Kamienie na szaniec

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kamienie na szaniec
Kamienie na szaniec
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,90  39,92 
Kamienie na szaniec
Audio
Kamienie na szaniec
Audiobook
Czyta Jerzy Zelnik
23  16,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Beata Muszyńska, studentka Wydziału Prawa UW, 1993


Giną. To nie jest wyrównana walka, więc dlaczego? W imię jakich celów poświęcają życie „i kiedy trzeba na śmierć idą po kolei jak kamienie ręką Boga rzucane na szaniec”. Byli tacy jak my. Chodzili do szkoły, zdawali maturę (może się bali? – jak my). Nie wiedząc o swojej wielkiej próbie polskości, odwagi, męstwa, próbie, którą przeszli z podniesioną głową. Czy dziś byłoby to możliwe?

Sylwester Brzuchacz, Liceum im. Baczyńskiego w Krakowie, 1994


Przez tyle wieków ONA nas nie zawiodła i Ci, którzy byli w Jej wiernej służbie. Chcemy – jak Oni – dbać o Nią i kochać Ją. Te uczucia są w nas, trzeba je tylko obudzić...

Uczniowie V Liceum im. Żeromskiego w Gdańsku, 1995


Szańce w życiu są zawsze potrzebne. „Oni życiem wskazali nam kierunek” – powiedział Zośka po śmierci Alka i Rudego. Powtarzamy te słowa, przyjmując imię Powstańców Warszawy.

Klasa I Zespołu Szkół Zawodowych

w Mińsku Mazowieckim, 1995


Myślę, że obecnie też potrzebna jest taka odwaga, jaką miał Rudy, aby przezwyciężyć to zło, jakie teraz w Polsce mamy.

Barbara Majerczak, Liceum im. Żeromskiego, Krościenko, 1996


Jacy byliby, gdyby przeżyli? Czy zrealizowaliby marzenia, o których mówił Rudy, który chciał pchnąć z zacofania tę bryłę nad Wisłą. Sprawdzili się nie tylko w walce, gdzie towarzyszy emocja i świadomość wspólnego zrywu. Przecież Rudy przez te trzy okropne dni gestapowskiej katowni był sam. Nikogo nie zdradził. A jego koledzy? Przecież wiedzieli, że ryzykują swym życiem, byle go ocalić. Nasze wybory nie są tak dramatyczne. Ale i my wybierać musimy.

Marek Stanworowski, Wrocław, 1996


Ja o Nich myślę jak o moich przyjaciołach, którzy ciągle istnieją gdzieś, i wierzę, że oni wiedzą, że my też zrobimy wszystko dla Polski. Prosto, zwyczajnie, jak trzeba.

Aneta Piskorz z Gorzkowic, lat 16, 2002


Moją dewizą, moim credo, są słowa Aleksandra Kamińskiego: „Bo nie dość jest myśleć i chcieć o Polsce i dla Polski. Trzeba samemu reprezentować Polskę”. Boli mnie, że pod tym trafnym zdaniem nie może się jeszcze podpisać każdy Polak, ale jestem optymistką i mam nadzieję, że kiedyś to nastąpi. Niedawno skończyłam studia. Gdy przeczytałam Kamienie na szaniec – ta książka zmieniła całe moje życie. I za to muszę podziękować wszystkim chłopcom i dziewczętom z Szarych Szeregów i tym, którzy popularyzują tę „niepopularną” dziś tematykę.

Karina Borula, Stargard Szczeciński, 2004


Warto żyć dniem dzisiejszym, ale zawsze mając w sercu przeszłość. Ale nie chodzi o to, żeby tylko wspominać i wzruszać się. Ona ma budować nasze życie. To Krzyś Baczyński powiedział: „Trzeba nam teraz umierać, by Polska umiała znów żyć”. Są wśród nas jego towarzysze broni, wspaniali Polacy, którzy pokazali, że umieją za Polskę walczyć i dla niej żyć. My nie musimy pięknie umierać jak oni, ale możemy pięknie żyć – za nich.

Anna Strzelec, prawniczka z Chorzowa, 2005


Kamienie na szaniec są moją ukochaną książką i mają szczególne miejsce w moim sercu. Gdy czytam – żyję życiem bohaterów. Oni są moim ideałem, moją opoką, siłą i drogowskazem w życiu.

Hanna Kniołek, Harcerka Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej, Poznań, 2005


Niedługo skończę 17 lat. To przecież taki „powstańczy” wiek. Tylu wspaniałych ludzi, kwiat polskiej młodzieży stanął murem w obronie swojego miasta, dając dowód, że jeszcze Polska nie zginęła. Z całego serca podziwiam Powstańców, tysiące bezimiennych bohaterów do ostatniej kropli krwi walczących i wierzących w Polskę. Jaka szkoda, że tak wielu z nich nie doczekało wolności, na pewno mogliby wpłynąć na losy Polski, przekazując dzieciom i wnukom wspomnienia i ideały tak ważne w dzisiejszym świecie, gdy często wartość człowieka ocenia się nie po tym, jaki jest, ale po tym, ile ma pieniędzy. Bohaterowie Szarych Szeregów i Powstańcy Warszawy będą dla mnie zawsze wzorem, od nich się uczę szacunku do Ojczyzny i patrzę na swój kraj jak na coś najcenniejszego w świecie.

Aleksandra Wierzba, Warszawa, 2008


A oni wciąż żyją jak prawdziwi Przyjaciele, którzy wskazują drogę i wspierają. I to w każdej dziedzinie życia – dzielą się swoimi przemyśleniami dotyczącymi kwestii moralnych, wytrwałością i zaangażowaniem motywują do edukacji, są punktem odniesienia w moich zmaganiach dwudziestolatki wchodzącej w dorosłe życie. Często w różnych sytuacjach zastanawiam się, w jaki sposób oni by postąpili, co by mi poradzili?

Agata Bogiel, studentka skandynawistyki, Gdynia, 2009


Dla mnie te czasy opisane w Kamieniach to nie prehistoria, ale czas z twarzami wspaniałych ludzi, których się zna, z którymi przeżywa się rozterki duchowe, dramaty, porażki, ale i raduje z sukcesów i powodzenia. Piszę ten list z potrzeby serca, jak Druh Kamyk swe książki. I wraca mi pytanie – jaka Polska by była, gdyby oni z nami byli? Myślę jednak, że dzielnie sekundują nam z góry i z troską patrzą na Ojczyznę, którą tak ukochali i za której wolność oddali swe życie.

Maria Teichert, Warszawa, 2011


To my, młodzi ludzie, musimy pielęgnować pamięć o losach naszych bohaterów. Chciałabym, aby moi rówieśnicy czuli się współodpowiedzialni za pomnik historii zostawiony przez tych cichych, a wielkich bohaterów. Byli w naszym wieku, a dokonywali czynów, na które dziś większość z nas niestety by się nie zdobyła. Po przeczytaniu książek Druha Kamińskiego zdałam sobie sprawę z tego, jak ważna jest dla mnie polskość. Być może kiedyś uda nam się nieść Polskę i w sercu, i na ustach.

Klaudia Szulta, uczennica Liceum im. Marszałka Piłsudskiego w Gdyni, 2012


Od sześciu lat pasjonuję się historią Państwa Podziemnego. Od sześciu lat poznaję bohaterskie czyny młodych ludzi, a wszystko to zawdzięczam właśnie Rudemu, Alkowi i Zośce, którzy pomogli mi odnaleźć cel w życiu i pokazali, że można pięknie żyć. Mam lat 18, nadal prowadzę pamiętnik w formie listów do Zośki, Alka, Rudego. Kiedy mam gorszy dzień i nie mogę znaleźć siły, czytam fragmenty Kamieni. Czuję się silniejsza, pełna ideałów, honoru, Ojczyzny i Boga. Odnalazłam siebie sprzed lat, która podnosi grosik z ziemi, dlatego że jest tam Polski orzełek. Zbliża się 70-ta rocznica Akcji pod Arsenałem. Czy to nie piękne, że mimo 70-ciu lat, mimo że dzieli nas czas, oni nadal są wśród nas. Jestem w grupie historycznej w moim III Liceum w Gdyni, która nazywa się Bractwo Poszukiwaczy Pereł, bo wyszukujemy perły historyczne i dbamy o ich pamięć. W 70-tą rocznicę poprowadzę w szkole wykład o historii Akcji pod Arsenałem i jej bohaterach, bo ich imion nie można zapomnieć.

Weronika Ofierska, Liceum im. Marynarki Wojennej Rzeczypospolitej, Gdynia, 2013

[1] Wypowiedzi i listy młodzieży, zacytowane we Wstępie, pochodzą z ksiąg pamiątkowych wystawy „Kamyk na szańcu” i zbiorów autorki.


Aleksander Kamiński (28 stycznia 1903 – 15 marca 1978) – twórca zuchów, autorytet i współtwórca Szarych Szeregów, redaktor naczelny „Biuletynu Informacyjnego” – największego pisma Polski Podziemnej, szef Biura Informacji i Propagandy Komendy Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej, komendant główny Organizacji Małego Sabotażu „Wawer”, autor najsławniejszej książki czasu okupacji – Kamienie na szaniec, wiceprzewodniczący ZHP w roku 1946, usunięty z tej organizacji w roku 1949, profesor Uniwersytetu Łódzkiego, usunięty z pracy w roku 1950, powołany w roku 1958, by kierować Katedrą Pedagogiki Społecznej, autor odkrywczych prac z dziejów polskich związków młodzieży i opowieści o dalszych losach Szaro–Szeregowych bohaterów, unieśmiertelnionych w książce „ZośkaiParasol”.

 

„Faktor”, „Fabrykant”, „Hubert”, „Dąbrowski”, Kamyk.

Marzył o „ideale Polski godnej szacunku”.


Które to już pokolenie uczy się z książek Kamyka braterstwa i służby? Byli szczęśliwcy, którym stronice o Rudym, Alku, Zośce czytywał sam autor. Obok Aleksandra Kamińskiego – wierny sojusznik jego życia, żona, prof. Janina z Sokołowskich Kamińska, harcerka i wybitny archeolog.

Posłuchajcie opowiadania o Alku, Rudym, Zośce

i kilku innych cudownych ludziach,

o niezapomnianych czasach 1939–1943 roku,

o czasach bohaterstwa i grozy.

Posłuchajcie opowiadania o ludziach,

którzy w tych niesamowitych latach

potrafili żyć pełnią życia,

których czyny i rozmach

wycisnęły piętno na stolicy

oraz rozeszły się echem po kraju,

którzy w życie wcielić potrafili

dwa wspaniałe ideały:

BRATERSTWO I SŁUŻBĘ.

SŁONECZNE DNI

W jednej z dzielnic warszawskich było środowisko młodzieży harcerskiej, które umiało stworzyć atmosferę i warunki, w jakich młodzież czuła się dobrze, pragnęła sama kształcić swe charaktery, sama sobie stawiała cele i sama czyniła wszystko, co w jej mocy, by te cele osiągać.

Jednym z zespołów tego środowiska był zespół Buków[2], nazywany tak od częstych wypraw leśnych, jakie czynił rokrocznie. Zespół Buków, do którego należeli Alek[3] i Rudy[4], był zespołem udanym. Było w nim to, co stanowi o sile i prężności każdej gromady: duch zespołu, koleżeństwo i ciągła aktywność; czyn jeden po drugim, i rozmach, i radosny uśmiech. W lecie i w zimie, w czasie długich wakacji i w czasie krótkich dni świątecznych zespół ruszał w dalekie góry, nad odległe jeziora lub w pobliskie lasy i niedalekie pola.

Alek był dryblasem. Wysoki, szczupły, o niebieskich oczach i płowej czuprynie, ciągle się uśmiechał, mówił szybko, wymachiwał rękoma i przy byle okazji wpadał w zachwyt.

Wpływom zespołu Buków zawdzięczał nabywanie pewnej właściwości charakteru, bardzo mu obcej: chłodnego panowania nad sobą w chwilach ważnych. Kiedyś na wsi, gdzie Alek przyjechał na parę dni, syn gospodarza, rąbiąc drzewo, uderzył się siekierą w nogę. Krew silnie popłynęła na zieleń trawy. I, jak często w takich wypadkach, całe wystraszone otoczenie straciło głowę. Ktoś krzyknął wylękły, ktoś uciekł do pokoju, żeby nie widzieć krwi, paru domowników biegało bezradnie po domu, bezsensownie szukając wody, waty. Alek jeden z całego otoczenia zareagował całkowicie odmiennie niż inni: znikł mu z twarzy wyraz niefrasobliwego roztrzepania, zbiegły się brwi nad oczyma. Po chwili był już przy skaleczonym, naciskając silnie kciukiem miejsce powyżej krwawiącej mocno rany.

– Panno Basiu – zwrócił się do wystraszonej, stojącej bezradnie dziewczyny – widzi pani, już w porządku. Proszę wziąć ten płaski kamyk, wymyć go i przynieść mi razem z ręcznikiem. Zrobimy opatrunek uciskowy.

Gdy to mówił – mówił spokojnym, naturalnym głosem. Z twarzy znikało skupienie i pojawił się znów uśmiech.

A Rudy? Rudy miał piegowatą twarz i rudawe włosy. Cała istota Rudego ześrodkowała się w jego oczach i czole, odzwierciedlając wybitną inteligencję. Uzupełniający charaktery ludzkie zespół Buków – ten sam, pod którego wpływem roztrzepany uczuciowiec Alek stawał się opanowany i skupiony – zespół ten urodzonego intelektualistę Rudego ściągał do konkretów przyziemnego życia. Przy czym owo przyziemne życie uosobione zostało w postaci... kucharstwa. Mianowicie na każdej wycieczce, na każdej wyprawie, na każdym obozowisku Rudy był kucharzem Buków. Co się biedak w początkach kucharzowania nacierpiał – nie warto opisywać. Warto natomiast stwierdzić, że po pewnym czasie potrawy przyrządzane przez Rudego przestały denerwować i śmieszyć, zaczęły zastanawiać, a wreszcie zdumiewać.

– Bracie – mówił poważnie Zeus[5], wódz Buków – świetnie gotujesz! Masz wyjątkowy talent kucharski.

Było to w pierwszym okresie przyglądania się Zeusa Rudemu. Toteż Zeus – harcmistrz Leszek Domański – zauważył tylko część prawdy: ujawniony talent kucharski. Istota Rudego była inna. To nie był chłopiec o talencie kucharskim. Był to chłopiec o dużej, wszechstronnej skali talentów w ogóle, ale ujawniło się to dopiero z biegiem lat. Na razie nikt tak wspaniałego nie piekł na patyku chleba (tak, tak – chleba na patyku, to nie jest omyłka zecera!), nikt tak świetnie nie smażył płotek na oleju, żadna kasza hreczana nie potrafiła się zmierzyć z kaszą Rudego. A już zupełnie magicznym zjawiskiem wydawało się Bukom to, gdy kiedyś Rudy ugotował świetną zupę... z pokrzyw!

To jednak, co zdecydowało o popularności Rudego w zespole, nie miało nic wspólnego z kucharstwem. To coś oparte było na talentach artystycznych Rudego i na jego zamiłowaniu do majsterkowania. Pewnego razu obmyślił Rudy oznakę dla zespołu Buków. Cyfra 23 w trójkącie, wycięta w jasnym metalu, na pomarańczowym tle małej sukiennej podkładki. Cały zespół Buków był zachwycony estetyką oznaki, dyskrecją odcieni, delikatnością rysunku. Pobudzony zachwytem kolegów Rudy zmajstrował sztancę i własnoręcznie odbił nią tyle oznak, ilu członków liczył zespół Buków.

– Ja ci mówię, przejdziesz do historii sztuki – klepał protekcjonalnie Rudego po ramieniu gruby Andrzej Zawadowski[6].

– A ty, Alek – ciągnął dalej tenże sam Andrzej Grubas – musisz się zabrać do skomponowania oznaki narciarskiej dla Buków.

Alek bukowej oznaki harcerskiej nie skomponował nigdy, chociaż był najlepszym narciarzem zespołu. Narciarzem narwanym, narciarzem niepokojącym rodziców i Zeusa, narciarzem, którego nigdy nie zadowalały łagodne stoki i uczęszczane tory. Narciarzem, którego niespokojny duch ciągnął w wysokie góry, na nowe i samotne szlaki.

Ten niespokojny duch narciarski był tylko cząstką osobowości Alka, która cała była niespokojna, spragniona niecodzienności, stęskniona do nadzwyczajności.

Zresztą tęsknota Alka do niecodzienności, do czynów przekraczających wyobraźnię i możliwości przeciętnego człowieka, była taka sama jak tęsknota wszystkich jego kolegów – Buków. A może nie tylko Buków? Może jest to tęsknota każdej młodości? Ta tylko różnica zachodziła między tęsknotami dziesiątków tysięcy młodych serc a tęsknotami do niecodzienności Buków, że Buki umiały się zdobyć na wcielenie wielu swych marzeń w czyn.

Istniała w Warszawie szkoła, dobra szkoła. W stolicy nie brak było doskonałych szkół. I ta była właśnie jedną z nich. W szkole tej pracował właściwy zespół nauczycielski. Gdy piszemy „właściwy” nauczyciel, mamy na myśli człowieka, który posiada umiejętność zachęcania i wdrażania uczniów do samokształcenia. Tę właśnie właściwość miała większość nauczycieli gimnazjum imienia króla Stefana Batorego[7].

Czy to się wyda dziwne, jeśli podamy do wiadomości, że nauczycielem geografii w gimnazjum i liceum Stefana Batorego był pan profesor Domański, przez część uczniów zwany Zeusem? Mianowicie przez tę część uczniów, która należała do zespołu Buków. Co prawda, pan profesor Leszek Domański był dopiero drugi rok nauczycielem i liczył sobie zaledwie osiem lat więcej niż uczniowie klasy, której był wychowawcą. Chociaż tak było i chociaż zespół nauczycielski gimnazjum im. Batorego był zespołem ludzi światłych, cały korpus profesorski miał jednomyślnie profesorowi Domańskiemu za złe, że wprowadził zwyczaj zwracania się do siebie części uczniów przez – ty. Oczywiście nie na lekcjach, tym niemniej jednak... Korpus nauczycielski „wyraźnie to DZIWACTWO dezaprobował i ostrzegał kolegę Domańskiego przed niebezpieczeństwem zbytniego spoufalenia się z młodzieżą”.

Właśnie w tej chwili wychodzi gromadka chłopców i ich nauczyciel na ulicę. Lekcje się skończyły. Idą powoli, rozmawiają.

– Słuchaj, Zeus, idziemy dziś na Burzę nad Azją czy na Dziesięciu z Pawiaka? – pyta Alek.

Alek jest wielbicielem kina. Profesor Domański również. Kilka razy w miesiącu chodzą razem do kin.

– Zeusie kochany – wtrąca się Czarny Jaś[8] – pożycz mi głowę Indianina wyrzeźbioną w orzechu kokosowym, którą przywiozłeś z Ameryki. Jest mi bardzo potrzebna – chcę sobie zrobić podobną z huby.

Ponieważ dzisiejsza lekcja profesora Domańskiego obracała się wokół spraw Yellowstone Parku w Stanach Zjednoczonych[9], rozmowa schodzi na Yellowstone Park. Ktoś stawia parę pytań dotyczących parku narodowego w Tatrach. Zeus odpowiada. Andrzej Grubas, zaperzony, nie zgadza się z poglądami profesora. Cała gromadka staje na ulicy, chłopcy gestykulują, śmieją się i znów poważnieją. Przechodnie uliczni, szybko wymijając gromadkę, nie zauważają jednego z dziwactw profesora Domańskiego: kończenia lekcji na ruchliwej ulicy miasta.

Są w kraju domy rodzinne, w których istnieją warunki dające możność zdrowego rozwoju psychicznego i fizycznego zarówno rodzicom, jak i dzieciom. W domach tych jest wystarczająca skala zarobków, bez których jakże trudno o normalne ludzkie życie. Jest także harmonia wśród członków rodziny, oparta na wzajemnej dobrej woli i ustępliwości. Jest pewien poziom kulturalny, umożliwiający udział w przeżyciach całego świata i w dorobku przeszłych pokoleń. Jest wreszcie specjalna atmosfera, którą trudno określić, a którą poznaje się tylko po skutkach: poszczególnych członków rodziny łączy mocna więź, dom jest ostoją i otuchą, dodaje odwagi, zapewnia spokój.

Takimi właśnie dobrymi domami rodzinnymi były domy Alka i Rudego. Ojcowie każdego z nich byli ludźmi biorącymi czynny udział w życiu społecznym. Matki obu chłopców były kobietami życzliwymi i mądrymi. Oba te domy nie znały się jednak, nie utrzymywały ze sobą stosunków. Dom Alka był domem kierownika fabryki. Dom Rudego[10] – to dom inteligencki pierwszego inteligenckiego pokolenia. Ojciec Rudego był pierwszym w swej chłopskiej rodzinie, który, pozostawiwszy wieś, poszedł do szkół miejskich i do miasta.

Rudy i Alek mieli wyjątkowo szczęśliwe warunki młodości: dobry dom, dobra szkoła, dobra organizacja młodzieżowa; a wszystkie te czynniki współdziałały ze sobą i wzajemnie się wspierały.

Jakżeż – niestety – niewielu jeszcze chłopców w Polsce ma takie warunki młodości.

Oczywiście szkoła, dom, środowisko koleżeńskie ogromnie ułatwiły dobry start życiowy tym chłopcom. Ale nie popełnijmy błędu złej oceny: o poziomie sportowca nie decyduje nawet najlepsze boisko ani najbardziej wygodny ubiór, ani skrupulatne przestrzeganie trybu życia sportowego – o poziomie sportowca decyduje co innego: jego istotne uzdolnienia sportowe i jego praca nad sobą. To porównanie jest odpowiedzią na pytanie o rolę dobrych warunków młodości Rudego, Alka i niektórych ich kolegów.

Warunki te ułatwiły kształtowanie się dobrych charakterów. Ale właściwa i pełna zasługa, że Alek i Rudy stali się tym, czym się stali, przypada w udziale samym tym chłopcom i ich woli, z jaką chwycili w dłonie ster swego życia. Iluż młodych ludzi marnuje się i zatraca wśród tych samych, jakie mieli ci dwaj, warunków młodości.

Co to jest zacięcie przywódcze? Człowiek obdarzony nim mimo woli wywiera na otoczenie wpływ zniewalający; ludzie skupiają się wokół niego i w sposób naturalny ulegają jego życzeniom.

W Alku zacięcie przywódcze zaznaczyło się wcześnie. Nie miało ono nic wspólnego z „wodzostwem”, posiadało charakter naturalnego, koleżeńskiego przodownictwa. Ten wysoki, zawsze uśmiechnięty dryblas, niepotrafiący mówić spokojnie, przeżywający każdy czyn i każdy problem, duszę całą wkładający w każdą rozmowę i w każdą pracę – miał w sobie coś, co przyciągało doń kolegów. Ile razy szedł ulicą, tyle razy widzieć można było obok niego dwóch, trzech chłopców. Ilekroć zabierał się do majstrowania czegoś w pracowni szkolnej, tylekroć podsuwali się inni, by przypatrzyć się jego robotom, spytać o radę. Żaden z chłopców nie potrafiłby uzasadnić, dlaczego ciągnie go do Alka i dlaczego chętnie spełnia jego życzenia. Być może działała tu owa Alkowa niecodzienność, poszukująca w nauce, w grach i w życiu rozwiązań niebanalnych? Ale również mogła pociągać w Alku wyjątkowa szczerość, bezpośredniość i uczynność tak wielka, że niekiedy aż krępująca.

Z biegiem czasu skupiła się wokół Alka grupka pięciu, sześciu kolegów, niemal wielbicieli. Powstanie tej drużyny wokół naturalnego przywódcy odbyło się według wszelkich reguł „doboru naturalnego”. Byli to chłopcy podobni do Alka psychicznie, jak on pragnący przebić się w pierwszym szeregu życia ku Wielkości i Sławie. Tak powstał sławny w ciągu paru lat wśród Buków – Klub Pięciu. Klub wsławił się zdobyciem niebezpiecznych tatrzańskich zboczy, składał się z wybitnych narciarzy oraz wielbicieli powieści Jacka Londona i przygód.

 

– Jeśli my, Klub Pięciu – powiedział któryś z nich jednego razu – nie dokonamy w życiu jakichś wielkich rzeczy, to chyba tylko przez wyjątkową złośliwość losu.

Jakie to miały być wielkie rzeczy, których dokonać pragnęli – z tego zdawano sobie sprawę w sposób bardzo mętny. Może to będzie przepłynięcie kajakiem żaglowym z Gdyni do Sztokholmu? Może wynalezienie nowego typu samolotu?

Rudy przysłuchiwał się z dala marzeniom Klubu Pięciu i z dala obserwował jego wyczyny. Nie należał do Klubu. Alek to „fajny” chłop! Ale refleksyjna natura Rudego wolała się trzymać z boku. Mniej go pociągały wyczyny sportowe, mniejsza była tęsknota do przygody na lądzie i morzu. Jego istotnym światem był świat uczuć i myśli. Tam szukał swojej przygody. Lecz wszechstronnie zdolny potrafił, gdy tego zapragnął, wybić się na pierwsze miejsce w każdej dziedzinie technicznej. Zrobiony przezeń kajak był najlepszym kajakiem w zespole. Gdy w pewnym momencie zorientował się, że jest jedynym nieumiejącym tańczyć uczniem w klasie – szybko i z zaciętością zabrał się do nauki tańców i po trzech miesiącach stał się, ku zdumieniu szkoły, najlepszym tancerzem. W pracach saperskich nikt tak jak on nie potrafił budować kładek i trampolin, wiszących mostów i szałasów. Ale właściwą treścią zainteresowań Rudego był świat życia wewnętrznego. Wystarczyło wziąć jakąkolwiek książkę do ręki, wystarczyło zacząć poważniejszą rozmowę, wystarczyło zamknąć oczy i pozostać w samotności, aby natychmiast do mózgu i serca zaczęły kołatać natrętne, ciągle niepokojące problemy społeczne, kulturalne, filozoficzne.

W owych czasach nie było wokół Rudego wiernej drużyny wielbicieli. Natomiast zbliżali się doń i dobrze się w jego towarzystwie czuli ci wszyscy, którzy pragnęli wymiany myśli. Z biegiem czasu nieliczna gromadka przyjaciół Rudego powoli cementowała się i zespalała.

Był wśród Buków chłopiec, który wyróżniał się bardziej od innych. – Urodzony organizator – mówili o nim nauczyciele, obserwując, jak koledzy wysuwają go na czołowe stanowiska w samorządzie szkolnym. – Urodzony przywódca – stwierdzono w harcerstwie, obarczając go coraz bardziej odpowiedzialnymi funkcjami. – Co w tym jest? – pytała nieraz samą siebie matka, wyczuwając atmosferę uwagi i posłuchu, otaczającą w domu niedorosłego chłopca ze strony siostry i całego otoczenia dorosłych. Rozumni rodzice, ceniąc w chłopcu posiadany przezeń dar, usiłowali – skutecznie – związać owo zacięcie przywódcze syna z nastawieniem do służenia innym. Wiedzieli: przywódca-egocentryk – to niebezpieczeństwo, przywódca o typie przewodnika w pracach społecznych – to wartość społeczna.

Często tak bywa, że ludzie posiadający zacięcie przywódcze w stopniu skromnym – nadrabiają je marsową miną, ostrym spojrzeniem, wyniosłą postawą, stanowczym głosem. Przywódcy naturalni tego wszystkiego nie potrzebują. Tkwiąca w nich siła wyraża się w sposób nieuchwytny, niedostrzegalny, niepotrzebujący sztucznych akcesoriów. To prawo psychiczne zaznaczyło się na naszym bohaterze w sposób jaskrawy. Został on bowiem przez naturę obdarzony niemal dziewczęcą urodą. Delikatna cera, regularne rysy, jasnoniebieskie spojrzenie i włosy złociste, uśmiech zupełnie dziewczęcy, ręce o długich, subtelnych palcach, wielka powściągliwość, pewien rodzaj nieśmiałości – wszystko to było aż nadto dostatecznym powodem do nazywania Tadeusza Zawadzkiego przez kolegów – Zośką[11].

Zośka! Cóż za fatalna, zdawałoby się, przeszkoda dla kariery przywódcy! Taki wygląd i takie przezwisko!

Uroda Zośki nie była jedyną zasłoną, która utrudniała dostrzeżenie męskiej strony jego charakteru. Drugą taką zasłoną był stosunek Zośki do domu i do matki. Chłopiec ten nie czuł się nigdzie tak dobrze jak właśnie w domu, z nikim nie przyjaźnił się tak serdecznie jak właśnie z matką. „Matka zastępuje mi kolegów i przyjaciół” – zwierzył się kiedyś na kartkach swego pamiętnika. I to bowiem także ku „hańbie” Zośki zapisać należy, że robił notatki o sobie, coś w rodzaju pamiętnika. Zośka do domu przywiązany był wyjątkowo silnie. Godzinami całymi prowadził koleżeńskie rozmowy z ojcem – profesorem[12], z matką – działaczką społeczną, z siostrą. Albowiem w domu rodzinnym Zośki było w zwyczaju omawianie wspólnie zagadnień i kłopotów z zakresu prac każdego z rodziców i każdego z dzieci. Dzieci radziły się ojca i matki. Matka i ojciec pytali o opinię dorastające dzieci.

Rzadko się zdarza, by dwoje ludzi tak bardzo do siebie było podobnych jak Zośka i jego matka. W obojgu uderzał ten sam spokój, pokrywający głębię uczucia i wrażliwość, ten sam łagodny, wyrozumiały, głęboki stosunek do ludzi, to samo pełne oddanie się sprawie, co do której wzięli na siebie odpowiedzialność. Życie matki Zośki przed ślubem było całkowicie wypełnione pracą społeczną wychowawcy. Po przyjściu na świat dzieci uznała ich wychowanie za główny cel dalszego życia i – choć ciężko to jej przyszło – odeszła od wielu dawnych prac umiłowanych, zachowując jako główną osobistą przyjemność to tylko, co się z nową drogą życia uzgodnić dało. Miała to szczęście, że wychowała dzieci takie, jakie wychować chciała.

Zośka był to chłopiec o wyjątkowych zdolnościach, wybitnej inteligencji teoretycznej i praktycznej. Wszystkim się interesował i gdziekolwiek zwrócił umysł, czegokolwiek się tknął – towarzyszyły mu szybkie i łatwe osiągnięcia. Jak to często bywa z chłopcem zdolnym – Zośka nie przepracowywał się zanadto w szkole. Uczył się na czwórki. W jednym półroczu przyniósł nawet na cenzurze większość trójek. Było to – rzecz charakterystyczna! – półrocze, w którym bardzo ciężko chorowała jego matka.

Uroda, wdzięk w sposobie bycia oraz pochłonięcie życiem domowym – wszystko to osłaniało i kryło przed otoczeniem naturę Zośki. Częściowo „dekonspirowały” go sporty. Zośka wyróżniał się w strzelectwie, w hokeju i w tenisie, zdobywając w turniejach międzyszkolnych szereg pierwszych miejsc.

Zresztą, rzecz ciekawa, że nawet w sportach...

– Co ty robisz? – zawołał kiedyś zdumiony Jacek Tabęcki[13], patrząc na Zośkę, który miał za chwilę wybiec na boisko dla rozegrania jednego z decydujących meczów i teraz odmierzał w kącie jakieś krople.

– Waleriana... – odburknął Zośka, zawstydzony, że go przyłapano na czymś niemęskim. – Dwanaście, trzynaście, czternaście... – liczył spadające na kostkę cukru krople.

Zwycięstwo sportowe imponuje otoczeniu. Zośka był niemal zawsze zwycięzcą. Zwycięstwa kierowały nań spojrzenia kolegów. Równocześnie zaczęto stwierdzać rzecz inną: Zośka był uparty, uparty w sposób niezwykle drażniący. Rzadko to się zdarzało. Przeważnie albo nie zajmował stanowiska wobec rozgrywających się wypadków, albo też ustępował nalegającym. Gdy jednak zaciął się w jakiej decyzji – nic go nie mogło przełamać. Szczególnie gdy upór wsparł się o inny potężny czynnik duszy Zośki – o ambicję.

Zośka w dzieciństwie bał się wody. Rzeczka, jezioro, morze – odpychały go od siebie z jakąś przemożną siłą. Nie chciał nigdy wchodzić do wody powyżej piersi. Aż ktoś kiedyś poruszył w nim nutę ambicji i wywołał decyzję. Już przy końcu sezonu Zośka pływał bez niczyjej pomocy, zbudował kajak, w dwa lata potem był dobrym pływakiem i wreszcie w zawodach pływackich, jako najlepszy z Buków, zaczął reprezentować zespół.

Sporty, ambicja, upór wyrabiały mu, rzecz oczywista, pewną sławę. Sława jednak koleżeńska była czymś, o co Zośka mało dbał. Nie starał się zjednać kolegów, nie szukał przyjaźni. Niekiedy zdawało się, że na całe swoje otoczenie patrzy jakby z dala, pomimo że wszystkim się interesował i każdemu starał się być pomocny. Albowiem najsilniejszą w tym czasie właściwością psychiczną Zośki była jego samotność. „Zawsze jestem raczej sam” – tak brzmiało pierwsze zdanie na pierwszej stronie pamiętnika Zośki. Poczucie samotności, powściągliwość i skrytość powodowały to, że Zośka raczej unikał kolegów – ale koledzy nie unikali Zośki. Albowiem jeden z paradoksów psychiki zbiorowej brzmi: samotność, częsta towarzyszka wewnętrznej siły człowieka – przyciąga i zniewala otoczenie.

W miarę jak biegły lata – autorytet Zośki w szkole i w zespole Buków ugruntowywał się i umacniał. Od piętnastego roku życia rządził już i kierował stale. Tym zaś różnił się od innych przywódców-rówieśników, że swą rolę wypełniał w sposób naturalny, prosty i nieznaczny. Nie rozkazywał, nie żądał, nie pouczał. Nie narzucał swej woli. W zwykły, prosty sposób mówił i w zwykły, prosty sposób robił to, co chciał, by robili inni. I myślał raczej o innych niż o sobie. To wystarczało.

Całe otoczenie Zośki – i Buki, i szkoła, i dom – wiedziało o nim jedno: chłopiec ten umie przewidywać i umie zarządzać. Zaś trafne przewidywanie i dobre zarządzanie są istotą organizacji. Zośka był niewątpliwie dobrym organizatorem.

Klasa Alka, Rudego i Zośki zdała maturę; osiemnastoletni Rudy jako prymus i dziewiętnastoletni Alek jako „średniak”. W początkach czerwca 1939 roku cała grupa Buków spośród klasy maturzystów wyruszyła pod wodzą Zeusa na dziesięciodniową wycieczkę w Beskidy Śląskie[14].

Cóż to była za cudowna wyprawa! Po wspaniałym, słonecznym dniu na Baraniej Górze ruszyli autobusem na Zaolzie do Trzyńca[15] zwiedzać wielkie huty żelaza. Potem na tarasie Ośrodka Harcerskiego w Górkach Wielkich[16], opici świetnym mlekiem, opalali się leniwie w piekących, letnich promieniach słońca, w zapachu górskich łąk. A następnego dnia wśród lasu bukowego na Równicy, spoglądając w dolinę Wisły, rozpoczęli długą wymianę zdań. O czym? O rzeczach najważniejszych dla wszystkich maturzystów świata: o przyszłości.

Najpierw mówił Rudy i jak zwykle uogólniał zagadnienie:

– Nie ma co gadać, powiodło nam się! Mieliśmy dobrą szkołę, potrafiliśmy stworzyć zespół koleżeński. Staliśmy się grupą przyjaciół. Noblesse oblige[17]. Nie wolno spatałaszyć szans, które dostaliśmy do rąk.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?