłóciła.

— Mateo, stój! — usłyszałem głos siostry.

Odwróciłem się, a ona stanęła przede mną zdyszana, przebierając się w strój pielęgniarki.

— A ty nie masz dzisiaj wolnego? — spytałem zdziwiony.

— Tak, znaczy nie. Po twoim telefonie zamieniłam się na dyżury. Oskar został z dziećmi. Zresztą już spały — zakomunikowała.

Wkurzyłem się. Nie dość, że ta wariatka namieszała w moim życiu, to jeszcze postawiła na nogi moją siostrę. Jezu, nie wiem dlaczego, ale już jej nie lubiłem, mimo że nic o niej nie wiedziałem.

— Nie musiałaś, to jakaś dziwna dziewczyna. Ona próbo… — urwałem, zastanawiając się, czy mówić o szczegółach.

— Co wiesz? Powiedz mi, to jej pomoże. Wiem, że wpadła do wody, ale ze wstępnych informacji ona nic nie pamięta. To pewnie efekt szoku, ale będzie łatwiej, jeżeli coś wiesz. A więc?

Spojrzała na mnie z naciskiem.

— Okej, dobra, i tak nie dasz mi spokoju. Chciała popełnić samobójstwo, owinęła sobie nogi taśmą klejącą. To nie był żart, siostra. Ona naprawdę chciała to zrobić, tak bez świadków. — Monika zakryła usta dłonią. — Też byłem w szoku — powiedziałem, krzywiąc się na samo wspomnienie.

— Okej, jedź do domu. Zajmę się nią. Będziemy w kontakcie. Aha, Mateo, nie bądź dla niej taki surowy. Nie znasz powodu — powiedziała, jak zwykle umoralniając swojego brata, i poszła w znanym mi kierunku.

Wyszedłem z nielubianego przeze mnie miejsca, które teraz dodatkowo będzie mi się kojarzyło z tą dziewczyną. Wzdrygnąłem się, wsiadłem do auta i szybko odjechałem. Chciałem o tym zapomnieć.

Po drodze zatrzymałem się przy pomoście. Wiedziałem, że były tam jej rzeczy, więc nie darowałbym sobie, gdyby ktoś je zabrał. Pewnie jej nie obchodzą, ale cóż, tak wypada. Wysiadłem i podszedłem powoli, bojąc się, co zobaczę. Panował mrok, było cicho i zrobiło mi się zimno. Wziąłem jej torbę i pakowałem wszystko do środka. Nie obchodziło mnie, co to jest. Aż trafiłem na kartkę, która, jak pamiętam, była przykryta kamieniem, a teraz leżała niezabezpieczona. Podniosłem ją i jeszcze raz przeczytałem napisane odręcznie słowo „przepraszam”. I co komu po tych słowach, dziewczyno! — pomyślałem, będąc na nią jeszcze bardziej wściekły. Wrzuciłem torbę do samochodu i wróciłem do domku letniskowego. Nie miałem już sił na podróż do domu. Nalałem sobie whisky i usiadłem na krześle kompletnie wykończony.

***

— Jak się pani nazywa?

— Już mówiłam, nie wiem, jak się nazywam. Nie pamiętam. Jak będzie pani stale zadawała to samo pytanie, nie spowoduje to, że nagle sobie wszystko przypomnę! — krzyknęłam, mając już dość.

— Spokojnie, chcemy pani pomóc — wyjaśniła lekarka, a mi zrobiło się głupio.

— Wiem, przepraszam. Tylko że ja naprawdę chciałabym znać swoje imię i nazwisko, ale nie pamiętam — powtórzyłam już spokojniej.

— Dobrze, przejdźmy dalej, hmm… A co pani robiła nad jeziorem wczoraj, to znaczy 23 czerwca 2014 roku? Dodam, że jesteśmy na Mazurach, może to pani pomoże. — Uśmiechnęła się do mnie niepewnie, a mi ręce opadły, ale odpowiedziałam znowu to samo.

— Nie pamiętam. Czy mogłabym już się położyć, bo boli mnie głowa? — spytałam, mając cichą nadzieję na chwilę przerwy.

— Dobrze, zatem do zobaczenia jutro — oznajmiła i wyszła.

Opadłam na łóżko, uświadamiając sobie, że jutro wszystko zacznie się na nowo. Gdybym wiedziała, co tam robiłam, wiedziałabym, kim jestem, ale nie pamiętałam, co było frustrujące.

— Witaj — usłyszałam miły głos.

Uniosłam głowę i zobaczyłam pielęgniarkę. Kojarzyłam ją z wczoraj i mimo że było ich kilka, ta jedna zajmowała się mną szczególnie, za co byłam jej wdzięczna. Uśmiechnęłam się na jej widok, a ona odwzajemniła się tym samym.

— Dzień dobry — powiedziałam, wyciągając w jej kierunku dłoń.

— Jestem Monika, pielęgniarka, pracuję tutaj. Będę się tobą opiekowała — poinformowała i od razu mi ulżyło.

— A ja nazywam się… — i zamarłam. No właśnie, kim jestem, jak się nazywam?

— Spokojnie — powiedziała, dostrzegając moje zmieszanie. — W końcu wszystko sobie przypomnisz.

— Tak, pewnie tak. — Poprawiłam się na łóżku, widząc, że sprawdza kroplówki. — Moniko, czy wiesz może coś o mężczyźnie, który mnie uratował po poślizgnięciu się na pomoście? Może on wie coś więcej. Czy miałam ze sobą jakieś rzeczy? Musiałam mieć dokumenty.

Patrzyła na mnie przez chwilę, jakby się nad czymś zastanawiała.

— Wrócę za jakiś czas, odpoczywaj, proszę. Sen to zdrowie — rzuciła i zniknęła za drzwiami, zostawiając mnie samą.

Gdybym znała tego mężczyznę, może mogłabym się dowiedzieć, czy coś mówiłam, czy widział kogoś w okolicy jeziora albo ze mną. No i dokumenty, musiałam mieć je przy sobie. Nikt przecież nie podróżuje bez nich. Gdy Monika wróci, poproszę ją jeszcze raz, może jednak mi pomoże.

Kroplówka płynęła swoim tempem. Nie mogłam wstać, a w głowie kłębiły mi się myśli. Dziwne uczucie tak nic nie pamiętać. Nie mogę wrócić do wspomnień sprzed szpitala. Dlaczego pamiętam pojawienie się w szpitalu, a nie pamiętam, jak wyłowiono mnie z jeziora? I co ja tam robiłam? Usilnie starałam się coś sobie przypomnieć, cokolwiek, ale im bardziej się na tym skupiałam, tym większe odczuwałam zmęczenie. Nie wiem kiedy, ale musiałam zasnąć.

Ze snu wyrwała mnie kłótnia, a raczej podniesione głosy. Nie otworzyłam oczu, ale oddech mi przyspieszył. Czy to był ktoś, kogo znałam? Czy poznam tę osobę, gdy otworzę oczy?

— Nie interesuje mnie, czego ona potrzebuje. Masz jej rzeczy i nie zawracaj mi nią więcej głowy — mówił wyraźnie podenerwowany mężczyzna. Rozpoznałam go, ten głos, i momentalnie uniosłam powieki.

— Uspokój się, Ma… — powiedziała pielęgniarka. Zamilkła, widząc, że nie śpię, a mój wzrok powędrował na osobę stojącą naprzeciwko niej. To był on. Pomoże mi się dowiedzieć, kim jestem. Musi coś wiedzieć!

— Dzień dobry — wydukałam, wyciągając w jego stronę dłoń na przywitanie. Z jego wzroku wyczytałam jednak, że nie ma zamiaru odwzajemnić uścisku. Opuściłam ją niepewnie, chowając pod kołdrę.

— Dla kogo dobry, dla tego dobry — burknął.

— Mateo, przestań! — upomniała go Monika.

Zmierzył mnie spojrzeniem, aż zadrżałam na sam widok jego oczu. Był zły, wyraźnie wzburzony.

— Czy wczoraj powiedziałam lub zrobiłam coś, co pana uraziło? — spytałam niepewnie, na co zaśmiał się ironicznie.

— Pytasz się, czy coś zrobiłaś? Ależ tak, postanowiłaś się zabić, i to niedaleko miejsca, gdzie odpoczywam z rodziną! I masz czelność pytać, co zrobiłaś?!

Przeszył mnie dreszcz. Analizowałam jego słowa, które jedno po drugim przebijały moje wnętrze.

— Ja nie… co pan mówi. — Uniosłam głos, ale uświadomiłam sobie, że nie mam sił krzyczeć, i ucichłam.

Spojrzałam na swoje drżące dłonie. Na chwilę zapadła cisza.

 

— Posłuchaj — powiedział już spokojniej, kierując się w moją stronę. — Nie znam ani ciebie, ani twojego życia. Pewnie miałaś jakieś powody, by to zrobić, ale czemu akurat tak? — spytał nagle z zaciekawieniem.

— Jak? — spytałam, nie wiedząc, czy chcę wiedzieć.

— Nieważne — usłyszałam i nagle zaczął się wycofywać.

— Jak? — powtórzyłam.

Zatrzymał się i spojrzał na pielęgniarkę, a ona patrzyła na niego błagalnie. Odwrócił się do mnie, a jego oczy były już inne.

— Nie pamiętasz, co chciałaś zrobić? — Jego zdziwiona mina mówiła, że to kolejna osoba, do której to nie dociera.

— Nie wiem, czy będzie to oryginalna odpowiedź, ale powiem, że nie. Nie pamiętam — powiedziałam niepewnie, a on patrzył na mnie, na co odruchowo zakryłam się kołdrą, bo nie podobał mi się jego wzrok.

— Przykro mi — wyszeptał niewyraźnie, ale go zrozumiałam. Patrzyliśmy na siebie, gdy próbowałam wyczytać coś z mimiki jego twarzy.

— Dziękuję — wypaliłam.

— Za co?

— Za to, że mnie uratowałeś — powiedziałam, co czułam, bo usłyszałam od lekarza, że znalazłam się w wodzie i że właśnie on mnie wyciągnął. Cholera, nie pamiętam nawet tego.

— Moniko, zostawisz nas samych? Na chwilę — poprosił nagle, a ja się modliłam, by się nie zgodziła. Ona tymczasem zrobiła coś, czego się nie spodziewałam. Zapytała mnie:

— Zgadzasz się? — Spojrzałam na niego i wiedziałam, że byłam mu to winna. Uratował mi życie, więc teraz mnie nie skrzywdzi. Tłumaczyłam to sobie w duchu i po chwili dałam znać, że się zgadzam.

— Masz minutę i wchodzę, braciszku — powiedziała, kładąc mu rękę na ramieniu, co go rozluźniło. Byli rodzeństwem.

Drzwi się zamknęły i nastała cisza. Stał i patrzył na mnie. Jego wzrok nie wyrażał niczego. Starałam się na niego nie patrzeć, ale było to trudne. Był wysoki; włosy sięgały mu do uszu i były w lekkim nieładzie. Ciemne, prawie czarne oczy pasowały do ciemnego koloru włosów. Koszulka opinała się na jego umięśnionym ciele, a spod rękawa wystawał tatuaż. Postrzępione dżinsy i ciężkie buty dodawały mu charakteru. Oderwałam od niego wzrok, przyłapując samą siebie na tym, że go obserwuję.

— Mam coś dla ciebie. — Podszedł bliżej z torbą w ręku, którą właśnie zobaczyłam, i podał mi ją.

— To moja? — Spojrzałam na niego niepewnie. Gdy tylko przytaknął, uradowana zaczęłam szukać dokumentów. Wyrzuciłam wszystko na łóżko, ale znalazłam jedynie ubrania, taśmę klejącą, co mnie zdziwiło, i kawałek kartki.

— A gdzie są dokumenty?

— Wziąłem wszystko, co było na pomoście. Może wpadły do wody, a może ich nie potrzebowałaś, bo… — zatrzymał się.

— Oszalał pan, dlaczego miałabym ich nie potrzebować! — Wkurzył mnie.

— Przeczytaj ten list, a zrozumiesz. — Odwrócił się do mnie plecami. — Przykro mi, że podjęłaś taką decyzję, Oliwio — dodał i wyszedł, zostawiając mnie z tymi słowami.

Oliwio? Tak mam na imię? Jaki list? Czy to ten kawałek kartki? Wzięłam ją do ręki. Może w niej jest odpowiedź na moje pytania — pomyślałam, ale gdy tylko położyłam ją przed sobą, zamarłam. Kartka była złożona, a na jej wierzchu napisano odręcznie słowo „przepraszam”. Zajęło mi chwilę, zanim zdecydowałam się otworzyć i przeczytać to, co znajdowało się w środku.

Słowa Twoje, dotyk Twój to już nie ból, a cierpienie.

Moje serce umarło, dusza odłączyła się od ciała… Taka decyzja…

Teraz mogę stawić temu czoła…

Nie ma żalu, nie ma tęsknoty, nie ma niczego…

Przepraszam za czyny niedokonane

Oliwia

Łzy kapały na poduszkę. Ból w piersi rozrywał ją, a serca już nie czułam. Nie było go. Niemożliwe! Jak mogłam zdecydować się odejść?! Czy ja naprawdę to zrobiłam? Ten mężczyzna miał rację, krzycząc na mnie. Nie wiem, dlaczego czuję złość, skoro podjęłam taką decyzję. Płacz przeszedł w łkanie, a ja dalej ściskałam kawałek papieru w dłoni.

— Wszystko w porządku? Mój brat powiedział coś niemiłego? Przepraszam za niego. Czasami nie potrafię go zrozumieć, ale to dobry człowiek — mówiła znajoma pielęgniarka. Uniosłam się i otarłam łzy.

— Nie, to nie przez niego. Ja, ja… — Zaczęłam się jąkać, bijąc się z myślami, czy mogę powiedzieć to, co właśnie do mnie dotarło. Że jej brat miał rację, krzycząc na mnie. Że okazałam się słabą osobą, decydując się na taki krok.

— Nie martw się, wiem o wszystkim. Zostanie to naszą tajemnicą, ale obiecaj, że nie zrobisz tego więcej — powiedziała nagle. Wiedziała o wszystkim. Patrzyłam na nią z sympatią i ulgą jednocześnie. Nie oceniała mnie, nie pytała dlaczego. To miłe.

— Nie, nie zrobię. Głupio mi, nie wiem jak… czemu… nic nie pamiętam — odparłam, zakrywając twarz rękoma.

— Powoli, z czasem sobie przypomnisz, ale może Bóg miał taki plan, byś jednak nas nie opuszczała — dodała, uśmiechając się delikatnie.

— Dziękuję za wszystko — powiedziałam, odwzajemniając uśmiech. Ścisnęła moją dłoń, poprawiła kroplówkę i ruszyła do wyjścia.

— Mam na imię Oliwia! — krzyknęłam nagle, skupiając się na swoim imieniu.

— Wiem, brat mi powiedział. Miło mi ciebie poznać, Oliwio. — Wyszła, a ja siedziałam przez chwilę, czując się po tych słowach dziwnie. On przecież przeczytał list, list skierowany nie do niego… Co za bezczelność, co za tupet — i Jezu, jak mi wstyd! Co musiał sobie o mnie pomyśleć? Dlatego był na mnie taki zły. Uratował mnie, ale nie czuł się z tego powodu dobrze. Zmierziło mnie to.

Do końca dnia próbowałam jak najwięcej chodzić, by odzyskać siły. Leki pomagały zasnąć, blokując napływ kłębowiska myśli o tym, kim jestem i co spowodowało, że zdecydowałam się odejść, i dlaczego jeszcze nie ma tutaj nikogo. Moi rodzice, mąż, może mam rodzeństwo… Z tymi niewiadomymi zasypiałam od dwóch dni.

— Dzień dobry, Oliwio, jak się spało? — spytała mnie Monika. Lubiłam ją. Nawiązałyśmy nić porozumienia, a nawet mogłabym się pokusić o nazwanie tego zalążkiem przyjaźni. Dużo rozmawiałyśmy, również o tym, co się stało, ale ponieważ niczego nie pamiętam, nie mogłyśmy wysunąć żadnych konstruktywnych wniosków. Mimo to lubiłam te rozmowy. Bardziej słuchałam, ponieważ moje życie to ostatnie trzy dni, więc nie było czego opowiadać, natomiast u Moniki działo się dużo. Dwójka dzieci, i to bliźniaków. Natalka i Oskar to dwa urwisy — tak mówiła ich mama. Opowiadała jednak o nich tak słodko, że moja wyobraźnia stworzyła obraz dzieci zupełnie innych — spokojnych i ułożonych. O ile w przypadku dzieci to w ogóle możliwe.

— Myślisz, że mam dzieci? — spytałam podczas jednej z rozmów.

— Nie wiem, ale jeżeli tak, to na pewno za tobą tęsknią — mówiła jak zwykle to, co człowiek chciał usłyszeć, by naładować się pozytywną energią.

Nie czułam się przy niej jak ostatnia egoistka, porzucająca wszystkich z kaprysu. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam, ale się dowiem.

Poruszała również kwestie mniej miłe, czyli temat swojego brata, i wtedy moje mięśnie niespodziewanie się spinały. Nie wiem dlaczego, ale bałam się go. Uratował mi życie i jestem mu za to wdzięczna, ale jego reakcja mnie zabolała. Wolałam jednak zachować to dla siebie, tym bardziej że czułam się zobowiązana podziękować mu, iż nie powiedział nikomu, co chciałam tak naprawdę zrobić, a raczej, co zrobiłam, ale dzięki niemu jestem cała i zdrowa. Oficjalnie dla ludzi wokoło — lekarzy i pozostałych pielęgniarek z wyjątkiem Moniki — potknęłam się na pomoście i wpadłam do wody. Dużo ostatnio myślałam na ten temat. W pewnym momencie przyszło mi nawet do głowy, że mogłam się potknąć, ale list i wzburzenie tego mężczyzny jednoznacznie wskazywały na to, że jednak chciałam odebrać sobie życie. Szkoda, że był taki niemiły, bo mogłabym go wypytać, co dokładnie widział, ale po ostatniej konfrontacji straciłam ochotę.

— Pewnie żałuje, że w ogóle tam był i że musiał pomagać komuś, kto w tamtym czasie nie chciał tej pomocy? — powiedziałam kiedyś Monice i stwierdziłam, że moje myśli krążyły wokół niego zbyt często, ale nie mogłam znieść świadomości, że wie.

Pamiętam, jak złapała mnie wtedy za rękę i ścisnęła mocno, mówiąc:

— Oliwio, jesteś dla siebie zbyt surowa. Nie wiemy, co się stało w twoim życiu, że zdecydowałaś się zrobić coś takiego. Jest mi przykro z tego powodu, ale ostatnią rzeczą, jaka powinna zaprzątać twoją głowę, jest teraz mój brat. Myślę, że spotkał się z tym pierwszy raz w życiu i bardziej czuł złość na to, co cię do tego czynu popchnęło, a nie bezpośrednio na twoją osobę. Ponadto jestem przekonana, że nie żałuje — dodała, uśmiechając się i jak zwykle powodując, że moje myśli były mniej pesymistyczne. Wiedziałam, że stara się mnie pocieszyć, ale czułam, że jej bratu wcale nie jest dobrze ze świadomością, kogo uratował.