Kamienie na szaniec

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kamienie na szaniec
Kamienie na szaniec
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,90  39,92 
Kamienie na szaniec
Audio
Kamienie na szaniec
Audiobook
Czyta Jerzy Zelnik
23  16,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W maju 1989 roku uczestniczyłam w spotkaniu wychowanków Batorego, zorganizowanym przez inżyniera Zbigniewa Grzywaczewskiego, kolegę z klasy Alka, Rudego, Zośki, w pięćdziesięciolecie matury. Grono profesorów doktorów habilitowanych wszelkich specjalności wspominało szkołę z szacunkiem, entuzjazmem, zachwytem... Dyrektorów – Wiktora Ambroziewicza, Mieczysława Radwańskiego, nietolerujących lenistwa, lecz tolerujących różne światopoglądy...

(Dobrodziejstwa koneksji z Batorakami dane mi było doznać osobiście – w 1994 roku, gdy biło półwiecze wybuchu Powstania Warszawskiego, najświetniejszą ekspozycję mej wystawy „Kamyk na szańcu” przygotował u stóp Wawelu zespół... Muzeum Archeologicznego w Krakowie, działający pod świetnym kierownictwem prof. Kazimierza Radwańskiego – bratanka dyrektora i harcerza Pomarańczarni!).

Przywoływano nazwiska profesorów: polonisty Stanisława Młodożeńca, świetnego poety, autora hymnu szkoły (do którego muzykę skomponował wychowanek europejskiej sławy – Witold Lutosławski); Gustawa Wuttke – genialnego geografa, botanika i historyka, który uczył, by „żyć dla Ojczyzny, a nie z Ojczyzny”. Jego synowie – Czarny Jaś i Mały Tadzio – będą walczyć w batalionie „Zośka” i staną się bohaterami książki Kamyka „Zośka” i „Parasol”... Obydwaj polegną...

Staliśmy długo przed żałobną litanią nazwisk wyrytych na tablicy w hallu szkoły...

Mówił Zbyszek Grzywaczewski:

– Pamiętacie? Janka Bytnara przezywaliśmy „Pawian”, bo był nieprawdopodobnie zręczny, „Papuas”, bo nosił bujne, jasne włosy, „Rudy” albo „Ruda piegża”, bo był piegowaty. Dawidowski miał przezwisko „Glizda”, bo był bardzo wysoki i szczupły. Zawadzkiego nazywaliśmy „Zośką”, bo był taki śliczny i dziewczęcy... Nikt z nas nie podejrzewał, co w nich drzemie, tak jak nikt nie podejrzewał, że Krzysztof Baczyński pisze wiersze...

– Ale matematyk słabiutki! Nie to co Bytnar! To był geniusz! – dodaje jedyny obecny na spotkaniu nauczyciel tamtych lat – Mieczysław Czyżykowski, zwany Czyżykiem.

„Cała Warszawa dwudziestą trzecią zna! Od Batorowskich chwil / Pomarańczowy styl – jest słynny na sto mil!” – zanucił harcmistrz Kazimierz Sułowski, znany warszawski adwokat, pieśń 23 drużyny zwanej od koloru chust Pomarańczarnią. To jedyna autentyczna nazwa nieprzywrócona przez Aleksandra Kamińskiego w powojennym wydaniu Kamieni. Pozostawił imię drużyny – Buki.

Harcmistrz Sułowski, który razem z Rudym zdobył najwyższy stopień – Harcerza Rzeczypospolitej – na obozie nad Wigrami w 1938 roku, ofiarował mi wielki dar – zachowane egzemplarze pisma drużyny – „Gniazdo”. Powielone, rozsypujące się kartki tętnią życiem. Rozmach, fantazja, żart, refleksja, uśmiech, praca, zaduma, pamięć historyczna.

„Wszystkich wzywam na harc ciężki o najwyższą nagrodę – honor 23.” – pisał komendant Lechosław Domański, Zeus. Zaczynał się rok 1939.

Łuna myśli

Ziemio moja! Zasypana tęczami ptaków – pisze Krzysztof Kamil Baczyński w czerwcu 1939 roku, gdy są – jak powie jeden z nich – „gotowi do lotu”. Ziemio moja, krwią i ogniem płonąca – woła Krzysztof w inwokacji z września 1939.

Hanka Zawadzka, siostra Zośki, drużynowa sławnej przedwojennej Błękitnej Czternastki, położyła na stole kartki w kratkę zapisane ołówkiem. Pamiętnik brata.

„Wrzesień, spędzony na wspólnej wędrówce, przeżycia tak silnie działające na nas, wchodzących dopiero w życie, zostawiły nam wzajemne sympatie, zaufanie i zainteresowanie, które miało w latach wojny coraz to narastać i przerodzić się w uczucia najgorętszej przyjaźni – pisze Zośka. – Pierwsza zima wojenna, tak trudna dla wszystkich, zamieniająca nas w szklarzy, korepetytorów, widziała nas razem. (...) Zebrania z Zeusem pomagały w zajmowaniu wspólnego stanowiska i były zawiązkiem przyszłej wspólnej pracy. Opłatek u Janka z Leszkiem. (...) Rozmowy z Kamykiem u Zeusa i Glizdy. Wielkanoc 1940 roku – Zeus poznaje mnie z P. Jankiem i grupa cała zaczyna pracę, mało może ważną, lecz dającą poczucie pracy i przydatności”. Ta praca to łączność z więźniami Pawiaka, roznoszenie grypsów. Pan Janek – to harcmistrz Jan Rossman, potem twórca sławnej „Szkoły za lasem” – wielkiej kuźni wychowawczej – kursów dla harcmistrzów i podharcmistrzów.

Opowiadał mi Pan Janek:

– Chłopcy spotykali się przed kościołem św. Barbary, patronki podziemia. Msza w ozdobionej orłami polskimi kaplicy. Wyjazd do Zalesia czy Podkowy Leśnej, harcerska przygoda. Poczucie swobody i wolności... Pamiętam żarliwą dyskusję o artykule Mickiewicza z Pielgrzyma polskiego, któremu poeta nadał przewrotny tytuł „ O ludziach rozsądnych i ludziach szalonych”. Przewrotny, bo ci „szaleni” – to Rejtan, Kościuszko, legioniści Dąbrowskiego... Rudy mówił o wielkości takiego „szaleństwa”... Ono wyrażało się w katechizmie Szarych Szeregów:

„Życiem moim: Polska cierpiąca i walcząca. Wiarą moją: Polska zwycięska i triumfująca”.

Stał, taki drobny, niepozorny, pod potężnie szumiącymi drzewami i powtarzał z druhami: „Umiem walczyć... Umiem cierpieć... Słowo moje jest pewne... Na jego straży stoi honor Polaka!”.

Dziś – Jutro – Pojutrze. Dziś – sabotaż, jutro – powstanie, pojutrze – Polska.

Grupy Szturmowe Szarych Szeregów wchodzą od grudnia 1942 roku w skład Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej. Zośka jest dowódcą warszawskich Grup Szturmowych, Rudy – hufca Sad. SAD – to skrót słów: sabotaż i dywersja.

„Od pierwszej chwili zabrał się do pracy z olbrzymią energią, miał prawo być dumny ze swojego »Sadu«. W(ielka) Dywersja wymagała więcej niż cokolwiek innego – pracy wychowawczej. On w nią wkładał bardzo wiele. Brał udział we wszystkich akcjach ostrych. Był dla nas wzorem żołnierza, a zarazem instruktora” – pisze o Janku Zośka.

To jest czas ich wielkiej, nierozerwalnej przyjaźni. „Wspólne noce na Agricoli i niejedna nad kreślonymi przez niego arkuszami – to coraz to lepsze wzajemne zrozumienie”. (Agricola – kryptonim tajnej podchorążówki, którą ukończyli w 1943 roku). „Przejście do GS związało nas ostatecznie i nierozerwalnie. Poprosiłem go od pierwszego dnia o pomoc i dawał mi ją do dnia ostatniego...”

„Dążcie do naprawdę silnego zżycia”... – nawoływał Alek ukryty na wsi po sławnej „wojnie pomników”.

Mówi Pan Janek – hm. Jan Rossman:

– Praca podziemna, triumfalne działania w „walce wawerskiej”, słusznie nazwanej wojną warszawsko-niemiecką, wyrabiają odwagę, ofiarność, dokładność – i odpowiedzialność za los towarzyszy broni.

Ale nie tylko działają i walczą. Uczą się, ciężko pracują i myślą...

Harcmistrz Władysław Słodkowski (pseudonim w Szarych Szeregach „Kurant”) – który otworzył przede mną całe swe cenne archiwum już w roku 1978 – opowiadał, jak ich zwarte i działające od pierwszego roku okupacji „Koło Wzajemnej Adoracji”, czyli rodzeństwa Trzcińskich, zwanych Trzcinami, Masiukiewiczów, zwanych Masiukami, i Bytnarów typowały dla siebie nazwę: „Koło Entuzjastów”, „Nad poziomy”, „Przyjaźń i szczerość”, „Młody las”, „Przedwiośnie”, „Wzloty”... W końcu nazwali się skromnie i po prostu „Gromada”. Były w tej „Gromadzie” i wzajemne adoracje. O Rudym, który lekceważył panny, nazywając je „kozami” albo „au-au”, pisano: „...Zbierał ongiś laury gimnazjalne ze względu na żywiołową naturę w chudym ciele. Przyszedł i na niego kres. Straszna Monia złapała swoją ofiarę...”. Z Monią – Maryną Trzcińską – połączy Rudego pierwsze młodzieńcze uczucie...

– „Gromadą” władała młodość i radość życia – wbrew wszystkiemu. Nikt z nas jeszcze nie przekroczył dwudziestu lat – mówił mi Kurant. – Ciemna noc okupacyjna dopiero się zaczynała, ale my już widzieliśmy świt wolności i wymarzoną Polskę ideału. W naszych planach samokształcenia były takie tematy, jak: „Kultura a cywilizacja”, „Socjalizm a kapitalizm”, „Mój stosunek do Boga”, „Ewolucja we wszechświecie”, „Mój ideał społeczeństwa”, „Co to jest szczęście”...

Ta młodość nie myśli o zgliszczach, lecz łunę myśli poniesie – pisał Andrzej Trzebiński, ich rówieśnik, poeta, który zginie w ulicznej egzekucji...

Ta łuna bije z notatek i listów Alka, które trzydzieści lat przeleżały w kominie, by powrócić do tej, która je tam w 1944 roku ukryła, siostry Alka, Maryli.

„Na wskroś męski, niezłomny w swych decyzjach” – takim go widzi w walce Aleksander Kamiński.

A z notatek i listów Alka patrzy na nas twarz kogoś zupełnie odmiennego, człowieka dojrzewającego w czasie „grozy – ojczyzny mojej” (jak napisze Baczyński), miotanego rozterką, udręczonego dylematem – czy człowiek ma prawo odebrać człowiekowi życie?

Ojca zabili mu Niemcy. Matka w obozie. A w notatkach Alka powtarzają się słowa: „sumienie, spokój sumienia, utwardzanie sumienia. Czy jest sens, czy wolno nosić broń i bronić się wobec odpowiedzialności zbiorowej, i gdy inni jej nie noszą...?”.

54 pytania na zżółkłej kartce: „O co chodzi, o co walczymy? Zabicie – po co? dla broni? Czy męskością nazwiemy twardość serca? Czy jest sens postępowania jak w nowelce? Jak najwięcej rzutkości, inicjatywy, energii... Upojenie tym, co było, rozmarzenie tym, co będzie, a gdzie twarda rzeczywistość? Nie wolno ograniczać się do poznania tylko jednego stronnictwa czy ugrupowania. Obywatelskim obowiązkiem jest zapoznanie się w poszanowaniu dla przeciwnika ze wszystkimi kierunkami myśli politycznej polskiej: a) wychowanie obywatelskie, b) współżycie, c) kultura, d) nauczanie pracy zawodowej, społecznej, organizacyjnej...”.

I myśl o Jutrze. „Jakiego chcę, jakie być powinno, jakie jest teraz, a jakie będzie?”

Pisał doń Zośka w maju 1942 roku, gdy Alek był na wsi:

„Zazdroszczę ci jednego, masz okazję w całkowitym oderwaniu i innej atmosferze przemyśleć i ugruntować swoje poglądy na szereg spraw, któremi bezpośrednio żyłeś w ostatnich czasach, i przejść od czynności i działania, często dyktowanych instynktem i tradycją, do roboty na dłuższą pomyślanej metę, której wartość będzie sięgała i rozwijała się w przyszłych warunkach naszego bytowania”.

 

Alek postanawia: „Wszystko pojęte jako przygotowanie, zaprawa do dobrej pracy i całego życia. (...) Wykorzystanie chwili, chwycenie okazji, by rozgrzane żelazo kuć na gorąco, by metal nie tracił na swej czystości i szlachetności, by coraz nowe i lepsze przybierał formy”.

To ich właśnie nazwał Jan Kott w recenzji z Kamieni na szaniec – „kondotierami nieświadomymi celu i sensu walki...”.


Ich młodość, mówiąc słowami Baczyńskiego, „w tej grozie była czysta”. Umieli się cieszyć, śmiać, śpiewać – powstawały wspaniałe, nierozerwalne przyjaźnie. Dzisiejsza młodzież też nie jest zła. Ona jest po prostu zagubiona. Ja odnalazłam swą drogę w gąszczu zawikłanego życia, a zawdzięczam to chłopcom z Szarych Szeregów.

Joanna Mortka, Tarnobrzeg, 1976


Ta opowieść o Nich zmieniła moje życie. Przestałam się bać być sobą.

Joanna Sekutowicz, studentka pedagogiki, Warszawa, 1993


Giną. To nie jest wyrównana walka... Więc – dlaczego? W imię jakich nadzwyczajnych celów poświęcają życie „i kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei jak kamienie ręką Boga rzucane na szaniec”. Byli tacy jak my. Chodzili do szkoły, zdawali maturę (może się bali? – jak my). Nie wiedząc o swojej wielkiej próbie – polskości, odwagi, męstwa, próbie, którą przeszli z podniesioną głową. Czy dziś byłoby to możliwe?

Sylwester Brzuchacz, maturzysta,

Liceum im. Baczyńskiego w Krakowie, 1994


Za mało dziś wierzymy w siebie, w swe własne siły. Za mało wierzymy w sens robienia czegoś wielkiego. Może też za mało współdziałamy ze sobą... Mam 24 lata i ciągle za mało odwagi. Rosną dziś młodzi ludzie, którzy zupełnie nie wiedzą, za kim iść... Książki Druha Kamińskiego są inspiracją do działania, myślenia i czucia, tak jak działali i czuli najwspanialsi Polscy Harcerze.

Witold Pietrusiewicz, Warszawa, 1996


Lektura obowiązkowa, którą czyta się z zapartym tchem, ze łzami w oczach. Książka, która na zawsze zostaje w sercu.

Niesamowite jest to, że w czasie tak smutnym, tragicznym była w Nich radość, miłość, siła przetrwania. Nie ma Ich. Odeszli. A jednak są. Żyją w każdym wrażliwym młodym człowieku. Pokolenie Rudych, Alków i Zosiek pokazało nam, co to jest honor, braterstwo, odwaga, przyjaźń...

Agnieszka Kowalska, uczennica

Liceum im. Mickiewicza, klasa II, Ciechanów, 1996

Miłość

„Gdybyś odszedł, odeszłaby z Tobą moja lepsza część. Co zrobiłam dobrego, to przez Ciebie. Jesteś moim dobrem, moją rosą, moim deszczem, Moim Przyjacielem... Wczoraj, dzisiaj i jutro. Bez względu na to, co się z nami stanie...”.

Gdy Basia pisała te słowa, miała 18 lat. Był rok 1942. Wiosna. Ostatnia wiosna życia jej chłopca. Alka Dawidowskiego.

„Baśka! Dziękuję, że mam Ciebie!” – napisał.

Basię Sapińską odnalazłam dzięki jej ciotecznej siostrze – harcmistrzyni Dance ze Zdanowiczów Rossmanowej, adiutantce Zośki, żonie Pana Janka.

W domu Basi, otwartym na ogród róż, przez wiele wieczorów patrzyłam na jej szczupłe palce przesuwające się po ocalonych kartach z czułością, na jej delikatny profil, niezagasłą urodę.

Dwakroć zasypana w Powstaniu, wyniosła tylko te skarby. Jej listy, które Alek oddał o poranku 26 marca 1943 roku. Jego listy, które zachowała z najmniejszymi karteluszkami. I śrubę z tablicy niemieckiej, którą Alek odkręcił z pomnika Kopernika w lutym 1942. Jego Virtuti Militari za Arsenał. I mszyste bazie w małym pudełeczku. Przez pół wieku nie utraciły puszystości ni połysku.

Pisała w kwietniu 1942: „...nad wiosenną wodą rosną złoto-srebrne baźki, delikatne i pachnące”. W rok potem położyła mu takie na mogile.

Wszystkie pamiątki oddała na naszą wystawę „Kamyk na szańcu”... Dwa stosy listów. Alek do Basi. Basia do Alka.

Druga połowa roku 1942. Alek wyrwany z dni tętniących działaniami, skazany na roślinne bytowanie z przyrodą, pracuje ciężko w polu i ogrodzie, uczy się, czyta, czeka na Basię i pisze jej „filozofiołki”: „Obserwowałem burzę... Niszczy, łamie, psuje. Ale czy tylko? Po nawałnicy trawa się mocniej zieleni, drzewa szybciej rosną, przyroda odżywa, człowiek młodnieje. Lżej się oddycha, mocniej stąpa, choć za ruiną i wyrwą w zagonie serce płacze... W burzę walkę toczymy, w zmaganiu siły zwiększamy. A potem mamy spokój i rześki powiew mocy”.

Basia, młodsza o cztery lata, czuje się opiekunką swego „małego Chłopczyka”, „Syneczka”, dba, żeby chodził do dentystki („Twoja żona mi podziękuje, że nie ma szczerbatego męża”), a kiedy sama zachoruje – lamentuje: „Takie mnie nachodzą strachy, że się odkochasz... Żebym znała jakieś zioła na miłość, tobym Ci dała do wypicia... Twarz szara, nos zapuchnięty, wyglądam jak stara ciotka... Całuję Cię przez papierek, żeby nie zarazić...”.

„Nie bój się, mała zazdrośnico, bo nie masz o co – odpowiada pogodnie Alek. – Nos do góry, »stara ciotko«. Całuję Cię – bez papierka!”. W ogromnym, kilkunastostronicowym liście namawia Basię: „Staraj się pisać jak najwięcej na temat wszystkiego, co Cię interesuje. Staraj się swoje głębsze myśli jakoś konkretyzować, chwytać na gorąco i choć w punktach »na papier przelewać«. (...) Reasumując – chodzi o to, aby swe zdolności i zainteresowania rozwijać i kształcić, a nie czasami tylko je do lotu i na pokaz rozwijać. To nie tylko potrzeba, ale i obowiązek. Dług wobec Tego, który to nam dał, i wobec tych, wokół których żyjemy”.

Basia nie pozostaje mu dłużna. Znając kompleks Alka, który potrafi nazwać się „wekslem bez pokrycia”, osiemnastolatka radzi: „Musisz stać się panem siebie. Nie ma dnia bez zwycięstwa nad sobą! (...) Mały, czy Ty się codziennie modlisz? Trzeba z Bogiem rozmawiać. Wspominałam Ci kiedyś o modlitwie Kto się w opiekę, zobaczysz, jaka jest żywa i aktualna... Tak bym chciała, żebyś się nie czuł jak weksel bez pokrycia, jak bierny pionek w rękach swoich wad. Tak bym chciała, żebyś zwyciężył”.

Przed Bożym Narodzeniem aresztowano matkę Alka. Wigilię chciał spędzić sam, w mieszkaniu Basi. Na jego liście, który miał być ostatni, zachowała się rozgnieciona jagoda jemioły: „Sam znak, myśl o Tobie, myśl i pamięć Twoja mi wystarcza”.

1 stycznia późnym wieczorem Basia pisała pod wrażeniem przeżytego dnia: „Rano dobrotliwy księżulek i śnieg, śnieg, z lekka szumiący i ścielący przed nami biały dywan. A potem rozmowa o zaufaniu osobie kochanej. A potem echo przeżytych dni. Czuję dla Ciebie tyle tkliwości, że będę chyba płakać z głębi tej dobrej połowy duszy, która chce spojrzeć w oczy Twojej duszy... To kilka słów dla Ciebie na zakończenie starego, a na początek Nowego Roku 1943!”.

I to był ich rok ostatni.

Połączeni krwią

„W ożywioną ulicę niby piorun pada trzask pierwszych pistoletowych strzałów. Policjant wali się na chodnik...

W sekundę potem z ulicy wypada dwoma wężowymi skrętami auto gestapo. Szofer już usłyszał, już wie. Desperackim zwrotem chce wykręcić zamiast w Nalewki – na ul. Długą ku ul. Przejazd. Ale oto mignęło coś w powietrzu. Brzęk tłuczonego szkła i słup ognia strzela z szoferki...”.

Pierwszy opis akcji pod Arsenałem ukazał się na łamach „Biuletynu Informacyjnego” – pisma redagowanego przez Aleksandra Kamińskiego – już 3 kwietnia 1943 roku (w numerze 15–170). Barwny, obszerny, dynamiczny. I bardzo dokładny. Uczestnicy akcji zrelacjonowali Kamykowi wydarzenia natychmiast.

Widzimy Rudego – „skatowany w śledztwie, półprzytomny, wieziony na noszach po czwartym potwornym badaniu, w którym, jak i przedtem, nic nie powiedział...”. Widzimy dowódcę grupy granatniczej – Alka, jak „pada raniony w brzuch” – ale jeszcze dwakroć „rzuca granatem w atakujących Niemców”... I jak w niezwykłym utworze muzycznym – po burzy dźwięków – uciszenie i finałowy akord – nadziei: „Zadanie skończone. (...) W ucichłej, opustoszałej ulicy Długiej stoją głuche, zdziurawione na nowo kulami mury starego Arsenału. Sczezła woń prochu i spalenizny. Pachnie przedwiośnie...”.

Wiele razy odtwarzaliśmy tamte marcowe wydarzenia roku 1943 – u Matuli i Dusi, w tym samym mieszkaniu, skąd o ciemnym świcie 23 marca gestapowcy wyprowadzili Janka i Stanisława Bytnarów.

Mówi Duśka:

– 22 marca po obiedzie – wypadam do swoich zajęć – na komplet. Ojca całuję, Jankowi macham. Nigdy nie wiadomo, kiedy się kogoś najbliższego widzi po raz ostatni. Mama jest poza Warszawą, prowadzi tajne nauczanie. Wracam wieczorem, tramwaj psuje się na placu Trzech Krzyży. Dzwonię do ojca, że spróbuję biec, żeby zdążyć przed godziną policyjną! – Ani się waż! – krzyczy. – Jest Szucha po drodze, przenocuj na Hożej. Świadkiem tej rozmowy jest nasz sąsiad Staszek Bukowski, który grywa z ojcem na skrzypcach. 23 marca rano wpada na Hożą. – Byli! W mieszkaniu kocioł! – Biegnę do Zośki na Koszykową. – Wzięli ojca i Janka! A na rano jest wyznaczona u nas zbiórka. Alarm działa błyskawicznie. Jednego z kolegów udało się zawrócić już w alei Niepodległości. Nikt nie wpadł.

Mówi Matula:

– Alek wziął mnie w ramiona. „Mamusiu! Odwagi, odwagi!” – I był przy mnie drugiego dnia, trzeciego...

PAMIĘTNIK ZOŚKI: „To straszna była dla mnie chwila. Coś się urwało, skończyło... Lecz łzy w oczach powstrzymywała natychmiast myśl: jeszcze nie koniec, jeszcze jest szansa, dziś jeszcze atakujemy samochód i odbijamy Janka”.

HARCMISTRZ LEONARD BURA, harcerz Chorągwi Wielkopolskiej, żołnierz Armii Krajowej, więzień Pawiaka, a po wojnie więzień łagrów, odnaleziony w Poznaniu opowiadał mi do filmu telewizyjnego Rudy, Alek, Zośka o dniu 26 marca 1943 roku:

– W nocy z 25 na 26 marca śniła mi się moja matka. Uśmiechnięta. Witająca. Ten sen natchnął mnie nadzieją, że przetrwam trzecie przesłuchanie, gdy nas znów zabiorą na Szucha. Kazali mi wziąć nosze, na których leżał młody chłopak o szaroziemistej cerze, z grymasem bólu. Nie otworzył oczu.

Na Szucha tłukli mnie pejczem, opasły esesman walił pięściami jak łopaty w twarz. Kiedy nas wyprowadzali, znowu ja niosłem nosze z chłopakiem, ręce miał pogruchotane, spuchnięte. Jęknął. Jeszcze żyje... Z rozbitej twarzy i nosa kapie mi krew na jego bezwładne nogi... Porusza się i szepcze niewyraźnie: – Teraz jesteśmy połączeni krwią...

Przez całą drogę na Pawiak usiłowałem blaszką od buta rozciąć linkę plandeki. Uciekać, choćby to miała być śmierć.

Nagle samochód hamuje. Rzuca nas o ścianę. Strzały. Płomienie i dym. Jeden z Niemców celuje w nas rozpylaczem, ale zanim pociągnął spust, pada, skoszony strzałem. Szarpię płonącą plandekę – skaczę, przedostatni. Skatowany chłopiec czołga się za mną...

Dopiero z Kamieni na szaniec, które dotarły do mnie, kiedy byłem już w partyzantce AK na Lubelszczyźnie, dowiedziałem się, komu zawdzięczam życie i kogo dźwigałem na noszach...

Mówi Matula.

Przerywając. Bo choć minęło tyle lat, dla matczynego serca nie ma przedawnienia:

– Przyszli po mnie wieczorem. Pamiętam Sema, Kołczana i Zośkę. Prosił na wszystko, żebym nie płakała. Dał mi jakieś krople...

Mieszkanie profesora Gustawa Wuttke, który tak się zachwycał Jasia zeszytami z geografii... A ta biała mumia w bandażach – to Jaś. Nachyliłam się nad pokrytą skorupą zakrzepłej krwi głowiną. – Syneczku, co cię boli? – Poruszył jedynym palcem, niezgruchotanym, i próbował się uśmiechnąć: – Tylko ten palec, mamusiu! – I szybko dodał: – Tatuś żyje!

Nie płakała. – Dzielna mamusia! – powiedział do Zośki, gdy go pożegnała, kładąc krzyżyk na pobitej głowie. Jak zawsze.

Opowiada Jan Rossman – Pan Janek:

– 30 marca to wtorek – pamiętam, byłem u Janka w trzecim już mieszkaniu. Cierpiał straszliwie. Tadeusz go nie odstępował. Gdy tylko gdzieś odszedł, Janek szeptał niespokojnie: – Gdzie Zośka? – Zapadło postanowienie – musimy go przewieźć do szpitala. Zdobyłem miejsce na Płockiej. Ci, którzy go przyjęli, ryzykowali życiem. Pobiegliśmy jeszcze z Zośką dzwonić o ratunek do profesora Hartwiga. Telefon milczał. Kiedy wróciliśmy, portier powiedział cicho: – On nie żyje! – Było późne popołudnie. Wieczorem, u mnie na Sułkowskiego, gdzie w ogródku leżała zakopana tablica zdjęta z pomnika Kopernika – spotkał się Zośka ze Stefanem Mirowskim i Czarnym Jasiem Wuttke. Siedzieliśmy całą noc. Zośka sięgnął po tom Słowackiego. Szukał wiersza Testament mój.

 

Mówi Matula:

– Nie miałam żadnej wiadomości. Odważyłam się pójść do państwa Zawadzkich. Drzwi otworzyła mi Hania. Krzyknęła: – I Alek też umarł!

Ta jedna literka „i” powiedziała mi o śmierci dziecka. Odeszli jednego dnia.

4 grudnia 1943 roku, w dniu swoich imienin, Basia pisała do Alka: „O Boże! Może gdybym się modliła, to straszne nie stałoby się? Tego dnia miałeś taką śmieszną, opadającą na oczy czuprynkę. (...) Potem – oczekiwanie na Ciebie, niepokój... I Ziutek, i ulica, deszcz... – A właściwie gdzie my idziemy? – Do szpitala!... Twoje oczy i usta! Musiałam się zmienić na twarzy, bo pytasz – czy jestem taki zmieniony?... Nie – podobnyś do Mamusi. Nawet Cię nie pocałowałam na dzień dobry... Kochany! Uśmiechałam się i mówiłam jakieś słowa, ale myśli były pozabijane, nieczułe... Kochany! Ostatnia rozmowa... ostatnia rozmowa... Pamiętasz, jak powiedziałeś: – Ja mam swojego fijołka! – A ja wielkiego fijoła!... A potem głaskałeś, jak zwykle, moje usta... Miałeś taki niespokojny, urywany oddech... Jeszcze się umartwiałeś, że ręce Ci nieładnie pachną... Kochany, ręce Twoje pachniały miętą... Pocałowałam Cię w czoło i w drzwiach posłałam Ci pocałunek, Ty pokiwałeś mi ręką z tym Twoim smutno-bolesnym uśmiechem... Serce umierało z przerażenia...

Patrzę na Twoją fotografię. Takiś na niej wesoły. Kochany. Nigdy Ci nie mówiłam o miłości, może dlatego, że Ty też nic nie mówiłeś... Byłeś w każdej mojej myśli. Widzę Ciebie... Słyszę Twoje kroki... Kocham Cię”.

Miłość i żałoba

Podczas kwietniowych Świąt Wielkanocy roku 1943 we dworze Szczęsne pod Grodziskiem Tadeusz Zawadzki napisał swój pamiętnik-relację i przekazał ją Aleksandrowi Kamińskiemu. Nadali jej z Rossmanem tytuł: Kamienie przez Boga rzucane na szaniec. Kamyk chciał zmienić na Życie i śmierć.

Pamiętnik dwunastoletniej Ewuni Kamińskiej:

„1 maja 1943 roku wyprowadziłam się do mojej cioci w Piastowie. Znów razem. Tam też wkrótce przyjechał tatuś. Dyktował mamusi nową współczesną historię – Kamienie na szaniec”.

Piastów. Tu Janek chodził do szkoły. Tu – w 1953 roku uwięziono uczniów mojej klasy za lekturę zakazanej książki – Kamienie na szaniec. Po długich poszukiwaniach odnalazłyśmy w marcu 1990 roku z córką Kamyka, panią profesor Ewą Rzetelską-Feleszko, tę niepozorną oficynkę przy ulicy Gałczyńskiego 44 na pograniczu Piastowa i Pruszkowa, gdzie Kamyk rzucał słowa jak gawędę przy harcerskim ognisku: „Posłuchajcie opowiadania o Alku, Rudym, Zośce...”.

Opowiadała mi druhna Janina Kamińska:

– Olek dyktował, ja pisałam odręcznie. Książka powstawała błyskawicznie. Ale czasem zamierał mu oddech, drżał głos, przerywał... Nie mógł dyktować opisu przesłuchań Rudego. Czasem przerywał nam alarm – policja w sąsiednich domach!

Pisał do mnie Druh Aleksander Kamiński na miesiąc przed swoim odejściem – 14 lutego 1978 roku – a jest to JEDYNY dokument, w którym autor mówi, w jakim napięciu tworzył książkę, która tyle pokoleń uczy braterstwa i służby:

„...gdy pisałem Kamienie. To przecież pisałem o zaprzyjaźnionych ze sobą chłopcach. Więc gdy zdecydowałem pisać – dokonałem tego w ciągu kilku dni, może tygodnia? Odczuwałem to tak, jakbym był medium, przez które wypowiada się jakaś wielka siła, siła podstawowych wartości. I zawsze miałem poczucie, że nie jestem autorem Kamieni, lecz tylko pośrednikiem w ich przekazaniu.

Proszę wybaczyć te naiwne wyznania sprawcy sagi, który był wrażliwy bardzo na Pieśń o Rolandzie, Słowo o pułku Igora itp. – jestem historykiem. Wszystko to się splątało, stopiło: miłość i żałoba po poległych chłopcach, jakieś wizje podstawowych wartości i chęć dania im wyrazu, poetyka sag...”.

Pierwsza wersja Kamieni pojawiła się w sierpniu 1943 ro-ku. Czy widział ją jeszcze Zośka? Nikt nie pamięta.

Płomienie harcerskich pochodni spływały od lasów ku granitowej płycie, łamały się blaski ognia: „W tym miejscu 20 VIII 1943 r. w walce z hitlerowcami oddał swe życie za Polskę Harcerz Szarych Szeregów, Dh harcmistrz podporucznik Tadeusz Zawadzki »ZOŚKA«...”.

Kończył się coroczny rajd w Sieczychach. Nocą siedzieliśmy w kręgu wokół ogniska. Wiatr szedł sosnami. Rozwiewał siwe włosy Bogdana Deczkowskiego – „Laudańskiego”, żołnierza plutonu „Alek” kompanii „Rudy” batalionu „Zośka”. Miał nam opowiedzieć, jak to się stało. Od akcji minęło lat czterdzieści i trzy. Nie mógł. Długo trwała cisza. Tylko gałązki jałowca trzaskały w ogniu.

– Z okna padł strzał... Tylko jeden... I tylko jedna postać skręciła się półobrotem... waląc ciężko na plecy... Nachyliłem się... To był Tadeusz... Nadbiegł Andrzej Romocki – Morro, dowódca akcji, w Powstaniu dowódca naszej kompanii... – Zośka! – krzyknął. – Zośka!... Patrzyłem w oczy Tadeusza, błyszczące, ale nieruchome... Czy naprawdę nigdy już nie poprowadzi nas do boju?

1 sierpnia 1944 na barykadach powstańczych Warszawy stanął batalion „Zośka”. Kompania „Rudy”. Pluton „Alek”. Po Srebrny Krzyż Virtuti Militari i dziesiątki krzyży białych, brzozowych.

Nam jedna szarża – do nieba wzwyż

i jeden order – nad grobem krzyż

– powie Baczyński.

Kiedy kompania „Rudy” przebijała się z płonącej Starówki ku Śródmieściu i zagubili się w chaosie i ruinach Bielańskiej, Andrzej Romocki – Morro zaczął wołać przejmująco: – RUDY! RUDY! – Chłopcom się zdawało, że Janka Bytnara przyzywa na pomoc.

Wiosną 1988 roku znakomity historyk, prof. Janusz Tazbir, ogłosił w „Polityce” esej Kamienie milowe polskiej świadomości, podając listę dzieł, które w jego ocenie „bądź to najlepiej ukazują umysłowość oraz postawę wielu milionów Polaków, bądź też wywarły szczególny wpływ najpierw na losy ich państwa, a następnie na uporczywe dążenie do niepodległości”.

„Kamienie milowe” XIX stulecia to – pieśń Jeszcze Polska nie zginęła, Pan Tadeusz, Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego, Trylogia.

Z dzieł wieku XX na honorową listę wpisał prof. Tazbir jedną jedyną książkę – Kamienie na szaniec – „opowieść o tragicznych, pozbawionych jakichkolwiek happy endów, losach narodowych diamentów, wystrzelonych w walce o niepodległość...”.


Leżą teraz, przysypani ziemią, już na zawsze dwudziestoletni. Moi rówieśnicy, którzy umieli pięknie żyć i pięknie umierać. Odgarniajmy ziemię, ocalajmy pamięć o Nich, odnajdujmy tych, którzy przeżyli. Niech nam pomogą odnaleźć własną drogę we własnym kraju.

Ewa Szulik, licealistka, Rybnik, 1981


Kończę 18 lat. Tak się złożyło, że przyjdzie mi spędzić najpiękniejsze lata w Polsce kryzysowej, skłóconej, rozhisteryzowanej. Nienawidzę tego naszego grajdoła, a jednocześnie jestem dumna z jego historii i rogatej duszy. Już jako dziewczynka w podstawówce nie mogłam nadziwić się, dlaczego bohaterowie Kamieni na szaniec tak się narażali. To było niewyobrażalne – walczyć i ginąć, jeszcze w dodatku wytrzymywać katusze przesłuchań. Teraz jednak wiem, że to po prostu problem czasu i dojrzałości. I – gdyby zaistniała konieczność – ja chyba też poszłabym w ich ślady. Nie lubię – jak oni – górnolotnych słów, deklaracji, uduchowionych haseł. Patriotyzm nie polega na przekrzykiwaniu się, kto mocniej Polskę kocha. Rzecz w tym, aby po cichu, z zaciętymi zębami, nieco pochylonym karkiem, ale z podniesioną głową żyć w niej i nie uciekać.

Maria Nowacka, uczennica

Liceum im. Karola Marcinkowskiego, Poznań, 1990


W rocznicę Ich śmierci palimy znicze i czcimy Ich pamięć. Cieszymy się, kiedy możemy spojrzeć w Ich twarze – takie młodzieńcze, radosne, tak często uśmiechnięte... Już na zawsze zostaną młodzi – ale czy nie będą coraz dalsi? Tak mało się o nich mówi, pisze, w telewizji oglądamy amerykańskich gangsterów i polskich narkomanów, ale nie Rudego, Zośkę, Alka, Floriana Marciniaka...

Chciałbym umieć kiedyś napisać o nich tak pięknie – żeby przyszli do nas – żywi. A kiedy dorosnę – chciałbym być do nich podobny. I nigdy nie przyniosę wstydu nazwisku.

Adam Marciniak, uczeń klasy VII,

Szkoły im. Szarych Szeregów z Poznania, 1993


Ta niezwykła książka, tak często mówiąc o śmierci, zarazem tak wiele, tak mądrze mówi przede wszystkim o ŻYCIU.