SzpiedzyTekst

Z serii: Szpiedzy #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

1968

31 marca

14 lipca

15 października

6 listopada

12 listopada

28 listopada

1969

20 stycznia

15 lutego

16 lutego

17 lutego

18 lutego

21 lutego

28 marca

30 maja

31 maja

1 kwietnia

2 sierpnia

3 września

4 września

22 listopada

23 listopada

25 listopada

26 grudnia

1970

16 stycznia

1 grudnia

1971

6 lutego

15 lipca

15 sierpnia

23 sierpnia

23 października

24 października

25 października

1972

1 lutego

8 lutego

4 kwietnia

18 czerwca

22 czerwca

24 czerwca

25 czerwca

26 czerwca

27 czerwca

1 sierpnia

23 listopada

24 listopada

25 listopada

26 listopada

2 grudnia

1973

5 maja

8 maja

9 maja

16 lipca

17 lipca

18 lipca

21 lipca

22 lipca

23 lipca

4 sierpnia

20 października

27 października

10 listopada

21 listopada

7 grudnia

8 grudnia

13 grudnia

16 grudnia

21 grudnia

22 grudnia

23 grudnia

1974

5 stycznia

7 stycznia

8 stycznia

15 lutego

26 lutego

1 marca

2 marca

5 marca

12 marca

13 marca

19 marca

20 marca

4 kwietnia

5 kwietnia

13 kwietnia

14 kwietnia

19 kwietnia

20 kwietnia

21 kwietnia

27 kwietnia

28 kwietnia

30 czerwca

8 sierpnia

1975

29 kwietnia

5 maja

 

12 maja

19 maja

21 maja

30 maja

7 czerwca

9 czerwca

11 czerwca

1976

2 lutego

6 lutego

19 lutego

29 lutego

4 lipca

4 października

14 października

1977

3 września

1978

3 października

1979

28 lutego

15 kwietnia

20 kwietnia

30 kwietnia

30 września

1980

3 lutego

3 maja

4 maja

Redakcja

Mirosław Grabowski

Projekt graficzny serii

Paweł Skupień

Projekt okładki

RM Projekt Daniel Rusiłowicz

Zdjęcia na okładce

© suravid / Shutterstock, © cocozero / Shutterstock,

© Victor Torres / Shutterstock, © UTBP / Shutterstock

© Luciano Mortula / Shutterstock, © Lukas Gojda / Shutterstock

© Subbotina Anna / Shutterstock, © ostill / Shutterstock

© Everett Collection / Shutterstock

Korekta

Igor Mazur

Redaktor prowadzący

Anna Brzezińska

Text copyright © by Aleksander Makowski

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-261-8


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

1968
31 marca

Lyndon Johnson siedział w salonie prywatnego apartamentu prezydenckiego naprzeciw swojej żony Lady Bird i z goryczą tłumaczył jej motywy postanowienia, jakie podjął po wielu tygodniach rozważań.

– Od ubiegłego roku generał Westmoreland i mój wysłannik Robert Komer powtarzali mi: „Widzimy już światełko w tunelu. Wierzymy, że nareszcie wygrywamy tę wojnę. Mamy tam przecież pięćset pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy, najlepsze lotnictwo świata i całe niezbędne wsparcie sprzętowe, logistyczne i wywiadowcze”. Westmoreland dawał nawet do zrozumienia, że już w tym roku zacznie ściągać naszych chłopców do domu. Ja z kolei zapewniałem o tym Amerykanów… I co? Nagle nadchodzi trzydziesty pierwszy stycznia, Wietkong razem z tymi z Północy funduje nam ofensywę Tet i wszystkie nasze rachuby biorą w łeb. Amerykanie są w szoku, a ja wychodzę na prezydenta, który okłamuje własny naród! Natychmiast wysyłam do Sajgonu generała Wheelera, aby zbadał sytuację na miejscu, a ten wraca i oznajmia, że Westmoreland potrzebuje jeszcze dwustu tysięcy amerykańskich żołnierzy… Dasz wiarę? Jak im wyślę te dwieście tysięcy, to ilu jeszcze zażądają? Mamy już dwadzieścia pięć tysięcy poległych!

Lady Bird zapewniła prezydenta, że poprze każdą jego decyzję.

O dwudziestej pierwszej trzydzieści pięć Lyndon Johnson w wystąpieniu telewizyjnym poinformował Amerykanów, że w nadchodzących wyborach prezydenckich nie przyjmie nominacji swojej partii. Ci, którzy mieli okazję widzieć się z nim tego wieczoru osobiście, mówili, że po przemówieniu wyglądał na zrelaksowanego…

W rodowej rezydencji Van Vertów na Long Island w zasadzie nie oglądano telewizji i jednym z zadań kamerdynera Jamesa było informowanie domowników o ważniejszych wydarzeniach. Tego wieczoru wszedł więc do biblioteki, w której siedzieli Victor, Frederick i Martin, streścił telewizyjne przemówienie prezydenta, po czym ukłonił się i oddalił.

– Zawsze mówiłem, że Johnson nie jest taki głupi – ocenił Frederick. – Gdy dwa tygodnie temu ten karakan Robert Kennedy ogłosił, że będzie się ubiegał o nominację demokratów na prezydenta, Lyndon już wiedział, że nie ma szans. Tylko po jaką cholerę kazał przerwać bombardowania żółtków z Północy i zaprosił ich przedstawicieli na rozmowy pokojowe?

– Kennedy zatem dostanie nominację Partii Demokratycznej i w listopadowych wyborach prezydenckich zmierzy się z naszym Nixonem – odezwał się Martin. – A swoją drogą ten Bobby to dużej klasy spryciarz. Prawie wszyscy, którzy doradzali Johnsonowi w sprawie Wietnamu, wywodzą się z administracji Johna Kennedy’ego. Ponoć są najlepsi i najbardziej inteligentni. Ale gdyby dzisiaj Johnson wyszedł bez ochrony na ulicę, to ludzie pewnie by go zlinczowali. Tak więc, Fredericku, masz rację i zarazem jej nie masz. Na razie najmądrzejszy okazał się Robert Kennedy.

– Dlatego nie może dostać nominacji demokratów na prezydenta – stwierdził Victor Van Vert z głębokim przekonaniem, a nieco ciszej dodał: – Nikt nie będzie stawał na drodze realizacji moich planów. Nikt!

Ani syn, ani brat nie skomentowali jego wypowiedzi.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

14 lipca

Tego dnia Victor Van Vert zaprosił Martina na rozmowę do rezydencji. Piękna pogoda zachęciła ojca i syna do spaceru po ogrodzie.

– Nie podobają mi się te rozmowy w Paryżu z komunistami z Północy – oznajmił Victor prosto z mostu.

Znaczące wstrzymanie bombardowań Wietnamu Północnego umożliwiło w maju podjęcie bezpośrednich rozmów pokojowych pomiędzy Amerykanami a północnymi Wietnamczykami. Po licznych oporach i wypracowaniu skomplikowanej formuły partycypacji przyłączył się do nich także rząd Wietnamu Południowego i Narodowy Front Wyzwolenia.

– Wiadomo, o co Johnsonowi chodzi. Tuż przed wyborami chce zawrzeć jakąś namiastkę pokoju i pokazać wyborcom, że zakończył wojnę w Wietnamie, którą ta hołota z ulicy już rzyga. I to mają być patrioci?! W ten sposób zamierza dać zwycięstwo w wyborach demokratom, a nam je odebrać. Nie możemy do tego dopuścić!

– Wydawało mi się, że śmierć Roberta Kennedy’ego gwarantuje zwycięstwo naszego kandydata – zauważył nieco cierpko Martin.

Piątego czerwca, tuż po północy, brat zamordowanego pięć lat wcześniej prezydenta został postrzelony przez zamachowca w kuchni hotelu Ambassador w Los Angeles i dwadzieścia sześć godzin później zmarł. Zabójcą okazał się imigrant arabskiego pochodzenia, urodzony w Palestynie Sirhan. Podobnie jak Harvey Oswald, miał działać sam… Martin śmiercią drugiego Kennedy’ego był nie tylko zaskoczony, ale i cokolwiek zszokowany, ponieważ nie wierzył w takie szczęśliwe zbiegi okoliczności… Wolał jednak nie roztrząsać tej sprawy.

– W polityce nie ma czegoś takiego jak gwarancja zwycięstwa wyborczego, bo ludzie są tylko ludźmi. – Victor zdecydowanie uciął dywagacje syna, nie odnosząc się w żaden sposób do wzmianki o tragicznej śmierci kolejnego członka klanu Kennedych. – Trzeba dopilnować, aby twój przeciwnik polityczny nie miał nawet najmniejszej możliwości zarobienia dodatkowych głosów. Na czymkolwiek!

– Co zatem sugerujesz, ojcze? Co mam zrobić? – zapytał Martin, nieco zdziwiony zaciętością ojca. Znał go jednak na tyle dobrze, by wiedzieć, że ma gotowy plan działania, którego wykonanie przypadnie jemu.

– Trzeba się skontaktować z kimś sensownym z delegacji Wietnamu Północnego w Paryżu – zaczął spokojnie wyjaśniać nestor rodu Van Vertów – i przedstawić mu propozycję zakończenia wojny w imieniu tych, którzy będą rządzić Ameryką po Lyndonie Johnsonie. Nie może to być jakiś tępy komuch, ale ktoś, kto wie, jak działają mechanizmy w naszym kraju, i zna naszą mentalność. Najlepiej ktoś z ich wywiadu. Oni mają takich ludzi…

Martin Van Vert zaniemówił. Wszystkiego się spodziewał, lecz nie tego, że ojciec będzie go zachęcał do kontaktu z… wrogiem. Wprawdzie toczyły się oficjalne rozmowy pokojowe, ale wojna, na której cały czas ginęli żołnierze obu stron, trwała przecież w najlepsze.

Szybko otrząsnął się z zaskoczenia.

– Jaką propozycję mam przedstawić takiemu człowiekowi, jeśli w ogóle zechce mnie słuchać? – zapytał.

– Oczywiście, że zechce! W końcu wywiad jest od tego, by słuchać przeciwnika. Sam to wiesz najlepiej. – Victor starał się nadać swojej wypowiedzi żartobliwy charakter. – Przedstawisz sprawę prosto. Johnson jest skończony, a demokraci przegrają wybory, więc jakiekolwiek rozmowy z nimi to strata czasu. Teraz gotowi są obiecać wszystko, aby zapewnić sobie zwycięstwo, ale nie będą w stanie dotrzymać żadnej obietnicy, bo i tak stracą władzę. Poradzisz zatem swojemu rozmówcy, aby w geście dobrej woli jego rząd nie przyczyniał się do jakiegokolwiek sukcesu Johnsona przed wyborami, a ci, którzy przyjdą po nim, z pewnością tego nie zapomną…

– Wybacz, ojcze, ale ktoś, kto nas nie zna, mógłby powiedzieć, że taka rozmowa może zakrawać na zdradę stanu – zauważył ostrożnie Martin.

– Mylisz się, drogi synu. W grę wchodzi wyłącznie racja stanu. Nasza racja stanu – odpowiedział spokojnie i z wielką pewnością siebie Victor Van Vert. – Zajmiesz się tą sprawą? Pozostało niewiele czasu…

Były oficer CIA pomyślał, że musi jak najszybciej skontaktować się z Harrym Adamsem, swoim człowiekiem w Białym Domu, a także z Lucienem Coneinem, byłym żołnierzem OSS.

Szkoda, że Lodger dał się zabić w Wietnamie, przydałby się – naszła go refleksja.

– Oczywiście, ojcze, możesz na mnie liczyć.

15 października

O dziesiątej rano Martin Van Vert siedział w paryskim bistrze La Bohème na Montmartrze, uważnie obserwując nieprzeniknioną twarz pułkownika Tran Minha.

Były oficer CIA nie posiadał się z zadowolenia, kiedy odkrył, że obaj jego zaufani dali mu nazwisko tego samego człowieka. Musi to być zatem właściwy rozmówca – skonstatował w myślach.

 

Harry Adams powołał się na swoje stare niemieckie kontakty, które przemycały dla niego ludzi zza żelaznej kurtyny w czasach, gdy stacjonował w Europie. To właśnie one, jak twierdził, ustaliły, że to odpowiedni człowiek i jedyny porządnie znający angielski spośród żółtków z północnowietnamskiej delegacji. W rzeczywistości po rozmowie z Martinem Harry natychmiast przesłał relację Dominikowi, a parę tygodni później został przez niego wywołany na spotkanie do Paryża. Tam ustalili, że Tran Minh musi być przekonany, że jego spotkanie z Martinem zaaranżował sam Harry jako amerykański agent. Przy okazji polski przemytnik rozbudził jego wyobraźnię, mówiąc, że jeżeli ta inicjatywa zakończy się sukcesem i Nixon zostanie kolejnym prezydentem, to Martin zarobi u niego dużo punktów. „A wtedy przedstawi cię ze stosowną rekomendacją Nixonowi i zostaniesz w Białym Domu na dwie kadencje jako zaufany człowiek nowego prezydenta”.

Z kolei Lucien Conein, który w 1945 roku walczył w Indochinach przeciw Japończykom i z tego okresu znał osobiście Ho Chi Minha, założył, że swoje ustalenia oprze na starych kontaktach w Wietnamie Północnym, i nie pomylił się. Ale na wszelki wypadek posiłkował się też opinią znajomych z francuskiego wywiadu. W obu przypadkach wskazano mu tego samego człowieka i to jego nazwisko przekazał Martinowi Van Vertowi.

Nawet najbardziej uważna obserwacja twarzy pułkownika nie pozwoliłaby byłemu oficerowi CIA odkryć, że siedzący naprzeciwko niego mężczyzna nazywa się Tran Ngoc i do niedawna był majorem spadochroniarzy w armii Wietnamu Południowego. Ani też – że antycypując przystąpienie do paryskich rozmów pokojowych, najwyżsi przełożeni pułkownika postanowili wysłać go do Paryża jako doradcę delegacji Północy właśnie dlatego, że doskonale znał angielski i mentalność drugiej strony oraz mógł natychmiast reagować radą na wszelkie niespodzianki towarzyszące negocjacjom.

Martin nie mógł też wiedzieć, że poprzedniego dnia pułkownik spotkał się w lokalu konspiracyjnym KGB z Jekatieriną Iwanową, którą włączono do tej rozgrywki, gdy wywiad polski w ramach rutynowej współpracy sojuszniczej przekazał informację Harry’ego wywiadowi KGB. Tran Minh wiedział zatem o swoim rozmówcy wszystko to, co w ocenie Iwanowej wiedzieć powinien. Nie miał zatem wątpliwości, że rozmawia z człowiekiem, który może mieć wielkie wpływy w Białym Domu prezydenta Richarda Nixona.

O ile opatrzność pozwoli mu wygrać… – pomyślał były major spadochroniarzy.

– Dziękuję panu za pozytywną odpowiedź na propozycję tego spotkania – zagaił Martin. – Postaram się być możliwie otwarty i stawiać sprawy jasno, bez niepotrzebnego owijania w bawełnę. Podobnie jak pan jestem żołnierzem oraz oficerem wywiadu i wolę nie tracić czasu na niepotrzebne kluczenie.

– Doceniam pańską szczerość, panie Van Vert – odpowiedział pułkownik, mile zaskoczony nastawieniem swojego interlokutora. – Pańskie nazwisko to synonim potęgi Ameryki i tylko głupiec nie skorzystałby z zaproszenia do rozmowy.

Martin przeszedł do rzeczy.

– Reprezentuję siły polityczne, które za kilka miesięcy będą rządzić Stanami Zjednoczonymi i przewodzić temu, co my nazywamy wolnym światem. Jestem bowiem głęboko przekonany, że to Richard Nixon wygra wybory i będzie waszym partnerem w procesie pokojowym, który zakończy tę nieszczęsną wojnę. Lyndon Johnson wie, że jest skończony. Jeśli stara się osiągnąć w tych rozmowach choćby pozór sukcesu, to tylko po to, by wesprzeć kampanię wyborczą demokratów. Uczestniczenie w jego gierkach byłoby wielkim błędem ze strony waszych decydentów i przyczyniłoby niepotrzebnych szkód nie tylko pańskiemu krajowi, lecz także mojemu. To Richard Nixon będzie decydował w kwestiach wojny i pokoju, a nie wątpię, że potrafi docenić każdy wasz gest dobrej woli, który nie osłabi jego przedwyborczych wysiłków. Mówiąc bez ogródek, porozumienie pokojowe z Johnsonem nie byłoby warte papieru, na którym zostałoby spisane…

Pułkownik Tran Minh dość nieoczekiwanie przyznał Martinowi rację.

– Też uważam, że do czasu wyborów nie powinniśmy podejmować żadnych decyzji, a tym bardziej czegokolwiek podpisywać, i będę to zalecał swoim przełożonym. Sądzę, że skorzystają z moich rad i poczekają na nowego amerykańskiego prezydenta.

– Jeżeli pan pozwoli, to przekażę mu tę dobrą nowinę – zasugerował w pełni usatysfakcjonowany przebiegiem tej rozmowy Martin. – A gdy już zaczną się poważne negocjacje pokojowe z administracją prezydenta Nixona, to pańskim zdaniem jakie są szanse na szybkie zakończenie tej wojny?

Wietnamczyk zamyślił się na chwilę.

– Jestem na wojnie od prawie trzydziestu lat. Najpierw z Japończykami, potem z Francuzami, reżimem sajgońskim i z wami. Trudno mi więc być optymistą. Musi pan zrozumieć, że nie odpuścimy celu, o który tak długo walczyliśmy, a jest nim niepodległość i zjednoczenie całego Wietnamu. Nie będą to więc rozmowy szybkie, łatwe i miłe. Ale zarówno wasze, jak i nasze największe problemy są związane z rządem sajgońskim. Przekona się pan, podobnie jak nowy prezydent, jacy z nich dranie. Oni nie chcą, aby wojna się zakończyła. Obecne status quo niezwykle im odpowiada. O ich bezpieczeństwo w Wietnamie Południowym dba ponad pięćset pięćdziesiąt tysięcy amerykańskich żołnierzy i niewiele mniej Amerykanów z agend cywilnych, co powoduje napływ ogromnej fali dolarów. De facto utrzymujecie tę bandę. Po co mieliby się porozumieć z nami w jakiejkolwiek sprawie i zakręcić sobie kurek z kasą? Pewna szacowna dama i gorąca zwolenniczka pana Nixona, Anna Chennault, skontaktowała się osobiście z prezydentem Wietnamu Południowego, radząc mu sabotowanie rozmów paryskich przed wyborami. Jest bardzo nieostrożna, ale umacnia go w przeświadczeniu, że taka taktyka ma wielką przyszłość. Proszę sobie to wszystko rozważyć na spokojnie, a dojdzie pan do wniosku, że mam rację.

– To logiczne, co pan mówi, ale bądźmy dobrej myśli. W czasie ofensywy Tet na początku roku zginął mój przyjaciel Henry Lodger. – Martin spojrzał na pułkownika, którego twarz pozostała niewzruszona. – Dołożę zatem starań, aby zakończyć to zabijanie. To była bardzo pożyteczna wymiana poglądów i cieszę się, że do niej doszło.

– Ja też, panie Van Vert. W razie potrzeby jestem do dyspozycji – odpowiedział pułkownik Tran Minh i wyciągnął rękę na pożegnanie.

– Zabiłaś Henry’ego Lodgera? – zapytał prostu z mostu Dominik, gdy spotkał się na kolacji z Janą.

Siedzieli w niewielkiej rodzinnej knajpce i czekali na wino.

– Nie. Wietkong go zabił, a ja nie widziałam powodu, aby temu zapobiec. – Pułkownik KGB opowiedziała mu pokrótce całe zdarzenie. – Został nam jedynie Martin Van Vert, ale jego przecież nie zabijemy.

– Z tego, co ci zrelacjonował Tran Minh, wynika, że Van Vertom niezwykle zależy na wygranej Nixona. Jak sądzisz, wygra? – Dominik nie wątpił, że Jana ma lepszy od niego wgląd w sprawy amerykańskie.

– Odkąd zabito Roberta Kennedy’ego, jego szanse znacznie wzrosły. A jak zapewnił mnie Tran Minh, w rozmowach paryskich aż do wyborów nie będzie żadnego przełomu. Zatem obstawiam wygraną Nixona – odpowiedziała. – W Święto Dziękczynienia dowiemy się, jakie plany pomnożenia majątku i potęgi swojego rodu ma Victor Van Vert…

– Rozumiem, że Maria nie musi za wszelką cenę znaleźć się w gronie słuchaczy Victora? – upewnił się Dominik.

– Nie musi. Van Vertowie to męski klan, który nie zwykł dopuszczać kobiet. Gdyby się starała uczestniczyć w spotkaniu, mogłoby się to wydać podejrzane – oceniła. – Ona, jak uzgodniliśmy, ma inne zadania.

Przemytnik przyznał jej rację, zadumał się, po czym całkowicie zmienił temat.

– Zwróciłaś uwagę na to, co się wydarzyło w marcu w Polsce?

– Wydarzyło się to, co zostało przez kogoś zaplanowane. Na razie nie wiem do końca, czy głównymi animatorami byli moi przełożeni, czy też przełożeni Dolores. Musimy spotkać się we troje, bo bez jej udziału i litra bimbru woprosa nikak nie rozbieriosz – zaśmiała się Jana.