Ręce ojcaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Aleksandra Julia Kotela
Ręce ojca


Lepiej zginąć, idąc własną drogą, niż ocalić się, idąc cudzą.

Emil Cioran, „Zeszyty 1957–1972”

Prolog

– Macie tutaj jakieś dobre polskie piwo? – pyta nieznajomy, który przed chwilą usiadł przy barze. – Nie wziąłem okularów, a wasza karta musiała chyba służyć komuś za ściągę. Tak małych liter w życiu nie widziałem.

Dziewczyna zerka na niego, marszczy brwi.

– Jesteśmy w Polsce, wiadomo, że mamy polskie piwo – odpowiada, podstawiając kufel pod nalewak. Nadchodzące orzeźwienie wypełnia szkło. – Proszę! Regionalne, ponoć smaczne.

– Pani zdrowie! – mówi obcy, spijając jasną piankę. Oblizuje wargi, smakuje. Delektuje się. – No! Muszę przyznać, że dawno tak dobrego nie piłem.

Dziewczyna uśmiecha się lekko, odchodzi na drugą stronę baru i poleruje szklanki do białego wina. Zajmuje się rozliczaniem grupki ludzi, którzy stoją przy niej z portfelami w dłoniach. Nie zwraca uwagi na obcego, dopóki ten nie zacznie czytać. Mężczyzna otwiera książkę, robi to powoli i spokojnie, spogląda na dziewczynę i się uśmiecha.

– A litery w tej książce nie za małe? – pyta dziewczyna. – Myślałam, że nie może pan czytać bez okularów.

– Tu mnie pani ma – odpowiada mężczyzna, podnosząc wzrok. Ma przyjemny wyraz twarzy, dołki w policzkach i spokojne, ale stanowcze oczy. – Tak naprawdę nie miałem ochoty sam wybierać. Wolę zdać się na kogoś, a pani na pewno ma obcykane, które piwo sprzedaje się tu najlepiej.

– Albo które jest najdroższe… Nie powinien pan tak ufać obcej osobie. Może chciałam pana tylko naciągnąć.

Dziewczyna zbiera z ramion włosy i zarzuca je na plecy. Są ciemne, opadają falami aż na piersi; usta ma niedostępne, twarz dwa razy młodszą od jego twarzy.

– Ryzyko wpisane jest w życie – odpowiada obcy. Zamyka książkę.

Dziewczyna przygląda się okładce; wydaje się zmieszana i lekko pobudzona.

– Też ją czytałam – mówi.

– Naprawdę? Nic tak nie zjednuje ludzi jak podobne gusta.

Dziewczyna chce coś powiedzieć, ale powstrzymuje się, walczy ze sobą. Przychodzą nowi goście, więc musi wracać do pracy.

Mijają minuty. Mężczyzna delektuje się lekturą. W końcu zadowolony, zamyka książkę i dopija piwo. Kilka kropel potu pojawia się na jego szerokim czole.

– Mógłbym poprosić o serwetkę? – pyta dziewczynę. Ta spełnia życzenie, wyciągając rękę przez bar w jego stronę. – Dziękuję. Wypiję jeszcze jedno – mówi, podając jej pusty kufel, i przeciera serwetką czoło. Dziewczyna podchodzi do nalewaka i napełnia czysty kufel piwem. Mężczyzna, gładząc koniuszkami palców okładkę książki, obserwuje barmankę. – Podobała się pani ta powieść?

– Tak, nawet bardzo. Niekoniecznie główny bohater, ale Sawa genialnie opisał jego złożoność i trudny charakter. Wydawało mi się, że ten człowiek… – Milknie.

– Żyje?

– Tak. Opisany jest naprawdę dobrze, mogłabym uwierzyć w jego istnienie.

– Taka osoba mogłaby poczuć się trochę urażona, gdyby wiedziała, że Sawa pisze o niej powieść. – Mężczyzna kręci głową. – Jest po prostu dobrym pisarzem i stworzył wiarygodną postać.

Jego oczy śmieją się, jej są ostrożne, niedostępne.

– Pewnie ma pan rację, co nie zmienia faktu, że nie chciałabym spotkać kogoś takiego na swojej drodze.

– Tak? – Mężczyzna pochyla się, zaciekawiony, w jej stronę. – Uważa pani, że był złym człowiekiem?

– Przecież zabijał. Miał wybór, a jednak wybrał najgorzej – mówi dziewczyna, odkładając ściereczkę do polerowania szklanek.

– A geny? Przecież pochodził z podłej rodziny. Jego dzieciństwo…

– To tylko wymówki! Człowiek różni się od zwierzęcia tym, że jest zdolny do samorefleksji. Był inteligentny, więc podjął świadomą decyzję. Myślę, że Sawa chciał właśnie coś takiego pokazać.

– Co takiego?

– Chciał pokazać, że życie człowieka to wybór. No cóż, dobrze, że pod koniec powieści się zabił. Sądzę, że zawsze istnieje wybór i według mnie jego śmierć to spóźniona autorefleksja.

Mężczyzna przechyla głowę w zadumie, jego wzrok ucieka gdzieś w dal. Dziewczyna wraca do pracy.

Mijają minuty, kwadrans, nadchodzą nowi goście i robi się tłoczno. Zmrok wpada przez wielkie witryny do baru, a zaraz potem kolejni ludzie. Dziewczyna ma ręce pełne roboty. Po pewnym czasie znów zerka w kierunku obcego, ale jego już nie ma. Na blacie leży książka, na książce serwetka z wiadomością:

Mam nadzieję, że wybaczy mi Pani ten podły postępek. Los chciał, że zabrakło mi polskich pieniędzy. Samorefleksja każe mi sądzić, że będzie Pani zła, ale natura wygrywa i zrobię to, co chcę. Ucieknę. Jeszcze przez moment nacieszę się Pani widokiem, a potem pójdę sobie i już nigdy mnie Pani nie zobaczy. W ramach zadośćuczynienia zostawiam tę książkę. Wiem, że już ją Pani czytała, ale to książka z dedykacją. Dedykacją od nieznajomego. Miłego życia.

Dziewczyna otwiera książkę, czyta:

Dla Julii,

Nieznajomy

Serce to tylko mięsień, mawiał mój ojciec, choć nigdy nie mówił tego do mnie, tylko do osób, z którymi dzielił życie. Zdarzało się, że niektórzy przypisywali mi jego brak, brak tego serca, choć ojca brakowało w moim życiu bardziej. Serca powinno się słuchać, mawiała matka, choć nigdy nie widziałam, by słuchała, a jeśli chodzi o mówienie, to mówiła często i dużo. Później, kiedy ktoś znów zarzucał mi jego brak, brak tego durnego serca, wspominałam pierwszy raz, kiedy odmówiło mi posłuszeństwa.

– Wszystko w porządku? – spytała kobieta siedząca obok w autokarze. – Dziwnie pani wygląda.

– I tak też… się… czuję – wykrztusiłam, łapiąc z trudem oddech. – Ja… chyba umieram. – Spojrzałam na nią z lękiem w oczach. Gdyby nie to, że bardzo się bałam, być może wybuchnęłabym śmiechem, bo kobieta miała nietęgą minę.

– Zawołam pilota! – krzyknęła i popędziła na przód autokaru. Jej krągłości powodowały, że obijała się o wszystkie siedzenia, szturchając niezdarnie pasażerów.

– Co pani jest? – zapytał pilot. – Jest pani na coś chora?

Tak, jestem chora na szydercze lawiny niespodzianek, pomyślałam, trzęsąc się jak truskawkowa galaretka po ukłuciu widelcem. Zamiast odpowiadać, skurczyłam się w sobie i wymruczałam:

– Zimno…

Bardzo szybko zostałam opatulona kilkoma kocami; na jednym z nich widniały różowo-fioletowe gerbery i petunie, to mogłabym jakoś znieść, zlekceważyć jakoś, ale kocyk tak bardzo śmierdział perfumami starszych pań, że wzmocniło to tylko poczucie nadchodzącej śmierci. W takich chwilach najmniejszy detal może doprowadzić do pogłębienia paniki. Zrzuciłam z siebie śmierdzący kocyk, wybierając dwa ciemne, delikatnie pachnące płynem do płukania. Pamiętam, że właścicielka mocnych perfum nie była zadowolona i do końca podróży ujawniała w pasywno-agresywny sposób, że mnie nienawidzi: kiedy odwracałam się w jej kierunku, ona patrzyła w okno, a kiedy zamykałam oczy, jej perfumy odnajdywały mnie i atakowały znienacka nozdrza. Po godzinie wszystko się uspokoiło; najpierw serce, później drżenie; zniknęło wrażenie chłodu. Byłam strasznie zmęczona, więc wtuliłam się w kocyki i zasnęłam.

– Pani się obudzi – usłyszałam jak przez mgłę. – Bo ja muszę wysiąść, a pani ma mój kocyk – powiedział szeptem starszy mężczyzna z kędzierzawymi włosami, opadającymi niesfornie na czoło. Mówił po polsku, ale wychodziło mu to licho, jego wymowa naznaczona było niemiecką twardością i akcentem na pierwszej zgłosce wyrazów. Kiedyś musiał być przystojny, pomyślałam, zaglądając w jego zatroskane oczy. Wyciągnęłam rękę z kocykiem w jego stronę.

– Dziękuję.

– W porządku. Jak się pani czuje? Często to się zdarza? – zadawał pośpiesznie pytania.

– Nie, nigdy.

– Musi pani wiedzieć, że problem nie leży w ciele. – Ściszył głos, budząc tym większe zainteresowanie pasażerów. – Na pani miejscu zrobiłbym sobie jakiś urlop i zastanowił się nad sobą. Może jest coś… – objął wzrokiem przestrzeń autokaru i pochylił się nade mną – coś, co niszczy pani spokój. Rozumie pani, co mam na myśli? Ciało daje sygnały.

– Coś, co niszczy mój spokój? – Nie żartuj, pomyślałam, zdając sobie sprawę, gdzie jadę i po co.

– Musimy już ruszać! – zakomenderował pilot, na co starszy pan uśmiechnął się do mnie współczująco i wyszedł z autokaru.

Wtedy dowiedziałam się, co to był atak paniki; powtórzył się jeszcze kilka razy. Ten miły starszy człowiek, który leczył pewnie wariatów w jednym z niemieckich szpitali, uświadomił mi, że powinnam zajrzeć w głąb siebie. Gdyby tylko wiedział, jak bliski był prawdy. Szczerze mówiąc, jak tylko wyszedł z autokaru, dostałam kolejnego ataku, dużo mniejszego wprawdzie, dzięki czemu udało mi się go ukryć przed ciekawskimi; wiele osób zdążyło już wysiąść, miałam przed sobą ostatnią godzinę podróży. Za chwilę miałam postawić stopę w Heidelbergu, zacząć nowe życie i poznać przeszłość ojca, o którym nic nie wiedziałam.

Od tamtego dnia minął rok. Ponownie siedzę w autokarze. Z pozoru nic się nie zmieniło: ta sama trasa, przewoźnik, oferta, a nawet pogoda, te same twarze umęczone życiem, kierowca pędzący zbyt ostro na zakrętach, niewygodne siedzenia i klimatyzacja, której nie można wyłączyć, przez co zaczynam kaszleć. Z pozoru nic nowego.

 

Jest wrzesień 2016 roku, godzina 21:31. Za oknem już ciemno. Pilot serwuje nam herbatę o smaku goryczy i wątpliwej jakości kawę, wolę zostać przy wodzie z plecaka. Dwie kobiety siedzące za mną opowiadają sobie o trudach życia, o pracy za granicą i starych Niemcach, którym podcierają tyłki. Większość moich współpasażerek jedzie po to, by jakaś niemiecka rodzina mogła odetchnąć z ulgą, oddając pod ich opiekę rodziców, a starców jest przecież od groma; historia i system opieki zdrowotnej tego państwa dobrze zakonserwowały dziadków. Faceci jadą na budowę; życie ich nie rozpieszcza, a przecież sami są już w średnim wieku i wypadałoby kiedyś wreszcie odpocząć. Żeby się znieczulić, kobiety pomagają sobie biadoleniem, a mężczyźni wódką, i sama nie wiem, co gorsze. Kiedy tak patrzę na te smutne, ciągane z jednego państwa do drugiego postacie, przychodzi mi na myśl, że wolność to złudzenie. Łut szczęścia dla wybranych.

– Rozdam państwu teraz boardingi, na których umieściłem numer autokaru i miejsca – informuje nas pilot przez mikrofon, po czym zabiera się do rozdawania karteczek. Mnie pomija. Miałam szczęście, nie muszę się przesiadać.

– Wielka szkoda – mówi figlarnie starsza pani, siedząca w moim rzędzie po prawej stronie. – Dwieście dwadzieścia jeden to mój szczęśliwy, a teraz wsiądę do dwieście dwadzieścia dwa i po szczęściu – oznajmia, wpatrując się w karteczkę.

– Niech się pani nie przejmuje – reaguje pilot. – Jechałem już większością naszych autokarów i wszystkie podróże wyglądały podobnie.

Sceptyczny wzrok starszej pani osiada na młodym pilocie jak kurz na czarnej desce rozdzielczej autokaru. Zaglądam na wyświetlacz telefonu, ktoś napisał. To Marek: Twoje milczenie dręczy. Miej – do cholery – serce! Ale ja nie mam już serca. Chyba. Zanurzam się w książce Vonneguta „Matka noc”. Główny bohater, Howard W. Campbell, ma reputację nazisty, choć według własnych przekonań jest bezpaństwowcem. W czasie drugiej wojny światowej przekazywał Amerykanom informacje zaszyfrowane w radiowych audycjach. Problem w tym, że same audycje wzmacniały w nazistach antysemicką ideę. Po latach spokojnego życia musi sobie przypomnieć, kim jest w oczach innych. To dobra pozycja na podróż do Niemiec, które kojarzą mi się – strasznie – z ojcem i Markiem. A Marka znam od roku. Wtedy, wysiadłszy z autokaru w Heidelbergu, dostrzegłam, że patrzy na mnie; to wystarczyło, bym zrozumiała, że to on – mój anioł stróż. Przyszło mi na myśl, że muszę być bardzo podobna do ojca, skoro od razu mnie rozpoznał. Marek miał się mną zająć, pomóc w sprawach knajpy, którą odziedziczyłam po ojcu. I rzeczywiście zrobił dla mnie dużo dobrego. Z perspektywy czasu wiem, niestety, że zrobił też dużo złego. Nim tam przyjechałam, rozmawiałam z nim trzy razy przez telefon: raz, kiedy oznajmił mi, że mój ojciec umarł, drugi, kiedy dał mi do zrozumienia, że knajpa ojca należy teraz do mnie, i trzeci, jak chciał się upewnić, że przyjadę, by móc mnie odebrać z dworca. Kilka razy pisał też esemesy, zbyt krótkie, bym mogła cokolwiek o nim powiedzieć. Wydawał się miły i tajemniczy, przez telefon miał ciepły i głęboki głos, akcent nieskażony długim pobytem za granicą, ale dopiero kiedy go lepiej poznałam, zrozumiałam, że nieprzypadkowo używa głosu z tak dużym namysłem. Marek to pisarz, któremu słowa służą za broń. Nie spodziewałam się, że aż tak skuteczną.

– Mniemam, że to ty – powiedział poprzedniej jesieni, podając mi dłoń o długich i giętkich palcach. Był wysoki, szczupły i ubrany jak jakaś złowroga postać szpiegowskiego kryminału. Na pierwszy rzut oka wydał mi się nieprzyjemny, trochę pretensjonalny, lecz chwilę później zauważyłam, że oczy ma spokojne i godne zaufania. Dałam mu pięćdziesiąt lat, później dowiedziałam się, że jest o kilka młodszy. Nie zwykłam oceniać mężczyzn w jego wieku, a tym bardziej się z nimi spoufalać.

– Julia – odpowiedziałam, starając się utrzymać w pionie. Plecak, uwieszony na jednym ramieniu, przeciążał mnie tak bardzo, że Marek musiał to zauważyć i pospieszył z pomocą.

– Mizernie wyglądasz. Może taki twój urok, tego jeszcze nie wiem. – Uśmiechnął się z kurtuazją.

– Jestem zmęczona. Nie przywykłam do spania w pionie.

– Zaraz zabiorę cię do mieszkania Jana. Spodoba ci się. Jest dosyć stare, a pewnie wolisz nowocześniejsze wnętrza, ale jedno mogę ci obiecać: w każdym jego rogu, na każdej ścianie widać pamiątki. Myślę, że to może być dla ciebie ważne. Przygotuj się na dużo książek, staroci i alkoholu. To były jego trzy wielkie słabości, ale nie martw się, nie był alkoholikiem – mówił, prowadząc mnie do swojego auta.

Milczałam, szukając odpowiednich słów; zawsze marzyłam o tym, by ojciec miał słabość do mnie, a nie do martwych przedmiotów. Słuchałam ze spokojem Marka, który od początku ujawniał usposobienie gawędziarza, sangwinika, erudyty, kochającego nie tyle słowa, ile samo życie, które można w nie ubrać.

– Dobry był z niego człowiek, naprawdę. Aż dziw, że śmierć zabiera ludzi, których wszyscy kochają, a nędznych samotników nie rusza. Coś czuję, że będę żył długo. – Zaśmiał się i otworzył auto.

– To świetnie. Dobrze, że coś się dla niego liczyło. Że był tak wyjątkowy i oczytany. Dla mnie książki też są ważne – odpowiedziałam, udając, że fascynacje ojca mam w głębokim poważaniu. Nigdy się mną nie interesował, nie pisał, nie dzwonił, nie przyjeżdżał, a matka mówiła o nim bardzo powściągliwie, raczej lekceważąco, co bolało mnie zazwyczaj, gdyż o innych sprawach zwykła mówić bez przerwy. Odniosłam wtedy wrażenie, że Marek wie, o czym myślę; na czerwonych światłach spojrzał na mnie z troską i głębokim smutkiem, tak jakby wyczytał w moich oczach, że jestem śmiertelnie chora, ale nie mógł mi o tym powiedzieć. Tak właśnie patrzył, a ja się boję, kiedy ktoś w taki sposób to robi.

Do mieszkania jechaliśmy niecałe dziesięć minut. Przyglądając się temu wspomnieniu z perspektywy czasu, jestem zadziwiona sposobem, w jaki człowiek widzi obce miasto i jak ono się potem zmienia w miarę poznawania szczegółów, zakątków, ludzi, w miarę przypisywania miejscom wspomnień. Heidelberg wydał mi się na pierwszy rzut oka szary, o niskich kamienicach i wielu tramwajowych szynach, ale jak tylko minęliśmy Bismarckplatz i skręciliśmy przed mostem w prawo, zrozumiałam, że najpiękniejsze krajobrazy miasta znajdują się właśnie tutaj, nieopodal Neckaru. Rzekę przecinało kilka mostów, jeden sprzed wieków, prowadzący na starówkę i w miejsca, gdzie turyści zapuszczali się najchętniej. Wjechaliśmy na jedną z niedużych ulic w pobliżu starego mostu. Marek zaparkował auto i pomógł mi z torbami.

– Musimy się trochę przejść, bo przy kamienicy nie ma parkingu – wyjaśnił. Szłam za nim, oglądając wieloletnie budynki, poniszczone niepozorne okienka i sprytnie poukrywane za nimi knajpy. Przypomniała mi się scena z „Leona zawodowca”, w której główna bohaterka próbowała dotrzymać na ulicy kroku Leonowi odzianemu w długi ciemny płaszcz. Marek wydawał się tak jak on niebezpieczny i intrygujący, a ja, podobnie jak tamta dziewczynka, zdałam się wtedy na jego dobroduszność i troskę. Ulica, na której mieszkał mój ojciec, nosiła nazwę Untere Strasse, co można przetłumaczyć jako ulicę Dolną i mimo swoich niewielkich rozmiarów słynęła z sąsiadujących ze sobą barów. Wtedy o tym nie wiedziałam. Nie myślałam, że zamieszkam na najgłośniejszej uliczce Hei­delbergu, że będę tam pracowała i całe moje życie zacznie się wokół niej kręcić. Zwykła ulica i śpiące nad ranem knajpy wydawały się oazą spokoju.

– To tutaj – pokazał na drewniane zgniłozielone drzwi i przekręcił klucz w zamku. – Mieszkanie jest na drugim piętrze. Idź pierwsza, ja wniosę twoje torby.

– Pomogę panu.

– Mów do mnie Marek. Marek dla przyjaciół, pan dla wrogów – powiedział, wspinając się na kolejne piętra. Na drugim stanął i znowu się zajął zamkiem, a ja oglądałam malowidła zawieszone na ścianie; replika „Dziewczynki w kapeluszu” Władysława Podkowińskiego i jakiś całkiem niezły szkic, przedstawiający eleganta w smokingu, dodawały temu miejscu charakteru.

– Ten wyszedł spod ręki twojego ojca – powiedział – ale już dosyć dawno. Jakieś piętnaście lat temu chyba. Janek miał artystyczne epizody, ale szybko zrozumiał, że to bez sensu.

– Czemu? – spytałam, wpatrując się w szkic. Drzwi do mieszkania rozchyliły się i od razu poczułam zapach panujący wewnątrz. Ta woń antykwariatu, zakurzonej piwnicy pełnej skarbów, zagraconego starociami pomieszczenia, woń tajemnicy i przeszłości musiała być tym, czym pachniał on.

– Twój ojciec nie miał zapału potrzebnego artystycznym zawodom. Tak samo jest z pisarstwem, a uwierz mi, wiem, co mówię. Jeśli sam w siebie do końca nie wierzysz, wsparcie innych nie wystarczy. No więc szybko zrezygnował. Byłem jedyną osobą, która mówiła mu, że ma talent, ale to za mało, żeby zmotywować kogoś do pracy i wyrzeczeń – wyznał, przekraczając próg.

Moim oczom ukazało się miejsce, w którym ojciec, mój stwórca, moja zmora i tęsknota, spędzał najwięcej czasu. Jak długo pamięć po zmarłym unosi się pośród jego rzeczy? Czy śmierć zabiera ze sobą wszystko, czym byliśmy? Wciągnęłam w płuca woń tego miejsca i przestąpiłam próg.

– Proszę wejść. Odjeżdżamy – słyszę głos pilota i niechętnie wracam do autokaru. Jesteśmy już w Porcie Świecko niedaleko granicy z Niemcami. Wspominam dalej nasze pierwsze spotkanie. Moje i Marka. Tamten dzień wydaje się teraz tak odległy i smutny; pamiętam, jak wszystkiego się bałam. Z drugiej strony było mi o tyle łatwiej, że nie znałam prawdy. Jeśli ktoś ją tak długo skrywa, nie może to być prawda niosąca ukojenie i lepiej trzymać się od niej z daleka. Ale wtedy tak nie myślałam. Miałam tylko jeden cel: dowiedzieć, jaki był mój ojciec.

*

Wychowałam się w Słupsku. Mówię „się”, bo udział mojej matki był w tym procesie znikomy. Z perspektywy czasu uważam, że bardziej ukształtowała mnie nieobecność ojca i pewien rodzaj nienawiści, która w wielu chwilach podtrzymywała mnie na duchu. Ta nienawiść nie ma nic wspólnego z uczuciem, jakim darzymy prawdziwych wrogów. Ojca nienawidziłam uczuciem tak żarliwym, że z psychologicznego punktu widzenia cierpiałam tak samo, jak cierpi się z powodu odrzuconej miłości. Żyłam nadzieją, tworząc w głowie cierpkie monologi, którymi w końcu go uraczę.

Nasze mieszkanie miało dwa pokoje i znajdowało się w jednym z blokowisk tego szarego miasta. O ile Heidelberg był na pierwszy rzut oka brunatno-szarym królestwem tramwajowych szyn, o tyle w Słupsku towarzyszyło mi bez przerwy wrażenie krajobrazu oglądanego przez daltonistę. Było jedno miejsce łamiące ten kolorystyczny konwenans, i jeśli człowiek potrzebował żywych bodźców, pozostawał mu tylko Jantar, w którym złudzenie wielkiego świata potrafiło nakręcić na kilka godzin. Były tam sklepy, fast foody, kawiarnie, kino, a nawet dyskoteka Kosmos. Chciałeś emocji, szedłeś do Jantaru, a kiedy i to nie pomagało, udawałeś się na międzygalaktyczną wyprawę do Kosmosu. Problem w tym, że do niego trafiali ludzie z tych samych szarych ulic miasta, więc mimo złudzenia tęczowego świata, nadal oddychałeś tym samym. Ale ja kochałam to miasto, tak samo jak się kocha kulawego psa ze schroniska, dziwnego rodzica czy niepojętne dziecko; kocham je nadal, bo je znam i z niego wyrastam. Kocham je za to, że potrafi mnie zaskoczyć znajomą twarzą, a nawet za to, że idąc ulicami, którymi zwykłam chadzać, nie muszę się zastanawiać, gdzie idę, bo nogi niosą mnie same. Ulice tego miasta są dla moich stóp tak przewidywalne, jak dla rąk kształty ciała, jak własne odbicie w lustrze – niedoskonałe, lecz oczywiste – i tylko przypadkowa zmiana potrafi zachwiać tą równowagą.

– Wychodzę i nie wiem, kiedy wrócę – mawiała matka, stojąc przy minimalistycznym lustrze, pozbawionym ramy. To pamiętam najbardziej. Kiedy wypowiadała te słowa, wiedziałam, że będę w nocy sama. Była to dobra wiadomość; mogłam zanurzyć się w jednej z ulubionych książek. Pragnęłam wiedzy. Pragnęłam jej tak samo, jak moja matka pragnęła nowych kutasów. Była jak kotka w rui. Poznając jakiegoś mężczyznę, zmieniała się w diwę i nawet jeśli z rana miała chandrę, godzinę przed randką wydawała się beztroska; często, stojąc obok niej przed lustrem, odnosiłam wrażenie, że wygląda młodziej niż ja, ale chyba nikogo nie dziwi, że geny rozwiązłości potrafią konserwować prawie tak dobrze jak posiłki z produktów BIO czy operacje plastyczne. Byłam naocznym świadkiem tego, że matka jadła co popadnie, a na operacje nie było jej stać, stąd moje smutne wnioski co do źródła jej długowieczności.

– Mogłabyś znaleźć sobie jakiegoś chłopaka – powiedziała któregoś razu, tapirując swoją bujną blond czuprynę. – Masz już dwadzieścia dwa lata, a nadal jesteś sama. – Milczałam, a ona mówiła, przerywając chwilami po to, by skupić się na fryzurze. – Mogłabyś się z kimś związać i wyprowadzić. Nie mogę przecież utrzymywać cię do trzydziestki. No przecież sama rozumiesz, że najwyższa pora się usamodzielnić. – Parsknęłam dzikim śmiechem i wyszłam z przedpokoju do kuchni. – I gdzie wychodzisz, kiedy do ciebie mówię? Jeszcze nie skończyłam. Robisz herbatę? To zrób i dla mnie. Z cytryną!

 

Przyszłam do niej z herbatą, postawiłam na komodzie obok lustra i spojrzałam w odbicie: miała na sobie czarną sukienkę, która podkreślała jej wielkie piersi; blond pukle opadały ponętnie na ramiona. Ikona lat osiemdziesiątych, żywa nadal i na chodzie, pomyślałam, ale ugryzłam się w język.

– Dobrze ci w czerni – powiedziałam, kiedy pochyliła się, rozsmarowując końcem palca różową pomadkę na ustach – ale w czerni dobrze każdemu.

Zmarszczyła czoło. Spojrzała na mnie spod oka i wymruczała coś pod nosem, ale za bardzo się śpieszyła, by pozwolić sprowokować się do kłótni. W takich chwilach zwykła krzyczeć. Może i prowokowałam ją, ale to ona zarzucała mi bezduszność i życiową apatię, tak przeciwną jej entuzjazmowi, którym szczyciła się przy każdej okazji. Ja znosiłam grzecznie jej wrzaski, uderzając od czasu do czasu jakąś sarkastyczną uwagą, jakimś bon motem, i tyle, a kiedy czułam, że miarka się przebrała, oddalałam się, podobnie jak ludzie oddalają się na wieść o wybuchu wulkanu. Tym razem lawa zastygła.

– Kupiłam sobie tę sukienkę z przeceny. Zobacz! – pokazała mi metkę, sterczącą na jej rumianym karku pod włosami.

– Masz jednak głowę do interesów – powiedziałam, a matka przyniosła z sypialni resztę skarbów, wyłowionych z przeceny. Traf chciał, że byłam w pobliżu. Traf chciał, że prawie zawsze w pobliżu byłam ja.

– To nie wszystko. Spójrz na te spodnie. Na początku kosztowały ponad trzysta złotych, a teraz tylko stówę. A ta bluzeczka może i na ciebie będzie dobra – mówiła, prezentując mi grafitowy T-shirt z tęczowym napisem Keep Calm and be Cool.

– No, ładny, ale chyba jednak nie dla mnie – powiedziałam, patrząc ze wstrętem na napis. – Ja nie jestem cool.

– Ty i te twoje próby bycia oryginalną. – Machnęła ręką, chowając bluzkę z powrotem do reklamówki. – Sąsiadki z dołu mają podobne – dodała jeszcze, a ja zamilkłam i wycofałam się wolnym krokiem do siebie. Czy jestem okrutna, myśląc w ten sposób o bliskiej mi osobie? Czy to źle, że świat ulepiony z kolorowych haseł i wielkich bilbordów wydaje mi się wstrętnym po(st)tworem, który chce nas zglajchszaltować? Czy to dziwne, że nie rozumiem ludzi, którzy poddają się modom? „Mój Boże, jakaś ty mądra! Oświeć resztę ludzi, zobaczymy, co na to powiedzą”, zaproponowała mi kiedyś po kłótni, uśmiechając się pod nosem. „Myślisz, że ludzie są ślepi? Nie każdy ma tyle siły i chęci, by z tym walczyć. Są większe problemy od twojej nienawiści do komercji. Czasem te napisy to jedyna miła rzecz, jaką niektórzy widzą! Zastanów się nad tym”.

Zgasiła mnie, przyznam. Differentia specifica będzie już niebawem tylko ekstrawaganckim wyskokiem odmieńców, pomyślałam. Młodych, wygodnych buntowników, mających czas na takie g ł u p o t y.

Co się dzieje z młodą kobietą, która nie zna własnego ojca, a jej matka kilka razy w tygodniu praktykuje kamasutrę? Miałam kilku chłopaków, i to całkiem niezłych; ponoć sama też byłam niezła: odziedziczyłam po matce gruszkowate piersi i duże oczy, a to wystarczy w świecie z kompleksem wielkości. Do tego byłam bystra, więc całkiem dobrze radziłam sobie w damsko-męskich small talkach, przynajmniej do pewnego momentu, po którym moje związki ulegały rozpadowi. Gardziłam bliskością i uważałam, że to tylko złudzenie, spięcie w ciele, pewnego rodzaju błąd, nieskonkretyzowana choroba psychiczna. Kiedy zaczynałam się angażować, przypominały mi się obrazy z matką w roli głównej. Koniec. Kubeł zimnej wody na głowę. Nie chciałam być kojarzona z kobiecością, nie chciałam iść jej śladami. O ile z nagością w wymiarze cielesnym nie miałam problemu, o tyle ujawnianie uczuć wydawało mi się szaleństwem. Czymś, czego nie chciałam. Mogłam zabawiać się do czasu, kiedy miałam tę zabawę pod kontrolą. Dużo później przyszło mi do głowy, że w gruncie rzeczy robiłam dokładnie to samo co ona. W końcu często jesteśmy tym, czego się boimy.

– Czy ty w ogóle traktujesz mnie poważnie? – spytał kiedyś Dawid, z którym dzieliliśmy pasję do filmów Paola Sorrentino; żałowałam później, że najlepsze jego dzieła musiałam oglądać już sama; wyobrażałam sobie, co powiedziałby Dawid, jak zareagowałby na daną scenę, ale to za mało, by uznać, że go kochałam. – Spotykamy się od kilku miesięcy, a ty nadal milczysz.

– Nie rozumiem pytania.

– Pytam, czy mnie kochasz. Kochasz mnie? Już kilka razy powiedziałem, ile dla mnie znaczysz, a ty wciąż udajesz, że nie słyszysz. – Poczerwieniał. – Czujesz coś do mnie?

– Nie wiem. Naprawdę nie wiem.

– Jak można nie wiedzieć, czy coś się czuje? Skoro tego nie wiesz, traktujesz mnie chyba jak zwykłego kolegę. Kolegę z bonusem.

Domyślam się, że miałam minę jak kot, przed którym przebiegł właśnie rozogniony buldog. Byłam zdziwiona, zakłopotana, nie wiedziałam, co naprawdę myślę; im więcej starałam się z siebie wykrzesać, tym bardziej stawałam się nijaka. Wolałam skończyć ten związek, niż wysilać się na słowa, których znaczenia nie znałam. Wolałam go stracić, niż udawać kogoś, kim nigdy nie mogłabym być. „Co lubisz, tak naprawdę, najbardziej w życiu?” – pytał Jep Gambardella w „Wielkim pięknie”. I my siebie też często o to pytaliśmy. Po tamtej rozmowie powiedziałam, że wolność. Lubię wolność, najbardziej ze wszystkiego. Zrozumiał, czemu to mówię, i odszedł.

– Chciałbym o coś zapytać – powiedział po kilku miesiącach spotykania się Robert, którego chyba trochę kochałam. Był diabolicznie bystry i wygadany. Swoją osobowością wzbudzał niemałe zainteresowanie w towarzystwie, co mi pochlebiało. Lubiliśmy uprawiać seks, pić dobre wino i spacerować po lesie, przy którym mieszkali jego rodzice. Byliśmy jak dwoje dzieci na placu zabaw. Czytaliśmy sobie na głos poezję, którą spisywaliśmy we wspólnym zeszycie. Lubiliśmy o sobie myśleć, że byliśmy jak Frida i Diego, jak Patti Smith i Robert, jak Lennon i Yoko Ono; wolni i niedorzeczni. –Jesteśmy dla siebie stworzeni. W ogóle się nie kłócimy. Wyobrażam sobie, że…

– Co sobie wyobrażasz? – spytałam.

Zbliżył się do mnie, złapał za dłonie i nim wyszły z niego tamte słowa, mocno odetchnął przez swoje wąskie usta, pewne wypowiadanych słów.

– Że moglibyśmy razem zamieszkać. Jesteśmy tacy zgrani – dodał, widząc niewątpliwie zmianę na mojej twarzy.

– Może właśnie dlatego, że razem nie mieszkamy – powiedziałam.

Objął mnie i przyciągnął mocno do siebie, a potem wszystko potoczyło się szybko.

– Wiem, że to szalone, ale jestem gotów. Czuję, że jesteś tą jedyną. Wiem, że nie lubisz dzieci, ale pomyśl sama, jak cudownie byłoby mieć kogoś, kto jest mieszanką ciebie i mnie. Wyobrażasz to sobie?

– Nie, w sumie to sobie nie wyobrażam.

– Kobiety często mówią, że nie chcą mieć dzieci, ale kiedy już je zobaczą, zakochują się w nich na amen. – Zrobił rozmarzone oczy. Mnie zemdliło.

– Żartujesz sobie? – spytałam, odsuwając się od niego, bo pogrążał się coraz bardziej.

– Nie – przyznał. – Wszyscy w mojej rodzinie ciebie lubią. Matka ciągle wypytuje, kiedy ci się oświadczę. – Zobaczyłam błysk w oczach, którego każda kobieta pragnie u mężczyzny, którego kocha. Którego kocha. Którego kocha…

– A to ja bardzo przepraszam. Trzeba było tak od razu. Przecież nie można zawieść Halinki – rzuciłam sarkastycznym tonem, czując, że moje słowa dziurawią Roberta na wylot. – Nie spodziewałam się tego po tobie. Próbować mnie zmanipulować tak tanimi chwytami? Tak to sobie wymyśliłeś? I jeszcze te teksty o twojej mamie. Serio? Naprawdę myślałeś, że można nimi coś zdziałać?