Księżyc z peweksuTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej (wyd. 2 zmienione)

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Piotr Nesterowicz Każdy został człowiekiem

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 2 zmienione)

Anna Mateja Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy

humanitarnej (wyd. 2)

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci (wyd. 2)

Misha Glenny Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio

Adam Hochschild Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku

Kate Brown Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne

Drauzio Varella Klawisze

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier

Mariusz Szczygieł Gottland (wyd. 3 zmienione)

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki

Paweł Smoleński Wieje szarkijja. Beduini z pustyni Negew

Albert Jawłowski Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów

Lidia Pańków Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego (wyd. 2)

Mariusz Szczygieł Niedziela, która zdarzyła się w środę (wyd. 3)

Aneta Prymaka-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy (wyd. 2)

Wojciech Górecki Toast za przodków (wyd. 2)

Jonathan Schell Prawdziwa wojna. Wietnam w ogniu

Wojciech Górecki Planeta Kaukaz (wyd. 3)

Janine di Giovanni Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii

Wolfgang Bauer Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki

Wojciech Górecki Abchazja (wyd. 2)

Bartek Sabela Afronauci. Z Zambii na Księżyc

Anna Pamuła Polacos. Chajka płynie do Kostaryki

Paweł Smoleński Pochówek dla rezuna (wyd. 3)

Cezary Łazarewicz Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 4)

William Dalrymple Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach (wyd. 2)

Barbara Demick Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Dzienniki kołymskie (wyd. 2)

Ben Rawlence Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców

Dariusz Rosiak Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha

Jean Hatzfeld Więzy krwi

W serii ukażą się m.in.:

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe

Ewa Winnicka Był sobie chłopczyk

Aleksandra Boćkowska

Księżyc z peweksu

O luksusie w PRL


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Krzysztof Jabłoński

Wybór fotografii Katarzyna Stańczuk

Copyright © by Aleksandra Boćkowska, 2017

Redakcja Magdalena Budzińska

Korekta Sandra Trela / d2d.pl, Małgorzata Poździk / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-594-4

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Luksus wpływa do Polski – Dary morza

Luksus niematerialny – Po stronie srebrnej łyżeczki

Luksus władzy – Zeszyty ze złotym grzbietem

Luksus specjalnego znaczenia – Śląskie powiększenie

Luksus wyobrażony – Lis trzymany niedbale za ogon

Luksus lokalny – W elitarnym wirze

Luksus oskarżycielski – Figurant Zegarek patrzy na zegarek

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Źródła fotografii

Kolofon

Angielski wuj, który przyśle płyty. Chociaż tyle, bo przyjmować w domu Animalsów to jednak rzadkość.

Boa wąż, prawdziwy, który posłuży za strój. Imponował w kręgach wąskich, ale zamożnych.

Banany. „Proszę państwa, wjeżdżamy do kraju, w którym są inne obyczaje, nie wolno nic wyrzucać przez okno, na przykład skórek od banana” – pouczył pasażerów autokaru przewodnik orbisowskiej wycieczki na granicy z RFN. Pasażerowie w śmiech. Był rok 1958. Żaden z nich nie jadł w życiu banana.

Cukier. Nie można go było – w przeciwieństwie do jajek czy śmietany – kupić na wsi, więc cukiernicy musieli chwytać się sposobów. Odkąd w 1976 roku na cukier wprowadzono kartki, skurczyły się też przydziały dla cukierni. Córka właściciela sopockiej lodziarni do dziś narzeka na kręgosłup – chodziła z plecakiem od sklepu do sklepu i na zapleczu dostawała po torebce. W zamian przynosiła lody.

Dolar, jasna sprawa. Kiedy w 1964 roku Marlene Dietrich opuszczała hotel Bristol, była tak zadowolona z obsługi, że wysłała swojego impresario z napiwkiem dla personelu. Szef recepcji już przeliczał i planował, a tu w kopercie dwa dolary. Ktoś musiał powiedzieć gwieździe, że w Polsce to majątek. W połowie lat osiemdziesiątych, gdy średnia pensja wynosiła dwadzieścia cztery tysiące złotych, pewien znany polityk dostał za występ w austriackiej telewizji osiemset dolarów. Po czarnorynkowym kursie – sześćset czterdzieści tysięcy!

Dżinsy w peweksie. Kosztowały około sześciu dolarów, a szczytem klasy było pójść w nich, najlepiej powycieranych, na własny ślub cywilny. Żeby władzy ludowej okazać brak szacunku.

Elita, czyli krąg podobnie myślących znajomych. O polityce, muzyce albo o pieniądzach. W każdym przypadku dawali luksus przebywania w rzeczywistości niesocjalistycznej.

Francuzkę mieć za sąsiadkę. Zwłaszcza jeśli przynosiła zagraniczne czasopisma. A tam na przykład takie zdjęcie: Alpy, śnieg, ławy, ludzie piją wino, jedzą coś ze smakiem, obok stoją narty. „Jezu, taki świat wspaniały, a ja w tym gównianym komunizmie”, myślało się z rozpaczą.

Futro z norek, ale nie ciotkowate, tylko raczej sportowe, żeby można było nosić do dżinsów. No i brylanty, koniecznie zanim ręce pokryją wątrobowe plamy.

Gwoździe ze Szwecji. Może nikt nie wpadłby na to, że w Szwecji są lepsze, gdyby nie bankiet po pewnym wernisażu. Szwedzki artysta przybijał do ściany jajka faszerowane (znakomicie imitowały piersi w instalacji, którą spontanicznie stworzył), tyle że co gwóźdź, to się łamał. „Macie tu fatalną stal” – oświadczył i jakiś czas później wysłał gospodyni próbki szwedzkich gwoździ, po pięć sztuk każdej wielkości.

Hotelowy hall. Pachniało tam perfumami i czystością. Kursowały dolary. Wystarczyło usiąść na parę chwil, żeby się poczuć jak na wycieczce za granicę.

Instrukcja obsługi magnetowidu po polsku. Magnetowidy, które na początku lat osiemdziesiątych pojawiły się w Polsce nie wiadomo skąd, przeważnie nie miały nawet gwarancji. Ale przede wszystkim stanowiły zagadkę. „Dzisiaj jeszcze nic nie oglądamy. Dałem koledze do przetłumaczenia instrukcję. Żona i dzieciaki trochę zawiedzeni, ale to za drogi sprzęt, abym pozwolił przy nim majstrować” – relacjonował użytkownik w magazynie „Ekran”. Nazajutrz podłączył wideo do prądu i ustawił zegar na wyświetlaczu.

Jedwabna halka zamiast flanelowych majtek. Znany scenograf marzył, by sprezentować taką swojej pierwszej dziewczynie. Dostatecznie wzbogacił się jednak dopiero wiele dziewczyn później.

Klo-papier. Szkoda rozwijać.

Lot do Warszawy po pączki od Bliklego, by na wieczór były na przyjęciu w Gdyni – to zdecydowanie miało luksusowy smaczek.

Lód. Kiedy malarz Jan Lenica kupił lodówkę z kostkarką do lodu, przyszli ją oglądać wszyscy znajomi.

Łosoś wędzony. Przysmak przyjęć w sferach rządowych. Polacy zaproszeni przez swych zagranicznych gości na kolację w Victorii sarkali, że woleliby dostać butelkę koniaku.

 

Mirafiori fiat. Widywano samochody lepsze, a na pewno piękniejsze. W tym było jednak coś szczególnego. Pozwalał czuć się bardziej pańsko niż w mercedesie – nawet tym, którzy mogli mieć mercedesa.

Motor Harley-Davidson. Choćby z demobilu. Choćby kupiony w częściach (był ich cały worek). Choćby po to, żeby podłubać na podwórku. Do jazdy za miasto nadawał się rzadko. Kto pokonał trasę Warszawa – Kazimierz Dolny i z powrotem, był witany kwiatami.

Marlboro. Kupić sobie marlboro w peweksie to było coś. W latach siedemdziesiątych pojawiły się w kioskach licencyjne krakowskiej produkcji. Kosztowały dwadzieścia osiem złotych. Zdarzyło się, że z zostawionej w mięsnym męskiej torebki nie skradziono pieniędzy, kluczy ani dokumentów, tylko marlboro (krakowskie!).

Notatki zrobione w Perugii. I potem to zdziwienie celnika, który przetrząsa samochód i nie znajduje żadnych ciuchów, tylko zeszyt. On nie dowierza, a ona – przewodniczka turystyczna, mówi: „Byłam tam, by czegoś się nauczyć”.

Osiem kilo polędwicy wołowej dostać w prezencie ślubnym. Albo chociaż parę deko wystać. Ustosunkowana towarzysko gospodyni spędziła kiedyś pół dnia w kolejkach, wieczorem podała polędwicę. „Jasne, jak ktoś się przyjaźni z premierem, to ma i mięso” – rzucił znad talerza gość. Bardzo Ważny. Nie bacząc na nic, wyrzuciła go z domu.

Poczucie bezpieczeństwa. „Luksus na nim właśnie polega” – to zdanie powtórzy się w wielu rozmowach. W zależności od tego, czym się zajmował rozmówca – zakończone kropką lub rozwinięte o: „A tego nam zawsze brakowało”.

Redaktor Maj, czyli bohater serialu Życie na gorąco. Tropił międzynarodowe spiski i żył, jakby świat zachodniego luksusu nie miał przed nim tajemnic. Przed producentami filmu miał. W roli Grecji i Francji wystąpiła Bułgaria, w roli Ameryki Południowej – Krym. Kiedy kręcono sceny w Wiedniu, kierownik planu rzucił: „Ulicę stąd są tanie zegarki elektroniczne”. Po chwili operator został z kamerą sam.

Stokrotka. Konkretnie lusterko stokrotka, stało w prawie każdej łazience. Składało się z dwóch części – podstawka powiększała, góra dawała zwyczajne odbicie. Produkowane w opuszczonych magazynach w Mińsku Mazowieckim przyniosło twórcom wielkie powodzenie.

Telefon. Zwyczajny, stacjonarny – na doprowadzenie linii czekało się latami. A jeśli był niklowany! O lokalnym prominencie plotkowano, że ma niklowanych dwanaście! „Mówiono jeszcze, że żona ma futro, pies budę z mahoniowego drewna, a ja zagraniczną wannę. Ale nic o tym, że pławię się w basenach i jeżdżę po kurortach, to było poza granicami wyobraźni” – wspomina.

Umrzeć we własnym basenie. „W styczniu 1969 roku Brian Jones, wcześniej wysiudany ze Stonesów, utopił się we własnym basenie. Mało kto z nas wierzył, że kiedykolwiek uda mu się utonąć w swoim basenie”, napisał w książce Kryzysowa narzeczona Andrzej Mogielnicki.

I właściwie na tym można by skończyć. Były jednak jeszcze:

Wille. Wątpliwości. Wolność. Wyjazd za granicę.

Zegarki.

Żabka. Wylosowana z zabawkowej tuby przywiezionej z Anglii.

Luksus wpływa do Polski
Dary morza

Żabka z zabawkowej tuby, jak to żabka, była zielona. Metalowa. Niestety konwenans sprawił, że trzeba ją było wymienić na różową kaczuszkę, którą wyciągnął kolega. Dziewczynce wszystko jedno, a trudno, żeby szanujący się chłopiec w połowie lat sześćdziesiątych bawił się czymś różowym. Nawet na osiedlu wymykającym się konwenansom w mieście wymykającym się socjalizmowi.

Gdynia. Wolne miasto

Powojenna Gdynia dość szybko podnosi się ze zniszczeń. Nie są one zresztą bardzo duże. W mieście – jakieś dwadzieścia procent. Gorzej w porcie. Przewrócone dźwigi, spalone magazyny, zrujnowane wiadukty, stacja pomp i wieża ciśnień, potężne fragmenty nabrzeży i falochronów wysadzone w powietrze. U wejścia do głównego basenu zatopiony pancernik Gneisenau, w kanałach – mniejsze wraki. Odbudowę nadzoruje przedwojenny wicepremier i minister skarbu, twórca Gdyni Eugeniusz Kwiatkowski, którego na powrót do kraju namówił Jerzy Borejsza. Zostaje szefem Delegatury Rządu do spraw Wybrzeża. Odbudowa idzie sprawnie, już we wrześniu zawija do portu pierwszy statek pod polską banderą. Parowiec SS Kraków przywozi grupę imigrantów z Anglii. Od 1946 roku przez dwa lata między Gdynią a Trelleborgiem kursuje szwedzki prom Drottning Victoria.

Nie o liczby jednak w Gdyni chodzi. Chodzi o rząd dusz, bo z punktu widzenia nowej propagandy to miasto uosabia zło. Zbudowane przed wojną kojarzy się z tym wszystkim, czego ma już nie być: sukcesem, luksusem, kapitalizmem. Okno na świat, którego władza wolałaby raczej nie uchylać. Ma z Gdynią kłopot, bo chciałaby skorzystać z jej świetności, ale wymazać przeszłość.

Tymczasem wracają wysiedleni w czasie wojny gdynianie, przybywają ludzie z Kresów, ze zburzonej Warszawy, ze wsi na Pomorzu, z miasteczek na Podkarpaciu. Najczęściej odważni, silni, przedsiębiorczy. Dawni właściciele znów otwierają swoje zakłady rzemieślnicze i sklepy. W 1946 roku działa ich dziewięćset dwadzieścia pięć! Trzy razy mniej niż przed wojną, ale – jak na nowe porządki – bardzo dużo. Historyk Jerzy Kochanowski podaje, że już w latach czterdziestych udało się doprowadzić obroty handlowe Gdyni do poziomu sprzed wojny.

Znaczenie handlu zagranicznego dla polskiej gospodarki spowodowało, że władze patrzyły tu przychylniej na działalność sektora prywatnego, który utrzymał się w Gdyni dłużej niż na pozostałym terytorium kraju – pisze w książce Tylnymi drzwiami. Czarny rynek w Polsce 1944–1989. – Niezależnie od sytuacji międzynarodowej polskie statki pływały na Zachód, a zachodnie wpływały do polskich portów. Na polskich statkach rybackich aż do 1952 roku pracowali marynarze zachodnioeuropejscy, głównie holenderscy, a polska flota dysponowała – również w czasach stalinizmu – stałymi bazami w portach zachodniej Europy, m.in. w Ostendzie i Cuxhaven1.

Tylko że z tymi statkami to kłopot. Początkowo władza zezwala marynarzom przywozić do kraju tak zwane towary deficytowe – a deficytowe było wówczas wszystko – i sprzedawać je na wolnym rynku. Wkrótce jednak orientuje się, że „zasadnicze zainteresowania [marynarzy] poszły w kierunku zwiększania majątków osobistych”2, i w listopadzie 1949 roku posyła na statki oficerów kulturalno-oświatowych. Mają na równi z kapitanami odpowiadać za „stan moralno-polityczny załogi” – wygłaszać pogadanki, kształtować światopogląd i budzić respekt. Partyjnie są wyszkoleni jako tako, o pływaniu zazwyczaj nie mają pojęcia. Kapitanowie odwrotnie – w pływaniu są świetni, ale „wychowani zostali przez kapitalizm”. Zdarza się, że – jak na statku Bałtyk – puszczają w mesie audycje BBC.

Antagonizmy są nieuniknione. Kapitan na Sobieskim wita kaowca z przekąsem: „A, to jest ten niby oświatowy oficer”. Na statku Brygady Makowskiego powtarza, że oficer k.o. to niepotrzebny dodatek, a na Rataju „stara się poderwać autorytet władzy ludowej. Podczas picia wódki […] stale się wyraża: Pijmy, póki jeszcze nie ma na statku politruka”. Na Warcie kapitan z kaowcem „wspólnie wpisują się do Dziennika Okrętowego, narzekając przy tym jeden na drugiego”.

Marynarze mówią na kaowców „pampalici”. Od pomoszcznik politycznyj. I dokuczają.

„Ażeby oficer K.O. nie myślał, że na statku zrobi rewolucję, oraz by nie był świętszy niż sam papież i czerwieńszy jak sam Stalin” – mówi pierwszy oficer pokładowy na statku Borysław, swoją drogą partyjny, i zebranie jest już ustawione.

Pierwszy oficer (wróg ustroju) na statku Narwik nie chce w ogóle dyskutować z przedstawicielami PZPR. Po alkoholu dodaje: „Portret prezydenta Bieruta powinien już dawno wisieć do góry nogami”.

Drugi oficer prowokuje: „Na co nam Ziemie Zachodnie? Nasze ziemie – to tam, na wschodzie”.

A kucharz zagrzewa załogę: „Żryjcie, bo jak będą kołchozy, to powyzdychacie”.

Na Kolnie ktoś stwierdza, że rząd chce ukrócić wolność marynarzy.

Na Walterze – sukces. Udaje się zorganizować czyn społeczny w związku z siedemdziesiątą rocznicą urodzin Stalina. Święto trwa, póki trzeci oficer, co gorsza – towarzysz, nie oznajmi: „Napiszę list do Lebiediewa, by mi zwrócił pieniądze za wybrudzoną w czasie pracy czynowej koszulę”.

Na Tobruku chłopiec pokładowy podczas odczytywania okólnika o przestrzeganiu tajemnicy państwowej rzuca: „Ja mam w dupie tajemnicę państwową” i opuszcza zebranie.

Najgorzej jest na Czechu i Lublinie – statkach pływających do Londynu. Tu marynarze już się urządzili, a na dodatek zakolegowali z emigrantami. Autor raportu z pracy aparatu k.o. nie kryje niesmaku:

W Londynie mieszka kapitan, były oficer Armii Andersa, który posługując się zwerbowanymi sobie ludźmi z polskiej emigracji, rozkłada moralnie załogę statku Czech. Większa część załogi po przybyciu statku do Londynu schodzi na ląd i udaje się bezpośrednio do niego lub jego wspólników, gdzie otrzymuje towar dla nielegalnego handlu. Uważam, że poza handlem uprawia się tam także i szpiegostwo.

Trudno powiedzieć, jak było ze szpiegostwem. Z handlem ogólnie dobrze.

Złotych stalówek: trzysta trzydzieści siedem. Wiecznych piór: sto trzydzieści pięć. Szminki: cztery. Trzy pary nylonów. I jeszcze czterdzieści zegarków, o których wiadomo, że są – widziano kupujących – ale schowano je tak dobrze, że urzędnicy celni nie potrafią ich znaleźć. A to tylko jeden rejs, w lutym 1950 roku. I tylko to, co odkryli celnicy.

By ukrócić przemyt, władza wprowadza książeczki celne, które pozwalają wwozić do kraju czterdzieści cztery artykuły codziennego użytku, między innymi pończochy, płaszcze, rękawiczki, aparaty radiowe i fotograficzne, zabawki, owoce, przyprawy.

Oficer z Waltera, ten sam, który odgrażał się, że napisze list w sprawie koszuli, wścieka się podczas dyskusji nad książeczkami: „To hołota pisała te wszystkie zarządzenia!”. Za karę wylatuje z partii. A autor sprawozdania ma nadzieję:

Wprowadzenie książeczek, obok innych pociągnięć Partii na odcinku floty, przyczyni się na pewno do ograniczenia nielegalnego handlu, do oderwania ludzi od problemu, jakim dotychczas żyli (bizness), i pozwoli nam mniej już zajętych handlem marynarzy wychować, skierować ich myśli i czyny w kierunku współzawodnictwa i interesowania się statkiem i jego eksploatacją.

Aparat k.o. się stara. W Polskich Liniach Oceanicznych powsta­je komórka, która co kwartał sporządza sprawozdania z postępu pracy, ale za każdym razem stwierdza, że „na tym odcinku raczej nie można notować specjalnej poprawy”. Radzi wzmóc działania, położyć nacisk i „tępić bezlitośnie i publicznie za pomocą prasy i radia wszelkich przemytników”3.

Bezskutecznie. W dodatku marynarze schodzą czasem na ląd i samą obecnością sieją zamęt w mieście, które i bez nich jest kompletnie niezdyscyplinowane w sprawie socjalizmu.

Od początku. W czerwcu 1945 roku tuż przed Świętem Morza „Dziennik Bałtycki” apeluje: „Ślady zniszczenia muszą zniknąć, miasto Gdynia musi odzyskać swą dawną imponującą szatę zewnętrzną. Ustanawiamy dzień pracy dobrowolnej”4. I co? Z siedemdziesięciu tysięcy mieszkańców przychodzą dwa tysiące.

W kwietniu 1946 roku dla uczczenia rocznicy wyzwolenia Gdyni jeden z radnych PPR proponuje, by przemianować biegnącą od dworca do morza ulicę 10 Lutego (to najważniejsza z gdyńskich dat5) na aleję Zwycięstwa. Nie ma na to zgody.

W 1946 roku trwają prace, by formalnie scalić Trójmiasto. Chodzi o to, by wzmocnić Gdańsk, a osłabić Gdynię. Ten pomysł też nie wypala. Udaje się jednak połączyć zakłady komunikacyjne. Pracownicy z Gdyni natychmiast protestują, że Gdańsk zabiera większość pieniędzy, części zapasowe i paliwo. „Takie postawienie sprawy przekreśla nam plan odbudowy taboru i przez to uniemożliwia rozwój MZK Gdynia i nie dopuszcza do powiększenia majątku gminy, pracownicy postanawiają sprzeciwić się podobnej gospodarce i nie godzić się na dalsze wywożenie materiałów, postanawiając wykonać plan na rzecz miasta Gdyni”6 – piszą w protokole z zebrania przekazanym gdyńskiej Miejskiej Radzie Narodowej.

 

Kiedy okazuje się, że wskutek scentralizowania zakładów elektrycznych w Gdyni brakuje żarówek, u wojewody protestuje prezydent miasta. Dowodzi, że przed wojną było w mieście tysiąc punktów świetlnych, a teraz jest tylko trzysta. Nie pomaga. Na Świętojańskiej ciągle jest ciemno.

A za chwilę ściemni się na poważnie. W 1948 roku w miejsce PPS i PPR powstaje PZPR i zaczyna porządki. Słowo „wolny” traci aktualność, słowo „rynek” – znaczenie. W gospodarce – bitwa o handel i współzawodnictwo pracy, w kulturze – socrealizm, w polityce – stalinizm. Słowem, zaostrzenie kursu.

Delegatura Rządu do spraw Wybrzeża zostaje uznana za reakcyjną i rozwiązana, a Eugeniusz Kwiatkowski musi opuścić Trójmiasto. Żeby kilka lat później przyjechać na pogrzeb matki, będzie musiał starać się o przepustkę.

W marcu 1949 roku honorowym obywatelem Gdyni i Gdańska zostaje marszałek Konstanty Rokossowski. Przy okazji uroczystości „Dziennik Bałtycki” podaje obowiązującą wersję historii: „Kto zbudował Gdynię? Sanacja chwaliła się, a dziś podnoszą to niesławnej pamięci pozostałości w krajowych kawiarniach i poczekalniach zagranicznych mocodawców, że to ona zbudowała Gdynię. Czas zerwać zasłonę z tej sanacyjnej blagi. Gdynię budował polski robotnik, technik, inżynier”7.

W listopadzie na plenum Komitetu Miejskiego PZPR pierwszy sekretarz Jan Olejniczak grzmi:

Gdynia przedstawia sobą środowisko szczególnego zagęszczenia wroga klasowego. Do Gdyni zbudowanej krwią i potem polskiego robotnika i technika, a sprzedanej przez zdradę burżuazji we wrześniu 1939 r., po wyzwoleniu przez Armię Radziecką i Oddziały Odrodzonego Wojska Polskiego pod dowództwem naszego ukochanego orła – syna robotniczej Warszawy, honorowego obywatela naszego miasta Marszałka Konstantego Rokossowskiego – z powrotem napłynęła cała rozmaitość różnego rodzaju niedobitków reakcyjnych, pogrobowców dnia wczorajszego, nienawistnych dla naszej robotniczo-chłopskiej ojczyzny. Napłynęli tu i stworzyli mocne pozycje ekonomiczne kapitaliści gdyńscy, napłynęła cała plejada sługusów, funkcjonariuszy i kierowników aparatu ucisku i znęcania się nad klasą robotniczą […]. Napłynęli tu kombinatorzy, spekulanci, waluciarze – różnego rodzaju niebieskie ptaki, pragnący uwić sobie gniazdo w ośrodku portowym, otwierającym dla nich szczególnie wdzięczne pole do działania. Do Gdyni napłynęli niejedni agenci i szpiedzy, mający w naszym porcie ułatwiony kontakt ze swymi dyspozycyjnymi ośrodkami za granicą. Pracująca ludność Gdyni, uczciwi robotnicy i inteligenci, stanowiący przytłaczającą większość naszego miasta, coraz lepiej rozumieją, że przedmiotem ich dumy, honoru, ambicji i patriotyzmu – winno być usunięcie z naszej Gdyni tej rdzy przynoszącej wstyd naszemu społeczeństwu8.

Wyrzucenie Kwiatkowskiego i przyjęcie w poczet obywateli marszałka jest symboliczne dla trwającej już od 1946 roku akcji wysiedlania niepożądanych mieszkańców Trójmiasta, którą wojewoda w rozporządzeniu nazywa „selekcją materiału ludzkiego”. Zostać mają tylko „personalnie użyteczni dla dzieła odbudowy i sprawnego funkcjonowania życia gospodarczego na Wybrzeżu”9.

W Gdyni przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych brzmią muzyka i język angielski, unosi się zapach perfumowanych amerykańskich papierosów i aromat potraw z kilku całonocnych restauracji, ale znikają prywatne sklepy, bo kupcy są pierwsi w kolejce do wysiedlenia. Wyjeżdżają też ci, którzy mieli w rodzinie powstańców warszawskich. Prześwietlani są lekarze, adwokaci, inteligenci, bo dla przedstawicieli wolnych zawodów będzie ustanowiony limit. Krótko mówiąc, wylatują wrogowie ustroju. Ilu?

– Trudno powiedzieć. Zachowało się niewiele dokumentów, często wysiedlenia w ogóle nie były odnotowywane – mówi znawczyni historii Gdyni Małgorzata Sokołowska.

Inni historycy dodają, że wobec wysiedleń w 1939 roku, kiedy w pierwszych miesiącach wojny Gdynię opuściło ponad pięćdziesiąt tysięcy ludzi (ponad połowa mieszkańców), te były prawie niezauważalne.

Jednak przynajmniej kilka tysięcy musiało wyjechać. Dla oczyszczenia atmosfery, ale też – dla odzyskania mieszkań. Bo w Gdyni początku lat pięćdziesiątych jest już ponad sto tysięcy ludzi, a mieszkań brakuje.

Tłoczą się po kilka rodzin. Długoletnia dyrektorka Muzeum Miasta Gdyni Dagmara Płaza-Opacka, której ojciec przybył tu z Kolbuszowej, a matka mieszkała wcześniej w Gdańsku, wspomina mieszkanie przy ulicy Szendwalda (dziś Biskupa Dominika):

– Były dwa pokoje, po jednym dla rodziny, wspólne łazienka i kuchnia. Pokój był dość duży. Mieścił się okrągły stół, tapczan rodziców, trzydrzwiowa szafa, a za nią zasłonięta kotarą wnęka – tam stało moje łóżko. Było też pianino, bo ojciec bardzo lubił grać i kiedy wracał, grał nawet jazzowe kawałki.

Sekretarz miasta Jerzy Zając jako dzieciak mieszkał w bloku przy Dzierżyńskiego (dziś Legionów).

– Kąpało się tylko w sobotę, zamiast papieru toaletowego były gazety na gwoździu. Moje życie to jest postęp od kamienia łupanego.

Iwona Wirszke pierwsze kroki stawiała w pokoju bez wygód przy Bohaterów Stalingradu (dziś Orłowskiej). Po sąsiedzku mieszkało małżeństwo Kuczyńskich – on pływał, ona próbowała zagospodarować dwadzieścia osiem metrów. Z powodzeniem: tak poustawiała szafy, że z jednego pokoju zrobiła dwa z kuchnią.

Ewa Pietrzykowska mieszkała z rodzicami w klitce z oknem na plac Górnośląski. Ojciec był drugim mechanikiem na statkach, mama wyszywała, robiła na drutach, a każdy zarobiony banknot prasowała i chowała do pudełka po butach. Zbierała na dom. Wymiana pieniędzy w 1950 roku sprawiła, że za oszczędności mogła kupić co najwyżej fotel.

Zdarza się, że marynarze zostawiają rodziny gdzieś w Polsce, a między rejsami kłócą się o pokoje w Domu Marynarza – hotelu, który powstał po to, by mieli gdzie się podziać. Albo radzą sobie inaczej, co oczywiście niepokoi kaowców z Polskich Linii Oceanicznych: „Np. ostatni wypadek w dniu przyjazdu m/s Mic­kiewicz (mąż nie spodziewał się żony), gdzie pod statek przyszła żona (zamieszkała w Częstochowie) oraz »narzeczona« z Gdyni. Ma to duże powiązanie z kwestią mieszkaniową we flocie. Uważamy, że tacy ludzie jak marynarze powinni bezwzględnie mieć swoje rodziny co najmniej w Trójmieście, i wtedy moglibyśmy od nich wymagać socjalistycznej moralności oraz mniej byłoby wypadków rozbijania małżeństw” 10 – melduje autor sprawozdania z pracy Aparatu Politycznego PLO w lipcu 1956 roku.

Lato 1956 roku, a więc jeszcze przed Październikiem, ale już dawno po śmierci Stalina, kilka miesięcy po śmierci Bieruta, referacie Chruszczowa i tuż po poznańskim Czerwcu. Ludzie może nie mówią wszystkiego, co myślą, ale coraz odważniej narzekają na to, co im doskwiera. Za chwilę wybuchnie Październik, w przeddzień warszawskiego wiecu na placu Defilad miejscowy komitet partii zgromadzi ludzi na placu Grunwaldzkim. Wiec jest o wolności, ani słowa o płacach i fatalnym zaopatrzeniu, choć kłopoty były nawet z cebulą.

Na razie jest lato. Pod koniec sierpnia w PLO odbywa się narada załóg statków. Temat: VII Plenum KC PZPR. Obecni sami najważniejsi – pierwszy sekretarz z województwa, z miasta, dyrektor PLO, paru dygnitarzy. A więc zagajenie, a więc dyskusja o tym, że lata mijają, a autorytet aparatu politycznego we flocie jest słaby, zwyczajowo co nieco o szmuglu. Wreszcie któryś z marynarzy rzuca:

Nawiązując do kwestii mieszkaniowej, zapytuję, w jaki sposób będzie ona rozwiązana. W Radzie Zakładowej jest 1200 podań marynarzy o mieszkania, co świadczy o tym, że PLO w tym kierunku bardzo mało zrobiło. Dużo żon i rodzin marynarzy mieszka daleko od Gdyni. […] Te wszystkie bolączki na pewno nie przyczynią się do wydajności pracy. Mówi się, że stopa życiowa polskich marynarzy jest wyższa od marynarzy krajów kapitalistycznych. Jest to nieprawdą, bo w Szwecji, Norwegii czy Finlandii i innych krajach marynarz ma możność budować sobie domek, natomiast u nas nie ma możliwości, bo skąd weźmie, jeśli nie chce szmuglować, 160 000 na domek? Dla uczciwie pracującego marynarza jest to niemożliwością.


[^] „Ojciec wraca, awantura”. To wspomnienie powtarza się w wielu rodzinach. Zwykle jednak witany był z honorami – żony i wystrojone dzieci czekały w porcie na marynarzy wracających z rejsu.

Port w Gdyni, 1956. W tle statek Współpraca

Robi się gorąco. Inni podchwytują. Mówią, że spółdzielnie, które budują osiedla dla marynarzy, partaczą i chcą wycisnąć z przyszłych mieszkańców ostatni grosz. Byłoby taniej i dużo przyjemniej, gdyby można było „indywidualnie otrzymać teren i materiał i samemu sobie budować”. Ktoś postuluje „założenie spółdzielni budowy jednorodzinnych domków pod ścisłą kontrolą dyrekcji PLO, żeby budować taniej, lepiej jak dotychczas, wówczas więcej ludzi będzie zainteresowanych, zwolni się więcej mieszkań dla ludzi najwięcej potrzebujących mieszkań”.

I już wkrótce matki Dagmary Płazy-Opackiej, Jerzego Zająca, Iwony Wirszke, Ewy Pietrzykowskiej i Zofia Kuczyńska piechotą albo trajtkiem, jak w Gdyni mówi się na trolejbusy, co rano przybywają doglądać budów przy Szturmanów, Armatorów, Szyprów, Cumowników, Kaprów i Sterników… Między Kępą Redłowską a aleją Zwycięstwa, na brzegach rzeki Kaczej powstają osiedla spółdzielni PLO, a potem Dalmoru. Kiedy dziesięć lat później dziewczynka z chłopcem będą wymieniać zieloną żabkę na różową kaczuszkę, osiedle znane będzie jako Zegarkowo. Zazdrośni taksówkarze – to oni nadali tę nazwę – są przekonani, że takie bogactwa to tylko z przemycanych zegarków.